przybyla_zdjecieRoman Honet: Nie łapię przekazu – głosi fragment blurba na okładce twojego tomu, podpisany przez anonimowych internautów. A czy ty uznajesz poezję za przekaz, przykładowo w znaczeniu transmisji, czy może za przekazanie?  W efekcie: czy Apokalipsa. After Party  to dla ciebie etap czy rezultat?

Piotr Przybyła: Bardziej proces niż procesor, chyba. Tak z pustki do pełni, skoro moc w słabości się doskonali, płacz w śmiechu? A apokalipsa… na after party, ponoć. W sumie: bardzo jestem ciekaw, tak brzmi inny fragment blurba, który, pozwól, Romku, przywołam tutaj, ale jakoś tak bez przekonania.

i biegnę, a mój czas: minuta ciszy lepka jak tatuaż na sierści starców – piszesz. Czym jest dla ciebie czas w poezji? Czy między poezją a czasem można postawić znak równości?

A paradę? Zostawmy to. Odpowiem liczbami. Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden, zero. Wiem, miały być liczby albo znak równości, a padły słowa. To inaczej: właściwie nie mogę doczekać się tego, co poza czasem, i tylko to mnie zajmuje, dlatego może nieustannie odliczam (dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden, zero), i biegnę po słowach, wróć, one po mnie (tak 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7…). Jak pamięć, jak luki w niej, jak przebłyski.

jestem marynarzem zatopionego domu, jestem kopią boga nocy, zostaję świętym, zostaję relikwią – wcielasz się w osoby, wstępujesz w przedmioty, a z drugiej strony mamy mocną i bezpośrednią ekspozycję ja. Co jest dla ciebie ważniejsze: kostium czy konfesja albo manifestacja, ale w każdym razie – bezpośrednia, we własnej osobie?

Wezmę głęboki oddech [                      ], a potem spróbuję odpowiedzieć na pytanie, którego się bałem, i dlatego… daj mi, proszę, Romku, chwilę, bo ten oddech sprzed sekundy był płytki i na próbę, czas więc na właściwy: [widzisz, bliski jest mi przekaz, gdy wchodzisz w głąb siebie, ale nie zatrzymujesz się na sobie, a wędrujesz dalej, dalej, o wiele dalej niż twoje ja, a choćby i pod postacią bakłażana; i w tej wędrówce najważniejsze, jak dla mnie, są momenty wejścia i wyjścia, a wszelkie powroty, odkrycia, czy nawet smak bakłażana, już mniej].

Zapisałeś: i to jest radość, mimo wszystko, to jest radość. Czym jest to wszystko?  Mimo czego istnieje ta radość?

Najtrudniej być prorokiem we własnym kraju (i w wierszu?), dlatego jeśli mam dar, to dar przejęzyczeń, a jeśli mam kraj, to taki, który leży w depresji, a nie w górach, skąd widać wszystko. Wiem, to żadna odpowiedź, raczej unik, kolejna moja klęska. A radość? Jeśli ją mam, to mam wszystko  inne? Nie, na szczęście, nie. Dużo straciłbym w języku poezji i religii. Za dużo, jak za nic.

Apokalipsa. After Party  to nie całkiem poemat. Ale nie całkiem można też mówić o wierszach osobnych, choćby dlatego, że jest spis treści z incipitami. Czy rozważałeś, żeby jedynym separatorem wersów była linia światła, a nie poszczególne strony, aby słowem: cały tekst tomu zawrzeć w jednym ciągu?

Całość składałem na chybcika, z rozedrganiem i w ciemności, bezmyślnie, jeśli chodzi o linię światła.

od czegoś są sny – piszesz. Od czego są twoje sny?

To zbiór pusty. Wkładam do niego rękę i już nie mam ręki, a tylko zbiór pusty (a w nim: moja na czyjejś rysuje długie, długie światło). A jeśli się budzę, to zmienia postać rzeczy, ale we mnie nic. Nadal: pułapki żywołowne, ślimaki, UFO i zmarli. Życie.

Z Piotrem Przybyłą rozmawiał Roman Honet, 30 marca 2016.

