zyburtowicz_zdjecieRoman Honet: Spotkaliśmy się przy okazji Połowu 2010. Już wtedy miałeś sporo wierszy. Niemniej pierwszy tom wydałeś po pięciu latach. Skąd ten długi czas?

Dominik Piotr Żyburtowicz: Po pierwsze – chciałem, aby tom był dojrzały. Od 2010 roku nie przestawałem pisać. Z biegiem lat zmieniał się mój światopogląd, przychodziły nowe doświadczenia, nowe przemyślenia. Wiele wierszy musiałem odrzucić, bo nie pasowały. Do debiutu wybrałem pięćdziesiąt (ta liczba ma swój powód), moim zdaniem, najlepszych wierszy. Myślę, że układają się w sensowną całość, konstytuują jakąś historię. Starałem się zachować spójność, powiązanie, stworzyć własną mapę poetyckiego głosu. Czas działał na korzyść Żaglowców.

Druga sprawa – nie ukrywam, że tom mógł ukazać się kilka lat temu, miałby wtenczas nieco inny wydźwięk, ale spokojnie mógł ukazać się jako tom dojrzały. Tutaj powodem prokrastynacji okazuje się nieprzychylność rynku wydawniczego dla debiutantów… czy też w ogóle – dla poetów. Oczywiście piszę to w oparciu o własne doświadczenia. Nie wiem, jak jest w przypadku innych autorów, ale w moim z wydaniem książki było bardzo ciężko. Tak, starałem się o wydawcę. I chciałem, aby był to wydawca porządny. Gdy w końcu udało mi się takiego porządnego wydawcę znaleźć, okazało się, że kolejka poetów jest długa i znamienita, więc trzeba czekać. Po odczekaniu dowiedziałem się, że za wydanie książki muszę zapłacić kupę forsy, bo jest kryzys, bo dotacje na kulturę ucięte. Chcesz wydać książkę? Musisz samemu kombinować kasę. To była kolejna kłoda pod nogi, ale trudno – nie poddawałem się.

Tak więc zacząłem kombinować pieniądze. Ha! Nawet wczułem się w rolę. Zacząłem szukać sponsorów, pisać podania, chodzić po firmach i instytucjach. (Miałem ambicję nie płacić za książkę z własnej kieszeni, nie chciałem w ten sposób). Ukazał się nawet artykuł w miejscowej gazecie, mówiący o tym, że jest ktoś taki jak ja: trzydziestodwuletni poeta, co przeżył to i tamto, ma trudną sytuację finansową, wygrał kilka konkursów i stara się wydać książkę; że tenże poeta ma takie życiowe marzenie i jeżeli jest na tym świecie ktoś wrażliwy na poezję – niech pomoże!

Chętnych było zero, przecinek, zero. Byłem marzycielem w czasie kryzysu! A podania do firm i instytucji? To samo. Odmówiło dziewięćdziesiąt dziewięć procent, wliczając w to dział kultury i bibliotekę w Koszalinie. Najbardziej jednak zawiodłem się na burmistrzu mojego rodzinnego miasta, który najpierw obiecał mi złote góry, a potem mnie olał. Ach, ciężkie było to zderzenie z rzeczywistością. Był czas, kiedy jako poeta czułem się kompletnie zdeprecjonowany. Zaczęły mnie nachodzić złe myśli.

Dobrze, że są najbliżsi. Jest moja matka. Jest Angelika – moja narzeczona. Angela z mamą pomogły mi tyle, ile mogły. Dobrałem kredyt i książka jest. A to tylko dlatego, że po bezrobociu udało mi się znaleźć pracę. Przekonałem się, że nie ma co liczyć na system. Umiesz liczyć? Licz na siebie. A na pewno, jeżeli chodzi o poezję.

Niedawno ukazała się w Internecie wzmianka, że Dominik Piotr Żyburtowicz to poeta z Koszalina. Chciałbym sprostować tę informację: nie jestem poetą z Koszalina. Obecnie mieszkam na wsi, wyprowadziłem się z Koszalina.

Przy lekturze Żaglowców  pomyślałem, że zasadniczo twoja liryka nie zmieniła się w zakresie stylistycznym, natomiast pogłębiła się w zakresie treści. Zgodziłbyś się z tym?

Nie lubię zamykać się w jednym modelu wiersza, lubię wyrażać się w różnych formach, ostatnio na przykład napisałem cykl sonetów ku pamięci zmarłego przyjaciela. Ale tobie chyba chodzi o element łączący, charakterystyczny dla mojej stylistyki, który jest widoczny w rymotwórstwie. Pod tym względem stylistyka się nie zmieniła. I dobrze. Cieszę się, że osiągnąłem własną dykcję.

