radwanski_fotkaKarol Maliszewski: Co z tymi rymami? Czy nie wyglądają głupio we współczesnym wierszu?

Janusz Radwański: Czasem wydaje mi się, że nie, zwłaszcza gdy przypomnę sobie, że taki na przykład rymujący Suska jest już nobliwym klasykiem podszczypywanym przez młodzież, a współczesnej poezji polskiej przydarzały się już bardziej hardkorowe rzeczy, te wszystkie sestyny, pantumy, sonety. Ale czasem, jak sobie przypomnę, że taki na przykład rymujący Suska jest już nobliwym klasykiem podszczypywanym przez młodzież, to myślę, że to nie jest jakoś szczególnie dogodny moment procesu historycznoliterackiego na pisanie rymowanych wierszy. Ale ostatecznie nie pisze się wierszy dla procesu historycznoliterackiego, wiersz to jest forma komunikacji międzyludzkiej.

W Kalenberku chciałeś chyba poigrać z konwencją poezji ludowej, poezji dla prostaczków?

Tak, w części tekstów tak. Ale oczywiście z pewnymi zastrzeżeniami. Poigrać to dobre słowo, bo to jest komunikacja w grupie ludzi, którzy się z tą poezją ludową w jej pierwotnym kontekście nie zetknęli, więc to jest pewna gra konwencją przy założeniu, że wszyscy wiemy, w co się bawimy. Ta konwencja była bardzo poręczna w kontekście tego, że wiersze są narracyjne, a całość miała wypływać z mówionego języka. Zresztą, jak się okazało, wypłynęła na tyle, że z Jarkiem Jabrzembskim, który redagował tom, ścieraliśmy się najmocniej o regionalizmy, których, żeby było jeszcze śmieszniej, częściowo nie byłem świadomy i musiałem na przykład zajrzeć do Doroszewskiego, żeby się przekonać, że w polszczyźnie ogólnej nie ma czegoś, o czym myślałem, że jest. Nawiązanie do konwencji ustnej poezji, jak się wydaje, pasowało.

Gram tym polom polki, których już nikt nie słucha. Zatem: co stało się z kulturą ludową? Całkiem umarła czy przeistoczyła się w łagodną formę kiczu?

Nie ma kultury ludowej, bo nie ma ludu. Dzisiaj i ludzie na wsi, i ludzie w mieście konstruują swoją tożsamość w miarę dowolnie, sięgając po różne wzory, kawałki kultury i tak dalej. I dobrze. Nie ma już kultury ludowej, jest za to kultura osadzona w jakimś konkretnym kontekście. Taka, która nie mogłaby powstać w innym miejscu i czasie. Jeśli tak zdefiniowalibyśmy kulturę ludową, to Die Antwoord by kulturą ludową było, a zespół pieśni i tańca z tak zwanych Ziem Odzyskanych tańczący rzeczy, których nigdy się w tamtych stronach nie tańczyło – nie. I to zahaczenie sztuki w sprecyzowanej rzeczywistości jest dla mnie ważne. Jakiś czas temu słyszałem w Trójce, jak dziennikarz mówi do młodego zespołu mniej więcej tak: słuchając waszej płyty, nie powiedziałbym, że jesteście z Torunia (czy tam skądś). I to miał być komplement. Zespół się ucieszył, a ja pomyślałem, że to straszne, bo jeśli tego nie słychać, to znaczy, że piosenki zespołu mógłby napisać każdy i wszędzie, że to, co jest w ich środku, jest doskonale zastępowalne przez cokolwiek.

W twojej osobności i prowincjonalności widzę cię gdzieś obok Krzysztofa Bielenia, Michała Sobola, Jacka Mączki, ale jeśli chodzi o formę, rytm, frazę, to kojarzysz mi się z Jackiem Podsiadłą. Co o tym myślisz? Jak traktujesz takie porównania?

Dobrze traktuję, bo to dobre towarzystwo jest.

Czy coś przez te lata zmieniło się w tobie piszącym, w samym pisaniu? Czujesz, że jesteś gdzie indziej, gdzieś wyżej, że zrobiło się jakiś krok? Księga wyjścia awaryjnego to już chyba stare dzieje…

Jak to z czasem – przyszła większa samoświadomość, a ubyło trochę, wynikającej w dużej mierze z jej braku, śmiałości. Księga wyjścia awaryjnego to wiersze sprzed prawie dziesięciu lat i są tam wiersze, których nie pokazałbym ludzkości, są takie, które bym pokazał, a są i takie, na które brakłoby mi już dzisiaj buty. Z drugiej strony w Kalenberku są wiersze, których bym wtedy napisać nie umiał.

Kim jest dzisiaj poeta, jaką gra rolę? Czy podobnie jak kultura ludowa usuwa się w cień, jeśli chodzi o społeczną, komunikacyjną istotność? Czy to już tylko gadacz, który podejrzanie dobrze pozuje na idiotę?

