DSC_2360Roman Honet: Zajmowałaś się krytyką literacką, wiesz, eseje, recenzje, a tu – bum! – liryka. Przynajmniej ja jestem oszołomiony. Jak do tego doszło?

Aldona Kopkiewicz: Życie mnie zmusiło. Bo właściwie nie miałam nigdy wielkich ambicji literackich, jako nastolatka marzyłam raczej o rewolucji anarchistycznej, ale potem na studiach zaczęłam dużo czytać, a więc z większą ostrością widzieć świat, i mi przeszło. Została literatura, nie tyle jako ucieczka, ile miejsce zaangażowania w rzeczywistość na własnych warunkach. Ale długo zajęło mi zrozumienie, na czym polegają te moje warunki – wciąż się ich uczę. Zaczęłam pisać recki oczywiście dla pieniędzy, do esejów mam już bardziej osobisty stosunek, tak czy inaczej, szybko okazało się, że to dobra droga, by poznać własne oczekiwania wobec literatury, często zresztą po fakcie, czasem nawet wiele miesięcy po napisaniu tekstu. Czytałam trochę tej poezji i naturalnie glosowałam sobie wierszem na marginesach, ale nigdy nie byłam na tyle zadowolona, by brać to na poważnie. A potem zmarł ojciec i poczułam, że nie mam nic do stracenia, do wygrania zresztą też nic nie mam. I pewnego dnia pojawiła się forma tego poematu, wtedy samo pisanie poszło szybko, a gdy już napisałam, czułam się tylko w połowie zawstydzona rezultatem, więc tak, opublikowałam.

Poemat można napisać intencjonalnie, ale może też zdarzyć się tak, że początkowo miał być krótszy utwór, ale skończyło się na długim. Jak było w twoim przypadku?

Nie umiałabym napisać krótkiego wiersza. To znaczy umiałabym, ale nie wiedziałabym, co to ma właściwie być. Jeśli już mam jakąś myśl czy uczucie, to rozchodzą się one na tyle nitek, że potrzebuję dużo miejsca, by uchwycić i związać choć parę z nich. Najchętniej pisałabym na ścianach, zaznaczając przejścia między poszczególnymi cząstkami. Już chciałam powiedzieć, że pięknie byłoby napisać kalejdoskop, ale przecież także wiersze-kalejdoskopy to tylko zabawki, zmienność wzorów jest w nich pozorna, podczas gdy czas zawarty w długiej formie pozwala oddać zmienność życia, ruch możliwości. Czas jest istotny zwłaszcza wtedy, kiedy pisze się o przypadkach beznadziejnych – można zabrać i przeprowadzić czytelnika przez taki świat, a potem wyprowadzić go w coś jeszcze innego.

Już w pierwszej strofie pojawia się pora roku i doby, kolory, ciepło i chłód, nakreślone uczucia… Czytelnik od razu wie, gdzie jest. Masz swoich mistrzów poematu?

Elegie duinejskie Cztery kwartety  są najważniejsze. Mam nadzieję, że moja pierwsza strofa nie przypomina żadnego z nich.

obudziłam się trzy lata temu, trzy tysiące sto ton śmieci wypłynęło, dziewczynka / pośród gór ze śmieci pożyje z pięć lat, budzi mnie jeden promień, czuwał codziennie prawie dwieście dni – w  sierpniu  znajduje się jeszcze sporo podobnych fraz. Skrupulatnie szacujesz liczby. Czy to rachowanie ma utrzymywać świat w pewnej żywotności, czy może jest historią jego rozpadu?

Liczby pozwalają mi złapać czas. Sama nigdy nie wiem, ile lat temu coś było, bo jeśli już przeszłość jest, to niemal teraźniejsza. Ale świadomie mierzyłam tylko czas umierania. Bo to nie śmierci, lecz umierania nie mogłam przeżyć. Najpierw bałam się, że to już, bo było wiadomo, że zaraz, a gdy okazało się, że to trwa i trwa, miałam tylko nadzieję, że to już. Tylko o tym myślałam, tylko na to czekałam wszystkie dni, a tak naprawdę godziny. Choć ze względu na brzmienie wiersza musiałam zaokrąglić te liczby. A trzy lata temu dlatego, że dopiero odrywając się od pierwszej traumy, mogłam zacząć pisać. Pisanie jest możliwe wtedy, gdy oddalamy się od samego źródła bólu, uwalniamy od jego bezpośredniości i zobowiązań wobec niego, a zatem odzyskujemy wolność na tyle, by przemienić je w twórczość, która będzie już czymś więcej niż wiernością zdarzeniu. Najdłużej dojrzewa się do wierności samemu sobie i wtedy też zaczyna się poezja.