Według mnie mowa poetycka powinna starać się o piękno, jest to mowa wyszukana, specjalna. Zauważyłem, że dobrze skacze mi się po rymach wewnętrznych. Czasem w sposób spontaniczny, czasem w sposób przemyślany. To już weszło w krew i chyba stworzyło pewien model wiersza. Kiedy zaczynam pisać, uruchamia się we mnie jakąś wewnętrzna językowa muzyka i cała treść kładzie się na tej muzyce. Przypomina mi się tutaj Leśmian, który, zanim zaczął pisać, tupał nogą w podłogę, wystukując rytm. Ja akurat tak nie robię. Nie do końca wiem, skąd pochodzi moje metrum. Pewnie ze świata, życia, lektur, muzyki poważnej, języka polskiego. Na pewno w stu procentach nie ze słuchu zewnętrznego, bo przecież jestem na wpół głuchy, mam poważny niedosłuch, noszę aparaty słuchowe. Chyba chodzi tutaj bardziej o słuch wewnętrzny, literacki.

W poezji współczesnej szczególną uwagę zwróciłem na poetów innej harmonii, można tu wymienić Tomasza Różyckiego, Annę Piwkowską, Macieja Woźniaka. Tym poetom kibicuję, z tego rodzaju językiem chciałem nawiązać więź. Swojego czasu byłem zafascynowany Czechowiczem, Tuwimem, a zanim w ogóle zacząłem pisać, czyli jeszcze w szkole średniej – po cichu poczytywałem Mickiewicza. Wtedy razem z kumplami cytowaliśmy na pamięć wyłącznie hiphopowe kawałki. Nie przyznawałem się, że czytuję Mickiewicza.

Nie zależy mi zanadto na budowaniu nowoczesnej dykcji, najważniejsze jest dla mnie odkrywanie tajemnicy. Wydobywanie z egzystencji odwiecznej, uniwersalnej prawdy, często przez nas zapominanej. Od początku drogi twórczej towarzyszy mi przeświadczenie, że nie ma języka absolutnie oryginalnego, każde dzieło jest kolejnym ogniwem tekstowego łańcucha. Gdy zacząłem pochłaniać książki… stosy książek, morze literatury polskiej i powszechnej, dzisiejszej i dawnej… widziałem, że najbardziej interesuje mnie przekaz klarowny. Oczywiście lubię awangardę, więcej jeszcze, nie mogę się bez niej obejść. Jednak – jako człowiek o duszy prostej, nieskomplikowanej – poruszam się w obszarze, w którym czuję się dobrze.

Wiele moich wierszy przybiera formę prostą. Niektórzy mówią: Co to za zapis? Przecież współczesny poeta tak dzisiaj nie pisze. A ja mam to gdzieś, więcej jeszcze, denerwuje mnie ten poetycki puryzm. To usilne trzymanie się zasad. Nie wolno używać słowa miłość, nie wolno używać słowa księżyc, bo to wyświechtane, niemodne. A mnie nie interesuje literacka moda, nie chcę i nie muszę za nią podążać. Na pewno w jakimś stopniu w niej jestem, bo przecież nie będę pisał jak Mikołaj Rej, żyjąc tu i teraz, jednak nie czuję potrzeby bycia oryginalnym. Najważniejsza jest moc, która bije z treści wiersza. A to się czuje.

Czy moja liryka pogłębiła się w zakresie treści? Pewnie tak. Przez cały czas staram się rozwijać samoświadomość. Kiedyś studiowałem ekonomię, potem filologię polską, trochę historię, trochę wiedzę o kulturze, za jakiś czas chciałbym pójść na filozofię. Podoba mi się zdanie Tadeusza Różewicza, który powiedział, że poeta powinien się rozwijać, że sam talent może wystarczyć na jeden tomik, na rodzaj autobiografii. A co potem?

Chyba trochę zanadto zboczyłem z tematu. Wróćmy do wierszy. Tak więc dzięki pracy, zyskaniu samoświadomości zwiększyła się ranga treści mojej liryki. Niemniej wciąż nie jestem w pełni zadowolony. Muszę pójść jeszcze, jeszcze dalej. W całym tomie zawarta jest pewna filozofia, która się rozwija. W rozdziale trzecim – Spotkanie tutaj – pojawia się transcendentność, reinkarnacja, platonizm, wieczność duszy w nurcie egzystencjalnym. Wiersz Echmos  powstał w 2014 roku i dodaje do tego kosmosu nową planetę.

