BL_autorzy_glowna_tlo_2000x1331_SosnowskiMichał Piętniewicz: Czy wiersze pisze się dla czytelnika?

Andrzej Sosnowski: W gruncie rzeczy i ogólnie rzecz biorąc, wierszy nie pisze się dla czytelnika. Bywają wiersze dedykowane, z myślą o kimś pisane, zazwyczaj mniej lub bardziej okolicznościowe – według Goethego to idealny typ poezji, bo jako jedyny ma gwarantowaną i rozumiejącą publiczność. Ale kiedyś napisałem jeden wiersz dla czytelnika. Wiedząc, co robię, dałem mu tytuł Wiersz dla czytelnika.

Jak powstawał twój ostatni tom, Dom ran?  Różni się moim zdaniem od poprzednich twoich tomów. Już tytuł wskazuje chyba na pewien znaczący wyłom, choć mogę się przecież mylić.

Wydaje mi się, że pisał się mniej więcej po kolei, tekst po tekście, tyle że z góry zostało pomyślane tematyczne obramowanie Baudelaire’owskie, a więc sam początek (Outro) i sam koniec (Czyli tematem książki jest po prostu splin?). Trzeba było napisać coś do środka. Książka ma swój temat i jest na ten temat, więc tytuł próbuje go zapowiedzieć i nieco przybliżyć. Chętnie bym rzekł, że w moim odczuciu każdy z moich tomów  wyraźnie różni się od innych.

Czytałem kiedyś z fascynacją twój poemat Konwój, imponujący. Przypominałem sobie wtedy warsztaty z Biurem Literackim, które prowadziłeś w Kołobrzegu, a których byłem jednym z uczestników. Zapytam o sprawę, która mnie interesuje nieco naiwnie. Jak to jest u ciebie z kategorią mimesis? Albo też inaczej, prościej, reakcją na świat, rzeczywistość? W Domu ran, powiem nieco gruboskórnie, podmiot twoich wierszy wydaje mi się czasem nieco reakcyjny.

Dziękuję. Chyba nie wiem, co w tym wypadku znaczy słowo reakcyjny?  Ucieknę w Baudelaire’a, który jakieś trzy lata temu w ponownej lekturze wydał mi się najlepszym klasycznym medium dla takich uczuć jak gorycz i złość; dla takich stylów i nastrojów jak groteska czy zgroza. Te określenia są jego autorstwa, pochodzą z listów dotyczących Paryskiego splinu. Mówilibyśmy więc o reakcji na jakość współcześnie wytwarzanego świata.

A czy drażni cię współczesny świat? W tomie widziałem, że nie do końca wszystko w nim akceptujesz.

Nie chcę niczego dodawać do książki, która o tym, o co pytasz, opowiada. Jest w niej na przykład taka skrótowa formułka: świat jako niewola i podstawienie.

Twoje poprzednie utwory poetyckie były dla mnie rozbieraniem, a zarazem pewnym, mimo wszystko oczyszczaniem świata. Jakby pod strumieniem wiersza, poezji. W Domu ran natomiast widzę sporo ciemności, nocy, rany, buntu. Czułem pewne pokrewieństwa światopoglądowe i poetyckie z romantyzmem, dekadentyzmem (choć rzecz jasna na tych prądach zapewne one się nie zatrzymują). Czy Dom ran  jest wołaniem rozpaczy, buntem wobec świata, negacją rzeczywistości?

Jakiś romantyzm pewnie jest, dekadentyzmu raczej nie ma – ja bym to pojęcie czy zjawisko widział jednak w prehistorii nowoczesnego życia i pisania. Co do innych twoich sugestii interpretacyjnych, to wydaje mi się, że już do nich nawiązałem w odpowiedzi na wcześniejsze pytania. I oczywiście nie byłbym skłonny widzieć rzeczy w jaskrawym świetle takich określeń, jak wołanie czy bunt, bo niczego takiego u mnie nie ma.

Kiedy czytam twój tom, szczególnie mnie nurtują echa religijne, tradycja teologii negatywnej, mistyki. Czy do tej tradycji byłbyś skłonny się przyznać?

Nie dzisiaj. Ona niezmiennie bywa interesująca ze względu na różne szczęśliwe obroty frazy, ale także w niej nie ma już najmniejszego sensu.

