Lobo_fotaRoman Honet: Osiem lat – tyle trwało oczekiwanie na krwiobieg. Tak długo nad nim pracowałeś czy nałożyły się na to odmienne sprawy?

Marek Lobo Wojciechowski: Faktycznie długo… (śmiech). Nie, praca nad tomikiem ukończona została dawno temu, a na fakt ukazania się go po tak długim czasie miały wpływ odmienne sprawy – tak odmienne i absurdalne, że nie chce mi się o tym gadać… (śmiech). Niemniej – w końcu się ukazał i – tadam!… (śmiech).

Czy czujesz się częścią krwiobiegu współczesnej liryki? Istnieje w ogóle? Czy mocniej odczuwasz swój własny?

Jest tak: skoro w ogóle piszę (cokolwiek) jestem w jakimś stopniu częścią owego krwiobiegu (czy – sztafety). Ale niespecjalnie się z owym bytem utożsamiam; myślę sobie, że zamiast jakiegoś, choćby rozległego, nurtu czegoś, co można by określić mianem współczesna liryka są raczej rozproszone głosy. Osobiście nigdy przez myśl mi nie przyszło naśladownictwo czegokolwiek/kogokolwiek, poza oczywistymi sympatiami dla konkretnych autorów (tu: kanon)… (śmiech). Myślę, że po prostu piszę swoje…

Porzućmy foremki, bo nie one ważne – zapisałeś w tytułowym wierszu. Co jeszcze jest ważne, a o czym w owym wierszu nie wspomniałeś?

Ważne są rzeczy najmniejsze.

Czy do pisania wierszy trzeba dojrzeć, czy wystarczy spróbować?

Tak czy siak – trzeba próbować. Ale bez dojrzałości (niekoniecznie – metrycznej) nie bardzo wyobrażam sobie napisanie czegoś istotnego. Każdy tekst filtrujesz przecież przez siebie, a filtr gęstnieje z doświadczeniem. Czyli jednak z wiekiem… Ot, zagwozdka… (śmiech).

A od czego i jak zaczęło się twoje pisanie wierszy?

Długie lata pisywałem teksty do piosenek, raczej takie do szuflady, na własny użytek. Któregoś dnia zdarzyło się, że tekst nie wyszedł – nie miałem pomysłu na rymy i rytmikę, ale – wyszło coś wierszowatego. Zamieściłem toto w „Nieszufladzie” – i się zaczęło! Długi okres zjebów i opierdalania (za wiersze), długi okres czytania innych oraz prywatnych studiów – nad teorią, rymem, rytmem, sensem, puentą, pisownią, ortografią, interpunkcją… i innymi pierdółkami, w końcu zaczęło się to kleić, potem ukształtował się własny język… Jakoś tak… (śmiech).

W jednym z utworów piszesz  próbujemy się nie pozagryzać, co najwyżej. A czego już nie próbujemy? Czego w pewnym czasie człowiek woli się już nie podejmować?

Ten tekst mówi o umierającym związku – takim, w którym wygasły wszelkie wiązania, zostawiając jedynie najprostsze odruchy obronne i, narzucony systemem, szkielet funkcji społecznych; ojciec, matka, takie tam.

Natomiast z wiekiem… z wiekiem przestałem się kłócić z partnerką, bo to strata czasu… (śmiech). Z pewnością z wiekiem  stajemy się nieco bardziej zachowawczy – nie wdrapujemy się np. na komin fabryczny, żeby popisać się przed kolejną laską; można powiedzieć – akceptujemy swoje ograniczenia. Ale i od tego są wyjątki; jakiś czas temu postanowiłem nauczyć się gry na gitarze i choć kompletnie mi nie idzie – mam z tego frajdę… (śmiech).

jest jeszcze coś, co chcę zobaczyć – zapisujesz w odmiennym wierszu. Czym jest to coś?

Nie marzą mi się podróże do egzotycznych krajów, ale – na połów dorsza z kutra czy choćby kolejny wschód słońca nad rzeką chciałbym jeszcze nieraz znaleźć czas i siły.

Wiem, że nie należysz do autorów strzelającym co roku nowym tomikiem, wszelako pozwolę sobie zapytać o twoje plany liryczne, a może literackie. Nie ma czy są? Jeśli tak, jak wyglądają?

