Fot. SecundaUrszula Honek: Od wydania twojego debiutanckiego tomu Brzydkie zwierzęta minęło dziesięć lat. Czy ten zbiór ciągle jest ci bliski? Rozpoznajesz się w tych wierszach?

Magdalena Bielska: Bardzo dawno nie miałam w ręce tej książki. Uważam, że właściwie niemożliwe jest przeczytać swój własny wiersz, przeczytać jako czytelnik,  po prostu mózg się jakoś zamyka na własne teksty i łączność między oczami a głową zostaje zerwana. Ewentualnie można pewnie ocenić po latach,  jak to jest napisane – czy dobrze, czy zgrabnie, czy fatalnie. Ale lepiej nie będę tego robić.

Twoje wiersze – już od debiutu – były oniryczne. Trudno było oddzielić w nich jawę od snu. W Czarnej wyspie ta granica została mocniej zaznaczona, wyraźniej wychodzisz w stronę rzeczywistości. Po której stronie czujesz się lepiej?

Chyba William Blake powiedział, że wszystko, co możemy sobie wyobrazić, jest rzeczywistością. Albo rodzajem rzeczywistości.  Wcale nie gorszej. No więc powiedzmy, że to wszystko to jest jedna rzeczywistość, tylko z różnymi odcieniami.

Twoja nowa książka jest bardziej dynamiczna od poprzednich. Już w pierwszym wierszu zatytułowanym Jogging zapowiadasz, że postaci będą w ciągłym ruchu. Z drugiej strony twoi bohaterowie wydają się wykonywać jeden ruch: ku śmierci. Rozpędzasz ich tylko w jednym kierunku. Współczujesz im? A może bawi cię lub przeraża, gdy nie zatrzymujesz ich w decydującym momencie?

Potrafię sobie wyobrazić, że poeta traktuje swoich bohaterów jak własność, jak malutkie kukiełki, ukręca im łebki, kiedy uzna za stosowne, a potem tłumaczy dogłębnie, dlaczego tak postąpił, ale u mnie tak to nie wygląda. To bardziej jak rzeźbienie w drewnie czy malowanie, nie analizuję, nie deliberuję. Jest to bardziej intuicyjne, wydaje mi się, że zbyt długie deliberowanie nad wierszem czy intelektualizowanie szkodzi poezji. Bohater na przykład biegnie, potyka się, przypadkowo albo specjalnie, i spada albo nie spada w przepaść. To, dokąd udają się bohaterowie moich wierszy, to jest sprawa ich i czytelnika, nie moja.

Ale z jakiegoś powodu wybierasz specyficznych bohaterów: łakomych, pożądliwych, kompulsywnych, skupionych na materialnych potrzebach…

W jakimś stopniu pewnie tak, ale mam nadzieję, że nie są jednak tacy źli… Mam nadzieję, że można też bardziej współczująco na to popatrzeć, bardziej jak na ludzką szamotaninę.

Wymyślasz postaci, jak na przykład zmarłą jedenastolatkę w Melancholii  lub otyłą dziewczynkę w wierszu Jeszcze ktoś. Czy może gdzieś je zobaczyłaś, przeczytałaś o nich? Mam wrażenie, że twoje wiersze wynikają z obserwacji.

Wydaje mi się, że przy układaniu postaci gra rolę całe spektrum szczegółów, które czasem widzieliśmy nawet w głębokiej przeszłości, aż wreszcie wyłaniają się z pamięci i zostają umieszczone w wierszu. Raczej nie jest to  jakaś konkretna osoba.

Brzydkie kundliki z twojej debiutanckiej książki pałętają się po domu Grochowiaka. W Czarnej wyspie zwierzęta decydują o życiu pośmiertnym człowieka. Mam wrażenie, że kiedy się pojawiają – ton twojej wypowiedzi się zmienia: Psy już wracają, mokre, roześmiane – zapisujesz. Sądzisz, że zwierzęta mogą być bliższe niż ludzie?

W moim odczuciu prawdziwa bliskość między ludźmi wydarza się niezwykle rzadko. Ale oczywiście czasem się zdarza. A co do zwierząt, jest dla mnie fascynujące, że człowiek nawiązuje więź z przedstawicielem innego gatunku, dba o niego, obdarza często bezinteresownym uczuciem.