W Domu ran  jest trochę przekładów z innych poetów. Jak twoja praca tłumacza wpływa na twoją twórczość poetycką? Czy są to osobne tory, czy widać gdzieś momenty zbiegania się tych zajęć? W tomie wiersze sąsiadują z przekładami.

Nie, wiersze (czy może raczej głównie prozy poetyckie) nie sąsiadują z przekładami. W książce są dwa przekłady krótkich prozatorskich fragmentów z Thomasa Traherne’a i Waltera Patera. Oraz próba spolszczenia pięknego wiersza Johna Wheelwrighta Train Ride, stosownie, choć bezradnie lub asekuracyjnie podpisana słowami w nawiasie (za „Train Ride” Johna Wheelwrighta). Jeśli chodzi o sedno twojego pytania, to powiem, że nie wiem. Tyle tylko, że wszystkie rzeczy, które kiedykolwiek tłumaczyłem, darzyłem szczerym uczuciem, więc interferencje, przeniesienia czy przebicia pewnie muszą się zdarzać.

A czy ważna jest dla ciebie w ogóle egzystencja jako pewien problem poetycki? Czy jest to może rodzaj talizmanu?

Nie, bynajmniej.

Zastanawiam się nad genealogią twojej frazy. Jest to pytanie naiwne, ponieważ można mniemać, że tego rodzaju genealogia nie istnieje. W oczy rzuca się tradycja poezji anglosaskiej i francuskiej. Tłumaczyłeś ponadto Blanchota, ale to oczywiście pewien tylko, choć istotny, jak sądzę, ułamek Twojej pracy przekładoznawczej.

Jeśli coś takiego istnieje, to moja fraza może po prostu byłaby moją frazą? Strach pomyśleć. Z francuskiego tłumaczyłem bardzo krótką prozę Blanchota pod tytułem Szaleństwo dnia; ponadto fascynujące zaczątki pewnej późnej powieści Roussela i osiem kawałków z Iluminacji  Rimbauda. Z angielskiego trochę więcej, jednak nie ma czegoś takiego jak moja praca przekładoznawcza. Tego rodzaju pracy nigdy nie wykonywałem.

Natomiast interesuje mnie polska tradycja poetycka. Jeżeli mogę wymienić nazwiska, wymienię tutaj na razie linię awangardową w polskiej poezji (Peiper, Przyboś, Brzękowski, Wat, Karpowicz). Wydaje mi się, że do tych nazwisk skłonny byłbyś się przyznać, czy tak? Natomiast w Domu ran  widziałem również pewien nurt egzystencjalny. Czy egzystencjaliści wpisują się również w pewien sposób w twój poetycki projekt?

Z wymienionych przez ciebie autorów tylko Tadeusz Peiper i Aleksander Wat to poeci, do których lubię wracać. Egzystencjalistów dawno nie czytałem, mam na myśli Camusa i Sartre’a, ale lektury młodzieńcze zawsze mogą zostawić po sobie niezatarty ślad. W sumie dobrze ich wspominam, zwłaszcza Camusa w Obcym.

A jeśli chodzi o inny rodzaj genealogii niż poetycka: czy w twoim domu dużo się czytało? Czy też może byłeś czarną owcą, która świadomie i z premedytacją wybrała jedną z najtrudniejszych ścieżek życiowych, czyli ścieżkę pisarza?

Matka różne rzeczy czytała, ojciec kupował sporo książek, ale czytał głównie fachową literaturę techniczną (jako inżynier elektronik), żeglarską (jako żeglarz) i dotyczącą lat okupacji (jako powstaniec warszawski). Ojcem matki był Władysław Kozłowski, autor książek dla dzieci i młodzieży, redaktor czasopisma „Świerszczyk”. No i tam, u dziadka, była olbrzymia biblioteka, która budziła we mnie podziw i lęk, bo miałem głowę na wysokości zaledwie drugiej czy trzeciej półki, licząc od podłogi, a najwyższe z nich znajdowały się pod wysokim sufitem. U rodziców matki spędzałem w dzieciństwie kilka tygodni w roku. Sięgałem po książki, które dziadek bardzo uprzejmie mi odbierał, wskazując pożyteczniejsze czy stosowniejsze tytuły. Pamiętam też rodzinne choinki z tamtych lat: wszyscy dostawali tylko książki. Może raz lub dwa razy zdarzył się jakiś krawat.

