Fot. Radosław Kaźmierczak

Fot. Radosław Kaźmierczak

Karol Maliszewski: Krzysztofie, jak rozmawiać o twoich wierszach? Jakich kategorii używać?

Krzysztof Siwczyk: Mogę tu tylko odwołać się do własnego doświadczenia lektury poetów, z którymi łączy mnie zażyła, uwewnętrzniona więź. Cóż, zawsze staram się czytać od strony przeżycia, a estetyczne przyjemności i podziw konsumuję troszkę na deser. Mam w pamięci wiele wierszy i zawsze te najbardziej pamiętliwe jawią mi się jako doświadczone, silnie przeżyte właśnie, w realności. Zupełnie nieistotne jest faktyczne współuczestnictwo, dzielenie podobnego doświadczenia. Ważna jest właśnie ta intensywna realność, z jaką wiersz potrafi wtargnąć w najgłębsze zakamarki odbiorczej jaźni. Moją jaźń wielokrotnie nawiedzały teksty, które stawały się dla mnie rodzajem egzystencjalnego zamiennika, ubogacały moje mikre życie, dodawały mu odrobinę szwungu i głębi, na jakie nie potrafiłem zapracować własną aktywnością, niekoniecznie literacką. Chciałbym, żeby jakieś moje wiersze działały na kogoś w sposób analogiczny. Marzyłbym o takiej, niewysłowionej w określonych kategoriach estetycznych, rozmowie. Zdaję sobie rzecz jasna sprawę z utopijności tego rodzaju marzeń. Ten rozdźwięk bywa całkiem inspirujący i twórczy, potrafi napędzać pisanie.

Zdałem sobie sprawę, że rzecz należy zniuansować. Bo co to znaczy  twoje wiersze – o które wiersze chodzi? Czy ty zdajesz sobie sprawę z epok czy też faz własnego pisania?

No właśnie. Cóż znaczyć miałaby ta własność? Być może jest rodzajem zaledwie uzurpacji? Ewentualnie okazuje się przywiązaniem do fundamentalnej dla trwania literatury fikcji  posiadania języka – bycia dysponentem idiomu, którego z niczym nie da się porównać? Tak, lekką ręką rzucam tu na stół te skądinąd poważne kwestie, a przecież pisanie wierszy często bywa aktem bez mała odruchowym, jakimś rodzajem afektywnej samoobrony. Będąc więc pod nieustającą presją życia, w ciągłym ruchu gardy, szybciutko mi te własności stylu i idiomu lecą z rąk, zostaję z niczym szczególnym na podorędziu. Być może tylko z niewyraźnym wspomnieniem jakichś dawniejszych faz i fraz, z odległych epok poetyk, których próbowałem na okoliczność życiowych działań obronnych. Z latami, im dalej w las, tym może bardziej wyraźnie jaśnieją mi te niedbałe początki, zaczyny, pierwsze próby z literaturą w życiu i życiem w literaturze. W tych początkach było jakieś  ja, moje,  z pewnością.

Mam przed sobą wszystkie twoje książki i patrząc tylko po okładkach i wydawcach, można powiedzieć, że tych epok było kilka: wczesna (Świadectwo, Czarne, Instytut Mikołowski), dojrzewająca (Biuro Literackie), wznosząca (WBPiCAK), szczytowa (A5).

Najwięcej radości miałem z epoki wczesnej (śmiech). Jak rozumiem, po epoce szczytowej już tylko pozostała mi długa droga w dół (śmiech). Podobno miarą zdobycia jakiejś góry jest udane, powtórne osiągnięcie jej dna. Na dobrą sprawę po każdej książce czułem, że teraz muszę gdzieś zejść. Po debiucie stosunkowo szybko spadłem, sturlałem się w język, i chyba przez lata z tymi różnymi językami gramoliłem się gdzie bądź, przez kolejne tomy, kolejne wydawnictwa. Może brak mi było talentu i odwagi, by atakować jakieś szczyty. Byłem raczej rodzajem poetyckiego dreptacza. Ubijałem grunt.  Lubiłem się pokręcić w koło jakichś spraw dłużej, w całej książce, albo nawet w paru, żeby dopiero ruszyć dalej. Najdłużej dreptałem w Biurze Literackim. Tam byli mocni zawodnicy. Ataki szczytowe zdarzały się bardzo często. W Poznaniu z kolei dostałem raki, czekany i tlen. A w Krakowie staram się chodzić już własnymi ścieżkami, na własnych prawach i we własnym tempie. Solo.

