Majzel_Fot. Andrzej Tobis

Fot. Andrzej Tobis

Urszula Honek: W twojej liryce zawsze zastanawiała mnie obcość wobec własnego ja, metoda obłędu. W Terrorze pojawia się postać bartka. W przedostatniej książce – Dobie hotelowej – znika. Dlaczego bartek  czasem przemawia, a czasem milczy?

Bartłomiej Majzel: Nie jestem pewien, czy nazwałbym to obcością… My się z tym bartkiem  nawzajem jakoś tam wspieramy i potrzebujemy się wzajemnie (śmiech). Dlatego czasem przywołuję go w wierszach. To zaklinanie. Poezja składa się z zaklęć. Kiedy odcinam się od świata w moich ukochanych lasach w Natalinie lub wyjeżdżam gdzieś na drugi koniec świata, staję się bartkiem; tkwię wówczas w nieco innej rzeczywistości. Wówczas obserwuję z zaciekawieniem tego bartka, przyglądam mu się z uwagą i rozliczam go w wierszach za jego winy i niewinność. Bo te wiersze są w przekładzie bartka majzla... Jego istnienie nie jest chyba wynikiem zdystansowania się od samego siebie. Jest raczej sednem Bartka Majzla, jego centralnym, ukrytym punktem. Przyczyną rany. Zresztą może to Bartek Majzel jest jakąś konstrukcją literacką wzniesioną na wzór i podobieństwo tego bartka, który czasem przychodzi do mnie w snach, mówi ważne rzeczy, których często nie rozumiem, choć intuicyjnie przeczuwam, że są ważne. Więc zapisuję…

Twój język jest rozproszony, pędzi w wielu kierunkach. Przestrzeń w wierszach nie posiada stałego kształtu, jest konstruowana na bieżąco, by po chwili zostać wymazana lub unieważniona. Czy można stwarzać tylko po to, żeby za chwilę zniszczyć? To dosyć bezwzględne – wobec samego siebie.

Przestrzeń to jedno z najbardziej kluczowych dla mnie słów. Coś, co mnie definiuje od dawna. Odsyła w stronę uspokojenia. Pewnie dlatego najlepiej czuję się w drodze, tam gdzie przestrzeń jest niemal nieograniczona. Na pustyni, w lasach lub na stepie. Bo, widzisz, jestem samotnikiem, który najpełniej istnieje w oderwaniu od szerszego kontekstu. Podobne jest w literaturze. Wierzę w taką literaturę, w której jest sporo oddechu, ruchu, pędu słów. Powiedziałaś, że mój język pędzi w wielu kierunkach. Faktycznie, takie języki sobie wymyślam, które są rozbrykane, biegnące przed siebie. Wyznaczające jakieś nienazwane jeszcze mapy i obszary. Kiedy jesteś na środku pustyni – możesz pójść dokądkolwiek. Liczba dróg jest nieograniczona, bo drogę wytyczasz sama. A każda z nich jest ryzykowana. Dlatego zawsze chciałem umieścić na środku pustyni wiersz… Niech walczy o przetrwanie, jak ten bartek. Niech sprawdzi się w ekstremalnych warunkach. I niechaj nikt go nie szuka. Tajemnica polega na tym, aby nadać słowom odpowiednią siłę, aby odszukać napięcia i naprężenia pomiędzy nimi, nadać im odpowiednią dynamikę, aby zderzone ze sobą, stawały się zachłannie, aby tuliły, tupały, śpiewały samotną pieśń. Pytałaś o bezwzględność niszczenia… Poezja jest bezwzględna. Jednak nie sądzę, aby chodziło mi o wymazywanie czy unieważnianie jakichkolwiek stworzonych przez siebie konstrukcji. Raczej o pozostawianie ich daleko za sobą. Bo w chwili ich ukończenia wypycham je na zewnątrz swojego świata i idę dalej.

W najnowszej książce wielokrotnie powtarzasz frazę o ubywaniu, którą następnie rozwijasz w serię mocnych, niepokojących obrazów. Odnoszę wrażenie, że mniej interesuje cię sam finał, czyli śmierć, a bardziej codzienny, powolny rozpad. Czy w nim tkwi okrucieństwo?