Plany jak plany – są zawsze… (śmiech). Mam ukończoną powieść (której jesteś redaktorem, o ile nie zapomniałeś), czekającą na wydanie; na razie czekającą bezskutecznie, bo wydawcy nie kwapią się na podjęcie ryzyka związanego z wydaniem nieznanego debiutanta, poza tym – kolejny tomik  w składzie i – w nieco późniejszym czasie – poemat, ale na to trzeba kilku miesięcy spokoju, skupienia i, co najmniej, dwóch skrzynek wódki… (śmiech).

Dziękuję ci za rozmowę.

Z Markiem Lobo Wojciechowskim rozmawiał Roman Honet, 5 września 2017.

 

uciekinier

Choćbyś palił codziennie skrawki historii,
nie rozpłyniesz się. Trafiłeś się przypadkiem
dwojgu ludziom, a oni nie umieli dochować
tajemnicy. ZUS i Urząd Skarbowy, stara
księga kościelna, jakiś zeszyt w kratkę.

Choćbyś starał się być ze snu, nieprawdziwy,
stanie obok policjant z bloczkiem mandatów.
Zapłacisz za odciski palców na jej skórze,
pierwszą gwiazdkę, drzewo, które spuszczą,
by czekało na ciebie, posortowane w deski.
Świeżo cięte kwiaty.

Choćbyś był marginesem, kroplą w lesie deszczowym,
piaskiem na pustyni – zdrajcą będzie słońce, gwiazdy,
kilka niezgrabnych wersów, stare buty w szafce,
kilkaset kilometrów stąd. Choćbyś się skrył, jak chomik,
zdradzi ciebie kształt nory.

 

Majakowski

Tak, Majakowski, wojna. Czas na wielkie zmiany.
Wódkę pić będziem w knajpie, na zakąskę śledzik.
Robotnice ubierzem w tiule i falbany.

Już nikt nam nie bałaknie, że: ojciec nieznany,
że do szkół tylko szlachta, że: paszoł, w niedźwiedzie.
Wojna, Władimir, wojna. Rozpierducha, zmiany.

Krok trzymaj, Majakowski. Idziesz przecież z nami,
czy jakaś głupia inność w durnej głowie siedzi?
Robotnice – i tiule! Chłopki i – falbany!

Grzebiesz się coś, Wołodia. Popijasz od rana,
cichcem dumasz, nie ruchasz, zerkasz, czy ktoś śledzi,
a tu wojna i zmiany, Mołodiec. My – Pany.

Dobra – przyjdzie Katiusza, przyjdzie Olga, Tania.
Ty, po prostu, zapomnij. Gadają sąsiedzi,
że jest nie tak. Że plujesz na tiule, falbany.

Żal mi cię, Majakowski. Miało być: od rana
jakaś wóda, czy dupa, wierszyk dla gawiedzi.
Wojna, Władimir, wojna. W czas tej wielkiej zmiany
ubierzem twego trupa w tiule i falbany.

 

płyńmy

Woda tłumi niemrawe ruchy ryb,
chłonie światło gwiazd; spływają
w bladych rozmazach, toną

na wysokości mostu. O grubym facecie
mawiało się kiedyś: „dobrze wygląda”.
Rzeka – niesyty żarłok, pełen

niestrawionych kości. I ten ruch:
nienaturalnie ciągły, hipnotyczny –
nieodcięta pępowina oceanu,

pełnego mnogich ja i my, gdzie
tylko zawirowania nurtu odpowiadają
zarówno za jedno, jak drugie.

(Z tomu krwiobieg, WBPiCK, Poznań 2017).

 

Karol Maliszewski:  Dobrze jest czasem zatrudnić język w imię jakiejś poważniejszej roboty