Przeczytałem kiedyś w wywiadzie, który przeprowadził z tobą Michał Paweł Markowski, że w latach młodości intensywnie grałeś w piłkę. Nasunęła mi się podejrzana psychoanalitycznie analogia z mantrycznością gry w piłkę a hipnotycznością twojej frazy. Rozumiem, że oprócz długich godzin spędzonych na boisku równie długo siedziałeś potem w książkach?

W tamtych latach, pod koniec szóstej i na początku siódmej dekady, wszyscy, których pamiętam, intensywnie grali po lekcjach w piłkę na niewielkim szkolnym boisku, przeważnie do zmierzchu. Seryjnie grane mecze były krótkie, dwie połowy po piętnaście minut, bo składy sześcio- czy siedmioosobowych drużyn musiały się zmieniać, gdyż za linią boczną czekało wielu chętnych. Dziewczyny kibicowały: grał Filip Łobodziński, wówczas aktor. Grał Cezary Wodziński: czy nie można by równie zasadnie zapytać o hipnotyczność jego frazy? Nie wiem jak on, ale ja często w tamtych latach czytałem dopiero w nocy, pod kołdrą, w świetle bateryjki. Raczej krótko, bo dość szybko przychodził sen. Różne rzeczy, ale pamiętam, że pod kołdrą przeczytałem Szaleństwo Almayera  i Lorda Jima. Byłem głęboko poruszony zakończeniami obu tych powieści.

Czy zgadzasz się z tym, co krytycy piszą o twojej poezji, twórczości? Na przykład o tym, że jest hermetyczna, niezrozumiała?

Myślałem, że już od dawna nikt takich rzeczy nie pisze.

Niedawno czytałem książkę Wasyla Machno, Express Venezia. Mieszkający w Nowym Jorku poeta z Ukrainy opisuje, jak jechał z tobą i między innymi z Bohdanem Zadurą na festiwal, w którym braliście udział. Potem usłyszał od Marty Podgórnik, że w sporze między prawdą a pięknem, my wybraliśmy prawdę. Czy Ty też wybrałeś prawdę?

Myślę, że przed takim wyborem nigdy, jak to się czasem mówi, nie stanąłem.

Z Andrzejem Sosnowskim rozmawiał Michał Piętniewicz, 2 lipca 2016.

Czyli tematem książki jest po prostu splin?

Jestem jak beneficjant nieprzyjaznej pory,
Upiór nie bardzo stary, lecz tak dziwnie chory
Od newsów, głupstw, frazesów „skarlałych nicponi”,
Że nie wie, czy mu requiem, czy lód w szklance dzwoni.
Noc z książką go nie cieszy, ani głośne l’chaim,
Ani groźna kometa, ni potencjał art crime.
Śmieszni Bardot i Gainsbourg, smutek „Ma mort” Brela,
Picasso, Firbank, wszystko… nudzi jak niedziela;
Łóżko ma w zwiędłych kwiatach, leży w nim jak w trumnie;
Gdy schodzą się kobiety, ukradkiem lub tłumnie,
Żeby o wierszach mówić, biust boski, ba, pupa
Nie sprawią, że im pośle uśmiech kościotrupa.
Złote myśli w tej głowie puentuje „me nego”;
Nikt z głębin nie wybawi biednego zombiego.
Zgroza na øy Utøya, spektakl World Trade Center,
O których z wypiekami śni młody prezenter,
Nie są dla takich ludzi żadnym parakletem,
Bo zamiast krwi w ich żyłach płynie dykta Lete.

(Z tomu Dom ran, Biuro Literackie, Wrocław 2015).

Michał Piętniewicz: Językiem po ranie. O Domu ran  Andrzeja Sosnowskiego – kilka intuicji