Ha… dlaczego nas ubywa? mówisz jestem brudna. lecz deszcz nie zmywa pamięci. Myślę, że początek tej książki jest zarazem jej naszkicowaną pobieżnie mapą. Streszczeniem. Terror  jest książką z jednej strony pełną smutnej czułości, a z drugiej, mam wrażenie, jest książką krańcową. Bezwzględną i zapewne okrutną. Jest książką o terrorze czasu i o terrorze tłumu. O terrorze wspomnień. O przesuwających się po sznurku kolorowych koralikach. O trzepoczącej wstążce. O tym, co to znaczyło kochać w czasie przeszłym, i co będzie znaczyło kochać w czasie nieznanym. Nie ma w niej zbyt wiele śmierci. Gdzieś sobie poszła na chwilę. Opuściła mnie. Pobiegła za kimś innym. Bo śmierć nie jest terrorem. Jest wyzwaniem. Więc dlatego nie zapraszałem jej do tej książki w takim stopniu jak do Białej Afryki  czy Robaczywości. Co do rozpadu… No nie wiem… Jeśli już, jest to książka o rozpadzie pewnego świata, pewnej epoki, która na naszych oczach pęka. W jednym z wierszy padają słowa: epoka panie spleśniała. nie dostrzegliśmy faktu że dawne strategie nie rymują się z nowym czasem. Potem jest o tym, jak pękają nadmuchane lalki, jak sypią się systemy i padają królestwa. To było pisane kilka lat temu, bo pracowałem nad tą książką ponad pięć lat. Wówczas słowo terror  nie kojarzyło się aż tak jednoznacznie jak dziś. Być może udało mi się przepowiedzieć ten terror rozlewający się na różne dziedziny współczesnego świata. Terror upływającego czasu, ale jednocześnie terror braku czasu. Terror pamięci. Terror opowieści, które wymykają się nam spod kontroli, co jest chyba także wyznacznikiem dwudziestego pierwszego wieku.

Pamięć wydaje się kluczowa w twojej książce. Podmiot wierszy jest nieustannie terroryzowany przez wspomnienia. Sądzisz, że minione może uniemożliwić otwarcie na przyszłe?

Obsesja pamięci rzeczywiście jest w  Terrorze mocniejsza i częściej powracająca niż kilka innych obsesji, które znalazły swoje miejsce w tej książce. Terror pamięci. A może symfonia? A jeśli terror, to może konieczny, zbawienny? Czy minione może uniemożliwić otwarcie się na przyszłe?  Nie! Wręcz przeciwnie, jedynie dzięki minionemu przyszłe może nadejść bez cienia rozpaczy.

Podzieliłeś tom na trzy części – Rumor, Fetor, Error. Dwie z nich są jednak tylko glosą do rozpadu. Czy można traktować zaproponowany przez ciebie podział jako stadium rozwoju, dochodzenie do…? Właśnie: do czego?

A ja będę się upierał, że w tej książce rozpad nie jest szczególnie istotnym tropem. Rozpad jest jedynie jedną z konsekwencji tych wszystkich stopni terroru, o których rozmawialiśmy. Więc w tym sensie bywa pewnie obszarem moich zainteresowań w Terrorze. Czym byłoby pisanie książki o rozpadzie? Stratą czasu. To nudne i do niczego nie prowadzi. Terror  jest opowieścią, z której nikt nie wychodzi bez szwanku. Ani autor ani czytelnik, ani ten kamień, co to leży na drodze tych rozbieganych, głodnych wierszy. Ta książka jest próbą opowieści zbudowanej z rożnych wątków współczesnego świata – cóż za wadliwy wiek – że znów bezczelnie zacytuję samego siebie. Myślę, ze dorastam do punktu, w którym w poezji nie wystarcza jedynie przyglądanie się sobie. To wciąż jest fundamentem, ale w Terrorze  starałem się stworzyć historię znacznie bardziej uniwersalną. Opowieść o świecie, który wciąż jeszcze jest, choć chwieje się coraz bardziej, który wystawia się na strzał. Lecz właśnie na naszych oczach pęka i już nigdy nie będzie taki sam jak kiedyś… Być może to ostatni moment, aby go opisać. Więc jest to także opowieść o świecie, którego już za chwilę nie będzie. Przechodzimy przez rumor, ten zgiełk, czujemy swąd, fetor, ulatniający się blask. Aż w końcu odkrywamy jakiś błąd w systemie, error, coś się zacina, padają wszystkie kanały komunikacji… Pojawia się szum, terror wielogłosowej narracji, z której trudno cokolwiek zrozumieć.

