13620203_10210322266234776_3469220340291311559_n

Fot. Ewelina Kołodziejczyk

Beata Klimowicz: Podobno kiedyś sam Voltaire padł na kolana przed pięknem wschodu słońca. A tu jest Zachód słońca w Kurwidołach. To potrzeba demonstracyjnego pokazania, czym jest według pana kicz, i jednocześnie uprzedzającego zapewnienia, że w tomie się go nie znajdzie – czy jedynie przewrotna intertekstualność?

Rafał Gawin: Ucieczka z kina Brak wolności. Jeśli coś nie jest przewrotne, w bardziej radykalnych nastrojach – a zdarza mi się w takowe popadać – mogę odmówić temu poetyckości. Zbytnia jednoznaczność jest domeną intelektualnych talibów. Co nie zmienia faktu, że pewne rzeczy w pewnych sytuacjach należy powiedzieć wprost, konkretnie, nawet w wierszach.

Żyjemy w czasach popkultury, w kulcie wszechobecnego kiczu i braku: autorytetów, korzeni, świętości, generalnie – stałych punktów odniesienia. Nie pokażę bliżej, czym jest ten kult. Nie tylko dlatego, że jego pojęcie ewoluuje bardzo szybko. Prawdopodobnie tak się zapętlił w różnego rodzaju postmodernistycznych intertekstualnościach, że już właściwie nie wiadomo, na co wskazuje. Ale każdy mniej więcej czuje, do czego się odnosi, choćby i bardzo subiektywnie. Niemniej, myślę, nie ma co się tym przejmować. Najważniejsze to robić swoje i nie oglądać się na innych, chyba że kradnie się od nich dobre frazy, by jeszcze lepiej je wykorzystać w swoich utworach. Jak mawia Przemysław Owczarek: Ch… z Atenami!  I proszę się nie przejmować, że coś do czegoś nie pasuje.

Poprzedni pana tom – Wycieczki osobiste – ukazał się pięć lat temu. Czy potrzebował pan, cytuję pana słowa z wiersza: przerwy na nowe głosy?

Żyjemy w trudnych dla poezji czasach, w których mimo braku czytelnika, a już zwłaszcza czytelnika poetyckiego, wielu poetów wydaje zbiory wierszy mniej więcej co dwa lata. Autorzy, którzy z różnych powodów tego nie robią, podejrzewani są o długie milczenie, zarzucenie pisania albo inne problemy psychiczne, fizyczne, intymne czy rodzinne. Czy to nie jest jakaś groźna patologia? Oznaka parcia na szkło, w którym – wzorem Iggy’ego Popa – można się jedynie wytarzać, a i tak nie zrobi się na nikim wrażenia?

Piszę dużo, uważam, że za dużo, ale czy od razu wszystko muszę zamieszczać w książkach? I czy wszystko się do nich nadaje? Nie będę wymieniał nazwisk, bo znowu poobrażają się Bogu ducha winni płodni pisarze, ale świat byłby zdecydowanie lepszy i spokojniejszy, gdyby ukazywało się o jakieś siedemdziesiąt procent mniej książek, a już zwłaszcza poetyckich.

Niemniej jako hipokryta, któremu często teoria nie zgadza się z praktyką (znajoma poetka wpadła od tego w głęboką depresję), już przygotowuję następną książkę.

Z nowymi głosami jest jeszcze gorzej. Im bardziej próbuję pisać inaczej, tym bardziej wychodzi mi tak samo. Zawsze za rogiem czai się jakiś bóg albo orgazm, czyli na to samo wychodzi, jak słusznie zauważył Krzysztof Karasek w jednym z najbardziej rozbrajających wierszy tomu Słoneczna balia dzieciństwa. Nie uwolnię się od siebie i swoich problemów.

Andrzej Sosnowski powiedział ostatnio, że generalnie wierszy nie pisze się dla czytelnika. A pan czy ma – stosując na użytek tego pytania frazę, która występuje w jednym z pana wierszy – zdefiniowanego odbiorcę?