Czym jest laleczka z metalu i gwoździ pojawiająca się w wierszu o tym samym tytule? Od kogo tamten znak? Zwłaszcza że w twoim tomie pojawia się kilka podobnych znaków…

Wiersz pod tytyłem Laleczka z metalu i gwoździ opowiada o ostrzeżeniu w śnie. W 2012 roku miałem wypadek samochodowy, jechałem z moim kotem – Wirusem. Na trasie szybkiego ruchu w moje punto uderzył bus. Nieźle mnie potargało, ale przynajmniej kotu nic się nie stało. Niezwykłe jest, że tydzień przed kraksą przyśnił mi się mój dawno zmarły ojciec, był to jeden z tych realistycznych, przejmujących snów. Takie sny zawsze o czymś mówią. Pod koniec snu mój zmarły (w 2000 roku na zawał serca) ojciec pokazał mi przedziwną rzecz, była to laleczka z metalu i gwoździ.

Przez cały tydzień zastanawiałem się, co to może znaczyć. Kiedy wyszedłem z wraku samochodu – zrozumiałem.

Oczywiście nie wszystkie wiersze, w których poruszam temat śmierci, dotyczą mojego ojca. Takie myślenie charakteryzowałoby się brakiem wyobraźni, pójściem na jakąś interpretacyjną łatwiznę. Wiersz pod tytułem Pierwszy  mówi o znaku, który dał mi mój dziadek zaraz po swojej śmierci, zanim wszyscy się dowiedzieli. Natomiast w tle wiersza Wiadomość  jest zmarły przyjaciel rodziny.

Odnośnie do Elegii na odejście pięknych saren – oczywiście wiele na ten temat powiedziano i napisano, lecz jak ty sądzisz: istnieje miłość po śmierci?

Elegia na odejście pięknych saren  jest przyjęciem przeze mnie pewnej filozofii, która się rozwija. Zawsze bardzo pociągała mnie ontologia i chciałbym ją studiować dalej. Wolę widzieć świat jako jeden wielki organizm. Energia przechodzi w materię. Materia przechodzi w energię. Nie bez znaczenia pojawia się w tym organizmie dusza, a co za tym idzie, najpiękniejszy pierwiastek duchowy – miłość. Myślę, że miłość jest częścią czegoś większego. Elegia… przenosi pierwiastek miłości w dodatkowy wymiar i nadaje mu jeszcze większe znaczenie. Z czasem zmieniłem w tym wierszu ostatni wers, kiedyś było: energię ma w tobie, w twoim wnętrzu, w nas. A dzisiaj jest: energię ma w gwiazdach, w twoim wnętrzu, w nas.

Poza tym: oczywiście, że istnieje miłość po śmierci, ona na pewno zostaje w sercach tych, którzy żyją i pamiętają.

Sporo można napisać o Elegii na odejście pięknych saren. Podoba mi się, jak robią to inni. Nie wszystko im się udaje, ale ja chyba też nie powinienem zanadto tłumaczyć.

W wierszu kończącym tom napisałeś: urodziłem się krainie zaczarowanych jezior. Jeśli jeziora, więc na ogół także drzewa, ptaki, słońce, chmury – wszystko to raz po raz wraca w twojej poezji. Jak miejsce urodzenia wpływa na tematykę wierszy?

Przestrzeń, w której istniejemy, siłą rzeczy wpływa na treść naszych wierszy. Na Pojezierzu Drawskim jest mnóstwo jezior. Wśród nich się wychowałem i także do nich wracam, odwiedzając dom, matkę. Od 2003 roku mieszkam poza domem. Większość tego czasu spędziłem w Koszalinie. Niemniej jestem człowiekiem z prowincji i niech tak pozostanie. Zamiast błądzić po centrum handlowym, wolę błądzić po lesie. Biegać po polach, leżeć w trawie, spacerować po plaży. Gdy jestem blisko natury, czuję się spokojniejszy. Naturalna przestrzeń daje mi środki, które pomagają stworzyć prawdziwy wiersz.