Patrząc na kształt wierszy, widać falowanie, ścieranie się między  intencją epigramatyczno-liryczną a narracyjno-epicką, narracją ciążącą coraz wyraźniej w stronę prozy…

Tak, zwłaszcza ostatnio. W tych książkach krakowskich, w Dokąd bądź Jasnopisie te dwie tendencje widać jak na dłoni. Ja sobie to mocniej uświadomiłem, kiedy Anna Kałuża zrobiła parę lat temu taki wybór Gdzie indziej jest teraz  dla WBPiCAK-u. Kartkując tą książkę, zobaczyłem, że ta tendencja ma dłuższą historię, że być może legła u samych początków mojego pisania. I że to napięcie może jest takim immanentnym sygnałem dla różnych, formalnych rozwiązań, zwłaszcza wtedy, kiedy człowiek ma poczucie wyczerpania określonego modułu poetyckiej wypowiedzi. A ja takie poczucie miałem i mam po każdej książce. Dbam o to, żeby każda następna jakoś różniła się od poprzedniczki.  Chociaż bywa i tak, że nagle spotykają się te tendencje w czasie i miejscu, w zakresie okładek jednego woluminu, w jednym wierszu czy jednej stronie prozy lub eseju.

I jesteśmy w miejscu, w którym poezja i proza spotkały się – wydałeś dwie książki jednocześnie – tomik Jasnopis  i prozę (esej) Koło miejsca.

Owszem, zależało mi na tej jednoczesności, bo jestem głęboko przekonany, że między tymi książkami zachodzi translacja, jakiś przekład form, wzajemne przenikanie się, wydawałoby się, obcych sobie ujęć pewnych kwestii. W jakimś sensie spotyka się tu debiutant prozatorsko-eseistyczny z nieco już przerzedzonym poetą, który swoje wie o skali własnych ograniczeń. Ta jednoczesność, której nie traktuję jako epizodu wydawniczego i zbiegu okoliczności, dała mi głębszy oddech. W eseju mogłem powrócić również do swoich starych sposobów pisania, nie rezygnując z pisania nowych wierszy i wpisywania ich właśnie w ten esej. Oczywiście mam nadzieję, że obydwie książki zachowują walor samowystarczalności. Absolutnie nie potrzebują się wzajemnie. Ale jeśli czytelnik akurat utrafi lekturę symultaniczną, wtedy czeka go parę niespodzianek. Przynajmniej ja takie niespodzianki, dziwne momenty zapętleń tam znalazłem.

Koło miejsca  jest częścią większego projektu, współtworzy książkę artystyczną, dogadując się z fotografiami Michała Łuczaka – oglądając je, wracam pamięcią do  Dzikich dzieci, tak jakby koło czasu zamknęło się, dopełniło. Czy to znaczy, że metaforycznie zamknąłeś jakiś etap w swoim pisaniu i życiu, stoisz na rozdrożu?

O tak, rozdroże jest miejscem, gdzie wcześniej czy później każdy piszący staje. I niekoniecznie musi podążać w jednym kierunku. Czasem samo rozdroże i możliwości, jakie daje, możliwości nowego początku drogi, są okazją życiową, czyli najsilniej pisarską. Owszem, mam poczucia domknięcia się jakiegoś koła, ale też towarzyszy mi przekonanie, że jestem właśnie koło, obok, niedaleko jakichś węzłowych momentów i miejsc własnego życia. Zdaję sobie sprawę z karkołomności takiego spojrzenia na czas, w którym wyizolowuje się jakiś moment i dodaje mu znaczeń specjalnych, ale troszkę ośmielają mnie tu własne wiersze, te z Jasnopisu. One jednak decydują się czas jakoś oswajać, chwytać bieżący moment, skupiać się na olśniewających, incydentalnych  powrotach tego samego. Rzecz jasna podglebie tych powrotów jest jak najbardziej otchłanne i groźne, a bezboskość, że użyję terminu autora Bycia i czasu, się pleni. Mówiłem już o tych moich początkach poetyckich, niezdarnych i nieco amatorskich. Przypomniałeś  Dzikie dzieci. Ta książka, jej pierwsze wydanie,  przyznasz, wyglądało nieco paździerzowo, a na zdjęciach niewiele było widać. Teraz powróciłem, dziki wspaniałym zdjęciom Łuczaka, do tej formuły książki-albumu. I chyba teraz już widać, jak jest, widać i język, który może jest ciut bardziej świadomy i widać na zdjęciach, jak upada się w czas. I wiemy już, jaki los spotkał to  dzikie dziecko. (śmiech).