W twoich wierszach przestrzeń jest martwa, zimna, wyludniona. Świat zastygł i oniemiał, wszystko znaczone jest śmiercią. Skąd spoglądasz? Skąd to widzisz?

Zawsze miałem w sobie coś z przydrożnego skrzypka, który stara się na rogu kilku ruchliwych ulic grać swoją własną piosenkę. Być może nieco profetyczną, może wizjonerską, pewnie niezrozumiałą. Nieważne, ile w tym kreacji, a ile jakiejś mojej gorzkiej tajemnicy, której nie zamierzam ujawniać. Ale faktem jest, że zawsze czułem się obecny, usadowiony raczej po tamtej drugiej stronie. Bardziej stamtąd niż stąd. I pisałem często, będąc już zakorzeniony na innej wyspie. Na drugim brzegu. Była we mnie zawsze wielka determinacja, aby doprowadzić do końca swoją literacką wizję. Realizuję ją – mam nadzieję – konsekwentnie, począwszy od Robaczywości  połączonej w pewną trylogię z Biegiem zjazdowym  i Białą Afryką. Potem był ten dziwny poetycki kryminał – Doba hotelowa. I teraz Terror. Kończy się tamten świat. Szukamy drogi ucieczki, jakiejś nadziei. Ciąg dalszy? Przenieść ten kamień. Ja wiem, jakie będą moje kolejne kroki. Myślę, że dość zaskakujące. Mam nadzieję. Mam już w sobie kilka kolejnych książek. Na przykład z poematami. Myślę zresztą nie tylko o książkach poetyckich. Tych poetyckich będzie pewnie już niezbyt wiele. Potrzeba zamilknięcia wydaje mi się coraz silniejsza. Coś niedobrego stało się z rozmową. Zardzewiała. Słyszymy jakieś zakłócenia, charczenie. Więc pewnie dlatego ta przestrzeń, jak zauważasz, bywa wyludniona. Ale nie sądzę, by była zimna i martwa. Przestrzeń zawsze jest żywa, gorąca, lśniąca. I pełna. Martwy bywam ja.

W Terrorze często pojawia się halucynacyjne doznawanie bliskości. Czasami postać niesie światło, ale wiadomo, że pochodzi ono z tamtej strony; raczej zwodzi, niż coś daje. Czy można być bliżej zmarłych niż żywych?

Oj tak… Pewnie. Ale poza byciem blisko zmarłych równie ważne jest bycie w bliskości z żywymi. Każda postać, czy żywa, czy martwa, niesie jakiś światło. Choć pewnie u żywych to światło nieco trudniej dostrzec. Wierzę, że poezja naprawdę potrafi skracać dystans między ludźmi, także między żywymi i umarłymi. Pomaga pełniej uczestniczyć w tej tajemniczej sztafecie. O ile nie sprowadza się tylko do wierszy, do puent. Ale jest pewną spójną, szerszą propozycją przyswajania świata. Kiedy stanowi zaproszenie do wspólnej wędrówki i wspólnego ryzyka. Choć robi to zapewne w sposób dość rebeliancki, to jednak poezja, czy może lepiej literatura, daje nadzieję, że w tym rozpadającym się i przyspieszającym świecie jest coś, co może ocalić opowieść o człowieku. Chodzi mi o bliskość, która nie ma nic wspólnego z terrorem bliskości, stłoczenia, tłumu, nagromadzenia znaczeń. Wiąże się, być może, z dojrzewaniem w samotnym biegu, z odkrywaniem bliskości ufundowanej już nie tylko na współczuciu, nie na wirtuozowsko skomponowanych wierszach lub narracjach, ale na odkryciu wzruszenia, które sięga do głębi słowa, które już nie staje pomiędzy ludźmi, ale powoduje, że się na siebie wzajemnie otwierają, nawet w swojej świętej samotności.

W wierszu pt. siedem grzechów głuchych – dwa tatuaże  niespodziewanie udzielasz najbardziej bezpośredniego i osobistego komentarza: nie pytajcie mnie o szczegóły. to są bardzo/ nienazwane sprawy. Czego nie można nazwać? Co trzeba zmilczeć?

