Fot. Paweł Szałankiewicz

Roman Honet: W twoich wierszach pojawia się wiele rekwizytów industrialnych, jak brzeszczot, kable, metal, piła, automatyka, stal, tokarka, wiertło, czyli dostajemy określenia elementów wyposażenia fabryki czy warsztatu naprawczego. Co sprawiło, że wobec tej liczby otrzymaliśmy właśnie Balladę o wyrzynarce, a nie na przykład o brzeszczocie?

Joanna Starkowska: Na początku był wiersz. No, może niezupełnie, ale przyznaj, że dobrze zabrzmiało (śmiech). Tak naprawdę na początku była boazeria, którą cięłam wyrzynarką, i było to przeżycie tak inspirujące, że aż się ulało na papier. Potem był mój pierwszy Chorzowski Port Poetycki (uwaga, lokowanie produktu), przeczytałam tekst i jakoś ta wyrzynarka do mnie przylgnęła. Dalej pisałam. Poszłam do pierwszej etatowej pracy, dzięki której poznałam współczesne śląskie zakłady – nie tylko kopalnie i fabryki, ale również, a może przede wszystkim – huty. Tak więc chodziłam, oglądałam, chłonęłam, wypytywałam o wielkie piece, o przetapianie złomu, o sprzęty, odlewy, paliwa i żelazostopy. Świat stali przez chwilę był moim światem. Był nim zwłaszcza wtedy, gdy znajdowałam miejsca w pewnym sensie okaleczone przez restrukturyzację przemysłu, miejsca, w których po kolei zamykało się oddziały, wygaszało piece, wyburzało kominy i budynki. Ten wymarły, postindustrialny krajobraz wszedł po prostu do moich wierszy i pozostał. Wpasował się zresztą w historię, która potem sama się napisała. A może to ten klimat wpłynął na jej bieg? Nie wiem. W międzyczasie szukałam jeszcze jakiegoś spoiwa do wierszy, które powstawały na przestrzeni ładnych paru lat i znalazłam Pi  Darrena Aronofsky’ego. Jedną z najważniejszych scen tego filmu była scena z wiertarką  i tak właśnie przyszło olśnienie i piękna klamra kompozycyjna, z której do teraz jestem zadowolona. Więc: musiała być to wyrzynarka. Wyrzynarka jest niezbędna i nie do zastąpienia. Zresztą Ballada o brzeszczocie brzmi zdecydowanie zbyt szeleszcząco. I mogę się założyć, że jako jeden z redaktorów tomu podkreśliłbyś ten brzeszczot na czerwono.

Dlaczego balladę, a nie sagę czy opowieść albo baśń?

Bo ballada ma w sobie rytm i melodię, określoną konstrukcję, klamry, powtórzenia, refreny i to wszystko, co pozwala płynąć z tekstem, gdy trzeba płynąć, oraz to, co wstrząsa i wybija, gdy jakaś fraza powinna pozostać w głowie. Bo ballada w sposób łatwy i przyjemny pozwala oswoić strachy, jak kołysanka z upiornym tekstem, którą nuci się dzieciom cichym i miękkim głosem. Bo samo słowo ballada już rozwija szereg odniesień i interpretacji, a także otwiera szufladki, które chciałam otworzyć.

Moje ciało boi się tłumu, do którego nie należy – zapisałaś. Czy to twoje ciało w wierszu – i w ogóle twoje wiersze – wzięły się z biografii, czy może to wyraz postawy poetyckiej?

Na to pytanie zawsze odpowiadam tak, by rozmówca zgłupiał. Czyli: z biografii? Nie, ale tak, chociaż to zależy od perspektywy, a w zasadzie to przepraszam, muszę do toalety (śmiech). Tym razem nie będzie tak łatwo, bo przecież znasz moją historię. Spróbuję więc wybrnąć inaczej. Załóżmy, że pierwszy raz sięgasz po tomik. Dzień dobry, zapraszam do świata Ballady… jest tutaj parę postaci, które mogę ci przedstawić: po lewej Johny z rozbitą butelką w ręce, obok tajemnicza Ka oraz kłócący się chłopiec i dziewczynka, po prawej matematyk Max Cohen, na samym środku Mała, na którą chcę zwrócić teraz twoją uwagę. Mała wydaje się spokojna, ale przyjrzyj się dokładnie, przeczytaj kolejne wiersze, a zobaczysz, co siedzi w jej głowie. Trochę lęków, ogrom bezradności, nieufność i frustracja, ale też gniew. Z jednej strony chęć, żeby to się wszystko skończyło, z drugiej jednak instynkt samozachowawczy, instynkt przetrwania. Mała się miota, tak jak każdy z nas w trudnych chwilach. Takich Małych są miliony, w pewnym sensie są uniwersalne, chociaż mają różne konstrukcje, różne ogniska bólu i inaczej sobie radzą. Teraz od ciebie, czytelnika, zależy, czy uwierzysz, że Mała jest z kości, mięśni i układów. Od ciebie zależy, czy zechcesz poznać jej opowieść, towarzyszyć jej, zrozumieć albo potępić, a przede wszystkim dotrzeć do sensu. Przetworzyć przez swoje własne doświadczenia. Dojść do swoich wniosków. Bo przecież literatura to powinien być dialog, zderzenie. A czyje to ciało? Czy Mała ma moje włosy? Jakie to ma właściwie znaczenie? I czy muszę koniecznie definiować jakąś poetycką postawę? Niech będzie, jak jest. Niech Mała już się sama rozwija, a ja tylko od czasu do czasu rzucę w jej świat jakąś iskrę czy dreszcz.