Gdy Andrzej Sosnowski coś mówi, zachowałbym ostrożność. Nigdy nie wiesz, do czego zmierza, skoro nigdy nigdzie nie wraca, jak jego wiersze. Ale, niestety, tak jest: wiersze przeważnie poeci piszą dla siebie. Niektórzy mają to szczęście, że ktoś chce ich czytać, większość nie ma szczęścia w ogóle, chyba że w innej dziedzinie: ba, nie czyta nawet swoich książek.

A jak to wygląda w szczegółach? Jeden poeta niemal się na mnie obraził, gdy powiedziałem, że nowa (wtedy) książka poetycka Roberta Króla jest komunikatywna. Jaka, k…a, jest? Co mu się stało? Do czego ci w wierszu potrzebny komunikat? – tyle pozwolę sobie zacytować, wbrew pozorom w wersji ocenzurowanej.

Inny autor opracował ars poetica, według której każdy wiersz powinien mieć jedno w stu procentach konsekwentne i spójne odczytanie. Jeśli ma więcej niż jedno – każde kolejne musi być równie konsekwentne i spójne. Każde połączenie międzywyrazowe ma się do czegoś odnosić. Żadnych szerszych przestrzeni do interpretacji dla czytelnika, możliwości, by mogli się wykazać: i czytelnik, i wiersz. Reżim metaforyczny i intelektualny.

W życiu i w literaturze stawiam na wolność i swobodę, dlatego w pisaniu wolę się poruszać między tymi skrajnościami, co nie oznacza, że stawiam sobie nie wiadomo jakie założenia i ograniczenia. Keine Grenzen. Zresztą mury i tak runą, prędzej czy później. W końcu w danej poetyce, danym stylu dociera się do ściany i jeśli ma się w poważaniu własny rozwój, trzeba tę ścianę rozbić, byle z głową. Tylko widocznie ja wybijam tę dziurę bardzo powoli, niezależnie od tego, na ile w moim i tak podziurawionym życiu potrzebuję kolejnej.

Język pana wierszy jest błyskotliwy, piekielnie inteligentny. Mieni się i bawi, wodzi za nos i na manowce, uwodzi świeżością oksymoronicznie przyjemnie wzruszającej trwogi, przejęzycza się w nowe znaczenia, jak w odmowie moralnej  i krzyżyku na trwogę, wyłamuje na terrorze terierów i obelżywych oblężeniach, woła – jakby echem Słówek Boya – cwałuj całować całun. Pulsuje pod warstwą dwuznacznych i jednoznacznych skojarzeń, słowo przebija kadr, słowem – język bada własną pojemność i plastyczność. Czy to wyraz dążenia do realizacji idei obowiązku eksperymentowania, co – według niektórych – powinno przyświecać poetom?

Jeśli wiersz coś musi – nigdy nie będzie dobry. Piszę dla przyjemności, a jeśli jednocześnie uda mi się powiedzieć coś w jakiś sposób ważnego – daję sobie prawo do osiadania na laurach i literackiego lenistwa. To także forma autoterapii, radzenia sobie z kompleksami i, mówiąc dyplomatycznie, źle zredagowaną młodością. W żargonie młodzieży lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia byłem zwykłą piz… Przepraszam, ale skoro mam Kurwidoły w tytule, korzystam z okazji do nazywania rzeczy po imieniu. Złośliwi stwierdzą, że co nieco z tego okresu jeszcze we mnie pozostało. Może właśnie dlatego piszę?

Żyjemy w czasach granicznych, kiedy okazuje się, że po różnego rodzaju końcach jest jeszcze miejsce na środki, a zwłaszcza początki. Możliwe, że właśnie dlatego wielu piszących chciałoby eksperymentować: bo widzą miejsce dla takich działań, bo widzą siebie i swoje teksty w jakiś sposób wybrakowane. Bo im się nie udaje i nie jest to ich wina.

Dobra literatura, co do zasady, z czymś się mierzy, czemuś i komuś stawia opór, drażni, boli i, cytując samego siebie, wku… Chodzi o sprawdzenie siebie i innych, choćby miało się ogłosić największą porażkę w życiu. Taki tunel w światełku mnie zaciemnia.

Kilka początkowych wierszy poświęca pan nie czemu innemu, lecz właśnie pisaniu. Naprawdę zaczynał pan od namiętnego rycia w blacie szkolnej ławki?

