Maciej Hen (fot. M.Kaczyński)

Maciej Hen (fot. M.Kaczyński)

Beata Klimowicz: Solfatara jest drugą pana powieścią, lecz pierwszą opublikowaną pod prawdziwym nazwiskiem. Dlaczego tym razem podjął pan taką decyzję?

Maciej Hen: Pierwsza moją powieść, Według niej, wydałem pod pseudonimem powodowany głównie pychą. Byłem bowiem przekonany, że książka odniesie sukces, i to nie byle jaki, więc chciałem sobie sprawić tę dodatkową satysfakcję, żeby ten sukces był czysty, czyli nieskażony podejrzeniem o to, że nazwisko mojego ojca, Józefa Hena, coś mi ułatwiło. To by się na pewno sprawdziło, gdyby ten sukces rzeczywiście się trafił, ale niestety mój debiut przeszedł prawie niezauważony, mniejsza o to, dlaczego, a w dodatku wydawnictwo nie potrafiło dochować tajemnicy, więc i tak cały mój plan spalił na panewce. Dlatego przy drugiej książce doszedłem do wniosku, że nie ma sensu już się wygłupiać z tym pseudonimem, tym bardziej że wprowadziłem do Solfatary jedną postać pożyczoną od ojca – Stefana Ligęzę z jego powieści Crimen – i zakładam, że czytelnik, który zna obie książki, doceni smak tego zabiegu w kontekście łączących mnie i ojca więzów.

Po prawie dziewięciu latach poświęconych Solfatarze, jakie uczucie towarzyszyło panu, gdy została ukończona? Bo przez tak długi czas można chyba zżyć się z bohaterami i odczuwać potem pewien brak?

Chyba jednak przede wszystkim było to uczucie triumfu i ulgi – że udało mi się całe przedsięwzięcie doprowadzić do końca. Ostatnich trzysta stron pisałem w pewnego rodzaju transie, ponieważ Beata Stasińska, ówczesna szefowa wydawnictwa W.A.B., obiecała mi, że wyda mi tę książkę, pod warunkiem że skończę ją pisać w ciągu trzech miesięcy. O ile więc cały tekst pisałem ze średnią wydajnością stu stron rocznie, to przy końcowych partiach moja wydajność wzrosła do stu stron miesięcznie. A potem przez dwa lata żyłem jeszcze Solfatarą, a raczej walką o to, żeby nie spotkał jej los podobny do Według niej – starałem się nie stracić kontroli nad pracami redakcyjnymi, stroną graficzną, działaniami promocyjnymi, śledziłem odzew medialny – zarówno w tradycyjnych mediach, jak i w internecie – towarzyszyłem książce, kiedy startowała do kilku nagród – trzy zdobyła! – i dopiero teraz, kiedy sezon nagród się skończył, rzeczywiście do pewnego stopnia ogarnia mnie chwilami uczucie pustki. Co do bohaterów – cóż, oni stale są gdzieś w zasięgu głosu, żyją we mnie, ale tym życiem, które dla nich nakreśliłem w książce, i do innego życia się nie wyrywają.

Czy przez te dziewięć lat Solfatara była absolutnym priorytetem? Jak godził pan pisanie chociażby z pracą zawodową?

Praca zawodowa musiała być priorytetem, bo to dzięki niej mogłem utrzymać rodzinę. Starałem się to jakoś godzić. Pracuję jako telewizyjny realizator światła. To na ogół polega na intensywnych działaniach przed anteną czy nagraniem, ale kiedy już program pójdzie w ruch, robi się spokojniej i mogę wyciągać laptopa. Kiedyś na jakiejś transmisji sportowej zbłąkana piłka rozbiła mi matrycę. Myślę, że gdyby nie praca zawodowa i różne inne dodatkowe zlecenia, które przyjmuję, żeby trochę dorobić, pisanie Solfatary zajęłoby mi najwyżej trzy-cztery lata.

Czy powieść powstawała według precyzyjnie opracowanego planu, czy też chwilami pozwalał pan, by to ona pana prowadziła?