Tytuł brzmi nieco dziwnie, tajemniczo. Ciemno. Bo też wiersze są ciemne, nie ma w nich nadziei, jest dużo dekadencji. Jest świetne wykonanie artystyczne. Nie ma ontologicznej podstawy. Wszystko jest rozproszone, jest ciemność seksualnego spełnienia i niespełnienia. Język jest sprawą umowną, tak jak rzeczywistość – czyli obcujemy z językową fikcją, a nie z prawdziwymi rzeczami. Językowość świata przedstawionego prowadzi ku zupełnemu zwątpieniu, że cokolwiek za pomocą komunikacji da się ustalić, jakiś wspólny świat, co do którego panuje zgoda. Nie ma wspólnego świata, nie ma zgody, ponieważ pojęcie świata, tak jak pojęcie zgody, są sprawami językowej konwencji, językowej umowy. Również życie to konstrukcja fikcjonalna, która w obrębie własnej, zamkniętej, solipsystycznej struktury, przeprowadza to, co nazywa się jawą oraz śnieniem. Nie ma wyjścia poza pewną umowność, a zatem iluzoryczność języka świata przedstawionego. Nie ma w ogóle wyjścia poza świat przedstawiony. Świat rzeczywisty,  świat obiektywny  to świat przedstawiony. Zatem świat to suma iluzorycznych percepcji jednostkowych, które nie składają się na żadną sensowną całość, powodują dekonstrukcję, degenerację i rozpad tego, co trwałe, stabilne, dobre, mądre, piękne, jasne. Świat zmierza ku mrocznemu wypełnieniu, jakim jest ciemne, seksualne jądro nihilizmu, zakamuflowane w hedonizmie rozpaczy, beznadziei, maskowanej kolejnymi wybuchami szyderczego śmiechu, czarnego humoru, ciętej ironii, żartu językowego. Nie ma możliwości obiektywizacji tych stanów prócz jednej: spojrzenia Innego. Inny może jawić się jako Bóg albo drugi człowiek, partner dzielonego wspólnie językowego świata. Ale zarówno Inny, jak i drugi, również naprawdę nie istnieją, ponieważ ich istnienia zawierają się we wszechobecnie panującym żywiole panjęzykowości.

Panjęzykowość jest głównym wyznacznikiem świata poetyckiego Andrzeja Sosnowskiego. Termin ten nie jest tutaj czystym lingwizmem, awangardowym poszukiwaniem zaskakujących albo poetycko pożytecznych rozwiązań formalnych, ale jest wyłącznie odpowiedzią na egzystencję. Panjęzykowość poezji Sosnowskiego jest równocześnie panegzystencjalizmem oraz dekadentyzmem, mimo że nie jest to poezja egzystencjalna ani dekadencka w tradycyjnym rozumieniu tych słów.

W wypadku Sosnowskiego nastąpiło raczej przeformułowanie pojęć dekadentyzmu oraz egzystencjalizmu poprzez totalne oraz całkowicie arbitralne zanurzenie się w żywiole językowości własnej egzystencji. Nie ma wyjścia poza język, tak może powiedzieć podmiot i bohater wierszy Sosnowskiego. Obca jest tej poezji wszelka jakość nadrzędna: Bóg, władza, honor, moralność. Ze słów najbliżej matecznika jest słowo dom. Ze słów, które mogłyby stanowić substytut jakości nadrzędnej, wybieram, aby dookreślić tę poezję, słowo system. Poezja jest odpowiedzią na system w dwojakim znaczeniu: po pierwsze jest odpowiedzią na system językowy poprzez ujawnienie jego fikcjonalności, iluzoryczności, umowności oraz konwencjonalności, po drugie jest odpowiedzią na system polityczny oraz społeczny poprzez ujawnienie tych samych mechanizmów, które według podmiotu tych wierszy stanowią o języku jako o systemie, czyli maszynie generującej fałszywe znaki, znaczenia, iluzje, fantomy, ogólnie rzecz biorąc: błędne mniemania o tym, czym jest rzeczywistość.

