Fot. Karolina Sikorska

Fot. Karolina Sikorska

Beata Klimowicz: Dlaczego napisała pani Alicyjkę?


Liliana Hermetz: Już właściwie nie pamiętam dokładnie (śmiech), to było kilka lat temu… Chciałam się zmierzyć literacko z potęgą matki, z mitem matki, który gdzieś tam w sobie nosimy i który w kulturze jest bardzo mocny. Zapewne nie bez znaczenia był fakt, że kilka lat wcześniej sama zostałam matką. I zdałam sobie sprawę z tego, że teraz oto ja weszłam w tę rolę i, chcąc czy nie, potencjalnie stanę się taką potężną postacią dla mojej córki. Przyglądałam się też innym dziewczynom, kobietom matkom, myślałam sobie, że przecież wszystkie jesteśmy zupełnie zwyczajne, różnie sobie w tych rolach radzimy, wszystkie mamy też za sobą jakieś własne historie, własne matki. Zastanawiałam się, co my dostałyśmy od naszych matek, co nam właściwie przekazały? Jaki jest ten kulturowy przekaz w różnych kwestiach, na przykład w kwestii macierzyństwa. Uświadomiłam sobie, że relacja matka-córka jest właściwie dosyć skomplikowana, wcale nie taka oczywista, ale pełna zawiłości i niuansów, o których nie myślimy. Że niby to takie bezdyskusyjne i naturalne, że matka kocha swoją córkę. Ale może nie zawsze tak jest? I jaka jest natura tej miłości? Jednocześnie ciągną się za nami nasze własne doświadczenia czy, jak to mówi Narratorka: ciągną się za mną wasze ogony. Pojawia się też lęk, żeby nie powtórzyć własnych złych doświadczeń. Oraz pytanie, czy jest to nieuniknione, czy można swoje własne historie pisać inaczej? I czy nie jest też tak, że nasze pojedyncze wyjątkowe historie wpisują się jakoś w historie wielu matek i córek? Miałam przeświadczenie, że historia, którą opisałam, przy całej swojej pojedynczości czy wyjątkowości – jest jednocześnie w pewnym sensie uniwersalna. I wiele czytelniczek, i czytelników jakoś się w tym rozpoznaje. Choć na szczęście nie wszyscy mają czy mieli takie doświadczenia.


Czy pisanie o traumie pomaga się z nią uporać, czy też samo w sobie jest traumatyczne?


Pisząc Alicyjkę, chwilami naprawdę się dobrze bawiłam, co, jak zauważyłam, czasem dziwi, kiedy o tym mówię. Dla mnie to było i wyzwanie, i przygoda, przede wszystkim na poziomie języka. A owa trauma jest raczej materiałem czy tworzywem literackim, który świadomie wykorzystuję. Trafnie ujął to Tadeusz Sobolewski, pisząc, że rozkładam ją przed czytelnikami niczym krawcowa, mówiąc, zobaczmy, co da się z tego wykroić. Więc pisząc tę książkę, nie byłam straumatyzowana ani nie fundowałam sobie terapii z Duchem. Co oczywiście nie znaczy, że nie miałam świadomości, że piszę o sprawach trudnych, często przemilczanych, i naruszam może trochę kulturową świętość figury matki. Chociaż powiedziałabym, że raczej sprowadzam tę mityczną postać matki na ziemię, do konkretnych realiów, i patrzę na nią też w całej jej zwykłości. Innymi słowy: te olbrzymie oczekiwania społeczne i kulturowe w stosunki do matki i jej roli – sprawdzam na konkretnej matce, zwykłej kobiecie. Zresztą z korzyścią dla niej – bo im bardziej ją poznajemy, tym większej nabieramy do niej sympatii, a w każdym razie lepiej ją rozumiemy. Nie sadzę, bym zdołała napisać udaną i przekonującą literacko książkę, nie mając dystansu do własnych doświadczeń i jakoś tam się autoterapeutyzując przy pisaniu. Ale oczywiście mówię o sobie, być może innym to się udaje, i nie ma w tym nic złego. Myślę, że Alicyjka – jeśli jest ewentualnie terapią – to bardziej dla czytelnika niż autorki. Choć mam nadzieję, że odbiera się ten tekst przede wszystkim jako literaturę.


Ale chciałabym jeszcze słowo, jeśli można, o samym terminie trauma, który robi jakąś niebywałą karierę w ostatnich latach. Pojawił się w myśli literaturoznawczej czy – szerzej – kulturowej jako kategoria opisująca pewne skrajne doświadczenia, wojenne na przykład, mające trwały wpływ na dalsze życie podmiotu czy jednostki. Dzisiaj właściwie termin ten funkcjonuje także w popkulturze. Więc tak się zastanawiam, że albo jest nadużywany, albo też trauma okazuje się zjawiskiem o wiele bardziej powszechnym i częściej doświadczanym, niż sądziliśmy. Bo jeśli przyjąć, że na przykład wszystkie niekochane lub niewystarczająco kochane córki i synowie (a przynajmniej tak się czujący), doznali traumy – to byłoby nas doprawdy niemało. Albo jeśli wziąć pod uwagę chociażby kategorię ludzi zwanych DDA – to jest to też w Polsce spora grupa. A jeszcze różne inne nadużycia, wykorzystywania, naruszania cielesne, psychiczne i tak dalej.