 

***

i jestem marynarzem zatopionego domu, w dewocjonaliach, pośród emaliowanych
blokowisk, gdzie martwe ryby (Krystyna, Bożenka i Adelajda, ale ta od „nigdy nie
jestem sobą, gdy wołają na mnie Adelajda”) spełniają życzenia humorzastych
bezrobotnych, co w paszczy chomika szukają słońca, jakby nic już dla nich nie
znaczyło disco bandżo;

i jestem kopią boga nocy, który nie istnieje na karcie pamięci maszyn do produkcji
ulotek reklamowych, gdzie rdzewieją bramy raju (komu, komu, bo idę do domu,
pojąć jego ruinę – do kujawiaka, do dna, gdy ciepły letni deszczyk, miss poczekalni);

i jestem zły na wszystkie autostrady, co kuszą serią poczytaj mi, mamo, i na wyspę
z chińskiego lastriko, gdzie różowe motyle umierają po dniu spełnionym i przaśnym,
niedoścignionym dla tych, co w telewizji dopatrują się plasterka na ranę w sercu;

i jestem tym plasterkiem, zagubionym i bez ust, co wykrzyczeć mógłby:
tutaj, panowie i panie, tutaj!

 

***

i biegnę na oślep: wzdłuż i wszerz, a napotkane kamienie witam
chlebem i solą (w ramach akcji: i ty masz w sercu słoneczko) – mimo
że każdy jest dziś na diecie, w wątłym ciele z rysą niedoścignionego
ideału, owego króliczka z żebrami wywiniętymi do barokowego wnętrza;

i biegnę, a mój czas: minuta ciszy lepka jak tatuaż na sierści starców,
jak brudne myśli w czystej postaci, przywierające do widnokręgu,
do linii papilarnych na brzytwie, do zielonych jabłek, ostatniej zapałki;

i biegnę, a druk offsetowy zawsze będzie szybszy ode mnie, zagarnie
cały mój świat (konkretnie: ciebie; właściwie: wspomnienie po kisielu),
a zostawi tylko horyzont, którego od teraz będę się bał, którego zawsze
będę w cieniu, nawet gdy przy mnie: fioletowy beemisk, słowa matki:
jestem przy tobie, pamiętam, czuwam (ot, nigdy niewypowiedziane,
zawieszone na prostokątnym bolcu jak niewielki trójkąt).

(Z tomu Apokalipsa. After party, Dom Literatury w Łodzi, 2015).

 

Karol Maliszewski: Przybyła. Kilka zdań

To jest taka poezja, że łatwo blurba do niej napisać (koniecznie coś o racach i fajerwerkach), ale nic poza tym. Czepiam się kurczowo szlachetnych antenatów. Myślę o Miłoszu Biedrzyckim – i Tomažu Šalamunie po linii nie tylko rodzinnej – o Adamie Kaczanowskim, Darku Foksie, Krzysztofie Śliwce. Myślę przede wszystkim o Kazimierzu Biculewiczu i nawet sięgam po latach do Ognistego Żółwia Bengalskiego. Dobry musi być poeta, który skłania do sięgnięcia po innego poetę – po latach. A przez Biculewicza myślę o rozbrajającym poważne miny polskiej poezji Białoszewskim. I nawet gdybym jeszcze z pięć nazwisk dodał, niczego to nie wyjaśni, bowiem dobry poeta pozostaje nieuchwytny i dziwnie samotny. Wytłumaczę się zatem ze skojarzeń. Śliwka w tej nucie sowizdrzalskiej, chuligańskiej, w aksjomacie wolności do końca; ale najbardziej Biedrzycki-Šalamun-Biculewicz w tej nucie przewrotnej, wywracającej, pokazującej język z uniesienia, frenezji, dla żartu, ale i dla sprawy. Zawsze jest jakaś sprawa.