Tak sobie krążę po marginesach, bojąc się zajrzeć do środka. Czego by się nie powiedziało o twojej poezji, zawsze będzie obok, permanentne nietrafienia. Istota twojej pracy w języku jest szalenie trudna do uchwycenia. Ale jedno chyba nie ulega wątpliwości. Wybacz naiwność, dla mnie brzmi to tak: niezgoda metafizyczna pociąga za sobą niezgodę stylistyczną, niezgodę na liryczne ułatwianie sobie losu. Kiedyś na marginesie twojego wiersza zapisałem taką niedorzeczność:  Język przeciwko śmierci, śmierć język przewierca.

Przyznam, że Twoja notatka jest złowieszcza. Jest niedorzeczna w znaczeniu diagnozy, wobec której pozostajemy bezradni. Wynika z niej, że chyba jednak zostajemy z niczym. Skoro język, nasz jedyny sojusznik w tej walce, koroduje i przesiąka – autor Bycia i czasu znowu jest poręczny – tym  bezistociem to na dobrą sprawę pozostaje nam z goła nic. W tym kontekście zwłaszcza śmieszne wydaje się uświęcone milczenie. Chciałbym, marzę, żeby się z twoją notatką nie zgodzić. Nie mogę się na nią godzić, choć wiem, że nie potrafię jej obalić. Ani wierszem, ani prozą.

Jednak pisze się dalej. Mimo porażenia, poczucia porażki i innych strasznych rzeczy na  po. W czym teraz utkwiłeś, by rozwinąć skrzydła?

No chyba utkwiłem jednak w twojej notatce. Bo gdyby przeczytać ją, w tak zwanym dobrym nastroju, to ona jednak otwiera przestrzeń jakiejś nadziei. Bo może jednak ten  język, ustawiony w ciut innym szyku, tę śmierć przewierca? Kto wie? A z drugiej strony, powtórzmy za poetą Wojaczkiem, wołamy a ku ku. Na drugą stronę czniamy. Trzymamy się mocno tej, tu. Dlatego chciałbym napisać coś bardzo dorzecznego, bliskiego rzeczy, skupionego na mikroświecie, na tej wewnętrznej emigracji, na której mi całkiem dobrze i nie chce się donikąd wracać. A tym bardziej lecieć.

Dziękuję pięknie za ożywczą rozmowę.

Z Krzysztofem Siwczykiem rozmawiał Karol Maliszewski, 21 stycznia 2017.

 

Woliera

w każdej chwili przy kołysance czuwa cień
przebudzenia zdarzają się świty ciche od szronu
podchodzącego pod gardło jak krawędź kartki
przeciągnięta po kącikach ust otwiera ciało mowy
mroźny kondukt wygłodniałego ptactwa tak jest
zawsze w czasie stagnacji przemożna rozpacz momentu
krzyku i potem długo jeszcze pozostaje z nami strach
wyjedzone dziury w ziemi patrzą jak teleskop na promenadzie
w zupełnie nieme dziury w oczach nie starcza monet
na przeprawę przez rzekę mazutu droga moja to ty
czy co tak woła w niebogłosy które są jak to ptactwo
uparte i wracające wciąż do utopionego ogrodu
gdzie pobłyskuje żeton ostry jak harpun sokolnika
z jakiego zrywa się do lotu notatka widać moja
wina że próbuję ci powiedzieć czego nie ma w mocy
klatka i obcy ci język wróci łaski pełen czystych łez

 

Zamiar bez słów

coś zamierzasz zrobić z możliwościami
najnowszych osiągnięć kroki dopokąd
kierujesz ruchem naszego repetytorium
śledzimy własne potknięcia uzurpujemy
znawstwo prawideł kiedy chodzi o władzę
innej jedyności jaka się ustanowiła
w jasnym świetle niebieskich oczu które wyrażają
absolutną kapitulację znaczenia co się zowie imię
dane i odchodzenie póki co od nas z dala

(Z tomu Jasnopis, Wydawnictwo a5, Kraków 2016).

