Jakub Kornhauser, fot. z archiwum

Jakub Kornhauser, fot. z archiwum

Roman Honet: Jak się zaczęła twoja fascynacja malarstwem Soutine’a? Byłeś w Merion w Foundation Barnes i w paryskim Musée de l’Orangerie?

Jakub Kornhauser: Pierwszy raz widziałem Soutine’a chyba rzeczywiście w Paryżu, choć najbardziej utkwiły mi w pamięci jego obrazy z kolekcji nowojorskiej MoMy, prezentowane w Berlinie przed ponad dziesięciu laty. Najpierw nie mogłem dostać się do muzeum, bo kolejka opasała budynek sześcioma wężami. Kiedy już udało mi się przedostać do wewnątrz, wielkie wrażenie zrobili na mnie ekspresjoniści, ich prace znakomicie wyglądają na ścianach. Zobaczyłem wtedy jedną z martwych natur Soutine’a z oskubanym indykiem czy kogutem. I portret mężczyzny w zielonym płaszczu, zupełnie niesamowity, jakoś tak pociesznie zdeformowany, płożący się na czerwonym tle. Parę kresek, a ile mówią. Ostatnio widziałem fantastycznego Bażanta Soutine’a z kolekcji Phillipsa w madryckim Caixa Forum. Bordo zbite z wielobarwnym granatem – to głowa, poza tym patroszenie, białe obrusy, sen pomieszany ze śmiercią. No i oczywiście portrety cukiernika, ministranta, rzeczy zupełnie genialne, na pograniczu współczucia i Monty Pythona. Pisząc Drożdżownię, wiedziałem, że Soutine’a muszę wykorzystać, jakoś nasycić się jego poetyką, a potem odbić się w stronę zminimalizowania oddziaływania tej ekspresji, bo to jest zbyt mocne jednak, za głęboko włazi pod paznokcie.

No właśnie. Często domalowujesz elementy do obrazów Soutine’a, które w ogóle nie znalazły się na oryginalnych płótnach, weźmy choćby Ministranta czy Małego cukiernika. Zresztą nie dotyczy to wyłącznie twórczości tego malarza, ale również innych, pojawiających się w Drożdżowni. Dlaczego Ensor, Malewicz? Kiedy piszesz, patrzysz na słynne kwadraty tego ostatniego? Albo na bezpruderyjną kreskę Schielego? A może oglądasz, wybacz, krzykliwą geometrię Paula Klee, także obecnego w twoim tomie?

Klasyczne ekfrazy nie mają sensu, tak myślę. Obrazy są dla mnie istotne jako wyzwalacze nowych historii, zapalniki, których niedocieczoności lubię się poddawać. Wyłapuję z kadrów detale, nastroje, kolory po to, by wprowadzić je w zupełnie nieoczekiwane konteksty. Chodzi mi o zderzanie wrażliwości, estetyk, światów. To jak podróż autobusem w nieznane, na gapę, w nocy. Nigdy nie wiesz, co cię czeka w przestrzeni z dermy i obsypującej się gąbki. Od Ensora się zaczęło, jako dziecko uwielbiałem jego obrazy ze szkieletami walczącymi o śledzia i ludźmi w maskach, ale potem sięgnąłem też po wspaniałe pejzaże ostendzkie, pełne szarości i smutku. Kiedy sam byłem w Ostendzie, wszystko wydawało mi się tak samo szare i smutne. Pierwsze teksty z Drożdżowni, pisane śnieżną nocą drugiego grudnia dwa tysiące dziesiątego roku, oparłem na obrazach Ensora z albumu wydanego przez Taschena, obgryzionego niegdyś przez pewną żarłoczną szynszylę, która miała w zwyczaju spać mi nocami na głowie. Musiałem mieć coś nostalgicznego; Ensor ze swoimi opuszczonymi, jesiennymi pejzażami wydał mi się odpowiedni. Schielego uwielbiam za wszystko, ale najlepiej znajduję jego pejzaże miejskie i podmiejskie, no i martwe natury, to jest genialna sprawa, widziałem kiedyś parę tych obrazków w Budapeszcie, gdzie ominąłem kilometrowe ogonki jako słynny dziennikarz z Polski, wymachując jakimś nieważnym kwitem. Nie mogłem się oderwać. Minimalizm i ekspresja w jednym. Malewicza potrzebowałem do eksperymentu: sprawdzałem, na ile jestem w stanie zdrapać pozór oleodruku i dodrapać się do jakichś szczelin i niejasności. Pod powłoką bieli na bieli kryje się jednak coś popękanego, historia, którą próbowałem odcyfrować. No i Klee, którego zawsze uwielbiałem za żartobliwość i czystość przekazu; to artysta jedyny w swoim rodzaju, geniusz naszych czasów, ktoś unieważniający granice między abstrakcją i figuratywnością, z wyczuciem przestrzeni i koloru, i kapitalnymi tytułami, co nie było dla mnie bez znaczenia.