Zaczynałem od obciachowych i obleśnych tekstów piosenek – jako chłopiec wychowywany w domu ultrakatolickim byłem zafascynowany złem i fekaliami, seksem, a zwłaszcza jego najbardziej narcystyczna odmianą – masturbacją. Graham Masterton! Nancy Friday! Pojedynek je..ków!  (Tato, to była jedyna nieopisana kaseta VHS). Wersy, jakie wtedy układałem, dawały mi sporą satysfakcję. W pewnym momencie przestałem rymować i okazało się, że ich tworzenie przychodzi mi z wielką łatwością. Zostałem królem świata, nowym kreatorem. Na lata 2002-2003 przypada mój najbardziej grafomański okres – powstało wtedy około siedmiuset „wierszy” (cudzysłów z premedytacją). Praktycznie wszystko do wyrzucenia. Z tego czasu zachowałem w pamięci jedno zdanie, trafnie oddające mój ówczesny stan ducha oraz poziom kompleksów i frustracji: Pierd… wojnę w Iraku, kiedy tyle samotnych kobiet chodzi po ulicach.

Potem zdarzyło mi się uczestniczyć w pisaniu książki mojego polonisty, Dariusza Chętkowskiego, przez co – wskutek zbiegu kilku okoliczności – trafiłem na warsztaty do Poleskiego Ośrodka Sztuki, które prowadził Andrzej Strąk. Zostałem brutalnie sprowadzony na ziemię. I słusznie. Mogłem się poddać, ale postanowiłem podjąć wyzwanie i po prostu pisać lepiej. I tak sobie próbuję. Kiedyś może to się w końcu opłaci.

Obecność kobiet jest w pana poezji wyraźnie zaznaczona, nawet Jezus była kobietą, podobnie – podmiot liryczny jednego z fragmentów wiersza. Tom jest barwny i zmysłowy, sporo mówi o seksie i fizjologii, choć oczywiście – jakżeby inaczej – przewrotnie. Jeden z tytułów nawet stwierdza: Wiersz jest jak okres i zapewne nie chodzi tu o pojęcie matematyczne. Jest też dawka goryczy: ślubna wybranka nigdy nie będzie święta, a w pięknie sylabotonicznej, trzynastozgłoskowej Marii Magdalenie, zamiast zapowiedzianej w tytule świętej, pojawiają się kobiety, które są jak znaczki. Ale – co z miłością?

Dużo naraz, jakbym czytał własny wiersz. Ale po kolei, jeśli się da.

Jestem umiarkowanym feministą. Uważam, że niektóre fale feminizmu zmyły z brzegu ślady prawdziwej kobiecości. Dziwi mnie lansowanie parytetów, na dłuższą metę prowadzące do osłabienia roli kobiet, zwłaszcza w poezji. Spójrzcie na pewne nominacje do nagród literackich i sami wyciągnijcie wnioski. Nagle zaczyna się liczenie i sprawdzanie: no tak, wyróżnili ją, bo brakowało im przedstawicielek płci pięknej. I tak dalej.

Ślubna wybranka skończyła się w Wycieczkach osobistych. Proszę mi tu nie mieszać czasów i porządków, w innym wierszu wyraźnie stoi: była żona – uzupełniłem, bo lubię być na bieżąco. Miłość jest, ale nie wiem, czy łaskawa i cierpliwa. Zbytnie idealizowanie miłości psuje jej istotę tu, na ziemi, która jednak jest twarda. I tak możemy w kółko, bo to bardzo wdzięczny temat, zwłaszcza gdy się znowu kocha. Z wzajemnością.

Na okresach się nie znam, choć umiem liczyć, a nawet wyciągać procenty. Zaliczanie? Dobre dla studentów. Zawsze chodzi o coś więcej. Znaczki? Małe znaki, lepsze na ziemi niż na niebie, bo przynajmniej można zrobić z nich użytek.

W skrócie: wychodzę z założenia, że Zygmunt Freud był geniuszem. A Jan Paweł II nie. Tyle w temacie na M.