Wspomniana industrialność otrzymuje swoją przeciwwagę, mamy więc również wianki, bose stopy w mchu, jemiołę, pojawiają się opisy relacji między zapewne bliskimi osobami, niekiedy niezmiernie konkretne, by przywołać wiersz pt. Woodstock 2008. Dokąd masz bliżej? Do fabryki czy do lasu?

Woodstock to długa historia, więc tym razem odpuszczę, chociaż korci mnie, by się rozgadać. Wrócę na chwilę do tej huty, o której wspominałam wcześniej. Huta w sercu miasta, jego napęd i siła, huta, w której z pokolenia na pokolenie pracowały całe rodziny. Dzisiaj działa już chyba tylko walcownia, większość budynków została wyburzona, tak jak kominy, które były symbolem całego regionu i widniały na większości pocztówek. Mam przed oczami taki obraz: chodzę po tym terenie, rozglądam się; budynki, które jeszcze stoją, są w opłakanym stanie, rozprute przez złomiarzy; wszędzie szkło i śmieci; ale też – zielono, kępki trawy, przez okno bez szyby widać gałęzie jakiegoś drzewa; właśnie rozkwita, bo jest wiosna. Gdy pytasz, gdzie mam bliżej, to nie wiem, co odpowiedzieć. Może, że jestem pomiędzy. Właśnie tutaj, gdzie stała stalownia, gdzie jeszcze jałowa ziemia, gdzie jutro wyrośnie mech.

W tomie pojawiają się cytaty z filmu Pi. Dlaczego właśnie ten film?

Zacznę od małego usprawiedliwienia. Przede wszystkim uważam się za umysł ścisły, pracuję z liczbami i przyjaźnię się z Excelem. Uwielbiam, takie zboczenie, wszelkie struktury, konstrukcje, powieści szkatułkowe. Chciałam, żeby tomik to odzwierciedlał. Każdy wiersz ma swoją historię, każda z trzech części książki może być czytana osobno, natomiast razem tworzą całość, opowieść o dojrzewaniu, upadaniu i podnoszeniu się. Natomiast odwołanie do Pi  ma odwrócić spojrzenie, nadać inny sens tym tekstom. Max Cohen, matematyk, który szuka imienia Boga, matematyk, który zatraca się w tym drążeniu, który jest o krok od szaleństwa, jest przecież zupełnym przeciwieństwem Małej. On ma to szaleństwo poniekąd na własne życzenie, on do niego dąży, ponieważ przybliża go do jego celu. Okazuje się jednak, że to zbyt dużo, że musi użyć tej wiertarki, odpuścić. Że dopiero wtedy może spojrzeć na drzewo dlatego, że jest piękne, a nie dlatego, że w tym drzewie jest prawidłowość i wzór. Trochę się rozgaduję, ale to ważne. Więc: gdzie jest ten Bóg, którego szuka Max? Czy to osoba, architekt? I jak to odnieść do sytuacji Małej? Mała też szuka światła. Mała też patrzy w słońce jak Max, też jest oślepiona. Kto wychodzi na tym lepiej? Co to znaczy lepiej? I jeszcze na koniec jedna dygresja. Moim zdaniem matematyka i poezja to po prostu dwa różne języki, którymi opisujemy ten sam świat. Ale który z tych języków jest bardziej wartościowy, który jest bardziej precyzyjny? Rozum czy emocje? Fabryka czy las? No więc dalej nie wiem, choć mam nadzieję, że prawda leży zawsze gdzieś pomiędzy.

Dzisiaj jestem jak płynna stal – piszesz. A jutro? Jakie są twoje liryczne plany na przyszłość?

Jutro może być dowolne, w zależności od tego, co tam przy produkcji stopimy i w jakich ilościach. Cały proces może chwilę potrwać, ale to nie szkodzi. Ważne, by stal była dobrej jakości. By konstrukcja się nie zawaliła. By na końcu był wiersz.

Z Joanną Starkowską rozmawiał Roman Honet, 29 marca 2016.