Wykręcając się nieco od odpowiedzi, strawestuję słowa Zbyszka Macheja: wiele trzeba przemilczeć, aby wzmocnić to, co się uprzednio powiedziało. Reszta zapewne jest tajemnicą wiersza. Ale wiem, że zadając to pytanie, miałaś na myśli zapewne coś innego. Więc może powiem tak: każda moja książka jest odrębnym światem, dla każdej ustalam odrębne reguły, wytyczam granice. Staram się jednak, aby te odrębne świat posiadały wyrazisty wspólny mianownik. Nie tylko języka. Chodzi raczej o to, by były jak kolejne odcinki pewnego serialu. Myślę, że za pewien czas ukaże się książka zatytułowana Sample pogrzebowe. Inna od wszystkich dotychczasowych moich książek. Wówczas pojawi się w niej nieco tych wspomnianych szczegółów, a może nawet spróbuję nazwać w niej kilka nienazwanych dotychczas spraw?

Dziękuję za rozmowę.

Z Bartłomiejem Majzlem rozmawiała Urszula Honek, 19 kwietnia 2016.

 

kryzysowa piosenka

zwęglone popołudnie. ściągasz bluzkę
schodzisz po schodach by popłynąć.
ale jezioro nie znika. nie wysycha.
nie przepływa w inne miejsce.

musi tu jeszcze pozostać zanim runie.
jak zarośnięty gęstym mchem nagrobek.
i kropla potu odnaleziona po latach
w zwiędłym ciele.

zostaje się tutaj dłużej niż się planowało.
zbiera się kwiaty. pali się cygaro.
żegna się pięknie ale bez pośpiechu.

trwa to zbyt długo. odkładane w czasie.
mieszane z deszczem. mylone ze snem.

znów ściągasz bluzkę. znowu się oddalasz.
płyniesz pod prąd wyschniętego morza.

jednak wypływasz na powierzchnię
płonąc. nie zważając na to. że w miejscu
jeziora wybudowano w międzyczasie
widmową bibliotekę i widmowy raj.

jedno i drugie w czasie powodzi zatonęło.

 

przypływy kwiatów

jej papierosy dopalone porannym światłem.
przypieczone łodygi. garść popiołu w zlewie
i nieruchomy robak w szczelinie między nami.

możemy już odetchnąć. usnąć w pustej wnęce.
zaznaczyć zaznaczone i przenieść
do folderu w którym nikt nie bywa.

znów zamieszkać. znów zbudzić.
znów znaleźć schronienie. wypalić
jej papierosy przechodzącym cieniem.

przepalić tę błękitną bliznę której wcześniej
jakimś cudem nie zauważyłem.
choć klnę się na boga: dostrzegam
nawet umieranie traw.

 

pogrzebowe przysmaki

każdy dzień rozrywa jakieś ścięgno.
pęka naczynie i krew się wylewa
z grudki zmęczonego ciała.

krwiaki wskakują na siebie i łącząc
się w pary zbierają pyłki pudru
z nieruchomych powiek.

żegnaj jaskrawy ptaku
który opadasz tracąc poczucie
że życie można wziąć w garść.

przychodzą tu co noc podziwiać kamienie.
nie wiadomo na kogo patrzą wielkimi oczami.

gdzie się zakradają? komu zabierają? jaka część
śmierci została skopiowana a jaka wklejona na siłę?
i dlaczego płodnych dni wciąż ubywa?

 

chłodna

będziesz blisko. tfu. będziesz ciągle stała
nad tą samą rzeką. blada jak słonce
któremu z ust wyrwano promienie.

będziesz liściem. będziesz korą dryfującą jak twarz
bladej dziewczyny płynącej pod wodą.

będziesz raz nią a raz będziesz sobą.
ocierając się o dno płytkiego morza.
które się marszczy w złości twojego kwiatu.

trwała tam będziesz jak lustro w którym nic nie widać.
będą podlatywały do ciebie ptaki.
abyś wskazała skazę której nie sposób wymazać.

będziesz blisko i będzie bolało.
bo doskonale pamiętasz jak można być blisko
kogoś kto płynie w inną stronę gwiazdy.