Poeta jest tym, kim był zawsze, tylko że bardziej. Z jednej strony w sytuacji, w której trwa ciągła rywalizacja o ludzką uwagę, wiersz ma jeszcze mniejsze szanse z nowymi mediami, niż miał ze starymi. Z tej perspektywy poeta jest jeszcze większym wioskowym głupkiem, niż był. Ale ta sytuacja ma swoją drugą stronę. Wiersz jest dokładnym przeciwieństwem tego dominującego rodzaju komunikacji, w którym liczą się tylko mocne bodźce i w efekcie porozumiewamy się memami. Wymusza skupienie uwagi i, co jest bardzo ważne, wymaga empatii, ciekawości drugiego człowieka. Wyzwolę teraz moją wewnętrzną pensjonarkę, ale wiersz to jest bardzo intymna forma komunikacji, której zasady prowadzą nas do przeżycia innego. Możliwe, że dawno wiersze nie były tak potrzebne, jak teraz. Możliwe, że każdy poeta może sobie na klawiaturze, piórze, ołówku czy czym tam jeszcze napisać This machine kills fascists. Możliwe też, że ratunku nie ma, a ja tylko próbuję racjonalizować pisanie rymowanek o zwierzątkach.

Ja miałem troje dzieci i dwa etaty, różnie więc bywało z pisaniem, ze znajdowaniem czasu. Jak ty sobie z tym radzisz, z rodziną, pracą, z czwórką dzieci w tle?

Odpowiedź jest prosta: nie radzę sobie, wiecznie z czymś się nie wyrabiam, zalegam, wszędzie się spóźniam. Wiersze akurat nie są kłopotliwe, bo najlepiej się układają w głowie przy prostych pracach fizycznych, a tych ci u nas dostatek, później trzeba tylko znaleźć chwilę na kreślenie, przepisywanie i tak dalej. Gorzej z czytaniem, tłumaczeniem wierszy czy jakąś robotą naukową, tu już trzeba po prostu okresowo zrywać ze zgubnym nałogiem snu. Ostatecznie więcej ludzi umiera we śnie, niż na przykład tłumacząc współczesne wiersze ukraińskie, więc jest to rozwiązanie tanie i zdrowe.

Z drugiej strony jesteś niesłychanie blisko ziemi, przyrody. Taka z Ciebie Gosia Lebda w spodniach. Pewnie niedługo ktoś wymyśli nagrodę tylko dla takich wierszy – Nike Białowieży… Co sądzisz o etykietkach, nurtach, przegródkach, co sądzisz o ekopoezji?

Tę Nike Białowieży to by teraz wypłacali w metrach sześciennych drewna, więc na razie może lepiej nie. Nie wiem, czy jestem blisko w tym sensie, że relacje między człowiekiem a przyrodą nie są chyba jakimś autonomicznym tematem tych wierszy. Przyroda to raczej elementy świata przedstawionego, dziki, które pojawiają się znowu w książce, mają tyle znaczenia co, bo ja wiem, tramwaje by miały, gdyby podmiot liryczny miał styczność z tramwajami. Są i już. Nie śmiałbym otagować Kalenberka jako ekopoezji, za mało tam o naturze, za dużo o człowieku – jeśli założyć na potrzeby, że to dwa bieguny. Zresztą pojawienie się etykietki ekopoezja wiele mówi o nas jako zbiorowości, jest sygnałem, że mentalnie na tyle daleko jesteśmy od przyrody, że gdy znajduje się w wierszach, musimy ukuć na to jakąś nazwę. A jeszcze na przykład Miłosz nie był ekopoetą, on po prostu odróżniał gatunki ptaków, roślin i zwierząt, co było rzeczą, nomen omen, naturalną.

Jeśli masz spotkanie autorskie tam na wsi, w rodzinnych stronach, to o co najczęściej pytają?

Raczej nie mam, ale jak już mam, to o to, o co zawsze. Zresztą gdy się na przykład spotykam z młodzią szkolną, staram się nie przynudzać o pisaniu wierszy, tylko opowiadam o tłumaczeniu, to jest chyba dla dzieci ciekawsze.

Potrafiłbyś wykrztusić wiersz w wielkim mieście, pracując w korporacji, z dala od swoich pastwisk?

Wypadałoby powiedzieć, że umarłbym z dala od obornika śmiercią tragiczną, że jak latarnik zaczytałbym się w katalogu środków chwastobójczych i zapomniał wypełnić arkusz Excela. Ale tak, byłbym, przecież mieszkając na studiach w Krakowie, pisałem wiersze, chociaż słabe. Jakoś znośnie mi się zaczęło pisać dopiero po wyprowadzce, co jednak równie dobrze można złożyć na karb upływu czasu, przeczytanych książek i napisanych kiepskich wierszy. Pisać to pisałbym, na pewno inne byłoby rekwizytorium i scenografia tych tekstów. Co byłoby z ich bebechami? Tego nie wiem. Byłyby inne na pewno, ale nie umiem sobie wyobrazić jakie.