Zafrapował mnie powracający motyw snu: będzie jedzone we śnie, zbliżam się po cichu, gdy zapadasz w sen, rankiem rzeczy przedłużają drzemkę, więc jej zrobię drzemkę, gdy zapadnie w sen.  Ale wspominasz również o dniu, o budzeniu się. Mnie to wygląda na bezlitosny porządek świata: niekończący się upływ nocy i dni. Może jeszcze widzę tu sen, ale bez człowieka. Tak?

Wymieniasz tu sny z paru różnych porządków. Ale sen jest tak w ogóle w porządku, to zbyt ostre, jasne widzenie boli. Albo nie. To półsen i półcień są w porządku, pozwalają żyć, natomiast najgłębszy sen i najwyższa jawa są tak wyraziste, że zaczynają jakoś sobie odpowiadać – to przytłaczające widzenie, odrzeczywistnione, bezsensowne. Baśń czy tam poezja formalnie przypomina je obie, też jest wyrazista i abstrakcyjna, a jednak – jest to przestrzeń piękna i wyobraźni. Dlatego pozwala przejść przez to, co bezlitosne właśnie, i tak, pewnie można by powiedzieć, że robi miejsce dla człowieka. Nie wiem tylko, czy to miejsce można docenić, nie poznawszy ekstremów jawy i snu. A tak poza tym trudno mi o tym mówić, jeszcze nie rozwikłałam tej zagadki.

to prosta historia, / jak biel zjada czerń – zapisałaś. Dwa zakresy wyraźnie widoczne w sierpniu: jeden dotyczy życia codziennego, przeważnie społeczności, przywołam frazę: (warto zaoszczędzić na gazie i świetle, / bo ceny wody znowu poszły w górę), drugi obejmuje sferę tak kulturową, jak indywidualną: wieczne imię, piasek w klepsydrze, pył dla żałobnika. Pierwszy – ironia? Drugi – konfesja? To konieczne zderzenie czy przypadkowe współistnienie?

Nie chciałam pisać poezji wyznaniowej, musiałam wymknąć się biograficznym pokusom, by napisać coś z szerszym horyzontem. W końcu co kogo obchodzi, że zmarł mi ojciec. Jechać na szantażu emocjonalnym jest bardzo łatwo. Odbijałam się tylko od własnego życia, żeby opowiedzieć o czymś więcej, ale też mogłam wyrazić się i zrozumieć, wyłącznie wchodząc na okrężną drogę, grając dystansem. Ironia zdarza się w obu zakresach, podobnie jak największe serio.

W twoich notach biograficznych można przeczytać  zapis: Prowadzi Zakład Wróżbiarski „No Future”. Powiesz coś więcej o tym warsztacie (śmiech)?

Mam taką stronkę na fejsiku. No więc stawiam czasem tarota znajomym, ale rozkłady zwykle wychodzą katastroficzne (śmiech).

Z Aldoną Kopkiewicz rozmawiał Roman Honet, 23 maja 2016.

 

sierpień (fragment)

wielkie jak tratwa, nie wiem, skąd ten obraz;
nie wierzę w ratunek, tym bardziej w horyzont –
gdzie się nie obrócić taka sama linia,
wielkie mi coś.
powierzchnia to tylko przykrywka
dla głębi: jest woda i woda, a na dnie jest dno.
siedzimy więc sobie cicho i cierpliwie,
w pełnej gotowości, prawie dwieście dni.
tratwa stoi długo, wciąż stoi i stoi,
jakby samo morze bało się ją tknąć.
stoi schodząc pod wodę,
stoi schodząc i schodząc,
aż na końcu zniknie, zgięta jak kołyska.

ty wyciągasz dłoń, otwartą ku górze,
wiem, co chciałbyś przyjąć,
i tak dobrze nie ma.
zakrywam ją własną,
witam się i żegnam,
tak jak się przykłada ucho do dna.
(…)sierpien_okladka

 

Aldona Kopkiewicz (ur. w 1984 roku) – autorka poematu sierpień (Lokator 2015), filozoficzno-fantastycznych bajek i esejów (publikowanych głównie w „Dwutygodniku”).