będziesz tkwić w tylu miejscach równocześnie.
z tyloma chmurami oswojona. z tyloma ptakami
związana szamańskim tańcem.

będziesz. choć coraz częściej nie będzie cię wcale.
jak blada twarz dziewczyny która choć zmieniona.
wciąż snem oplata ci ciało.

wciąż niepewna czyje usta śpiewają melodię.
czyje usta w niej się poruszają gdy
ustami ochraniasz pęki suchych kwiatów.

zrobisz wszystko by się w nią nie zmienić.
ona będzie jednak coraz częściej tobą.
oczarowana faktem że pochłania cię jej własne morze.

siądziesz jak motyl na brzegu. nieźle się uśmiejesz.
fale tego dnia będą ekstatycznie wielkie.

(Z tomu Terror, WBPiCAK, Poznań 2015).

 

Karol Maliszewski: Majzel. Kilka zdań

Pierwsze wrażenie wiąże się ze zgrzytliwymi, wykorzystującymi groźnie brzmiącą aliterację, rzeczownikami nazywającymi poszczególne części tomu (rumor, fetor, error), po męsku i kategorycznie porządkującymi napływ tego, co liryczne i być może sentymentalne. I jeszcze silniejszy sygnał ruchu, dziejącej się naocznie podróżnej opowieści z wyraźnie zaznaczonym bohaterem (znanym nam od dawna pod imieniem bartek, teraz pojawia się także majzel), który chce dotrzeć tam/ gdzie już żaden nie powstanie kamień. Zwróciłbym uwagę na wiersz wyrzucony na pierwszy plan (i ogień), wysunięty przed trzy części tomu, jakby osobny, tym bardziej znaczący (pt. zadrapanie). Mówi o brudzie, który pozostaje, który nie jest do zmycia, brudzie życia, doświadczania i przemijania. Ta liryczna rozprawa z pamięcią i pamiątkami z podróży życia zawdzięcza wiele jej, współtwórczyni monologu, partnerce. I to rzutuje na cały tom, który wydaje się naznaczony intensywną obecnością kobiety (kobiecością przemijania?) – raz wszystko rozumiejącej i uzupełniającej światowidzenie, to znów mieszającej, przeszkadzającej bohaterowi w kultywowaniu nostalgii, hodowli tęsknoty, nienadającej się do zabrania w podróż. Bo to jest tak, jakby były różne kategorie podróży, a widać, że bohater niezwykle mocno przywiązał się do tych pierwszych, samotnych i straceńczych. Zastanawiam się, czy usiłuje się tu wypracować nowy model doświadczania podróży (dojrzałości podróży?) i opowiadania o niej – w podwójności, w parze, w nieustannym monologowaniu, które ma sprawiać wrażenie dialogowania. Podróż w dialogu, spięciu, w konfrontacji, w dopowiadaniu tego, co czuje, co może pomyśleć i powiedzieć ten drugi czy druga: wówczas wydaje mi się że mówisz za mnie./ że nie muszę kończyć tej historii./ ani melodii którą zaintonowałem/ w poszukiwaniu słów.

Oczywiście, że najmocniej bije po oczach tytuł  Terror. Mocne słowo i modne. Ale Majzel zupełnie nie o tym, polityka go raczej nie obchodzi, a jeżeli już, to polityka złego snu, a jeszcze lepiej polityka obłędu, utraty, przemijania. I dochodzi się do wniosku, że w ramach tego magicznego (niepolitycznego) świata słowa mówią coś obok słów i prześwietlają się nawzajem ostro, podejrzliwie, więc taki terror  jawi się w pierwszej chwili jako męska strona słowa terra, będąc matki Ziemi koniecznym rewersem, jakąś męską częścią gliny, gleby, podłoża. Jeżeli usuniemy mu literkę, da się rozumieć jeszcze inaczej, jako błąd (error). I przypomina się (może niepotrzebnie) analogiczny, prawie tautologiczny rym, choć ze skradzioną literką czołową: devil-evil.