I ostatnie pytanie. Kiedy jakaś proza?

Kiedy będę miał czas na siedzenie i pisanie prozy, czyli nieprędko. Na razie dłubię rzadko małe prózki, w którymś z Interów były Baśnie traktorowe.

Z Januszem Radwańskim rozmawiał Karol Maliszewski, 13 października 2017.

 

Oda na przejazd OSP Staniszewskie po wygraniu gminnych zawodów pożarniczych

Włączają syreny, wbijają drugi bieg i powoli,
prawie bez gazu, jadą przez pokonany Raniżów.
Dla dzieci są jak goście z innego świata
dla dziewczyn jak obietnica
dla chłopaków jak cierń w dupie.
Wychyleni do połowy z wozu
cali są z wściekłej radości.

Ja nawet na ich miejscu byłbym z tego, co zawsze,
z wahania i zacięć.
Ja tu pracuję jako cierń. Powołał mnie Pan
trudno powiedzieć, na co. Mogło chodzić o symetrię.

 

Jagódki

Czarne serca nam biją radośnie,
bo muszą i nie ma przeproś, nie.
W tym lesie zielonym jak pleśń
tak to już jest, no i cześć.
A gdybyś chciał wiedzieć, kolego,
jagem ostatnio się był czuł,
to w piersi mam ziemniak gorący,
którego nie mogę wypluć.

 

Oleodruk. Serce.

przysięgam, że to nie wiersz,
kiedy rano jechałem do miasta widziałem:
pod domem strażaka kobieta czyta klepsydrę
dziewczynka plakat szkoły tańca
(jive, rock’n’roll, cha cha, 5 lat na rynku!)

to nie wiersz, zaświadcza ten, który widział,
a słowa jego są prawdziwe:

jedną czytała klepsydra, drugą plakat

od siebie dodałem tylko Jezusa z kościoła naprzeciwko
z jego serca wychodzą dwie osie symetrii

 

Oleodruk. Zmiłuj się nad nami.

zachodzi słońce, mówisz ,,opa”,
więc biorę cię na ręce
nasz cień kładzie się na łące,
wyglądam jak ogromniasty Matek Boski
w ramie z suchej nawłoci.
półmetrowym uchem wyłapuję modlitwy

spod ziemi
spod wody

 

Urbex

Są ludzie, co lubią opuszczone miejsca,
a mnie tam wystarczy lustro.
Piotrek to nawet był w Czarnobylu,
lecz to jest, panie, oszustwo.
Za drutem, daleko, na pół godziny,
tak to ja też mogę.
Na slajdach fajno, miasto puściutkie,
parkingi zarosłe głogiem.
A potem fajrant i do hotelu,
można coś wrzucić na fejsa.
Śmierć dookoła, śmierć w pustych przedszkolach,
łagodna, bo nietutejsza.
A jest u nas we wsi taka babina,
śpiewała na trzystu pogrzebach.
Mówiła mi latem, jagem do niej zaszedł
,,ni bedzie mi miał kto zaśpiewać”.
Ze szpitala wezmą, umyją, ubiorą,
usługa fachowa, bez ściemy.
Rodzina zajrzy, jak da radę śrubom.
Jak nie, no to szlus i do ziemi.
Są tacy ludzie, co w internetach
lubią filmiki z wypadków.
A mnie tam, panie, wystarczy lustro
czy, ładniej mówiąc, zwierciadło.

(Z tomu Kalenberek, Fundacja Duży Format, Warszawa 2017).

 

Karol Maliszewski: Udało się ustawić głos

Nie wiem, skąd do głowy przychodzi Marlewo Dariusza Sośnickiego. Bo myślę, że Kalenberek, trzeci tomik Janusza Radwańskiego, też wiele mówi o miejscu, choć najwięcej o śmiałej, bystrej duszy, rezolutnym języku, silnych emocjach. Nie wiem tylko (nie pamiętam), czy bohater Marlewa  tak afirmował miejsce, jak czyni to bohater tej książki. Upaja się miejscem, wysławia, kocha. Zresztą tamten był zgaszony, wycofany, powściągliwy, ten to raczej jego przeciwieństwo – zapalony, niepowstrzymany, w chęci świadczenia i złapania chwili na gorąco wysuwający się zdecydowanie z szeregu. Chciałem powiedzieć zadziorny, ale wszedłbym w cudze buty, a dokładnie – myśli Joanny Mueller, która na okładce zauważonego przed laty debiutu Radwańskiego, zatytułowanego Księga wyjścia awaryjnego, pisała: Wreszcie wiersze, które się nie pindrzą, nie mizdrzą, nie udają, nie kokietują, nie napinają sztucznie wątłych muskułów sensu. Wreszcie wiersze po ludzku mądre, krzepkie i krzepiące, a jednocześnie zadziorne, podszyte dziecięcą brawurą i beztroską anarchią.