Z drugiej strony obrazy można by malować na podstawie twoich utworów. Nie chodzi mi o inspirację, ale o czynność bezpośrednią. Willę wybudowano sto lat wcześniej. Mieszkał w niej gruby rabin z rodziną. Koty stukały w okna i prosiły o mleko – zapisałeś w wierszu Smolenia 50 lub Na drewnianych schodach panowała ciemność, jedliśmy pomarańcze. Widok z góry odsłaniał noc, grubą sowę ponad zardzewiałą lokomotywą – to zapis z utworu Danalówka. Aż się prosi, by to namalować. Chyba że to ty właśnie malujesz w ten sposób?

Tak, myślę obrazami, buduję opowieści na zasadzie montażu czy kolażu, jak wcześniej robili to kubiści, surrealiści, Herbert w Prozach poetyckich. Ważne, żeby nie zejść z drogi minimalizmu i oszczędzania słów. Nie może być ich za dużo, nie może być za dużo zdań złożonych, metafor i ulepszaczy. Im mniej słów, tym więcej niedosytu i zawodzenia oczekiwań czytelnika, a o to mi chodzi, zresztą właśnie po to wybrałem konwencję poematu prozą; fragmentaryczność, przynajmniej pozorna czy pozorowana, zawsze do mnie przemawiała. Poemat prozą to zatrzymany kadr, który udaje, że wcale się nie zatrzymał, że nie ma początku ani końca, że dzieje się w nim więcej niż to nie pierwszy rzut oka widać. Tylko obraz jest istotny, bo opowiada się po stronie historii, którą ukrywa.

W Drożdżowni  niemal nie spotkamy utworu bez kota, psa, dzięcioła, królika, sowy, indyków, gęsi, lisów, saren i tak dalej. Skąd ta cała menażeria?

Jest też dużo konserw! Ale fakt, Drożdżownia mówi o zwycięstwie przyrody nad kulturą. Człowiek schodzi na dalszy plan, staje się cieniem, przeszłością, miga jak plama na fotografii. Zwierzęta zwiastują powrót do starego ładu, przejmują kolejne połacie przestrzeni, upominają się o zagarnięte przez człowieka tereny. Natura żyje. Jej pamięć jest krótka, a wola przetrwania większa niż u człowieka. Na terenie zrujnowanej drożdżowni w Bieżanowie, gdzie kiedyś próbowano – bezskutecznie, rzecz jasna – stawiać pomnik przedsiębiorczości i budować po kolei browar, gorzelnię, fabrykę galalitu i drożdży, pozostał jedynie hotel dla kotów skonstruowany przez okoliczną mieszkankę z pudełek po butach i starych szuflad. Koty rozpełzły się po okolicy, podobnie jak egzotyczne zwierzęta z pobliskiego mini-zoo, walabie Bennetta, bażanciki, a także sowy, które w pobliskim parku dworskim urządzają sobie nocne posiadówy. Bobry zjadają wszystkie okoliczne drzewa, przejęły rzeczkę Serafę – zupełnie jak te bobry, które w historii z „Faktu” ukradły jezioro. No i jest dzięcioł zielony, nawet na okładce, zawsze chciałem wydać książkę z dzięciołem zielonym na okładce. Bo jest nietypowy, grzebie w mrowiskach, skacze po ziemi, a do tego ma piękny kolor i wydaje zupełnie obłędny odgłos, tak zwany czarci chichot.

Opisani przez ciebie tytułowi Złodzieje nocą śpiewali niezrozumiałe pieśni. O czym według ciebie mogli śpiewać?

