Roman Honet: Reorientacja to zmiana orientacji, lecz także metamorfoza, przeobrażenie, ale też przeróbka. A więc: całkowity przełom czy nieznaczna przeróbka?

Ewa Frączek: Wybrałabym całkowitą przeróbkę. Coś jak ze statkiem Tezeusza, znasz tę historię pewnie. Czy raczej filozoficzne pytanie: jeśli stopniowo będziemy wymieniać wszystkie elementy statku na nowe, to czy gdy w końcu każda część będzie nowa, to czy nadal jest to statek Tezeusza? Jeśli odpowiedź jest twierdząca, to znaczy, że kopia obiektu jest tym samym obiektem. Jeśli przecząca, to nic, z ludźmi włącznie, nie zachowuje swojej tożsamości, gdy zmianie ulegają elementy. Ja jak patrzę w przeszłość, przecież wcale nie tak odległą, dajmy na to kilkanaście lat, to przekonuję się do odpowiedzi przeczącej. Nie widzę żadnego wspólnego elementu. Inna sprawa, że ten zawiły wywód można skierować na zupełnie inny tor i nazwać po prostu dojrzewaniem, bez bawienia się w bajki i pytania bez odpowiedzi. Tyle że w moim przypadku to dojrzewanie jest opóźnione o co najmniej dekadę pewnie, a do tego zawsze nieco głupio się przyznawać. Więc zostańmy przy statku (śmiech).

W twojej nocie napisano, że szukasz sensu życia. Czy to zajęcie kiedykolwiek się kończy?

A gdzie tam. To znaczy kończy się. Konstatacją, że konstrukcja pod tytułem sens życia to coś jak kwiat paproci. Można sobie szukać, ile się chce, powodzenia. Tyle że coś takiego nie istnieje. Ewentualnie można go sobie oczywiście narzucić samemu, to tak. Gdyby tego ludzie nie robili, to oszaleliby wszyscy albo wszyscy chodziliby na pielgrzymki. Uważam tylko, że to miłe, jak człowiek się nie oszukuje. Dobra, nie ma czegoś takiego jak sens życia do odnalezienia, w sensie zewnętrznym, strasznie to przykre, trochę sobie nad tym popłaczę jak za wiarą z lat dziecinnych i inną wiarą z lat nastoletnich, ale ostatecznie coś trzeba z tym fantem zrobić. Czyli można to interpretować jako nie szukanie, a próbę ustawienia sobie, co nim będzie. Co nim jest dla mnie, oczywiście.

Skąd wziął się pomysł na podział tomu na trzy części? Dodajmy, że nierówne…

Z konieczności porządkowania, ja szalenie lubię rozdziały, części i sytuacje, gdy w jednej szufladzie są skarpetki, a w innej rajstopy. Z drugiej strony jeszcze nie jest to nerwica natręctw, skoro części, sam zauważyłeś, nie są równe. Wiersz Do lustra musiał być wyodrębniony, bo usiłowanie wciśnięcia go w którąś z części to tak jakby próbować wepchnąć grzyby do królestwa roślin lub zwierząt, a przecież nie tam ich miejsce.

Tomik został wydany w efekcie wygrania przez Ciebie konkursu o Syfon Scherfera. A gdyby to nie tobie przypadło zwycięstwo? Wysłałabyś do wydawnictwa? Zważywszy zaś na twoje osiągnięcia w konkursach lirycznych: co się w nich cieszy, a co uwiera? Oczywiście z wyjątkiem sytuacji, kiedy nie wygrywasz (śmiech).

Nie wiem, czy bym próbowała wydać wiersze tak normalnie. Jak ci powiem, że ja w ogóle nie wierzę w to, że one są dobre, to zabrzmi trochę jak jęki modelki, że jest gruba. Być może bym wysyłała, ale właśnie dlatego, że wszystkie teksty z tomu były gdzieś pojedynczo wyróżnione albo nagrodzone. A ja strasznie potrzebuję potwierdzenia w świecie zewnętrznym, że coś jest okej. Dopóki nie usłyszę, że dobrze wyglądam, mam problem z wyjściem na imprezę. Więc gdyby nie te konkursy, to bym sobie może pseudonim jakiś wymyśliła i nękała wydawnictwa, a następnie szybko się zniechęciła, że nie ma odpowiedzi. A inna sprawa, skoro o konkursy pytasz. One są… szukam epitetu. Właściwie są drażniące, choć sprawiają mi przyjemność. Wszystko jest miłe, ludzie są mili, raz w Brzezinach to była taka wypasiona impreza, że na weselach tak się nie jada już. Czasem jest zbyt miło i robi się kółko adoracyjne, jak w związku literatów, ciężka rzecz. Innym razem robi się slam, hipsterka, no i wszyscy myślą, że spłodził ich Bukowski, też ciężko. Więc może inaczej, żeby nie rozgadywać się: na imprezach pokonkursowych odczuwam trudność z wpisaniem się, nazwijmy to, w ogólnie panującą atmosferę, jaka by nie była, adoracyjna czy slamowa. Ale same konkursy są dla mnie ważne, bo są bodźcem do wyjścia na zewnątrz, pieszczeniem zakompleksionego ego. Chodź, ładnie wyglądasz, możemy iść. Aha, skoro ładnie, to możemy.

