imagesRoman Honet: Motto do twojego drugiego tomu, zaczerpnięte z wiersza Fala Johna Ashbery’ego, kończy się zapisem: I powiedzieli, że to jest nasz dom. Czy uznajesz wiersz za swój dom? A może za usprawiedliwienie, bo właśnie tym słowem, według przekładu Andrzeja Sosnowskiego, kończy swój utwór Ashbery?

Kacper Płusa: Aby zrozumieć moją motywację do posłużenia się tym mottem, trzeba je czytać w całości. Zacznijmy więc od początku. Cytat ten otwierają słowa: Przejść przez ból i nic o tym nie wiedzieć/ Wynurzyć się w obszarze niewidzialnym/ Niemy aktor, odurzony ideą męczeństwa przyszły święty. Rozumiem te słowa w odniesieniu do mojej książki jako pewną przestrzeń cierpienia spowodowanego chorobą, nie do końca uświadomionego, i także przestrzeń, która dla ogółu społeczeństwa jest niedostępnym doświadczeniem. Ludzie, wraz z którymi tego bólu zaznałem, często są wykluczeni, nie mają własnego głosu ani swoich reprezentantów w kulturze. Nie byłoby jednak dobrze, gdybym trudne doświadczenie egzystencjalne zamknął poczuciem krzywdy. Wręcz przeciwnie. To, co mogłoby się stać traumą, dla mnie otwiera przestrzeń rozwoju duchowego, kontemplacji, namysłu, tak potrzebnego do tworzenia poezji. Jednak jest to Przystań spokoju nieosiągalna, ze wszystkimi typami miłych/ Ludzi i roślin. Podjąłem się więc w XXI wieku, co karkołomne, realizacji ideału życia kontemplacyjnego. Dom w tym kontekście brzmi nieco ironicznie, jako coś, czego trzeba się zaprzeć i co utracić, a za czym się tęskni. Szerzej objaśnia funkcję domu druga część książki, kiedy poszukiwanie Drugiego (Drugiej) kończy się absolutną klęską. Widzę to tak, że dla rozwoju własnej literatury należy poświęcić sieć kontaktów społecznych i ten sposób postrzegania determinuje słowo dom jako wartość utraconą, wypełnioną goryczą. Uważam, że cytat z Ashbery’ego pasuje do moich wierszy, jakby był szyty na miarę. Czy wiersz jest domem? Trzeba by odnieść się tu do triady męskich powinności: domu, drzewa i syna. Z różnych względów dla mnie ten model życia jest nieosiągalny. Może więc rekompensuję sobie tę niemożność próbą jej opisu.

W tomie pojawiają się grafiki Krzysztofa Schodowskiego. Jak doszło do waszej współpracy? Dlaczego ten artysta?

Moją pierwszą książkę ilustrował Andrzej Fydrych. Uważam, że na tamten moment jego prace, które były właściwie sztuką awangardową i dość abstrakcyjną, doskonale licowały z moimi wierszami, które budowałem na zasadzie ciągów asocjacyjnych. Sam przeszedłem od tego czasu pewną ewolucję: od hermetyzmu w stronę uproszczenia przekazu, dlatego wiedziałem, że ilustracje muszą przedstawiać nurt figuratywny. Nie mogły być jednak za proste. Nie lubię mimetyzmu. Poszukiwałem dzieł ciemnych (nie chodzi o barwę) i posługujących się deformacją. Grafiki Krzysztofa Schodowskiego idealnie spełniły moje oczekiwania. Poza tym nie mam zbyt szerokiego rozeznania w środowisku artystów plastyków, a z Krzysztofem łączą mnie relacje towarzyskie.

Zakończyłeś tom frazą: jedziemy w stronę przeciwną do światła. odjeżdżamy daleko stąd. / odjazd! odjazd! odjazd!  Czym jest strona przeciwna do światła? Dokąd zabierasz czytelnika: w przeszłość, przyszłość, słowem: dokąd jedziemy?