W zasadzie według planu, ale wiele razy w trakcie pisania zdarzało mi się nagle poczuć, że nie, że to nie może być tak, że trzeba inaczej. Albo po prostu zabierałem się do jakiejś sceny i po kilku wstępnych zdaniach ona zaczynała żyć własnym życiem i prowadzić mnie w nieoczekiwanym kierunku. Na ogół w takich wypadkach pozwalałem się unosić fali i potem odpowiednio modyfikowałem dalszy plan. Niektóre nagłe zwroty wynikały z odkryć, których dokonywałem podczas wertowania źródeł w trakcie pisania. Na przykład napisałem już sporo scen z Donną Svevą, kiedy nagle dotarło do mnie coś, co wcześniej z jakiegoś powodu przeoczyłem, a mianowicie – według tablic genealogicznych w czasie mojej powieściowej teraźniejszości historyczna księżniczka di Gesso nie żyła już od sześciu lat. I co tu robić? Zdążyłem polubić tę bohaterkę, nie chciałem z niej rezygnować. To mnie naprowadziło na jeden z bardziej zakręconych pomysłów fabularnych w całej książce.

Pokazuje pan w Solfatarze pewne uniwersalne mechanizmy społeczne, polityczne i psychologiczne. Osadził je pan jednak w dość odległym miejscu i czasie. Skąd wybór siedemnastowiecznego Neapolu? To wymagało przecież dodatkowych przygotowań, zdobywania informacji i z pewnością stanowiło odrębne wyzwanie.

Wyzwanie, ale bardzo przyjemne. Samo grzebanie w archiwach, ślęczenie nad lekturami, nad mapami, przeglądanie ikonografii, przesłuchiwanie muzyki, sprawdzanie różnych rzeczy w internecie, nie mówiąc już o podróżach dokumentacyjnych – wszystko to było tak wciągające, że musiałem się przywoływać do porządku, żeby w tym nie zatonąć do reszty, żeby się skupić wyłącznie na rzeczach, które są mi konkretnie potrzebne do pisania.

W recenzjach Solfatara określana jest jako monumentalna, elegancka, mistrzowska, ale też nierynkowa – ze względu na swoją objętość i niepodatność na modę. Biorąc pod uwagę, że jest to powieść historyczna, gęsta od opisów i wielowątkowa, wymagająca uwagi, wartka, lecz poprzez swą szkatułkowość rozciągnięta w czasie, zapisana na dziewięćset dwunastu stronach i nazwana przez prof. Jerzego Jarzębskiego, przewodniczącego kapituły Nagrody Literackiej im. Witolda Gombrowicza – ekscesem – w jakim czytelniku upatrywał pan jej adresata?

Przede wszystkim na pewno nie zgodziłbym się z tym, że Solfatara jest nierynkowa. Ja nie należę do autorów, którzy traktują czytelnika z góry i oczekują, że on się będzie wspinał na palcach, żeby dorosnąć do ich poziomu. Starałem się stworzyć powieść zrozumiałą dla każdego w miarę inteligentnego człowieka, z wyrazistymi bohaterami, z wciągającą fabułą, rozgrywającą się w malowniczej scenerii, w barwnej epoce, momentami wstrząsającą, w wielu miejscach zabawną, gdzieniegdzie buchającą erotyką – i chyba taka wyszła. To ma być nierynkowe? A że momentami czytelnik się gubi, to wcale nie przeszkadza – albo się w końcu odnajdzie, albo machnie ręką i poleci dalej, a później będzie miał powód, żeby przeczytać jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze raz…

Czy ma pan już w planie kolejną powieść?

Mam. Na razie mogę zdradzić tyle, że będzie to powieść dwa razy krótsza od Solfatary, w zupełnie innej konwencji, pisana zupełnie innym stylem, a rzecz się będzie działa współcześnie w Polsce i w Rumunii. Jeśli wszystko dobrze pójdzie – premiera za dwa lata. A jeszcze przedtem powinienem się uporać z pewną książką dokumentalną. Nie powiem, o czym, bo jeszcze mnie ktoś ubiegnie.