Często słyszę: kuglarz, błazen, kpiarz, wesoły surrealista. A to w polskiej tradycji jest łatka czy plama nie do wywabienia. Że niby pośmiejemy się, rozerwiemy, odetchniemy lżejszym powietrzem i już możemy wracać do poważnej liryki. Hola, hola! Ani na moment nie opuściliśmy przestrzeni ważności. Ten typ poezjowania zazwyczaj zwraca uwagę na wyczerpywanie się modelu poważnego świadczenia. To znaczy, możesz dalej świadczyć, tylko że stajesz się śmieszny, nie zdając sobie z tego sprawy. Jeżeli tak, to bądźmy śmieszni od razu. Natchnieni inaczej. Nawiedzeni à rebours. To mi mówią wiersze Biedrzyckiego, Šalamuna, Biculewicza, a teraz Przybyły. Jeszcze raz: Nie mam przesłania i nie ma niczego do przesłania, bawcie się dobrze, a reszty się domyślcie. Poezja współczesna jest nudna, zrobię wszystko, żeby taką nie była.

Zatem domyślam się reszty. Co by nią mogło być w debiutanckim tomiku Piotra Przybyły Apokalipsa. After party?  Co nią jest prócz przeświadczenia, że na Miłosza, Szymborską czy Zagajewskiego (a nawet Różewicza, i dalej Świetlickiego, Sendeckiego…) pozować nie będę, bo to już dźwięczy pusto i nikomu nic nie mówi? A komu coś ma mówić? Komu mówi rozedrgany bohater-niebohater, rozbiegany, rozszczebiotany do nieprzytomności podmiot tych wierszy? Swoim mówi. Takim jak on. Dlatego chwilami czuję się wykluczony, za stary. Już nie chodzi o pokoleniową szyderę (patrz: Tomasz Bąk), bo tu raczej więcej łobuzery. Chodzi o sieć aluzji, smaczków, mrugnięć okiem, chodzi o wirtualno-internetową leksykę, o popkulturową idiomatykę, za którą najzwyczajniej w świecie nie nadążam. Młody poeta mówi do ściśle określonego młodego audytorium, wyraźnie zarysowując wspólnotę grypsery. Udaje mu się jednak poruszyć i rozbawić także tych, którzy pozostają poza wspólnotą. Z taką intencją i świadomością używam określenia dobry poeta.

I jeszcze słowo, co do reszty: dobry czytelnik zazwyczaj wymyśla resztę, jeśli nie chce pozostać na pustym placu tylko ze smaczkami i aluzyjkami. Ktoś, kto zaczyna długie okresy zdaniowe od i  i mantruje bez przerwy mnożącymi się po i czasownikami, stylizuje się na dziecko bądź prostaczka. I to jest chyba jeden z kluczy do lejących się słów, do połykającego własny ogon poematu: dziecko przychodzi ze swojego świata i dobiera się do języka dorosłych. Od tej chwili dorośli poeci mogą się czuć zaniepokojeni. Ktoś pił z ich kubeczków i powiesił w salonie (do góry nogami) bardzo dziwne obrazki. O, jakże niebezpieczna świeżość!

I rzecz w tym, że dziecięctwo  nie tylko określa język, jego obroty i skłonności, staje się również tematem, permanentnym rozpamiętywaniem minionego, przedszkolnego, szkolnego, rodzinnego, domowego, ukazanego w nawiązaniach, aluzjach, dykteryjkach i scenkach, zbitkach i onomatopejach. Dziecięctwo  rzutuje mocno na pierwsze próby dojrzałości, a tytułowa apokalipsa (nieważne, w jakim stopniu fantazmatyczna) dotyczy ojcostwa, końca życiowej laby. Stało się i trzeba sobie jakoś z tym poradzić. Setki poetów przed nim dotykało nabrzmiałego brzucha, a potem napawało się widokiem karmiącej, wyrzucając przy tym z siebie niezwykłej urody liryczną papkę.

Przybyła pomyślał, że to nie dla niego. Nie ta uroda, nie ten język, nie ta papka. I nie te przyzwyczajenia. Zaproponował polskiej poezji zupełnie nowe (aczkolwiek pół żartem, pół serio wywiedzione ze starych). Jestem ciekaw, jak długo będą poruszać i bawić.

Karol Maliszewskiprzybyla_okladka

Piotr Przybyła – ur. 1985. Wydał zbiór wierszy Apokalipsa. After party (Dom Literatury w Łodzi, 2015). W przygotowaniu dwie antologie z jego udziałem – o poezji zaangażowanej oraz wydana w języku ukraińskim. Mieszka w Karpaczu.