Nie wiem, czy należałoby utożsamiać tę podróż z funkcją czasu. Jeśli przyjmiemy taką optykę, to panuje tu pewien chaos, mieszanie się przeszłości i teraźniejszości. Może zabrzmi to górnolotnie, ale w tym tomie chciałem zbadać i poznać naturę zła. Światło i jego przeciwna strona mają proweniencję teologiczną. Wynika to z doświadczeń autobiograficznych. Człowiek zamknięty w szpitalu psychiatrycznym nie tylko widzi zło, ale także musi w nim jakoś uczestniczyć. Zasadniczym pytaniem, które sobie postawiłem, jest to, jak nisko można upaść, zdegenerować własne życie. Do tego były mi potrzebne wiersze szpitalne, w drugiej części piszę erotyki, które są pomyślane tak, aby przejść od wizji idealistycznej miłości do skrajnych wynaturzeń w tym obszarze. Miłość, która zwykle jest nadzieją, w tym przypadku została wprzęgnięta w tryby zła. Listy służyły mi do tego, by odpowiedzieć sobie na pytanie: Kto wcześniej podejmował te zagadnienia filozoficzne? Jak przebiega linia tego, co ciemne, w literaturze i sztuce? I wreszcie, jak ja jako autor mogę się do tych wcześniejszych prób ustosunkować?

Trzecia część twojego tomu to seria Listów, zaadresowanych między innymi do muzyków, jak Nalepa czy Komeda, poetów, jak Babiński, Celan, Różycki, czy malarki Fridy Kahlo. Dlaczego właśnie ten wybór?

Niejako już po części odpowiedziałem na to pytanie przed chwilą. Interesowali mnie artyści, którzy zastanawiali się nad naturą zła, oraz tacy, z którymi łączy mnie jakieś doświadczenie biograficzne (choć są wyjątki na tej liście). Mamy do czynienia z autorami borykającymi się w jakiś sposób z problemami zdrowotnymi (jak Kahlo), kryzysami psychotycznymi (Celan, Babiński) czy powiązanymi z nimi ściśle próbami samobójczymi (tu lista byłaby zbyt długa, by ją przytaczać) (śmiech). Poza tym są to twórcy, których dzieła mają dla mnie znaczenie, wskazały mi drogę. Ktoś mógłby zapytać, dlaczego nie ma Wojaczka czy Stachury. Widywałem sytuacje, w których młody autor był do obrzydliwości upozowany na kaskadera literatury. Taka postawa wręcz wkracza do kultury masowej. Chciałem uniknąć potencjalnych oskarżeń o koniunkturalizm. W moim przypadku najpierw było doświadczenie życiowe, potem dobór adresatów listów. Nie jest to więc stylistyczny kaprys ani postawa wystudiowana, ale konieczność poszukiwania w historii literatury i sztuki postaci jakoś do mnie podobnych.

W jednym z wierszy zapisałeś: czasowo pełnię obowiązki człowieka. Co lubi w liryce Kacper Płusa, czasowo pełniący obowiązki człowieka? A jeśli już te obowiązki pełni, co lubi robić w życiu?

To, co cenię w liryce, można by podzielić na kilka etapów. Z początku, jeszcze jako licealista, lubiłem wyrzeczenie się posłannictw literatury, które pozostawało w kontraście z tym, do czego jesteśmy przyzwyczajani w szkole. Zawsze była też dla mnie ważna biegłość warsztatowa. I to jest niezbędny komponent. Z czasem coraz większą rolę zaczęły dla mnie odgrywać pierwiastki osobiste i emocje. Poszukiwałem tego, jak w poezji oddać bunt i protest wobec zastanego porządku świata. Przez kilka lat sympatyzowałem z subkulturami. Dziś ma to dla mnie nadal znaczenie. Jak pisze Grochowiak: Bunt nie przemija, bunt się ustatecznia. Myślę, że w książce, o której rozmawiamy, znalazłem już własny język niezgody. Inna rzecz, że moje nastawienie się zmieniło. Nie mam ambicji bycia poetą antysystemowym. Uważam, że to, co możemy dobrze poznać, by podjąć próbę zmiany, to my sami. Moja twórczość otworzyła się na prywatność i w pełni z niej czerpie. Mogę chyba płynnie przejść do drugiej części pytania. Oprócz wszystkich czynności około poetyckich bardzo lubię obcować z innymi dziedzinami sztuki. Żeby wybić się z kolein codzienności, często podróżuję. Zostawiłem w kasach PKP mnóstwo pieniędzy i nie żałuję tego (śmiech). Prowadzę życie normalnego studenta, a więc ważne są dla mnie imprezy, znajomi, kobiety. Zawsze jednak jest element wspomnianego przeze mnie życia kontemplacyjnego. Mogę z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że gdy czytają państwo ten wywiad, piję kawę, słucham jazzu i palę papierosy (śmiech).