Z Maciejem Henem rozmawiała Beata Klimowicz, 09.11.2016.

.

Solfatara (fragment)

Solfatara, W.A.B., 2015.

Solfatara, W.A.B., 2015.

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to szerokie płaszczyzny mieniące się wszystkimi odcieniami złota, poprzedzielane pionowymi pasmami głębokiej czerni. Potem zobaczyłem kolumny i posągi ‒ zwłaszcza ten największy i najjaśniejszy posąg, w samym środku obrazu, wyobrażający chyba Apolla, w każdym razie jakąś wysmukłą postać męską spowitą w greckie szaty i w wieńcu laurowym na czole, namalowaną ulubioną przez François techniką modelowania postaci cieniutkimi nitkami bardzo gęstej białej farby, często nakładanymi nie włosiem,

a trzonkiem pędzla (nieraz widziałem, jak to robi). Nad głową posągu świeciło coś, co zrazu wziąłem za księżyc w pełni, lecz przyjrzawszy się, spostrzegłem za Apollinem jego cień rzucony na rozjarzoną płaszczyznę, z której ów rzekomy księżyc się wyłaniał, czyli że płaszczyzna ta przedstawiała nie wycinek przestworzy, a litą ścianę skąpaną w ostrym świetle, zaś kolisty kształt osadzony w jej górnej części nie był księżycem, tylko rzeźbioną ozdobą ‒ rodzajem rozety, której ramiona tworzyły wpisany w koło kształt podobny do pięciolistnej koniczyny. Czy ten znak niesie jakieś ukryte przesłanie, trudno mi powiedzieć.

Cały krajobraz namalowany był na czarnym podkładzie rozmaitymi odcieniami bieli w taki sposób, że budowle i posągi w dalszych planach stopniowo coraz bardziej roztapiały się w zasnuwającej widnokrąg złocistej łunie. Z przodu zaś, u stóp białego posągu, można było rozróżnić pięć kolorowo ubranych  kobiet pochylonych nad czymś maleńkim, co się wynurzało z czarnej wody. Z bliska można było w tym czymś rozpoznać leżące w wyplatanym koszyku dzieciątko, z jedną rączką wyciągniętą w górę. Było oczywiste, że tej grupy figuralnej François nie zdążył wykończyć ‒ w wielu miejscach przez postacie ludzkie prześwitywało tło. Zastanawiałem się, która z namalowanych kobiet miała być córką faraona ‒ czy ta, która przykucnąwszy tuż nad małym Mojżeszem stara się go uspokoić delikatnym ruchem wyciągniętej dłoni, czy może podchodząca dopiero do brzegu wody najbardziej zwiewna, najbardziej z tych wszystkich postaci dziewczęca i zarazem najbardziej niedokończona, ledwie co maźnięta pędzlem, przez co wyglądająca prawie jak duch.

.

Maciej Hen ‒ urodził się w 1955 roku w Warszawie, gdzie mieszka do dziś. W 1980 ukończył wydział operatorski łódzkiej PWSFTviT. Po studiach osiadł na jakiś czas w Łodzi (do 1993). Próbował swoich sił w różnych dziedzinach: bywał operatorem filmowym, scenarzystą, fotografem, reżyserem filmów dokumentalnych, dziennikarzem, tłumaczem z języka angielskiego, muzykiem, a czasami nawet aktorem. Obecnie utrzymuje się głównie z realizacji światła w telewizji. Jako prozaik debiutował w roku 2004 powieścią historyczną Według niej, opublikowaną pod pseudonimem Maciej Nawariak – próbą realistycznego przedstawienia żydowskiego oblicza Jezusa i jego otoczenia. Solfatarę ‒ swoją drugą powieść ‒ nad którą pracował od 2006 roku, ukończył w 2014. Książka znalazła się w finale Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus 2016, została Książką Roku 2015 w plebiscycie Warszawskiej Premiery Literackiej oraz laureatką I edycji Nagrody Literackiej im. Witolda Gombrowicza (ex aequo z Uprawą roślin południowych metodą Miczurina Weroniki Murek).