Więc czy trauma jest czymś tak bardzo częstym, czy też traumą nazywamy ostatnio bardzo różne negatywne doświadczenia? O których zresztą faktycznie piszemy częściej niż kiedyś, ale to już inne zagadnienie.


Alicyjka to dramat trochę w klimatach Dziadów, bo jest Duch, chóry i rymy. Zaczyna się jednak jak powieść. Czy miała pani już wcześniej taką koncepcję, by w tej książce połączyć różne formy literackie, czy też pozwoliła się pani nieść nurtowi wyobraźni?


Nie zakładałam jakiegoś literackiego programu, zaczynając pisać Alicyjkę, nie miałam założenia, że stworzę jakąś nową eksperymentalną formę łączącą gatunki. Początek Alicyjki  to krótkie opowieści, wspomnienia, które snuje Narratorka, przypominając sobie Matkę. Matka jako młoda atrakcyjna dziewczyna, jeszcze niezamężna, jej naturalne wiejskie środowisko, koleżanki, jej bracia, rodzina. Ale te opowieści nie są chronologiczne, przeplatane są fragmentami z jej późniejszego życia, kiedy na przykład już wyszła za mąż. Czytelnik dowiaduje się także, że Matka nie żyje. Tę opowieść snuje Narratorka-córka, która próbuje z jakichś zapamiętanych, usłyszanych lub czasem wyobrażonych zdarzeń zbudować obraz matki, ale też nie ukrywa przed czytelnikiem, że nie ma wiedzy pełnej, że pracuje z pamięcią i że ten obraz Matki jest po pierwsze niepełny, a po drugie mimo wszystko jednostronny. Dlatego dość szybko, choć na początku nieplanowany, pojawia się chór, który ironicznie, a czasem sarkastycznie komentuje poszczególne obrazy. Trochę jakby Narratorka sama sobie mówiła: Eee, to nie tak, a może było inaczej, a w ogóle po co to i tak dalej. No i przyszedł mi do głowy trochę diabelski pomysł, żeby Matka jako Duch sama się pojawiła. Od tego momentu obie moje bohaterki opanowuje żywioł dialogu. Ten dialog, pełen emocji, pretensji, ale i humoru wymusza zmianę formy i języka. Cała sytuacja się niejako automatycznie teatralizuje. (W końcu teatr zrodził się czy raczej rozwinął w dialogu dwóch aktorów). Ale w Alicyjce rzecz jasna nie chodzi o to, że jako teatrolożka z wykształcenia musiałam koniecznie wykorzystać czy nie daj Boże popisać się swoim teatrologicznym backgroundem. Po prostu kiedy spotykają się dwie kobiety tak silnie ze sobą związane jak matka i córka (choć to może dotyczyć też oczywiście innych relacji) – język jest rozsadzany  przez emocje. Obie bohaterki, pełne niewypowiedzianego żalu, szukają potwierdzenia swoich racji, inaczej interpretują różne zdarzenia. Dotykają bardzo trudnych tematów, jak miłość, odpowiedzialność, wypadek Matki, despotyczny mąż, samotność ich obu i tak dalej. A do tego rozmawiają nie do końca na tych samych warunkach, bo Duch czasem sobie po prostu znika. Rzeczywiście jakiś klimat odprawiania Dziadów się tu wytwarza, choć to krytycy tak to nazwali, nie ja. Czyli jak to pani powiedziała, dałam się nieść nurtowi wyobraźni!


A czy zgodziłaby się pani z tym, że konkluzja Alicyjki  jest jednak optymistyczna? Narratorce udało się wszak przerwać zaklęty łańcuch toksycznych relacji.


O, bardzo chętnie się zgodzę! (śmiech). Choć nie ma tam klasycznego happy endu. Ale mówiąc serio – czy Narratorce udało się przerwać ten zaklęty łańcuch toksycznych relacji – to tak naprawdę nie wiemy. Nie ma tego w Alicyjce. Możemy mieć nadzieję, że jej się uda. Narratorka dość odważnie próbuje się zmierzyć z własną przeszłością, czy też raczej z pamięcią, z różnymi kliszami i pojęciami, i odgrywa ten teatr z Duchem, bo to lepsze niż odgrywanie, że wszyscy mieliśmy wspaniałe matki i wszystkie byłyśmy albo jesteśmy wspaniałymi córkami. Albo synami. Niestety nie zawsze tak jest. Z różnych zresztą powodów. Czasami nie ma tu właściwie niczyjej winy. Ale zmierzenie się z tym, wyimaginowana konfrontacja, jakaś droga, którą przechodzi ta nieszczęsna Narratorka z Duchem, który trochę ją wodzi za nos – jest jednak wartością. Duch zresztą ostatecznie wydaje się dość ludzki  i zwykły, i Narratorka wcale nie jest już taka pewna swoich sądów i oskarżeń. Rozumie jego punkt widzenia, próbuje się z nim porozumieć, używając różnych języków, strategii, humoru. Optymistyczne w końcu jest to, że Narratorka przecież to wszystko przeżyła, wydaje się, że wiedzie jej się całkiem nieźle, i jeszcze ma odwagę i potrafi o tym opowiedzieć. I żaden Chór ani Głos nie zdoła jej od tego odwieść, choć czasem sama wątpi. Czyż to nie optymistyczne?!