Z Kacprem Płusą rozmawiał Roman Honet, 25 lutego 2016.

 

wiersz na żółtym papierze

odkąd zostałem tu przyjęty tylko czasowo pełnię obowiązki człowieka.
mam doskonałe warunki do rozwoju: własny stolik, długopis, palarnię, telefon.
można powiedzieć, że prowadzę osobiste biuro. w piątki chodzę do biblioteki

z siekierą w słuchawkach (płyta nowa aleksandria). spalam liście zasuszone
w książkach. resztki obiadu wchodzą między okładki (trzeba za to płacić kary?).
curry  zabarwia strony  – wiersze wyglądają jak na żółtym papierze.

cały ten psychiatryk jest jak poprawka z literatury współczesnej we wrześniu 39’,
wywiad ze studentkami medycyny, w którym nie odpowiadam na żadne pytanie.
niepisanie tu usprawiedliwia tylko śmierć autora, pisanie jedynie szaleństwo.

 

cały ten jazz

                                                                                    tribute to josif brodski

tramwaj mknie przez aleję, miejsce zabrudzone. pętlę zaznacza obrotem
wokół szyi zajezdni. wzdłuż torów mały hotelik, neutralny teren
do przelotnego romansu. obłuszczone tynki, proch i sperma. wewnątrz szafy
czają się trupy. słychać w niej chrobot myszy na tle czarnej, pilśniowej płyty – jazz.

w barze, na gwoździu wbitym chybotliwie w ścianę, powiesiły się zakurzone
płaszcze, zwłoki. niewidomy pianista – pasażer rozpoczyna pasaż kluczem,
który pasuje do tak niewielu palców. dziś nie milczenie jest złotem, ale whisky.
muzyk poprawia marynarkę. cisza, aż nagle wyłom. akordy sypią się jak iskry – jazz.

pada wystrzał. może to strzelił korek, może pistolet, może ktoś stłukł szklankę
w dłoni. improwizuję jak z nut. przesuwam się po twoim ciele, białej klawiaturze.
wznosimy toasty, wyrzucamy butelki z okien na piętrze, na pohybel wszystkim.
twoje źrenice rozszerzone strachem, tuż przed debiutem. to także jest – cały ten jazz.

 

list do jacka kerouaka

spisujesz kronikę zaburzeń. solilokwium z zakończeniem zamkniętym.
twoje piętno w literaturze to fakt, że strona po stronie wraz z tekstem otwiera się przestrzeń:
ścierniska, żniwiarze, prerie. koszula, którą nosisz przesiąkła tanim tytoniem i deszczem.
czarny kapelusz przybito ci do skroni jak gwóźdź do trumny. przy biurku niczym urzędnik cyzelujesz perypetie. dla umysłu słowa są więzieniem o zaostrzonym rygorze.

kiedy piszę tę depeszę wzdłuż trasy wciąż przejeżdżają pociągi nabrzmiałe od włóczęgów,
ekstatyczne jak stukot maszyny. czcionka nadaje kartkom zapach świeżej farby.
wyobraźnia czytelnika rozgrzewa się jak szyny. iskrzy nad papierem sekwencją wydarzeń:
używek,  przyjaciół, podróży. między wierszami jesteśmy do siebie całkiem niepodobni.
wznieśmy więc toast lurowatym piwem: za tych, co w drodze.

(Z tomu wiersze na żółtym papierze, Miejska Biblioteka Publiczna w Świdnicy, Świdnica 2015).