Stosuje pan też szereg odniesień literackich i kulturowych: od Jana Pawła II przez Herberta i Almodóvara do Kazika i Bargielskiej, a także do filozofii, i dużo – do Boga, bardzo dużo, pisze pan nawet, że Bóg może umierać wielokrotnie w tekście, dlatego człowiek w nim siedzi niezauważony. Zaznacza swoją obecność śmierć, na różne sposoby. Powstaje też wrażenie, że istotny dla pana punkt odniesienia – w całym zgiełku i złożoności kultury – stanowi Biblia. Czy rzeczywiście tak jest?

Tak, to bardzo ważny tekst, niezależnie od wielu błędów i wypaczeń, jakie zawiera, ani od bałwochwalczego kultu, jakim jest otaczany. Dopiero kiedy ułożyłem ten tom, zauważyłem, jak wiele jest w nim Boga, obecnego głównie pod postacią braku, ale jednak. Kultura europejska – nie oceniając, na ile słusznie, a na ile nie – przesiąknięta jest obrazami biblijnymi, w efekcie nie daje zbyt dużego pola manewru, zwłaszcza w Polsce, jednym z ostatnich bastionów twardego katolicyzmu, a więc swoistej bibliofilii (co ciekawe – hipokrytycznej, bo najczęściej opartej na prywatnych przesłankach i przeinaczeniach, a nie treści najświętszej księgi). Sięgając po motywy ponadczasowe, zrozumiałe dla potencjalnych czytelników, wybieram kody, które mogą zostać odczytane. Kody na nieśmiertelność, mówiąc ironicznie i patetycznie. Niepotrzebne skreślić. Co nie zmienia faktu, że nadmiar biblijnych skojarzeń ma też inne cele w tomie – choćby odwraca w kilku miejscach uwagę od bardziej przyziemnych, a przez to istotniejszych treści. Nie służę pomocą – mogę jedynie zaprosić do indywidualnego odkrywania i podjęcia gry, odwiedzenia adresów podlinkowanych stron i wypróbowania czegoś nowego w swoim życiu. Ku chwale zdrowia psychicznego, pozbawionego sublimacji i wyparcia.

Ponadto Bóg to wygodna figura, ładna i sprawcza. Sięgało po niego wielu ateistów lub ludzi lawirujących duchowo – od Adama Mickiewicza, przez Czesława Miłosza, po Marcina Świetlickiego. Czasem wręcz pasował ich na poetów. Taki to kraj. Wystarczy mieć krzyż i Boga na ustach albo w wierszu. Wpisuję się w ten paradygmat, jeżeli dobrze użyłem tego określenia. Bóg, Bóg, Bóg – mam nadzieję, że w razie czego skutecznie odwróciłem uwagę od swojej ignorancji? Gdzie jest krzyż?! Reszta to tylko słowa, które w danym porządku lub nieporządku ktoś ułożył przede mną: cytaty i kryptocytaty, które wykorzystałem wyłącznie do swoich celów. Przynajmniej w tym zbiorze, w następnym będzie to bardziej metodyczna praca z cudzymi książkami, a cele będą szlachetniejsze. Stąd tytuł – Wiersze o kolegach. Ale nie spodziewajcie się niczego.

Premiera książki miała miejsce w kwietniu, miał pan od tego czasu kilka spotkań autorskich. Czy ktoś zadał już panu sprowokowane przez tytuł pana wiersza pytanie: Czym jest poezja i nigdy nie będzie?

Tak, parę razy, czyli zawsze, ale uchylałem się od odpowiedzi. Zresztą w ogóle w przypadku tej książki nie odpowiadam na zadawane pytania, co widać w niniejszej rozmowie. Książka sama jest pełna uników i odsuwania odpowiedzialności na dalszy plan. Zmyłek i ślepych uliczek interpretacyjnych. Jako autorowi nie pozostaje mi nic innego, niż uszanować jej treść, konstrukcję i zastosowane w niej środki wyrazu. Jako człowiekowi – uszanować wątki biograficzne w niej obecne, tym bardziej że w normalnych okolicznościach przyrody jestem wstrętnym plotkarzem, który nie oszczędzi nikogo, zwłaszcza siebie. Żeby być, trzeba mieć. Tak mi dopomóż brak Boga.