Ważny jest dla ciebie Barańczak, czemu dałaś wyraz choćby przez uczynienie daty jego śmierci tytułem jednego z wierszy. Dlaczego właśnie Stanisław Barańczak?

Było akurat na odwrót, jego śmierć spowodowała lawinę przeciążającą umysł człowieka o estetyce jakoś tam wymagającej. Nie jesteś w mediach społecznościowych, szczęściarzu, może nie wiesz… Jak ktoś umrze, to zaskakująco wielka grupa ludzi uważa za swój obowiązek udostępnienie tej informacji, ze smutną buźką rzecz jasna. Internet już od rana bombarduje wiadomością, ale ty jeszcze ją przeczytasz na profilach swoich znajomych. Jakaś zaraza. Niby szacunek, niby okazanie, że się kojarzyło, zna, ceniło, to boli, jakiś osobisty hołd. Może i tak. Ale jeśli nagle cała sieć znajomych przekazuje ci za pomocą tej dziwnej sieci, jaką jest Facebook, że nie żyje Bowie czy Cohen, to zaczyna to być płaskie, nieznośne. No i ja tego dnia, w którym powstała pierwsza wersja wiersza, czytałam, że nie żyje Barańczak. A potem, że nie żyje Barańczak. A potem, że nie żyje Barańczak. I to głupie R.I.P. jako komentarz, dziesiąty, dwunasty. A potem: o Jezu, jak się obżarłem, bo to w drugi dzień świąt było. Potem znów, że nie żyje Barańczak, trochę opóźnione info. Potem pytanie, kto idzie dziś na browar, dosyć tych świąt. No obłęd. Ja rozumiem treści dedykowane pamięci zmarłych, publikowanie osobistych wspomnień, nie odbieram tego nikomu. Ale taki żal w postaci znaczka płonącej świeczki po to, aby sekundę później opowiadać o cieście teściowej, banalizuje i tak już zbanalizowany świat.

Kto jeszcze jest ważny, kto w twojej lekturze bywa blisko i często?

Pojadę tu takim mainstreamem, że nigdy mnie nie wpuszczą już na slam. Bo nie rzucę żadnym konkursowym nazwiskiem, uprzedzam. Szymborska, to zawsze. Zupełnie inna poetyka, wiem, ale ten dystans, ten brak patosu… I to personifikowanie zjawisk, ono jest rozczulające, a jednocześnie nie jest słodkie. I Bursa z drugiej strony, jedyna poezja z zaskakującymi zwrotami akcji, jeśli w ogóle można to tak nazwać. A ja lubię jak coś się dzieje, lubię żart. Leśmian z trzeciej, to nie trzeba nic dodawać, ja Leśmiana czytam nawet może za często, śmieję się i mam dreszcze w tym samych momentach zawsze, jak taki dziadek, co w każde święta ogląda Trylogię i na pogrzeb Wołodyjowskiego ma przygotowaną stertę chusteczek. A z żyjących jeszcze to Dehnel, choć czasem jego teksty są jak dla mnie zbyt przepakowane kontekstami, przez to trochę wąskie. Ale jego wiersz Szczęście to chyba jeden z najważniejszych w życiu; dla mnie, że sobie pozwolę na osobiste wynurzenie. Albo jego Hotel Rzeszów, kwintesencja tego, o czym właściwie jest poezja. A poza tym to ja prosta dziewoja ze wschodu jestem, więc lubię tekściarzy, na przykład Staszewskiego seniora. Niby inny świat niż mój, w sumie grzeczny taki. A jednak ten banalny chwilami język Staszewskiego i warszawskie speluny, z którymi nie mam nic wspólnego, są tak poetycko bliskie.

Melancholia mnie brzydzi / jak strup – zapisałaś. To kokieteria czy powaga?