 

Karol Maliszewski: Szukając wyjścia

Nowe wiersze Krzysztofa Siwczyka dobrze jest czytać wczesnym listopadowym (albo grudniowym, jak mi się zdarzyło) rankiem, gdy nie wiadomo, czy lepiej ponownie zasłonić okno i włączyć lampę, czy pozostać przy tej szarej wiązce naturalnego światła i uparcie przy niej tkwić. Tkwić, by zrozumieć iluzoryczność metafor określających ludzkie widzenie, a dalej: samopoznanie i samopoczucie. W takim procesie lektury jej miejsca niejasne doskonale komponują się z miejscem obserwacji, zmąconym i wątpliwym. W każdym razie zachodzi paralela między personą potencjalnego czytania a personą pisania, które się wydarzyło: obie osoby są u okna i obie też odnoszą wrażenie, że coś się przed nimi w ogólnych zarysach objaśnia (zaciemnia)… o, proszę, jakie epistemologiczne gotowce podsuwa usłużny język. Nastawienie czytającego guzdrający się za oknem dzień jest jednoznaczne, niechże się tam wreszcie coś określi, ma być tak jasno i wyraźnie, by afirmatywnie rzec  kocham cię, dniu. Natomiast nastawienie  piszącej się jednostki  już tak jednoznaczne nie jest, mierzi ją oczywistość światła. Mierzi ją oczywistość świata ustanawianego przez światło. Jednocześnie doskonale wie, że z tego egzystencjalnego i poznawczego impasu wyjścia nie ma. Stąd kłopot w orzekaniu i podział na głosy. Przynajmniej dwa podstawowe, sprzeczne. Podwójność orzekania bliższa jest prawdy. Przy czytaniu tych wierszy uważajmy jednak z tak twardymi pojęciami jak prawda. Swoje wrażenia opisujmy za pomocą słów bardziej podatnych na dialektyczną migotliwość, obosieczność, trójwymiarowość.

Tak więc jedna z postaci wiodących opowiada się za metafizyczną pełnią, za spełnianiem się epifanii w kontakcie ze światłem, a nawet Światłem, druga zaprzecza wiarygodności takiego rozpoznania się i odnalezienia w bycie. Mówię o postaciach wiodących dialog i postaciach  wiodących wiersze – one pozostają w sporze. W sporze – dodajmy – bardzo płodnym poetycko; to, co bierzemy za przerzucanie się idiomami w swoim lingwistycznym zamachu ujawnia jednocześnie jasną i ciemną potencję. Wnętrze tomiku wypełniają fragmenty formalnie przypominające małą sztukę teatralną, która pozwoliłem sobie odczytać jako poemat ściśle związany z poprzedzającymi go i następującymi po nim wierszami. Dwie postacie z tej sztuki mówią – i to jest ich jedyne istotne działanie. Bycie człowieka w swej najgłębszej istocie jest mowne/mówione, ale przez to także – jak sugeruje Siwczyk – wmówione, omówione, zmówione; w jakimś sensie zakarbowane w języku,  zaklepane. Dlatego czytam niektóre fragmenty tej książki jak dokonujące się na naszych oczach oryginalne próby odklepania  zmówionego albo chociaż rozszerzenia zakresu i poziomu używania komunałów dotyczących człowieka, jego losu i języka. Bardzo poważnie należy potraktować pierwsze słowa książki: tym najlepszym z niego wyjściem/ najlepszym jego światem/ jesteś zanim powiesz/ czego ci w nim brak. Najlepiej, najprawdziwiej jesteś, zanim coś powiesz, zaczniesz mieszać językiem, odpadać wraz z wirującymi słowami od rdzennej, pozawerbalnej istoty rzeczywistości. I jeszcze to: zanim powiesz/ czego ci w nim brak. Różnicowanie zaczyna się z pierwszym wypowiedzeniem poczucia braku, dotkliwości, nieprzystawania. Znowu słowa jako zbędnie komplikujące proste pożycie z sensem. Milczeć, tak, to jest jakieś wyjście. Być może najlepsze.

