Fot. Kuba Ociepa

Fot. Kuba Ociepa

Beata Klimowicz: Nie bał się pan tej książki? Pokazania – w sposób absolutnie kulturalny, ale jednak – przestrzeni dość osobistej, jeśli nie intymnej, którą przecież Wisława Szymborska starannie chroniła przed oczami ludzi?

Michał Rusinek: Myślę, że pokazałem przestrzeń, którą Szymborska pozwalała pokazywać publicznie. Większość anegdot i historii zawartych w tej książce pojawiała się jeszcze za życia poetki w wywiadach, których albo udzielała ona sama, albo ja, ale za jej przyzwoleniem.  Kiedyś przeczytała wywiad ze mną na temat tego, czym się zajmuję zawodowo, czyli retoryki. Ale uznała, że był nudny i że nawet woli, jak mówię o niej. Uznałem to za rodzaj przyzwolenia. A jeśli się czegoś bałem, to raczej ułomności własnej pamięci. I miałem rację. Urszula Kozioł wytknęła mi, że twierdzę, iż Szymborska kupiła pewien fikuśny widelczyk we Włoszech. A ona go kupiła we Wrocławiu!

Kiedy powstał pomysł napisania tej opowieści?

Ja w ogóle nie miałem ochoty pisać tej książki. Po pierwsze, namówił mnie – prośbą i groźbą – redaktor naczelny Wydawnictwa Znak, Jerzy Illg. Po drugie, na spotkaniach autorskich ludzie zadawali mi często mordercze pytanie: jaka ona była? Odpowiadałem, że długo by opowiadać i że napiszę o tym kiedyś książkę. Po trzecie wreszcie, z przerażeniem zorientowałem się, że faksy, które mam w archiwum, są już prawie nieczytelne. Zacząłem się obawiać, że tak samo blaknie moja pamięć. Trzeba więc to wszystko zapisać, zanim całkiem wyblaknie. Książkę pisałem ponad rok. Bardzo powoli, bo jej pisanie okazało się dość bolesne. Zwłaszcza ostatniej części, poświęconej umieraniu.

W pana książce rysuje nam się obraz bardziej skomplikowany, niż obiegowe opinie o starszej, kruchej pani, która dostała Nobla. Jednak nadal jest to obraz osoby ciepłej, taktownej, empatycznej, o wielkim poczuciu humoru i z dystansem do siebie. Co było jednak dla pana w niej jako człowieku najważniejsze?

I o to chodziło, żeby pokazać nieco bardziej złożony portret, niż robiły to dotąd media, ale i ona sama. Ona dobrze się czuła schowana za wizerunkiem rozchichotanej starszej pani. Ale to nie był wizerunek prawdziwy. Co było w niej dla mnie najważniejsze? Lojalność wobec przyjaciół. Zrozumienie dla ludzkich słabości i niedoskonałości. Umiejętność bronienia swojej prywatności, swojego terytorium i czasu do pracy. I tak, poczucie humoru, w najlepszym gatunku. Nawet jeśli często pełniło funkcję obronną.

Po przeczytaniu Nic zwyczajnego… wiem, że pana relacje z Wisławą Szymborską nie były synowsko-matczyne, bo to nie leżałoby w jej naturze. Jak by je pan więc określił?   

Wszyscy, którzy u niej bywali, choćby tylko na przyjęciach, odczuwali, jak sądzę, rodzaj ciepła, empatii, zaciekawienia, jakim ich obdarzała. To wszystko można chyba zamknąć w słowie zaprzyjaźnienie. Słowo przyjaźń miała ona zarezerwowane dla tych osób, które znała najdłużej.

Pisanie tej książki musiało być bardzo intensywnym powrotem emocjonalnym również do pana własnej, osobistej historii. Co najważniejszego wyniósł pan z tego okresu dla siebie? Jaką wartość?

Piętnaście lat to kawał czasu. Trudno mi sobie wyobrazić, jak wyglądałoby moje życie, gdybym się nie podjął sekretarzowania Wisławie Szymborskiej. Pewnie bardziej poświęciłbym się pracy uniwersyteckiej, może od czasu do czasu bym tłumaczył. Ale zapewne nie pisałbym nic swojego, nawet dla dzieci. Szymborska była świetnym czytelnikiem, miała rzemieślnicze podejście do pisania. Szkoda, że nie prowadziła kursów creative writing – byłaby znakomitą nauczycielką. Czasami udzielała mi rad, kiedy przynosiłem jej jakieś swoje wierszyki dla dzieci. To było bardzo cenne. Starałem się jej nie zasypywać własną twórczością, ale kiedyś uprzejmie zapytała, co ostatnio wydałem. Akurat miałem tak zwany dobry rok i sporo książek opublikowanych. Wymieniłem je, a ona na to: Gratuluję! To niesamowite! Do tej pory tak dużo umieli pisać tylko grafomani!

Czy naprawdę skasował pan już SMS-y związane z Wisławą Szymborską, bo teraz część z nich pomieściła już książka?

Tak, skasowałem te wysyłane w ostatnich tygodniach przed jej śmiercią do przyjaciół i znajomych. Uznałem, że już mogę. W ogóle pisanie tej książki pozwoliło mi przeżyć coś, na co do tej pory nie miałem czasu, bo zaraz zająłem się tworzeniem Fundacji Wisławy Szymborskiej. Pozwoliło mi przeżyć żałobę. Mogę więc zupełnie uczciwie przyznać, że tę książkę napisałem przede wszystkim dla samego siebie.

Z Michałem Rusinkiem rozmawiała Beata Klimowicz, 27 kwietnia 2016.

szymborska-okladka1-1-kopiaMichał Rusinek (ur. w 1972 r.) – literaturoznawca, pisarz, tłumacz. Prezes Fundacji Wisławy Szymborskiej. Adiunkt w Katedrze Teorii Literatury na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Napisał i przełożył kilkadziesiąt książek dla dzieci i dorosłych. W latach 1996-2012 był sekretarzem Wisławy Szymborskiej.

Michał Rusinek, Nic zwyczajnego. O Wisławie Szymborskiej, Wydawnictwo Znak, Kraków 2016.