Na skrzydełku tej książki można przeczytać, że poeta mieszka w Kolbuszowej Górnej, na Kalenberku. I to określa większość wierszy, kreuje przestrzeń intymną, w której da się wypowiedzieć wszystko. Między innymi to, że zwierzęta i dzieci trzymają mnie jakoś przy zmysłach. Przypomina się zdanie Rilkego: O tym, co jest na zewnątrz, wiemy tylko z twarzy zwierzęcia. Zwierząt tu nie brakuje, są traktowane z równą czułością jak dzieci. Bohatera często widzimy przy pracy, przy owcach, koniach. W tle rodzina, żona (prosząca żebym nie mówił do siebie,/ kiedy pracuję w obejściu, bo sąsiedzi), czworo dzieci. Widok człowieka pracującego fizycznie, na swoim, będącego u siebie, na uboczu, przywołuje skojarzenia z innymi poetami prowincji, których wyjątkowo cenię (i do której to szkoły sam chciałbym się zaliczać). I na końcu świata można spierać się z Husserlem, szukając gwoździ niezbędnych do naprawienia gołębnika, przerzucając szuflą śnieg bądź kopiąc w ogrodzie. Przypomina się Wittgenstein i jego ucieczki od dyskursu: ozdrawiające powroty do rzeczy, do pracy rąk. W pierwszej chwili pomyślałem o Krzysztofie Bieleniu, Michale Sobolu, Jacku Mączce, Zygmuncie Krukowskim, Zycie Bętkowskiej. Ale pewnie jest nas więcej. Są to ludzie, mówiąc najprościej, którzy nie wstydzą się opisów przyrody, medytacji zza krzaka głogu czy tarniny. I to swoje splecenie z naturą pokazują w szerszej, humanistycznej perspektywie ludzkiego zaścianka, w którym przyszło im żyć. Radwański wręcz z czułością potrafi opowiadać o niektórych współziomkach, a oni nawet nie wiedzą, że właśnie przechodzą na zasłużoną (bądź nie) emeryturę w krainie historii literatury. Czy można już w jakiś sposób wiązać tę starą, przepraszam za słowo, ekopoezję (tu Jacek Podsiadło jako ważny punkt odniesienia – i w prowincjonalności, i w zadurzeniu w drobiazgach roślinno-zwierzęcego życia) z jej nową odmianą, kojarzoną na przykład z Małgorzatą Lebdą, Urszulą Zajączkowską, Pauliną Pidzik, tego nie wiem.

Inna ważną sprawą przy lekturze tej książki jest zauważenie wszystkich smaczków stylistycznych, gier prowadzonych z wierszem rymowanym i rytmicznym. W przestrzeni między pieśnią dziadowską, melodią pastuszka a piosenką country (lub disco polo) udało się ustawić głos, wypowiedzieć siebie i miłość do najbliższych, najbliższego (wypowiedzieć miejsce) i jeszcze podkreślić problemy, które kładą się cieniem na iluzję prowincjonalnej arkadii. W tej perspektywie wiersz może być nawet odpowiednikiem przywleczonego z odpustu kiczowatego oleodruku. Świadomy kicz nie jest już kiczem. Podobnie z ludomanią (tu widzę wątki wspólne z poezją Przemysława Owczarka i Marcina Tomczaka). Świadoma poezja dla prostaczków też jest czymś więcej, niż zapowiada. Zresztą prócz czułości zlepia te wszystkie ingrediencje wysokiej próby humor. Pozostałe wartości zaprzęgnięte zostały do wieloznacznej pracy na rzecz autonomii. Bo tu największa pasja dotyczy właśnie pragnienia autonomii, zaznaczenia obszaru możliwej wolności. Radwański jako człowiek już ją sobie w spokojny zakątku swojej prowincji wypracował. Teraz jako poeta stwarza jej liryczny ekwiwalent. Jeden z najbardziej wiarygodnych we współczesnej poezji.

Karol Maliszewski

radwanski_okladkaJanusz Radwański – urodził się w 1984 roku. Wydał książki z wierszami: Księga wyjścia awaryjnego (Brzeg 2012) i Chałwa zwyciężonym (Olkusz 2013). Opublikował trochę wierszy i przekładów z ukraińskiego w prasie literackiej. Jest współtwórcą audycji Wszystko jest folkiem w radio Studnia. Folkowy basista, muzealnik. Ojciec Hani, Franka, Łucji i Kaliny. Mieszka w Kolbuszowej Górnej na Kalenberku.