I na koniec rzecz, która jest, jak myślę, pierwszorzędnej wagi: kim jest tytułowa Alicyjka? Narratorka bowiem zaprzecza, jakoby tak miała na imię.


To bardzo dobre pytanie, a odpowiedź wcale nie taka oczywista. Nader często przypisuje się to imię Narratorce, choć ja tak nie napisałam. Przypomnijmy, że to imię pojawia się w scenie salonowej  konwersacji, kiedy Duch przebrany za jakąś damę zdaje się nie rozpoznawać w Narratorce własnej córki i nazywa ją moją kuzyneczką Alicyjką. Narratorka jest zdziwiona i już się potem do tego nie wraca. Imię Narratorki też właściwie nigdzie nie pada. W Alicyjce  w ogóle sporo jest gry z czytelnikiem, i to już zaczynając od tytułu i okładki, na której widzimy niesamowitą dziewczynkę baletnicę, trochę straszną, trochę niesamowitą. Potem czytelnik dostaje dziesięć opowieści-obrazów i kiedy może wszedł  już w te opowieści – zostaje zaskoczony zmianą formy, dostaje sceny teatralne. Na końcu pojawia się też mała dziewczynka w czarnym trykocie, która skacze na skakance. W książce występuje wiele kobiet – jest Babcia K., Marysia Krupińska (bohaterka jednego z obrazów) i kilka innych. To ich historie są tu opowiadane lub wspominane. Alicyjka to też trochę hołd dla wszystkich tych kobiet, które w pewnym sensie, niczym Duch, odzyskują głos. Więc może Alicyjka jest symbolicznym głosem tą, która opowiada historię? Kimś, kto przekracza pewne granice – tabu, języka, a ofiarom nadaje podmiotowość. A pani co o tym myśli?


Myślę, że to intrygujący element, coś, co nie pasuje do całości, lecz zarazem jako tytuł jest bardzo znaczący. Rzeczywiście imię Alicyjka pojawia się przelotnie w scenie z Duchem-Damą, ale wcześniej jest na to w pewien sposób przygotowany grunt, gdy pod koniec sceny pierwszej Głos, czyli właściwie ona sama, pyta Narratorkę, czy ma na imię Alicja, a ta zaprzecza. Coś podobnego działo się z Alicją w krainie czarów, gdy sama do siebie mówiła, że nie jest Adą, a następnie – i działo się to w tej samej kolejności – Biały Królik nazywał ją Marianną. Ale wtedy Alicja już przestała się go bać, bo udało jej się urosnąć. Może tu jest podobnie?


To ciekawy trop. I myślę, że tych odpowiedzi może być więcej, oczywiście jeśli czytelnik zadaje sobie to pytanie kim właściwie jest Alicyjka?  Wygląda jednak na to, że gra konwencjami literackimi, oczekiwaniami czytelniczymi, językiem, również tytułem – spodobały się czytelnikom, skoro to oni właściwie – zgodnie z formułą Nagrody Conrada – przyznali mi ją. Wiem, że na Uniwersytecie Łódzkim powstaje rozprawa habilitacyjna o współczesnym micie matki, zdaje się, i Alicyjka – między innymi – jest przedmiotem tej pracy. Ciekawe, czy pojawi się tam jakaś interpretacja tytułu.


Z Lilianą Hermetz rozmawiała Beata Klimowicz, 05.07.2016.

Liliana Hermetz – kulturoznawczyni, teatrolożka. Studiowała język, literaturę i cywilizację francuską na Uniwersytecie w Strasburgu. Ukończyła także studia MBA oraz studia podyplomowe Projektowanie kultury  (SWPS/Nowy Teatr w Warszawie). Zadebiutowała książką Alicyjka (Nisza, 2014), a w 2015 otrzymała za nią Nagrodę Conrada. W maju 2016 wzięła udział w Europejskim Festiwalu Debiutu Prozatorskiego w Kilonii. Za opowiadanie Adieu! nominowana do nagrody głównej w konkursie na Międzynarodowym Festiwalu Opowiadań we Wrocławiu 2015. (Antologia Obiecaj, Igloo 2015). W tym roku będzie gościem MFO. Współredaktorka książki Hammerklavier. Zmasakrowane Arcydzieło Yasminy Rezy (Nisza 2014). Wkrótce ukaże się jej nowa powieść Costello.