W jednej z rozmów powiedziałaś, że jako liryczna poetka masz zimne serce. Twoja liryka rzeczywiście jest chłodna, wydestylowana, powściągliwa. Zapytam najprościej: czym dla ciebie jest  chłód?

No tak, bardzo lubię ten cytat: Liryczni poeci/ Mają zwykle, jak wiedział, zimne serca. Co ciekawe, bo przecież pojawia się w wierszu o wielkiej miłości, którą został obdarzony właśnie ten zimny poeta. I poznając lepiej tę postać, okazuje się, że kto jak kto, ale Orfeusz, bo o nim mowa, z całą pewnością nie ma zimnego serca, wręcz przeciwnie, chłód jest więc może tylko zabiegiem literackim, czymś, co dobrze brzmi? Bo to zdanie jest bardzo piękne. A to, jak wiedział, jest bardzo ważne, ponieważ ten, kto to mówi o sobie samym, może się na swój temat bardzo mylić. Może to tylko taki chwyt Miłosza? O ile Miłosz stosował jakieś chwyty…

Ale czy rzeczywiście to tylko zabieg literacki? Na przykład Thomas Bernhard zapisał, że w ciemności wszystko staje się wyraźne. Czy mogłabyś to odwrócić i powiedzieć, że nie w ciemności, lecz w chłodzie? A może jest zupełnie odwrotnie: chłód pozwala – czy  w wierszu, czy w życiu – raczej coś zakryć.

Pewnie masz rację. O tym, że moje wiersze są chłodne, dowiaduję się z recenzji. Ten chłód stylu to jest może coś, co przychodzi razem w pakiecie z pisaniem. Nie wybierałam sobie chłodu jako jakiegoś narzędzia do lepszego oglądania rzeczywistości. Na pewno nie było tak, że usiadłam i zaplanowałam: teraz wybieram chłodny styl, a nie emocjonalny, a pisać będę ołówkiem, a nie długopisem. Z tych rzeczy można wybrać tylko ołówek, a i to nie wiem, czy do końca.

W twoich wierszach dyskretnie pojawia się miłość. Znów zacytuję, bo uważam, że to jedna z najlepszych fraz o śmierci i miłości zarazem: nic nie przechwyci jednego marnego spojrzenia/ między dwojgiem kochających się ludzi – nawet śmierć. Nawet śmierć ich nie wychwyci, bo jest ociężała umysłowo i krowiasta, ta śmierć. Z drugiej strony mówisz również: ten, kto kocha, zawsze się ogląda. A zatem: miłość ocala czy zabija? A może – jak twierdziła Runda, bohaterka twojej powieści Miłość w zimie – w ogóle jej nie ma?

Nie jestem do końca pewna, czy Runda tak twierdziła. Ale mogę się mylić. Może rzeczywiście była osobą, która nie była przez nikogo kochana. Na pewno było tam o tym, że miłość albo jest szalona, albo jej nie ma. No i znowu ten biedny Orfeusz: dla mnie przejawem jego prawdziwej miłości było to, że obejrzał się, czy idzie za nim Eurydyka. To było bardzo ludzkie i wzruszające. Też bym się obejrzała. I nie wierzę, że jakiś Hades miał moc sprawczą, żeby rozdzielić tę parę, przecież to nonsens.

Wyraźnie zaznaczasz opozycję pomiędzy dzieciństwem a dorosłością. U ciebie, tak jak w filmach Bergmana, ważną figurą staje się dom: z jego zapachami, skrzypieniem podłóg, tajemniczymi kątami. Szczególnie wyraźnie widać to w Wakacjach, widmie. Czy uważasz, że dzieciństwo było czasem intensywniejszego przeżywania? Czym dla ciebie jest przywoływanie minionego, praca pamięci?