 

Ballada o wykrawaniu

I

Nie widzę i nie jest to metafora.
Jakby rozmazali mi kadr, wycięli drzewa.

Włosy wypadają. Las się przerzedza.
Łuszczy się kora i tynk.

II

Ale wciąż mówię: siej.

Niech wzrasta, wyrasta. Trawa i mięsień.
Fundament i korpus.

Niech ruszy, wykruszy.

III

Tymczasem piła zagłębia się
w miękkie ciało, plastyczne ciasto.

Wycieka sok.

IV

Ale wciąż mówię: tnij.

Jest we mnie twardość jatoby,
odporność na wilgoć, na pleśń.

Jest we mnie sprężystość merbau,
odporność na obrzęk, na ból.

V

Tymczasem karczują brwi. Szepczą:
upada twój pień, rozpada się słój.

I toczy się, toczy. Bez prądu, bez tchu.

(Z tomu Ballada o wyrzynarce, Zaułek Wydawniczy Pomyłka, Szczecin 2015).

 

Karol Maliszewski: Starkowska. Kilka zdań

Co zrozumiała bohaterka i czy jest nam dany do tego swobodny dostęp? Tak mogłoby brzmieć jedno z pytań towarzyszących lekturze utworów z tomu Ballada o wyrzynarce. Chodzi o przedstawianą historię inicjacji, wylinki, przejścia, dramat dojrzewania, pozostawiania samotnej dziewczynki za sobą. Chodzi o rozpacz tego przeistoczenia, bo nie ma niczego za darmo; zrozumienie skojarzono z ofiarą i bólem. Dlatego pytam o charakter procesu, który nie dokonał się z minuty na minutę, lecz wypracował się w cyklu bolesnych doświadczeń, w rytmie okrutnych praktyk. I nie wydaje mi się, żeby ktoś spoza kręgu najbliższych miał do tego swobodny dostęp. Nigdy nie ma się swobodnego dostępu do wiersza, jeśli szanuje się jego autonomię. Dlatego mogę jedynie poopowiadać o sobie samym, odbijającym te obrazy, rytuały, melodie i powracające echa. Odbijającym dość niezdarnie, bo po pierwsze – nie ta płeć (i nie ta wrażliwość, tu tak podatna na zranienia i otarcia), po drugie – nie ten wiek. Nie przeżywa się tak histerycznie tych wszystkich ciosów od życia, jak kiedyś. Stopniowo ma się to gdzieś. Ale te gorące wiersze nie pozwalają na to – w swej emocjonalnej i obrazowej huśtawce zapraszają do ciągłego starania się o ważność każdej takiej chwili, w której wydaje się, że świat odjeżdża, nie pozostawiając ani jednego słowa na opis tego, co zaistniało, co zabolało. Starkowska pokazuje, że zawsze znajdą się jakieś słowa. To tylko kwestia proporcji i pasji, zaangażowania we własną historię, przekonującego umieszczenia jej w uniwersalnych znakach.

Z tymi uniwersalnymi znakami mam pewien kłopot. Bo tu mocno nadweręża się starą uniwersalność i proponuje, by w obszar tego, co liryczne, wpisać rzeczy z trudem kojarzące się z leksyką konfesji. Brzeszczoty, wykrawarki, wyrzynarki, wiertła, łożyska, kable, piły, papier ścierny i tak dalej. Wprawdzie rewolucja industrialno-urbanistyczna dokonała się w polskiej poezji już dawno temu, ale mnie wciąż rażą takie odwołania. Nie czuję ich tak, jak należy. Tym większe wrażenie robią wiersze: udaje się w nich z takich realiów i pojęć stworzyć coś bardzo intymnego, dopisując do historii doświadczania zranień. Mało tego – z zewnętrznych narzędzi stają się wewnętrznymi procesami, pseudonimami neurotycznych napięć i spięć. Opowieść rozpoczyna zdanie Przymierzasz brzeszczot jak zwiewną suknię, a kończy fraza Przymierzam wiertło. Dokonała się – spokojnie, wolno, z wiersza na wiersz, w rytmie doskonale skomponowanej narracji – interioryzacja rzeczy, które służyły podmiotowi do uwyraźnienia ekspresji. Teraz podmiot im służy, staje się nimi, utożsamia – lśniący, zimny metal pokrywa się starkowska_okladkaścięgnami, żyłami, ciałem; pokrywa się człowiekiem. Pośród wielu wątków i linii melodycznych okrutnej (w balladowym sensie) opowieści ten refren zdaje się wybijać na plan pierwszy.

Karol Maliszewski

Joanna Starkowska – ur. 1987. Bytomianka. Laureatka nagrody im. Kazimiery Iłłakowiczówny za debiutancki tom pt. Ballada o wyrzynarce, wydany w 2015 roku przez Zaułek Wydawniczy Pomyłka.