silesius-logo-poziom_1Bogdan Zdanowicz: Jak ty – juror prawie zawodowy – odnalazłeś się w zacnym gronie członków kapituły Silesiusa jako debiutant? Czy praca tu i praca tam – w innych konkursach – różniła się?

Karol Maliszewski: Powiem szczerze, że zaproszenie do jury Silesiusa było zaskoczeniem. Sądziłem, że już jestem całkiem wyautowany z wysoko postawionego towarzystwa i karty rozdaje się gdzie indziej, a tu nagle ktoś sobie przypomniał o moim istnieniu. Poczułem się jak piłkarz A-klasy zaproszony do gry w znacznie wyższej lidze. Gra się tak samo, to znaczy czuje albo nie czuje piłki (poezji), tylko stawki są większe.

Stawki – w sensie honorarium czy rangi i odpowiedzialności za wynik?

I jedno, i drugie.

Skoro mówimy o stawkach  i rangach – co sądzisz o znaczeniu aktualnych nagród literackich w Polsce?

Są demoralizujące. Kto to widział dwieście tysięcy za cieniutki tomiczek? Oczywiście żartuję. Jakiś tam sens mają. Człowiek pisze z nadzieją, że go zauważą, docenią. Niektórzy jednak woleliby coś więcej, jakiegoś życia literackiego, dyskusji, polemiki, bo teraz zostało tylko inkasowanie przez nielicznych i żal bardzo wielu. Tak się w tym kisimy.

Zdaje się, że niedomiar  autentycznego życia literackiego to motyw niezależny od czasu i ustroju (pamiętam takie narzekania z wielu lat, nawet w memuarach z czasów przedwojennego Krakowa…). Ale co nagroda daje dziś – poza liczbą zer na koncie? Uznanie krytyków? Środowiska? Reklamę i większy nakład? I jak to można widzieć z perspektywy powiatu, w którym obaj też funkcjonujemy, przynajmniej raz na jakiś czas? (śmiech)

Nagroda ustawia cię w polu następnych nagród, stypendiów, wyjazdów zagranicznych, zaproszeń na znaczące imprezy, ofert takich i owakich, tłumaczeń na języki obce i tak dalej. Jesteś zauważony przez środowiska akademickie, pojawiają się referaty na twój temat, nagle znajdujesz swoje nazwisko w podręczniku. Nie miałeś recenzji, to teraz masz. Inaczej podchodzą do ciebie kulturalni decydenci, a i odpowiedzi z wydawnictw jakby grzeczniejsze. Tak to działa. A z perspektywy powiatu? Chcą cię o wiele częściej na lokalnych świętach poezji, dyrektorzy bibliotek proponują wyższe stawki.

To jednak dużo. Nie sądziłem, że ten rozmach marketingowy tak mocno wkręcił się w poezję.

Też nie wiedziałem. Stosunkowo niedawno straciłem dziewictwo.

Stąd wniosek, że odpowiedzialność jurorów jest bardzo duża – powołują do istnienia nowe byty poetyckie lub wynoszą na wyżyny znane. Czy łatwo uzgodnić werdykt sprawiedliwy – rzetelny i ze wszech miar zasłużenie obdzielający laurami, o których mówisz? Mówmy na konkretnym przykładzie tegorocznego Silesiusa.

Nie ma rzetelnych werdyktów w sztuce, to wypadkowa wielu przypadków. Jak można uzgodnić punkty i wyznaczyć kolejność miejsc dla tak różnych indywidualności? Wręczanie nagrody to rodzaj społecznej gry. Musimy się w to bawić, skoro są pieniądze. Moim zdaniem siedem nominowanych tomików do nagrody książki roku powinno zostać nagrodzonych, każdy autor dostać po pięćdziesiąt tysięcy. Nie widzę jakościowej różnicy między nimi. Widzę tylko stylistyczne. Nominować tak dobrych poetów, a potem postawić ich na tej scenie z wiecznym piórem w ręce to jakaś ostentacyjna celebracja, zadawanie bólu. Widziałem ich twarze, było mi przykro.

Wracasz wciąż do metafory gry: a to gry społeczne, a to piłka nożna (notabene gratulacje za dwa gole strzelone do bramki krytyków). Czasem decyduje prosta arytmetyka. Pewnie też siła argumentacji, zapał polemiczny członków gremium. Ale przywołałeś też określenie czucia poezji. Czyli: trzeba mieć talent także do czytania i oceniania poezji? Czy każdy może być dobrym jurorem?

Co do ostatniego meczu, to strzeliłem cztery bramki i miałem trzy asysty. Grałem w drużynie poetów. Arytmetyka jest na końcu, wyciąga się karteczki, zapisuje nazwiska, liczy głosy. Przedtem trwa rozmowa. Trzeba być bardzo sugestywnym, żeby w jakiś sposób przekonać pozostałych członków jury. Niestety, nie byłem taki, walcząc o Przybyłę. Bo to moim zdaniem autor najbardziej interesującego debiutu dwa tysiące piętnastego roku. Mówię to, bardziej czując, niż rozumiejąc istotę tego fenomenu. Może związku z tym w jury powinni być sami chłodni, stonowani akademicy? Może to jest jakiś pomysł.

Nie przesadzajmy z tymi togami! Akademia nie daje kompetencji, tylko wiedzę, ważna jest osobowość, a tę albo się ma, albo… Czyli ty grałeś  na Przybyłę – znam te wiersze i masz rację, jeśli chodzi o… właściwie trudno mi to określić, bo jednak niezupełnie nowy język, ale też coś więcej niż dykcja… Może nie zawsze da się wygrać? Może wystarczy się ucieszyć z tego, że doprowadziłeś do pogromu krytyków na boisku i… zwycięstwa w konkursie na książkę roku… Barbary Klickiej! (śmiech). Dlaczego wygrały Nice?