Nie wiem, czy potrafię ocenić, czy przeżywanie w dzieciństwie było intensywniejsze, a teraz jest bledsze. Wydaje mi się że nie. Może zdarzenie z dzieciństwa nabierze dopiero właściwej intensywności jako coś utrwalonego przez pamięć? Dopiero po wielu latach coś, co było raczej blade, zostaje oświetlone właściwym światłem? Czy pływanie łódką po jeziorze w letni wieczór jest czymś innym dla dziecka, a czymś innym dla pięćdziesięciolatka? Większość powie, że tak, oczywiście. Dziecko chłonie, przeżywa, cieszy się przygodą, a pięćdziesięciolatek uważa, żeby bezpiecznie wiosłować i żeby spray na komary nie przestał działać. Ale przecież niekoniecznie. W ogóle tego nie wiemy, co przeżywa każdy z nich, niezależnie od tego, iloma słowami będą o tym opowiadać i co będzie nam pokazywać ich mowa ciała. Każde najmniejsze ludzkie doświadczenie jest w pewnym stopniu zamknięte, niemożliwe do przekazania, ale równocześnie może być jakoś przekazywalne za pomocą poezji, czy w ogóle literatury, malarstwa, filmu, muzyki. Jakiś dobór słów, farb, czy dźwięków może sprawić, że na przykład chwile z dzieciństwa pisarza otwierają się w umyśle czytelnika. Chociaż szczegóły może widzieć inne. Ale jakaś łączność została nawiązana.

Z Magdaleną Bielską rozmawiała Urszula Honek, 10 marca 2016.

 

Elektryczność

On i ona. Chrupią bagietki z francuskim serem i patrzą na siebie.
Spojrzenia między ludźmi, którzy się kochają,
są nie do wychwycenia.
Biegną łączami tak szybko,
w sposób tak niezrozumiały i tajemniczy dla wszystkich innych,
dla wszystkiego innego,
że nic nie przechwyci jednego marnego spojrzenia
między dwojgiem kochających się ludzi – nawet śmierć.
Nawet śmierć ich nie wychwyci,
bo jest ociężała umysłowo i krowiasta, ta śmierć,

a to jest elektryczność, nauka,
inna liga.

 

Biały piasek

I jesteśmy na tej plaży. Mam tu książkę.
Przygody Hucka. Mam olejek. Mam napój cienisty.
Oby jak najmniej podróży, pakowania,
oby jak najmniej samolotów.
Codziennie na śniadanie w to samo miejsce.
Wszystkie wakacje tutaj, w tym gwiaździstym mieście.

Tamte nowoczesne podróże to był koszmar;
piękny, owszem, ale koszmar.
Powrót, tylko to nadaje sens podróży.
Jak najmniej, błagam, nowych przeżyć.
Zielony ocean, Japończycy w strojach krakowskich.
Maszerujące karły.

Teraz będziemy zagłębiać się w rutynę, wchodzić w nią,
wołać psy na pustej plaży,
choć jest lato
i powinni pojawić się chociaż paździerzowi turyści.

Opalanie się i palenie papierosów na plaży.
Na razie miasto, wydmy, promenada, ulice,
wszystkie te miejsca są jeszcze niezdecydowane.
Ale cierpliwość.
Cierpliwość.
W końcu powtarzalność wydobędzie z nich czułość,
pokażą ludzkie oblicze. Będą musiały.
Na razie miasto jest niezdobyte.

 

Dorosłość

Dziecko dorasta, czyta poezje, płacze przy Krzysiu.
Poznaje świat dopalaczy.
Zatrudnia się w kopalni.

Tymczasem przyszłość, totalna. Już nikt znajomy nie jest żywy.
Chodzi po mieście, skloszardziały, cuchnący, zaczepia ludzi
i pyta, gorączkowo, może ktoś pamięta:
– Pamiętacie Jordana Belforta?

(Z tomu Czarna wyspa, WBPiCAK, Poznań 2015).6051

 

Magdalena Bielska – ur. 1980. Wydała tomiki wierszy: Brzydkie zwierzęta (a5, 2006), Wakacje, widmo (a5, 2009), Czarna wyspa (WBPiCAK, 2015) oraz powieść Miłość w zimie (Świat Książki, 2013). Laureatka nagrody im. Kazimiery Iłłakowiczówny i nagrody Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek. Jej wiersze były tłumaczone na serbski, hiszpański i angielski. Mieszka w Krakowie.

Urszula Honek – ur. 1987. Autorka tomiku wierszy Sporysz (WBPiCAK, 2015). Doktorantka kulturoznawstwa. Artykuły, recenzje, szkice publikowała w pismach literackich i filmowych. Pochodzi z Racławic (k. Gorlic). Mieszka pod Krakowem.