Książkę Marka Lobo Wojciechowskiego połknąłem wczesnym rankiem, nie znajdując ani jednej fałszywej nuty. Nie chcę powiedzieć, że autor ten śpiewa i moją piosenkę; już raczej to, że jakieś dwie wrażliwości są dość blisko siebie położone i rezonują. Mam na myśli rezonans, nie rezonerstwo. Tego drugiego nie ma tu wcale. Przychodzi w życiu człowieka taki moment, że w sposób naturalny opuszcza go chęć do używania sztuczek i ozdobników. Nie wiem, czy osławiona smuga cienia ma z tym coś wspólnego. W każdym razie widzi się samego siebie i rzeczy świata tego na tyle jasno, że nie chce się strzępić języka. Wypowiada się to, co niezbędne. Tak odbieram tę książkę. Pozamykało się wszystkie sprawy zbędne, zostało się sam na sam z mową konieczną. Zero rezonerstwa, czyste świadczenie. Nieprzegadane, powściągane aż do bólu. Ale ten ból jest rozkoszny, przywołuje dawne miary poezji, jej niezbędność. Całe morze papierowego gówna zostawiliśmy za sobą, teraz milczymy. I jeśli od czasu do czasu mimo wszystko coś wypowiadamy, to właśnie tak. Każdy wiersz w tej książce wydaje się czymś takim. Naznaczonym koniecznością jednorazowym aktem prawdy. Prawdy, która powstaje na przecięciu spontaniczności wyrazu i konieczności formy. Surowości i wychodzenia na miękko, bo każda foremka jakoś jednak zniekształca. Te wiersze mówią o możliwości opowiadania własnego życia bez zniekształceń i zmiękczeń, o drapieżności, którą trzeba zachować do końca – ze świadomością korygującej wszystko formy i wbrew niej. Stąd siła tej poezji, jej budowana na spięciu i sprzeczności dynamika. I choć w końcówce pada zdanie sztuka jest umiejętnością wiarygodnego kłamstwa, to brzmi obco w tak nacechowanym, męskim, rozliczeniowym, gorzkim krajobrazie.

Ta wypowiedź miała być krótka. Ale jakoś nie chce. Bez przerwy wyskakują następne wątki. Łapię je i chowam jak króliki do kapelusza. Niech czytelnik znajduje potem przyjemność w samodzielnym wyciąganiu. O jednym muszę jednak wspomnieć. Chropowatość życia, lecz i jego ciepło, tak są tu wiarygodnie oddane, bo podszyte miłością, wolą miłości. Ona spaja wiele rozproszonych wątków. Gdyby bohater tych wierszy w ten sposób miłości nie miał i nie opisywał, byłby jak cymbał, jak wielu prestidigitatorów słowa, pustych w środku. A tu rzecz jest czymś wypełniona, zaś smaczne gry słowne podszyte prawdą dokonanego, w zakresie uczuć i wartości, wyboru. Dobrze jest czasem zatrudnić język w imię jakiejś poważniejszej roboty. W imię życia. Ale trzeba to zrobić tak, jak Wojciechowski. Z wyczuciem, powściągliwością. Mimochodem. By ktoś pewnego poranka czy nocy natrafił na to i nie wyczuł fałszu. Wziął to za swoje. I poczuł się tak, jakby znów był blisko krwiobiegu.

Karol Maliszewski

Marek Lobo Wojciechowski – ur. 1959. Urodził się w Nowym Tomyślu, obecnie (od 1999) mieszka w Gorzowie Wlkp. Autor trzech tomików poetyckich: Suplement i Z wędrówek po okolicy (wydawca: Związek Literatów Polskich Oddział w Gorzowie Wlkp.; wydawnictwo „WAG Arsenał” i wydawnictwo „Osgraf”, Gorzów Wlkp. – 2007 r.) Lobo_okladka_1oraz ektoplazma (wydawca: Związek Literatów Polskich Oddział w Gorzowie Wlkp. – 2009 r.). Zestawy jego wierszy zdobywały nagrody i wyróżnienia w konkursach: II edycji Międzynarodowego Konkursu Poetyckiego „LIBERUM ARBITRIUM” (Zakliczyn 2007), II edycji Konkursu im. Witolda Gombrowicza (Czeladź 2007), o Laur Stowarzyszenia Żywych Poetów (Brzeg 2009), XXIV edycji konkursu im Zbigniewa Herberta „O Liść Konwalii” (Toruń 2010) i innych. Pisze także teksty do utworów muzycznych. Po wygraniu w 2006 ogólnopolskiego konkursu na tekst piosenki dla De Mono, na płycie Siedem dni znalazły się dwa jego teksty: Nocne ćmy i Tak, to koniec. Członek ZaiKS-u. Tomik Suplement zdobył wyróżnienie w konkursie „Złoty Środek Poezji” w Kutnie w 2008 roku. W tym samym roku znalazł się także w gronie nominowanych do nagrody „Silesius”, we Wrocławiu. Trzeci tomik wierszy – ektoplazma – zakwalifikował się do ścisłego grona nominowanych do nagrody głównej konkursu „Tyska Zima Poetycka” w 2009 roku, a w 2010 został uhonorowany Lubuskim Wawrzynem Literackim.