Powaga. Jakby to powiedzieć… Zacznę od końca. Mnie drażni – ale tak drażni codziennie, że ciężko mi zachować dystans i to olać – terror żartu w publicznej przestrzeni. Wszystko ma być lekkie, dowcipne, takie joł, Kuba Wojewódzki szoł. Plastik wychodzi już oczami, pewnie rozumiesz. Tego nie cierpię. Ale z drugiej strony z tego mojego nie cierpię nie rodzi się nic kreatywnego poza krytykanctwem, niechęcią do świata i właśnie reakcją w postaci melancholii. Odwracasz się dupą od tego wszystkiego, kolorowego i miałkiego, zatykasz uszy i żyjesz sobie we własnym świecie, na przekór tej debilnej radości trochę jednak smutnym. I w pewnym momencie, gdy spotykasz drugą osobę, podobną do ciebie, ona też jest siłą rzeczy trochę smutna w reakcji na świat. Zaczyna się takie życie dwóch smutasów, znajomi też smutasy, brak alternatywy. I niemoc, ta melancholijna własna niemoc, zaczyna brzydzić. Człowiek chciałby jak Nadczłowiek Nietzschego uwalniać siły witalne, a tylko kręci głową, wyłącza telewizor, zasłania głowę kocem i powtarza, że on nie chce tu być.

Na zakończenie pytanie o motto otwierające tom. Czym według ciebie jest ból, jeśli nie jest pięknem?

O nie, nie. Ból jest obrzydliwy, choć literacko rodzi piękne rzeczy. Ale ja szalenie nie pasuję do tej części chrześcijańskiej, nazwijmy ją w uproszczeniu, wizji świata, która twierdzi, że ból jest pięknem, a cierpienie uszlachetnia. Ja byłam jakimś Grekiem w innym wcieleniu, który łaził w białej todze, wymądrzał się, jadł oliwki, a na końcu, gdy go zaczęło boleć w krzyżu, uznał, że nie ma co, zaprosił przyjaciół i krew z żył jego spływała do pięknie zdobionego dzbana. W tym motto jest o pięknie, które sprawia ból pożądany, to trochę co innego, nie utożsamia tych dwóch pojęć. Wspomnienia na przykład. Te piękne sprawiają ból, który je, owszem, uzupełnia, pogłębia i tylko w tym sensie jest pożądany, bo bez tego bólu pamięć o najpiękniejszych chwilach w życiu zostałyby spłycona. Ale razem z nim nadchodzi od razu wiertło, które ma za zadanie wbić w czaszkę nawet Grekowi: nic nie jest wieczne, to było i nie wróci, to, co dziś, już zaraz będzie przeszłością. I tak pojawia się w górze wielki napis memento mori  i mamy jednak patetyczne zakończenie. No trudno.

Z Ewą Frączek rozmawiał Roman Honet, 3 lipca 2018.

 

o cudach

                                        The Maestro says it’s Mozart
                                        but it sounds like bubble gum
                                        when you’re waiting
                                        for the miracle, for the miracle to come.

………………………………………..Leonard Cohen

gdybym mogła wygryźć dziurę w betonie i wyrzucić
z powrotem w powietrze motyla wdeptanego
w papierek po karmelowej milce i gdybym
ostrzegła tego głupiego kota przed
drogą z pierwszeństwem przejazdu
albo przynajmniej zapobiegła
rzezi niewiniątek może chodziłabym w nagrodę
po wodzie dyskutowała
z krzewem wskrzeszała zmarłych
i może
skończyłybyśmy nasz
dialog, jeśli pamiętasz początek:
ja krzyczałam i byłam goła jak kafel
łazienkowej posadzki ty miałaś rozwarte nogi a obcy
świadkowie w fartuchach odcinali mi właśnie
skręconą rurkę
przy pępku

 

zabawa integracyjna

przedsiębiorcy zarządzili dzień wolny
od smutku: na kubku starbucksa można już napisać
swoje imię.
rekrutowali mnie wtedy do naklejania plastrów
na poranionych od plastiku ustach
musiałam tylko udawać radość, nie wyszło.

taka jesień. integracja trwa beze mnie.
animatorzy kochają się w kanciapach
z naszymi mocnymi cechami. kreatywność
wygrała z rymowaniem.

poprosiłam żebraka o parę złotych. dyrektor
usnął. nowi pracownicy dostali
po orzechu kokosowym
z gratulacjami.

(Z tomu Reorientacja, K.I.T. Stowarzyszenie Żywych Poetów/Miejska Biblioteka Publiczna im. Księcia Ludwika I, Brzeg 2017).

 

Ewa Frączek – urodzona na początku lat 80., pisze wiersze i wciąż ma problem z nazwaniem się poetką. Ale jednak – zbiór wierszy Reorientacja to wynik konkursu o Złoty Syfon im. Scherfera. A każdy wiersz w zbiorze był wyróżniony lub nagrodzony na którymś z ogólnopolskich konkursów. Publikuje także felietony i – jako filozof i historyk – artykuły popularnonaukowe. Zainteresowana głównie edukacją, na co dzień uczy i wykłada w różnych okolicznościach i konfiguracjach.