Z Rafałem Gawinem rozmawiała Beata Klimowicz, 10 sierpnia 2016.

.

HEAVY BIRTHDAY REVISITED

Sytuacja jest napięta, zaczyna się nowy rok
i psują hamulce: gdybyś chociaż miał wyobraźnię,
zatrzymałbyś się na jakiejś ścianie, zaraz za
potrójną sypialnią, w której seksowne bliźniaczki
i ich zjawiskowa młodsza siostra
oddawały się rozpuście w myślach:

ale ty się nie unosisz, przeczołgujesz jedynie
przez pole, jednoznacznie grzebiąc w ziemi:

co potrafi umysł, gdy jest wolny
i nie liczy tylko na siebie: kilka pchnięć
i już wizytujesz środek,
podążając w kierunku ciepła,
które pulsuje, obejmując cię coraz ciaśniej:

jakbyś nie miał ciała, ale jedno długie zdanie,
które bałamuci adeptki rozwiązłości metafor:
słowik to ptak jak wszystkie inne,
wystarczy go wziąć do ręki,
a zaśpiewa inaczej:

dajcie mi pióro,
a zdradzę wam wszystkie sekrety,
jakie ukradłby człowiek, gdyby umiał latać,
nie patrząc na boki.

(Z tomu Zachód słońca w Kurwidołach, Wydawnictwo Kwadratura, Łódź 2016).

.

Karol Maliszewski: Gawin. Kilka zdań

Sporo wyjaśnia się (albo zaciemnia) już na wstępie; może za dużo, stąd potem konfuzja przy lekturze. Karta tytułowa wielkim głosem woła coś w stronę Jarosława Marka Rymkiewicza, natomiast motta wprowadzają niepokój w obrębie relacji między takimi kategoriami, jak pisarz, poeta, piszący. W ujęciu Gawina na placu boju pozostał piszący, pracownik niszy, ktoś bardzo daleki od wieszcza czy profety, zupełnie nieinteresująca postać z punktu widzenia poważnej polityki kulturalnej czy mass medialnego charakteru naszych czasów. I tu jest jakiś punkt styczny (sporny) z postawą Rymkiewicza, który jak wiadomo pisze nie tylko o kotkach, pieskach i zachodach w Milanówku, lecz także o narodowych racjach, krwi na czymś i po czymś, krzywdzie oraz bliźnie. Z czymś takim Gawin nie chce mieć do czynienia, aczkolwiek jeden element zostawił sobie do ewentualnego wykorzystania: zachód słońca. I wykorzystał, kontrastując urodę owego zjawiska z ostro brzmiącą, prowokacyjną nazwą własną: Kurwidoły. Nie wiedzieć czemu, przypomina się Nienacki i jego nieszczęsne Skiroławki; może chodzi o to, że niektóre teksty Gawina również nie stronią od śmiałego ujawniania erotycznej drażliwości.

Kiedyś pisarz  czy poeta (kontrolowany przez instytucje odbiorcze, a przede wszystkim przez względnie zainteresowanego odbiorcę) musiał zważać na słowa, dzisiejszy piszący może pozwolić sobie na więcej. I sobie pozwala – tak tłumaczę tę niesamowitą atmosferę, wręcz fiestę wolności w utworach Gawina. Nie znaczy to, że nie zważa na słowa. W swoim moralnym, społecznym i politycznym rozhukaniu tym bardziej zważa. Mało tego – ma się za pracownika słowa, kogoś dłubiącego w słowie, robiącego osobisto-społeczną lirykę ze znaczeniowych rezerw tkwiących w języku i ciągle czekających na tego typu odkrywców. Tak czytam motta z Tranströmera i Kępińskiego. Brzmią jak uwagi skierowane do czytelnika. Nie bądź pewny tego, co widzisz i jak słyszysz. Uważaj na pozory i obezwładniające schematy. Piszący  w swym drobnym, ograniczonym zakresie wchodzi w retoryczno-poznawcze procedury zupełnie podobne do tych, które niegdyś towarzyszyły wieszczom i innym życiopisańcom – użycie języka nie pozostaje bez konsekwencji, naraża na rany. A z drugiej strony piszący jest zawsze więźniem dychotomii czy rozdarcia: widząc świat z perspektywy orła, jednocześnie ryje w nim nosem (jak kret).