Mimo wszystko gada się dalej. Pisze się następny wiersz, żeby było jaśniej. Ale tak sądzi tylko jedna strona ujawnionej świadomości, ta bardziej zdroworozsądkowa, spolegliwa. Jak echo wtóruje jej inny głos: pisze się, żeby było ciemniej, bo tak jest bardziej uczciwie. Z tego punku widzenia  jasna strona  powiela quasi-religijne komunały o Świetle, niepotrzebnie zaciemniając możliwość autentycznego rozeznania się w świecie, w naturze jego związku z człowiekiem, jaźnią, językiem. Kiedy  pozytyw afirmuje  kochane dni, negatyw natychmiast mówi, że  niekochane są dni, te kartki zdzierane ze ściennego kalendarza, którego terminalność  jest na wyczerpaniu. I ta antynomia wcale nie jest toporna, to zaledwie początek dalszych rozwarstwień sensu, tak oczywistego i jasnego, już  zaklepanego w świecie pierwszej persony. Druga nagle oświadcza  kocham niekochane dni, przyjmując na siebie i swoją poetycką odpowiedzialność odium przemijania, nimb śmiertelności,  myśląc o tym jak najlepiej. A więc bez wyparcia i zbędnej mitologii afirmuje się ciemność, dorzuca się ją do języka jak nieodzowny składnik, cień konsekwentnie podmywający narzucany przez kulturę banał pewności. Jeżeli twoje jest umocowane, to moje drży i dryfuje – takie słowa nie padają w tej książce, ja tylko odtwarzam spór wiodących postaci.  Jeżeli twoje jest pełne, to moje waha się przed jakimkolwiek zapełnieniem, zamknięciem i tak dalej. Mechanizm obronny. Czyż to nie doskonała metafora współczesnej poezji?

Zawdzięczamy ją Siwczykowi. Tak właśnie zatytułował poemat, wokół którego krążę. Mechanizm obronny. Jeszcze tę definicję celnie dookreślił: akt mowy na głosy. I tu właśnie padają słowa, które wcześniej po swojemu przytaczałem. Jedynka (ten głos jasny) rzecze:  Nie cierpię, chłonę jasne przesłanie, a na to dwójka: Dlatego przysłaniam, jesteś już napełnionym naczyniem. Nieufność dogaduje się tutaj z niepewnością i  niepełnością  – bo czy napełnione naczynie  naprawdę zdoła wyjść poza siebie, przekroczyć horyzont, odnaleźć się w pustce? Ale nie z  wmówionymi słowami, pojęciami, teoriami, z wdrukowaną siatką prawd, lecz tak zupełnie sam na sam… Solo. Pierwsze zarzuca drugiemu, że nie afirmuje, nie szuka niczego poza sobą. Drugie rezolutnie odpowiada, że nie musi, bo wszystko ma w sobie i zna granice swojego wewnętrznego świata. Jeżeli pierwsze zawsze będzie lamentować, że  okno jest zamknięte, drugie po stoicku wskaże rozwiązanie: Język jest otwarty, umożliwia wyjście.

Tak nam w jasny sposób w swojej nowej książce Krzysztof Siwczyk wyłożył, jakie to siły biorą udział w każdorazowym akcie mowy, i jak w wierszu intensyfikują się i komplikują jeszcze bardziej. Tamtejszy jasnopis  staje się tutejszym ciemnopisem. I jeżeli już czytamy po heraklitejsku, to widzimy jasno, że rzecz ma się nieraz doskonale odwrotnie.

Karol Maliszewski

siwczyk_okladkaKrzysztof Siwczyk – ur. 1977. Poeta, felietonista, współtwórca grupy poetyckiej Na Dziko, pracownik Instytutu Mikołowskiego, recenzent literacki. Współpracuje z TVP Kultura i „Polityką”. Debiutował w 1995 tomem Dzikie dzieci, potem wydał Emil i my  (1999), Dane dni  (2001), Wiersze dla palących  (2001), Zdania z treścią  (2003), W państwie środka  (2005), List otwarty. Wiersze zebrane 1995-2005  (2006), Centrum likwidacji szkód  (2008), Koncentrat  (2010), Gdzie indziej jest teraz  (wybór wierszy, 2011), Gody  (2012), Dokąd bądź  (2014), Jasnopis  (2016). W 1999 zagrał tytułową rolę (Rafał Wojaczek) w filmie Lecha Majewskiego pt. Wojaczek. Laureat wielu nagród poetyckich, nominowany do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius,  laureat Nagrody Fundacji im. Kościelskich (2014). Mieszka w Gliwicach.