Archiwum Biura Literackiego 1Roman Honet: Każdy wybór wierszy to kompozycja oparta na redukcji wszystkich napisanych lub choćby opublikowanych liryków do określonej liczby, więc z jednej strony może prowadzić do wyklarowania pewnej esencji, z drugiej – spowodować zniekształcenie całości. Czy kiedy wybierałeś utwory do Serii w ciemność, towarzyszyła ci także obawa przed drugą ewentualnością?

Jacek Dehnel: Myślę sobie, że sama koncepcja wyboru tekstów jest pewną umową z czytelnikiem. Obie strony – czyli zarówno wybierający (który może być autorem, ale przecież wcale nim być nie musi), jak i czytający – są świadome, że to destylat. Innymi słowy: sprzedaję brandy, a nie wino, i to jest wyraźnie napisane na etykietce. Kto chce wina, pójdzie do księgarni czy na Allegro, czy do biblioteki, i zapozna się z pełnymi tomami. Kto chce destylat, ten sięgnie po wybór. Obie strony wiedzą też, że metoda destylowania może być rozmaita i z tego samego wina możemy otrzymać zupełnie różne napoje wysokoprocentowe. Zatem: nie, nie bałem się, bo to czytelny układ.

Załóżmy hipotetyczną sytuację, że do tomiku, nie publikacji w piśmie czy antologii, miałbyś wybrać połowę z tego, czyli jedenaście wierszy. Właściwie to byłby arkusz, nie tomik. Przystałbyś na to, a jeśli nie, jak uzasadniłbyś odmowę?

Pewnie, żebym przystał. Czasem wybieram wierszy sto, na przykład dla tłumaczy, którzy myślą o przełożeniu całego wyboru moich tekstów i to sobie dalej selekcjonują, czasem do antologii czy do czytania na festiwalu wybieram kilkanaście, czasem kilka, czasem jeden. I nie ma na to żadnego danego z góry przepisu, bo za każdym razem jest inaczej: czytasz dla publiczności takiej czy siakiej, wybierasz do antologii wierszy miłosnych albo wierszy o Warszawie, albo sam konstruujesz antologię i masz tam, powiedzmy, sześcioro poetów, i starasz się, żeby pewne wątki czy koncepty się nie powtarzały, albo przeciwnie, żeby się powtarzały właśnie… Tak że: jasne, mogę wybrać i jedenaście, i dziesięć, i jeden. Muszę tylko wiedzieć po co.

W rozmowie z Szymonem Żuchowskim stwierdziłeś: zależy od przyjętej skali, zawsze można się przynajmniej pocieszać, że jest się częścią jakiegoś fermentu, jakiejś mierzwy, z której wyrosną najważniejsze książki tego okresu w dziejach polskiej literatury, ale czy którakolwiek z moich książek będzie do nich należała – nie wiem. Owszem, ważna jest niepewność tego rodzaju, niemniej: czy to mimo wszystko nie jest pokrzepiające? A może powinno być na odwrót: może to ludzie powinni się przejmować, że nie zostali trafieni Serią w ciemność?

Abstrahując od mojego przypadku, to znaczy tego konkretnego tomu, jak i całego mojego pisania: tak, oczywiście, każdy człowiek, który nie czyta, który został postawiony lub sam się postawił poza zbiorowością ludzi czytających, jest godny współczucia. Jeżeli wyobrazilibyśmy sobie narkotyk, który uzależnia, ale nie powoduje skutków ubocznych, przeciwnie, trwale wzbogaca nasze myślenie i percepcję, to byłoby nam żal wszystkich, którzy z tego dobrodziejstwa nie korzystają. Literatura i, szerzej, sztuka jest takim właśnie narkotykiem. I, owszem, pod pewnymi względami fajnie się ją produkuje, ale pod innymi zupełnie niefajnie. Można dowodzić, że sztuka daje swoistą, dłuższą lub krótszą, mniej lub bardziej pozorną, nieśmiertelność – ale daje ją bardzo niewielu ludziom. Kiedyś oglądałem bardzo poruszający dokument o sanktuarium w Lourdes: o nadziejach, z jakimi chorzy tam jadą, o naładowaniu emocjonalnym. Tam co roku pielgrzymuje sześć milionów ludzi, każdy liczy na jakąś łaskę, na uzdrowienie, na cud. Wiesz, ile potwierdzonych cudów jest na liście? Sześćdziesiąt osiem, przez ponad półtora stulecia. I tak samo jest z literaturą, nieśmiertelność jest jak wygrana w Totka. Niektórym się udało, czyli jest na to szansa, ale szansa ta jest pomijalnie znikoma i, myślę sobie coraz częściej, w znikomej części tak naprawdę zależy od naszych świadomych działań. Bez względu na to, jak szczerze się staramy, nieśmiertelność jest losowana poza nami.