Opowiadam o atmosferze lektury, wolnej i niewolnej, dalekosiężnej i przyziemnej, beztroskiej i uwikłanej. Silne wrażenia, bo tomik silny, wołający (jak się rzekło), gorący, polemiczny. Gawin nie da ci spokojnie przeczytać wiersza, będzie drażnił dopóty, dopóki nie zaangażujesz się po stronie, nie postawisz sprawy na ostrzu. A druga rzecz dotyczy wierszy samotnych. Jakże tu smutnych i bezradnych  w stosunku do tych w szeregu, w cyklu. Widać dominującą chęć dopowiedzenia czegoś do końca, oświetlenia ze wszystkich stron – dłuższa narracja cykliczna, logiczny wykład racji odsuwa pojedynczy wybuch liryczny na dalszy plan.

Pozostaje zatem pytanie o to, czy trzeba znać poglądy autora, uprawianą przezeń publicystykę i zapisy blogowe, żeby rozumieć jego wiersze tak głęboko zanurzone w aktualnie przeżywanych kwestiach obyczajowych, środowiskowych, społecznych. Czy nie znalazłby się czytelnik oczekujący na pikantne przypisy i takież odsyłacze? Pewnie by się znalazł, ale moim zdaniem to raczej zbędne. Wiersze bronią się same, są autonomiczne w stosunku do bieżączki, aczkolwiek z niej wydają się wyrastać. Widocznie jest w nich coś ponadto, coś, co scala rozproszenie i rozgadanie. A tym czymś jest jedyny w swoim rodzaju język, sposób jego użycia przypominający niektóre rozwiązania lingwistyczne, lecz przełamujący ich hermetyczne ograniczenia, otwarty, dynamiczny i ludyczny.

Wątków poruszanych przez tak interesująco ustawiony język jest o wiele więcej. Niektóre mają posmak autoteliczny, krążąc wokół poezji i jej sensu, roli, znaczenia. Ten niepokój związany z warunkami współczesnej komunikacji literackiej wkrótce przechodzi na kwestię płci, relacji męsko-damskich, bycia w związku itp., fundując nam w efekcie znakomite teksty dotyczące komunikacji międzyludzkiej. Osobnego wglądu warte są wątki erotyczny i feministyczny, w intrygujący sposób podkreślone przez autora wyborem pięciu głosów żeńskich w posłowiu i na okładce. Zapał poznawczy i głód prawdy cechujący bohatera tych utworów na tym się nie kończy. Z pasją i szyderstwem – a może też niejaką nadzieją  à rebours – przygląda się współcześnie możliwym warunkom komunikacji zachodzącej między człowiekiem a transcendencją (z zabawnie kąśliwym uwagami dotyczącymi pośrednika, kłopotliwej roli kościoła).

Tomik zasługuje na więcej niż te pośpieszne, zdawkowe uwagi. Nie chciałbym, by ktoś odniósł wrażenie, że to kolejna pozycja dla polonistów lub kolesi, niszowy wykwit do odfajkowania. Mimo programowej dyskursywności ma w sobie coś jeszcze, specyficzną urodę, która powoduje, że najzwyczajniej w świecie można się w nim po prostu zaczytać.

Karol Maliszewski gawin_tom_2

.

Rafał Gawin (ur. 1984 r.) – poeta, okazjonalnie krytyk, redaktor, korektor i sekretarka „Arterii”, konferansjer i reanimator kultury. Wydał arkusz Przymiarki  (2009) oraz książki poetyckie Wycieczki osobiste / Code of change  (2011) i Zachód słońca w Kurwidołach (2016).  Tłumaczony również na język bułgarski i rosyjski. Publikował w prasie literackiej i kulturalnej oraz w antologiach, ostatnio w Co piłka robi z człowiekiem? Młodość, futbol i literatura  (2012) i Przewodniku po zaminowanym terenie (2016). Mieszka w Łodzi, gdzie pracuje jako instruktor w dziale imprez Domu Literatury. Prowadzi blog gawin.liberte.pl.