 

Karol Maliszewski: Płusa. Kilka zdań

Nigdy nie wiesz, czytelniku, odbiorco, konsumencie, ile jest cukru w cukrze, a tym samym – autora w bohaterze, życia w tekście, w przyjętej strategii tekstowej i postawie bohatera; a tu konkretnie – ile  oryginalnego odmieńca w odmieńcu typowym. Bo to jest odmieniec w tradycji poezji znany – i mimo że w ostatniej, epistolarnej, części tomu nie znajdziemy listu do Baudelaire’a, to duch właśnie tego francuskiego poety unosi się na tekstem i jego figurami, a szczególnie quasi-autorską figurą nadrzędną. Paryski splin i Kwiaty zła wykładają się tu odpowiednio jako łódzki albo po prostu ogólnopolski splin oczytanych i osłuchanych, wrażliwych dwudziestokilkulatków oraz kwiaty złego prowadzenia się, neurotyczne wykwity spod znaku rozmaitych używek i aluzji pod ich adresem.
I jeszcze kobiety, barwne z nimi, mniej czy bardziej urojone, przygody; czarne anioły, szemrane muzy, pośród których wypatruje się tej nieskalanej i jakby nie z tego świata. Prawdziwa intymność tylko z nią jest możliwa. Moje serce obnażone w tym wydaniu jest sercem udzielającym się w lęku przed wykpieniem i niezrozumieniem – liryzm jest dawkowany ostrożnie i w stałym napięciu, w zażenowaniu przykrywanym niesłychanie zręcznymi językowymi grami.
Na tym nie wyczerpuje się lista pokrewieństw. Baudelairowsko-Rimbaudowska tradycja kojarzy się z rozregulowaniem zmysłów, owocującym w najlepszym razie jasnowidzeniem i rewolucyjnym odświeżeniem metaforyki, a w gorszym razie – pobytem w szpitalu dla obłąkanych. W tym sensie pisanie spokrewnia się tu z chorowaniem (liryka jako choroba) – poeta w każdym wierszu odchorowuje swoje społeczne, oficjalne bycie, uprzykrzoną konieczność sprostania mechanicznym rytuałom; żeby funkcjonować pośród innych zakłada maski desperata, błazna, nadwrażliwca, szaleńca (w pewnym sensie i udziwniony  język staje się współcześnie maską poety).
Nad tym wszystkim Kacper Płusa zdaje się panować. Czepiam się kurczowo tego zdaje się. I chcę wierzyć, że to misternie wykuty w skale własnego cierpienia teatrzyk cieni – tylko teatrzyk, a reżyser pociąga za sznurki z całą świadomością ponowionego gestu. I żółte papiery, i psychiatryk, i pląsające figury sławnych straceńców (oraz straceńczyń) mieszczą się w podjętej i twórczo wykorzystanej konwencji. Niektórym piszącym podobne słowa z okazji debiutu Rafała Wojaczka też tak się wydawało. Ale może tym razem będzie inaczej. Tym bardziej że to nie debiut – Kacper Płusa wydał dwa lata temu tomik pt. Ze skraju i ze światła, dobrze przyjęty przez krytykę, nominowany do Nagrody Gdynia.
Ta jego nagrodzona w Świdnicy książka jest wyjątkowa także z tego względu, że obok wierszy są mówiące własnym głosem grafiki, a więc siła opowieści działa w dwójnasób. A przypomnę, że taka idea przyświeca świdnickiemu konkursowi  – zgrać wreszcie słowa i kreski, wersy i plamy, niech oddychają razem wprost w twarz czytelnika. Kacper Płusa i Krzysztof Schodowski zrobili wszystko, żeby w tę ich wspólną historię choroby uwierzyć bez zastrzeżeń.

Karol Maliszewski

Document-page-001a

Kacper Płusa – ur. 1992. Poeta, za poprzedni, debiutancki tom pt. Ze skraju i ze światła  (2012) otrzymał Nagrodę im. Kazimiery Iłłakowiczówny oraz nominację do Nagrody Literackiej Gdynia. Stypendysta Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Mieszka w Łodzi.