Wiem, że dwadzieścia dwa utwory to ograniczone pole manewru, liczba ta daje możliwości bliższe literackiemu portfolio niż tomowi poezji, ale czy mógłbyś zdradzić, dlaczego nie załadowałeś naboju pt. Hotel Rzeszów?

Nie pamiętam w tej chwili; był na pewno we wstępnym wyborze, nad którym pracowałem, a potem w kolejnych selekcjach odpadł. Pewnie było już dość wierszy miłosnych, które bardziej chciałem zostawić. Nie ma żadnego szczególnego, tajemnego powodu, dla którego nie znalazł się w książce – ale za to znalazł się inny wynik tamtej miłości, która była zresztą moją pierwszą spełnioną miłością, czyli Miasta dalekie.

Kiedy możemy się spodziewać kolejnej, dłuższej serii wierszy?          Okladka__Seria_w_ciemnosc

Trudno mi powiedzieć, przez dłuższy czas pisałem bardzo niewiele, w tym roku jakoś to szybciej ruszyło – widzę to po plikach z wierszami, bo organizuję sobie wszystko w plikach oznaczonych datą roczną. W połowie 2013 roku wydałem Języki obce  i potem przyrosły tylko dwa wiersze, w 2014 i 2015 – po cztery. W tym roku tyle samo, ale mamy dopiero końcówkę lutego, chyba coś się obudziło. Trzeba jednak powiedzieć, że równolegle pisałem, zrywami, nierówno, czasem obficiej, czasem z długimi przestojami, poemat Serce Chopina. Tyle że ma dopiero jakieś czterysta wersów. Żeby dać pewne pojęcie, bo trudno to sobie może wyobrazić, mogę powiedzieć – w żadnym razie nie sugerując, że to tekst na podobnym poziomie! – że czterysta wersów to co jedna dwudziesta Kwiatów polskich  albo pół księgi Pana Tadeusza. Czyli niewiele. Czy kiedyś Serce Chopina  skończę, czy nie – jeszcze nie wiem. I nie do końca to ode mnie zależy. Albo przyjdzie do reszty, albo pozostanie w ukryciu.

Z Jackiem Dehnelem rozmawiał Roman Honet, 23 lutego 2016.

Nurt

                                                                           dla P. T.

Nie dałeś mi nic poznać; poszedłeś do wanny.
Dopiero z niej, zza ściany – bo we śnie ta sama
była ściana, ta sama była w nim łazienka –
słyszałem ten głęboki, ten szarpiący płacz.

Aż się z tego zbudziłem – i zbudziłem ciebie,
że tak mi się przyśniło. I że będzie dobrze.
Zasnąłeś. Ja – myślałem wciąż o tamtym tobie,
że pozostał za ścianą, zanurzony w czerń.

I, wciąż leżąc, stanąłem ponad nurtem snu,
i w ten sen się rzuciłem, żeby go ratować.

Warszawa, 30 V 2011

(Z tomu Seria w ciemność, Biuro Literackie, Stronie Śląskie – Wrocław 2016).

 

Jacek Dehnel (ur. 1980 w Gdańsku) – poeta, prozaik, tłumacz, malarz. Wydał osiem tomów poetyckich, sześć książek translatorskich, trzynaście prozatorskich (tomy opowiadań, tomy krótkich próz o zdjęciach i o mapach, minipowieści, trzy powieści, dziennik). Laureat między innymi Nagrody Fundacji im. Kościelskich (2005) i Paszportu „Polityki” (2006), czterokrotnie nominowany do Nagrody Literackiej Nike. Mieszka w Warszawie.