Najbardziej poruszają w tej książce wszelkie sygnały rozpaczy z powodu symbolicznej (bądź dosłownej – każdy czyta tak, jak uważa) przegranej, upadku, dotkliwego doświadczania ruin. Coś się skończyło w dawnej postaci, a teraz pracuje się nad tym, by uwiarygodnić to, co powstało zamiast. W zamian? No właśnie o to chodzi, że nigdy nie ma gładkiej zamiany, łagodnego przejścia. Już można patrzeć na zwaloną górę/ i nie konać razem z nią. Ale co to za – mówiąc językiem tej rozpaczy, tego napięcia – terror! I horror. Bohater tuli warkocz siwych włosów  i duma nad przemijaniem – jakim właściwie obdarzyć go mianem: czy to jest error, czy jednak terror?  Tu nawiązuję do wiersza terrarium i myślę o utworze terroryzm, w którym też znamienne wyznanie: sprawdzam: czyjeś skronie siwieją./ więc zaczynam płakać. Całość interesującej mnie sekwencji ideowej i obrazowej wieńczy wiersz pt. terra, jednakże nie dając ostatecznej odpowiedzi. To nie podręcznik wiosennego siewu, nie oczekujmy żadnych odpowiedzi, raczej cieszmy się pleniącymi się w nadmiarze pytaniami. W każdym razie wędrujemy do terry, mijając po drodze inne sygnały rzekomego złożenia broni: tuż po stracie, pogrzebowe przysmaki, zmarszczki, stryczek, bankrut, możliwe uniki  itd.

Być może terra  jest ewokacją czegoś, co nam tak pięknie w ostatnim czasie (jakieś 10, a może 20 lat?) zbankrutowało, nie wiem, aczkolwiek i tak da się czytać. W moim neurotycznym czytaniu dominuje inna nuta – słyszę pieśń o głodzie. Tęsknotę za dawną intensywnością. Niech blade ekrany nie migają jednostajnie i sucho. Niech nie error  tam świeci, a terror – siła, energia, panowanie na czymś i wiedza, że się rzeczywiście nad czymś panuje. W takim układzie terra  jest najważniejszym utworem tomiku zatytułowanego Terror. Jest rozmową z drugim czy drugą; a niech to nawet będzie tylko schizofreniczny cień (rysa), ale przecież jest. Jeśli wspomina się siebie samego, tak kiedyś niezłomnego, silnego siłą nieskończonych przestrzeni i możliwością ich zdobycia, to mówi się o pokonywaniu pamięci. I znów motyw włosów, które siwieją albo wypadają, będąc jawną oznaką starzenia się.

Poezja Majzla nie zestarzała się, dalej jest gniewna, dziecinnie zapalczywa. Teraz z pasją przepracowuje wielkie zdziwienie pod hasłem to te ruiny w tle jednak mnie dotyczą?  Spośród wielu pytań na czoło wysuwa się chyba to: za co kocha się siebie samego, tego naiwniaka sprzed lat? Za posiadaną wtedy siłę, wiarę, odwagę? Utwór pt. terra  wskazuje na idealizm, wolność i poezję (jeszcze wtedy) czystą: kochałem go dlatego że zakwitał za nic./ pędził po niebie odsuwając od siebie/ lądy pełne granic. Wypełniające ten tekst gorące prośby dotyczą jednego, które chciałbym zwerbalizować następująco: hej, ty tam w środku, drugi, trzeci, panie, boże, kobieto, jak cię zwał, tak zwał, zrób wszystko, żebym nie poddał się, a wraz ze mną to, co za mną (za nami) stoi.

Karol Maliszewski

majzel_okladka

Bartłomiej Majzel – ur. 1974. Poeta, podróżnik, dziennikarz radiowy, reportażysta. Opublikował książki Robaczywość  (1997), Bieg zjazdowy  (2001), Biała Afryka  (2005), Doba hotelowa  (2009), Terror  (2015). Nominowany do Paszportów „Polityki”. Najmłodszy laureat Nagrody Literackiej IV Kolumn. Tłumaczony na język angielski, serbski, walijski, ukraiński, bułgarski, szwedzki, czeski, słoweński, słowacki i inne. Reprezentował Polskę na licznych międzynarodowych festiwalach literackich. Współtwórca Trupy poetyckiej NaDziko. Mieszka w Katowicach.

Urszula Honek – ur. 1987. Autorka tomiku Sporysz  (WBPiCAK, 2015). Doktorantka kulturoznawstwa. Artykuły, recenzje, szkice publikowała w pismach literackich i filmowych. Pochodzi z Racławic (k. Gorlic). Mieszka pod Krakowem.