Miejsce urodzenia wpłynęło na niektóre wiersze o dzieciństwie, które otwierają mój tom. Czas dzieciństwa był dla mnie czasem szczęśliwym, działo się wtedy wiele niezwykłych rzeczy, widzenie było inne, Liść porzeczki inaczej pachniał, inaczej smakował  (Podsiadło). Źródło lśniło w ogrodzie  (Rilke). Jakże mógłbym pominąć to w wierszach. Tego rodzaju ewokacje są czystą przyjemnością. Gdy wracam w pamięci do czasu dzieciństwa, wracam również do pól i leśnych stawów… zresztą, nie oddaliłem się od nich zanadto.

Cytat z wiersza Symfonia pieśni żałosnych: jeżeli twój płacz / nie pozwoli komuś odejść, ten ktoś / przyjdzie i poprzez szaleństwo / nie pozwoli zostać tobie. Kto tu odchodzi, a kto zostaje?

Bardzo lubię III Symfonię Pieśni Żałosnych Henryka Góreckiego, szczególnie część drugą. Oprócz przepięknej muzyki pojawiają się w niej słowa, które wypowiada dziewczyna oddzielona od rodzica. Jak wiadomo, słowa: Mamo, nie płacz, nie. / Niebios Przeczysta Królowo, / Ty zawsze wspieraj mnie. / Zdrować Mario, Łaskiś Pełna – zostały napisane na ścianie więziennej celi przez Helenę Błażusiak. (Pierwotnie słowa te pochodzą z ballady autorstwa Anny Fischerówny). Podczas II wojny światowej Helena Błażusiak została schwytana i uwięziona przez gestapowców. To wyrażenie smutku, cierpienia, rozpaczy – te uczucia są mi dobrze znane. Moja dojrzałość przychodzi nagle, ponieważ łączy się ze śmiercią ojca, miałem wtedy szesnaście lat. Zawsze byłem wrażliwy, a tamto traumatyczne przeżycie wywołało wstrząs, po którym nieco zmieniło się moje widzenie świata. Jestem przekonany, że gdyby nie tamta trauma, zająłbym się w życiu czymś innym, nie pisaniem. A tak odfrunąłem na jakąś obcą planetę czy też lepiej byłoby napisać – na księżyc. Tam znalazłem dom, półki z książkami, sny. Własny świat, który okazał się pomocny.

Mówienie o sprawach ostatecznych siłą rzeczy popycha nas w obszar nieznany, nieodkryty, nigdy niezbadany metodami naukowymi. Chyba jedynym narzędziem, które pozwoli uchybić rąbka tajemnicy, jest sztuka. Ile w tym artystycznym przekazie prawdy? Tyle, ile podyktowało życie. Niektóre moje wiersze wchodzą w strefę osobistej prywatności, ponieważ chcę, aby były prawdziwe. Oczywiście, prawda jest też w innych dziełach literackich, bez innych dzieł pewnie w ogóle nie zacząłbym pisać, ale w niektórych sprawach wolę czerpać z czystego źródła przeżycia egzystencjalnego. Przez wiele lat kontemplowałem temat śmierci i na podstawie własnych doświadczeń napisałem kilka tekstów. Z czasem trzeba było podjąć kilka znaczących decyzji. Po latach na niektóre sprawy spojrzałem inaczej, na przykład tytuł Dowody na istnienie umarłych  zmieniłam na W świetle zniczy. Długo zastanawiałem się, jak to jest, że umarli wciąż powracają w snach, że czasem dają znaki, że ich przyjście w snach ma jakiś powód… albo nie ma powodu… ciężko postawić tu kropkę. Chyba udało mi się znaleźć tymczasową odpowiedź (tymczasową, bo odpowiedzi będę szukać przez całe życie) w wierszach Chryzantemy i róże i Chryzantemy i gwiazdy. To takie spojrzenie na temat z dystansu. Wiersz Chryzantemy i gwiazdy jest przyjęciem pewnej filozofii, która pomaga zrozumieć  i zaakceptować. Z kolei Chryzantemy i róże pomagają się przygotować, bo tak będzie zawsze, że ludzie wokół nas będą znikać. Trzeba obrać jakaś strategię, aby nie zwariować.

A co do frazy jeżeli twój płacz / nie pozwoli komuś odejść, ten ktoś / przyjdzie i poprzez szaleństwo / nie pozwoli zostać tobie – niech ta fraza będzie uniwersalna. Wiem, że są ludzie, którzy mają podobne do mojego scenariusze życiowe. Dobrze byłoby, gdyby mój wiersz przyniósł im trochę pożytku.

Wydałeś, owszem, obszerny tom, mimo to pozwolę sobie na pytanie: czy na kolejny też poczekamy pięć lat?