Tak. Na moje karteczce był Przybyła. Ale tylko na mojej. Regulamin nagrody nie daje możliwości zastosowania votum separatum. Dlaczego wygrały Nice?  Bo sytuacja na karteczkach była całkiem inna. A tak poważnie: bo odświeżyły język poetycki. Zresztą każdy z jurorów miałby swoją teorię na ten temat. I o to chodzi.

Coś pozytywnego o nagrodzie za debiut? I choćby zdanie o nagrodzie – dla mnie bardzo ważnej – za całokształt, choć wyglądać by mogła na gest kombatancki  (ale Kornhauser przez lata był niezauważany).

Książka Aldony Kopkiewicz to bardzo dobry tom. Jednak rzecz w tym, że tuż obok przytrafiło się polskiemu językowi poetyckiemu coś zupełnie niebywałego, jakby z innej planety. Nie znajduję płaszczyzny do jakichkolwiek porównań. Oczywiście mówię intuicją, emocją, czuciem. Może za kilka tygodni włączy się rozum i powie co innego. Nazwisko Kornhausera też znalazło się na mojej karteczce. Z wdzięczności za to wszystko, co od dziesiątków lat zawdzięczam mu jako poecie, krytykowi i tłumaczowi.

Z relacji wynika, że moment wręczenia tej nagrody wypadł szczególnie – i uroczyście, i wzruszająco. A jak wyglądała cała impreza?

Miałem łzy w oczach, widząc bohatera mojej młodości na inwalidzkim wózku. Jakub, syn, przemawiał za niego. I ja chciałbym kiedyś od własnych dzieci usłyszeć to, co on powiedział o ojcu. A powiedział to także w moim imieniu. Jakoś zawsze w skromnego Juliana Kornhausera wierzyłem. Kiedy podszedłem, by mu to wyznać, nie skończyło się na uścisku dłoni. Była to dla mnie wielka chwila. A cała impreza? Naprawdę nieźle skrojona. Aktorzy i studenci świetnie podawali teksty, ze zrozumieniem i wyczuciem. Szczególnie byłem zachwycony interpretacjami Iwony Bielskiej. Przepraszam, jeśli przekręciłem nazwisko. Do tego natchniona, czujna muza w wykonaniu braci Pospieszalskich, ciekawa scenografia, stosowny ruch sceniczny, gra świateł i tak dalej. Tylko niczego nie dało się zrobić z tymi śmiertelnie smutnymi twarzami nominowanych, a ostatecznie nienagrodzonych. Ale była w tym prawda o literaturze jako agonie, o jej podskórnym nurcie rywalizacyjnym.

Dziękuję za rozmowę. Miałem cię pytać jeszcze o przyszłość nagród literackich w Polsce, ale miejmy nadzieję, że żadnej nie grozi zmiana na lepsze, choćby Wrocławskiej Nagrodzie Literackiej Silesius, którą funduje na szczęście tylko miasto Wrocław.

Z Karolem Maliszewskim rozmawiał Bogdan Zdanowicz, 20 maja 2016.

20.04.2013 Wroclaw 18. Europejski Port Literacki N/z Karol Maliszewski , poeta , prozaik i krytyk literacki fot. Marcin Rutkiewicz , Publikacja tylko po uprzednim kontakcie z autorem!!! Marcin Rutkiewicz 506 524 512

fot. Marcin Rutkiewicz

Karol Maliszewski (ur. w 1960 r. w Nowej Rudzie, gdzie mieszka do dzisiaj) – poeta, prozaik i krytyk literacki. Pracuje w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego. Opublikował osiem zbiorów wierszy, ostatnie to Potrawy pośmiertne (2010) i Ody odbite (2012) oraz siedem książek prozatorskich, między innymi Faramucha  (2001, nominowana do Paszportu Polityki), Sajgon (2009), Manekiny  (2012), Przemyśl-Szczecin  (2013 ,nominowana do Śląskiego Wawrzynu Literackiego). W roku 1999 ukazała się jego książka krytycznoliteracka pt. Nasi klasycyści, nasi barbarzyńcy, a w 2001 druga książka tego typu, zatytułowana Zwierzę na J. Szkice o wierszach i ludziach. Następnie wydał: Rozproszone głosy. Notatki krytyka  (2006, nominowana do Nagrody Nike), Po debiucie (2008), Pociąg do literatury  (2010), Wolność czytania  (2015). Jest współautorem podręcznika Jak zostać pisarzem (2011). W roku 2015 opublikował w Poznaniu wiersze zebrane z lat 1984-2014 w książce pt. Jeszcze inna historia.

bz_okBogdan Zdanowicz (bezet) – dawno skończony polonista, były instruktor-nauczyciel, spełniony już emeryt. Dzieciństwo i młodość spędził w Łobezie, studiował na UJ (w tym czasie należał do grupy poetyckiej MY), czterdzieści lat mieszkał w Krakowie (aktualnie w Londynie). Opublikował kilka zbiorków wierszy. Organizował spotkania autorskie, warsztaty literackie oraz konkursy poetyckie. Bywa producentem książek (jako redaktor, edytor i wydawca – w różnych konfiguracjach). Opracował spuściznę zmarłego starszego brata Leona; 2010 – Łabuź Leona (ostatni numer Prywatnego Okazjonalnika Literackiego poświęcony życiu i twórczości wydawcy kwartalnika „Łabuź”), 2011 – zbiór próz pt. opowiastki opowiadające, 2015 – leoniki i inne wiersze wybrane. Strona internetowa: www.bezet.art.pl