Jest oczywiście pozorną nieuchwytnością oraz pozorną niewypowiadalnością (żeby coś wypowiedzieć, coś musi uprzednio tkwić wcześniej w pierwotnej głębi, platońskiej jaskini poezji, w którą podmiot wierszy Sosnowskiego po prostu nie wierzy, wybierając nicość). Zatem niewypowiadalność poezji, jej przedustawna, mityczna treść, jest taką samą językową fikcją jak wszystko inne: świat to zbiór pustych pojemników po języku, fantomów, iluzji złudzeń, z których nie da się niczego zaczerpnąć, oprócz pragnienia zaczerpnięcia z rzeki Cedron (pragnienie, które nie dostaje wody żywej, jest samym pragnieniem, równie fikcyjnym i pojemnościowo oraz znaczeniowo pustym, jak woda żywa, znak, który odsyła do rzeki Cedron), przez co z kolei odsyła do siebie samego: na tym wyczerpuje się potencjał znaczeniowy i treściowy, osiągając kulminację radykalnej negacji, że coś poza językiem może w ogóle być i znaczyć, że jakikolwiek znak odsyła do jakiejś żywej treści zamiast do siebie. Zatem Dom ran jest pustym, ciemnym domem, w którym nie ma nic oprócz rany po języku. Albo raczej po tym, czym mógłby być język, gdyby nie wyparł się swojej pradawnej mityczności, nie wyeliminował rdzenia, fundamentów i korzenia. Tęsknota? Nie ma tu tęsknoty, ponieważ potencjał znaczeniowy zarówno słów, jak i możliwości języka, zostały wyczerpane w sposób tak radykalny, że nie ma już nic oprócz ran. Słowo dom  odsyła do obszaru swojskiego, bezpiecznego, w którym można czuć się dobrze. Zatem paradoksalność tytułu zawiera się w jego niemożliwej do rozwiązania sprzeczności pomiędzy tym, co dobre, korzenne, archetypowe, swojskie i własne, jasne, a tym, co wynika z ciemności, radykalizacji gestu językowego, występku, a nawet przestępstwa, które moralnie jest po prostu naganne. Bo też poezja Sosnowskiego nie wybiera moralności – zamiast moralności wybiera to, co ciemne, seksualnie perwersyjne, wybiera rozkosz, przyjemność tekstu popartą działaniami, mającymi również dostarczyć rozkoszy obcowania z językiem, który nie przynosi ze sobą żadnych praw ani reguł, oprócz samych tylko językowych mechanizmów, całkowicie umownych, gdzie słowo prawo  może być na przykład zastąpione słowami kalandra, scytala, mantrykora, leucrotta. W tego rodzaju językowym systemie poetyckim obowiązuje wyłącznie jedno prawo: wewnątrzsterowne prawo samego języka: ze swej istoty jest nieprzewidywalne, kapryśne, meandryczne, metamorficzne, prowadzące ku największej aporii, to jest do wszechobecnej nicości, z której wyłania się jakiś pozór bytu, o którym już wielokrotnie wspominałem, czyli sam język, pojmowany jako fikcja epistemologiczna oraz ontologiczna.

Poezja Sosnowskiego jest poezją otwartej rany zamkniętej w ciemnym domu, w którym drewna w kominku są zimne, dopóki nagle nie rozpali ich jakiś dziwny zaczyn:

Nasłuchiwał, pochylony w stronę zimnego kominka, po czym ciężko skinął głową. Zamknął ze smutkiem drzwiczki, zbliżył się do swojego młodego przyjaciela i pociągnął go do stołu. Usiadł na krześle pod lampą i rzekł szeptem, zwierzając się jakby z własnej tajemnicy: – Stosy zostały podpalone i czerwone języki ognia rozdarły straszliwą ciemność nocy, na zawsze potęgując wrażenie widowiska. Wówczas w niebo wystrzeliły sto pięćdziesiąt dwa słupy światła i powstała ogromna katedra.

Poezja Sosnowskiego tłumaczy się sama przez się – nie chce innego wytłumaczenia poza samą sobą, chociaż siebie tak naprawdę nie potrafi dobrze skomentować, jedynie przybliża się do pewnych pojęć religijnych, filozoficznych oraz literaturoznawczych: pustka, rozpad, Apokalipsa, śmierć, rozkosz, przyjemność, perwersja, seksualność, fragment, kultura masowa, kultura popularna.

Podmiotu wierszy Sosnowskiego nie interesuje świat jako dowolna obiektywność, ile raczej to, jak świat dzieje się w języku i poprzez język, jak jest w języku stwarzany. Proces poznawania świata jest u Sosnowskiego procesem poznawania języka. Ale jeszcze raz podkreślam: nie tyle lingwistycznym, ile mimo wszystko egzystencjalnym. Wymiar egzystencjalny poezji Sosnowskiego, stanowiący jedno z jego wymiarem językowym, jest ciemną, negatywną odpowiedzią na takie atrybuty światowe, jak zanik, rozproszenie, nicość, rozpad, zapomnienie (zamiast krwi w ich żyłach płynie dykta Lete).

Wszystko, co tutaj napisałem, to sprawy, mam wrażenie, powszechnie znane w odniesieniu do poezji Sosnowskiego, która po części została już rozpoznana przez krytyków literackich. Dom ran przynosi pewną intensyfikację oraz radykalizację stałych epistemologicznych  tej poezji, jak właśnie wyżej wspomniane problemy, konotowane z szeroko pojętą tradycją negatywną w literaturze, nie wyłączając rzecz jasna religii, teologii, jak również mistycyzmu czy pewnego rodzaju specyficznie przeżywanych dróg duchowych. Bardzo podobał mi się ten tom, o ile można powiedzieć, o tak ciemnym, przepastnym egzystencjalnie doświadczeniu, że może się podobać. Poetica via negativa oraz theologia via negativa – owszem, nie odrywałbym jednak poezji Sosnowskiego od tego, co duchowe, mistyczne. Sosnowski jest oczywiście mistykiem języka, nie jest mistykiem ducha, jednak mistyczność jest tutaj obecna, wydaje mi się, że nawet bardziej niż mistyfikacja, która stoi na drugim biegunie mistyczności.