Zacząłem pisać w 2004 roku. Pierwszy prawdziwy wiersz – Dojrzewanie owoców – napisałem w grudniu 2005 roku. Od tamtego czasu napisałem mnóstwo wierszy. Dziś do Żaglowców  mógłbym dodać jeszcze dwa grube tomy. Ale nie śpieszy mi się. Jestem zmęczony staraniem się o wydanie pierwszej książki. Za długo to trwało i kosztowało zbyt wiele trudu. Wszystko zależy od tego, co przyniesie los. Niedawno zacząłem nową pracę i teraz skupię się na niej, aby spłacić długi. Noszę się też z zamiarem napisania powieści, mam już kilka stron. Czas pokaże.

Z Dominikiem Piotrem Żyburtowiczem rozmawiał Roman Honet, 11 kwietnia 2016.

 

Symfonia pieśni żałosnych

Ktoś, kto tego nie przeżył nigdy nie zrozumie
czym jest żałoba w pustym, czarnym domu.
200 metrów martwej przestrzeni, można biegać
schodami z dołu do góry i z góry na dół;

z ciemności spoglądać w okna. Wiem,
że to dziwne, ale samotność
może być tobie najbliższą z ludzkich twarzy
– tą właśnie, którą tak bardzo,

tak mocno kochałeś. We wszystkich snach
pustynia (bo kiedy wieczorami
będziesz się modlić o śmierć, w snach
nie zobaczysz nic oprócz pustyni).

A gdy pewnego dnia w takim domu
rozlegnie się skrzypienie mebli schodów,
nie pozwól tym dziwnym odgłosom
rozprzestrzenić się na schody życia.

Albo inaczej: jeżeli twój płacz
nie pozwoli komuś odejść, ten ktoś
przyjdzie i poprzez szaleństwo
nie pozwoli zostać tobie.

2011

 

Laleczka z metalu i gwoździ

Tydzień przed wypadkiem ojciec
awanturował się we śnie.
To dziwne, przecież nigdy
ręki na mnie nie podniósł. Tydzień
przed kraksą mój zmarły
ojciec bił mnie po głowie
i szarpał za odzież. Pamiętam

uderzenie, metal łamał się
niczym plastik zabawki, w powietrzu
latały śrubki, kabelki. Szkło
utkwiło w skórze, części z silnika
w ubraniu. (Oto chwila, kiedy człowiek
jest jak marionetka). Tamten znak

(ostrzeżenie?) był nie do odczytania.
Skąd miałem wiedzieć co znaczy laleczka
z metalu i gwoździ.

Którą mi pokazał.

2012

 

Chryzantemy i gwiazdy

Każdego roku usycha i powraca miliard kwiatów,
bez cienia smutku i radości (jakby wiedziały,
że to rutyna, że powrócą), pamiętaj – światło
gwiazd gaśnie i zapala się w innym miejscu.

Gdzie jesteś teraz, energio z wnętrza ojca, dziadka,
jaki kształt przybrałaś? Może siedzisz na plaży
w jakimś tropikalnym kraju, patrząc
na światło nowo powstałej gwiazdy?

Kiedy ja trzymam w sobie światło gwiazd wymarłych,
jeszcze – choć coraz słabiej – układa się w snach
w kształt waszych uśmiechniętych twarzy.
Rozmowa trwa nadal, bo światło gwiazd wymarłych

leci wciąż przez kosmos, który jest w nas, i świeci
jak wcześniej, daje energię jak wcześniej, rozmawia.

2015

(Z tomu Żalgowce, WBPiCAK, Poznań 2015).okladka_zyburtowicz

Dominik Piotr Żyburtowicz (ur. w 1983 roku w Drawsku Pomorskim) – poeta. Wydał tom wierszy pt. Żaglowce  (WBPiCAK, Poznań 2015). Wiersze publikował między innymi w „Akcencie”, „Arteriach”, „Dwutygodniku” „Frazie”, „Latarni Morskiej”, „Migotaniach”, „Odrze”, „Toposie”, „Tyglu Kultury”, „Wyspie”, „Zeszytach Poetyckich”. Laureat wielu konkursów poetyckich, między innymi im. Zbigniewa Herberta, im. Rafała Wojaczka, im. Władysława Broniewskiego. Współautor antologii: Połów. Poetyckie Debiuty (Wrocław 2010), Free over Blood (Londyn 2010) oraz Przewodnik po zaminowanym terenie (Wrocław 2016). Obecnie mieszka we wsi Bonin koło Koszalina.