To bardzo dobre pytanie, Romku, dlatego nie odpowiem ci na nie. A raczej odpowiem pytaniem. Myślisz, że mogli śpiewać tak jak Pixies, o karibu albo synu Nemroda? Albo jak Daniel Kahn and the Painted Bird, o osie szmaragdowej, która znieczula karalucha, wstrzykując mu do mózgu jad, by potem potraktować go jako zbiornik na jaja? Albo, jak Morrissey, że niektórzy łamią sobie karki i potem nie stać ich, by je sobie nastawić? Może. A może raczej nucą coś do muzyki Henryka Kuźniaka z filmów Andrzeja Barańskiego, z Dnia wielkiej ryby  czy Dwóch księżyców, że wielkie rzeki po latach okazują się małym, szemrzącym potokiem? Ale tak naprawdę to śpiewają zapomniane hymny, coś o tym, że w woda huczy na łące, a lasy szumią na skałach, jak u Czechów, którzy wolą myśleć o świecie jako o ziemskim raju, a nie wiecznym pobojowisku. Ktoś, kto kradnie grzyby i często się śmieje, już nie ma czego odbierać szablą.

Na początku tomu oprowadzasz czytelnika po podgórskich ulicach Krakowa. Smolenia 50, Danalówka, Zamłynie – tytuły, ale także nazwy ulic. Sentyment?

Ulicach podgórskich, a raczej całkiem starobieżanowskich, które zapamiętałem z dzieciństwa, z wycieczek w stronę Wieliczki, Niepołomic, Podłęża. Za blokami Nowego Bieżanowa otwierała się niezbadana przestrzeń, pełna opuszczonych willi, sennych jednorodzinnych domów, sklepików z paniami w kapciach i ciasteczkami, którym poświęcałem przedpołudnia licealnych wagarów. Do tej pory jest tam też ulica Brunona Schulza, tuż obok ulicy Potrzask. I ulica Rakuś, do której zawsze chciałem się przytulić. Ale bywam tam do tej pory, bardzo często, rowerem, biegiem; okolice drożdżowni, torów kolejowych, tajemniczej remizy. Serafy są otoczone panierką nostalgii, przełamaną brawurową bryłą marketu Point, w którym sprzedaje się czekolady marki Ritter Sport i migdały na wagę. Chciałbym, żeby ulice, domy, szamba i indyki przechodziły do poezji razem ze swoimi historiami prawdziwymi i nieprawdziwymi. Zwłaszcza indyki, jak ten, którego wyprowadzał na spacery młody Perhan w Czasie Cyganów Emira Kusturicy.

Z Jakubem Kornhauserem rozmawiał Roman Honet, 03.11.2016.

 

Mały cukiernik (Soutine)

Wystraszony terier z dużymi łapami, język zwisa między spichlerzem
i barem. Nie ma przejścia, bo parkują traktory, indyki popiskują
w baliach. Kilku strażaków trzyma umywalkę, trzeba uważać, bo pęknie
rura. Inni pilnują słodkich bułek i szarlotek owiniętych chusteczkami do
nosa. Stare uszy gniją w polewie. Jezu, a gdzie seromak? Zjadł chłopiec
bez ręki, ten, co mieszka u sołtysowej. Myszy karmimy czarnym lasem.
Nie – to jednak koń zjadł, gryzł plecak, wyciągał pralinki i długopisy.
Firma spod Tarnowa robi kanalizację, rurę odpuszczamy.

(Z tomu Drożdżownia, WPBiCAK, Poznań 2015).

okladkaJakub Kornhauser – ur. w 1984 roku w Krakowie, doktor literaturoznawstwa, teoretyk i historyk literatury, tłumacz, poeta. Adiunkt w Instytucie Filologii Romańskiej UJ, współzałożyciel Ośrodka Badań nad Awangardą na Wydziale Polonistyki UJ, współpracownik Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie. Członek redakcji „Literatury na Świecie”, związany też z „Nową Dekadą Krakowską”, sekretarz czasopisma „Romanica Cracoviensia”. Zajmuje się teorią i historią awangardy, dwudziestowieczną literaturą francuską i środkowoeuropejską oraz kulturą Rumunii. Współredaktor serii wydawniczej awangarda/rewizje w Wydawnictwie UJ. Współedytor Wierszy zebranych Juliana Kornhausera (2016). Ostatnio wydał książki Całkowita rewolucja. Status przedmiotów w  poezji europejskiego surrealizmu (2015) oraz Głuchy brudnopis. Antologia manifestów awangard Europy Środkowej (2014, z Kingą Siewior). Ponadto zredagował pięć monografii zbiorowych, w tym np. Awangarda i krytyka. Kraje Europy Środkowej i Wschodniej (2015). Autor trzech tomów poezji: Niebezpieczny paragraf (2007), Niejasne istnienia (2009) i Drożdżownia (2015), którą nagrodzono tegoroczną Nagrodą im. Wisławy Szymborskiej oraz nominowano do Nagrody Orfeusz im. K.I. Gałczyńskiego. Tłumaczony na kilka języków obcych. Mieszka w Krakowie.