To, że prawda jest ruchoma, że się wymyka, nie znaczy wcale, że jest jedynie czczą gierką, głupawą zabawą słowną czy ironiczną żonglerką, w której chodzi jedynie o samą przyjemność żonglowania. Bolesność zawarta w tytule, słowo rany, mogące mieć oczywiste konotacje religijne z Męką Pańską, zestawione ze słowem dom, który mógłby symbolizować również dom Boży, może dawać nadawać tej poezji pewne znamiona sakralne, choć zdaje sobie równocześnie sprawę, jak bardzo powyższe konotacje wydają się obce tej poezji. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że nie chodzi tutaj o samo kuglarstwo, ale o coś, co można nazwać kuglarstwem na serio, a nawet śmiertelnie serio, tak jak śmiertelnie serio jednak traktowana jest tutaj poezja, jakby wbrew temu, co powszechnie sądzi się o Sosnowskim, że to postmodernista, który ze wszystkich i wszystkiego szydzi, kpi, ironizuje (ot taki ponowoczesny Wolter czy Diderot, z którego motto zresztą zaczerpnięto do tomu). Jeżeli mówimy o ironii w przypadku Sosnowskiego, mniej chyba nas powinna obchodzić ironia oświeceniowa, ale bardziej chyba romantyczna, zbliżająca się do ciemnych rejonów duszy ludzkiej, z której u Sosnowskiego wynika coś, co nazwę specyficzną ekstazą nicości. Aporia tego sformułowania przybliża aporetykę samego projektu poetyckiego autora Konwoju, który ufundowany jest moim zdaniem na sprzeczności między zabawą w język a totalnością pojmowania tej zabawy, jako doprowadzenia do granic racjonalności, wymawialności, radykalizacji możliwości, tkwiących w języku, pokazując jednocześnie ich zużycie, wyczerpanie, czyli de facto beznadzieję tego przedsięwzięcia.

Podmiot wierszy Sosnowskiego pisze językiem po ranie. Czy zatem pisze krwią?

Michał Piętniewicz

sosnowski_finAndrzej Sosnowski – poeta, tłumacz, laureat. Opublikował dwanaście książek poetyckich; nie tak dawno temu poems  (2010), Sylwetki i cienie (2012), Dom ran (2015). Wcześniejsze tytuły w całości złożyły się na wydany w 2009 roku retrospektywny zbiór Pozytywki i marienbadki. W 2007 ukazał się wybór jego szkiców o literaturze pt. Najryzykowniej. Książka Trop w trop  (2010) zawiera trzynaście rozmów z autorem, Stare śpiewki  (2013) to sześć godzin lekcyjnych o poezji (dla młodzieży). Autor pracuje w redakcji „Literatury na Świecie” i mieszka w Warszawie.

Fot. Dagmara Smoła

Michał Piętniewicz (ur. 13.01.1984 roku w Tarnowie) – poeta, krytyk, doktor nauk humanistycznych. Prowadził zajęcia na UJ w Krakowie i PWSZ w Tarnowie. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, a także przewodniczący Koła Młodych przy Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich, Oddział w Krakowie. Wydał Oddział otwarty jako nagrodę w projekcie Połów (2008), Odpoczynek po niczym (2011), zbiór opowiadań Tarnowskie baśnie i mity  (2012), Na oścież  (2014). Publikował w wielu pismach tradycyjnych i sieciowych. Redaktor kwartalnika literacko-artystycznego „Metafora” w roku 2012. Wyróżniany w konkursach poetyckich, między innymi im. Zbigniewa Dominiaka Moje świata widzenie i w konkursie im. Witolda Gombrowicza Przeciw poetom. Stypendysta Miasta Krakowa w dziedzinie literatury w roku 2012. Przez pewien czas sekretarz, a obecnie uczestnik grantu Obrazy Boga w literaturze polskiej. Tłumaczony na język rumuński i włoski.