Rutkowski_fotka_1Roman Honet: Motto do twojego tomu, zaczerpnięte z Boskiej komedii, kończy się wersami: Nigdy bym nie był uwierzył na słowo / Że tyle ludu śmierć już wytraciła. Ale całość wybranego przez ciebie cytatu poprzedza jeszcze inna fraza: Świat nie dopuścił, aby w sławie trwali; / Litość ni sąd się nimi nie opieka; / Nie mówmy o nich; popatrz i pójdź dalej. Poezja to także sztuka milczenia, więc: o czym nie chcesz mówić w wierszach?

Rafał Rutkowski: Zgadzam się, że poezja to sztuka milczenia, ale to także według mnie sztuka wyprowadzania z milczenia. Zresztą, jak zauważyłem, najlepsze wiersze przychodzą, kiedy osiągnę najpierw wewnętrzną ciszę. To taki stan, w którym stoję przed drzwiami i opóźniam naciśnięcie klamki, aby się wyciszyć i dobrze na takie swoiste łowy przygotować. Cały ten dantejski cytat trochę przypomina wiersz Dyckiego, którego podtytuł bodajże brzmi: wszystko to są rzeczy niepewne ziemia... Jest tam taka historia, w której podmiot liryczny mówi mniej więcej, że niech cię nic nie łączy z ciemnością, chyba że jest coś, o czym nie wiem. Tak właśnie autor sobie poradził, milcząc o milczeniu, heh. Co do twojego pytania, o czym nie chcę mówić, to właśnie niestety chciałbym powiedzieć wszystko w wierszach. Wiem jednak, że nie jest to możliwe, gdyż język nasz ograniczają jakieś tajemnice. Gdyby tak nie było, zapewne spod ludzkiego pióra wychodziłyby jakieś cuda na miarę wydruków z drukarki 3D, i na domiar żywe (śmiech).

może wreszcie by się udało / wyjąć z moich snów // te przedmioty których ciągle mi żal / gdy mnie budzisz. Owszem, poszedłeś spać do rzeki, ale pewnie masz łóżko. Co widujesz w swoich snach?

Podejrzewam, że każdy człowiek miewał w swoim życiu takie sny, w których posiadał coś, co po przebudzeniu chciał posiadać dalej. Przecież marzenia są taką niesamowitą sprawą, w której można osiągnąć zupełnie wszystko. Czasami wydaje mi się, że ten senny świat to idealny twór, a szczególnie w odniesieniu do rzeczywistości. Nawet myślę, że to chyba taka nasza kara za coś tam, że jest odwrócony porządek rzeczy. Idealne marzenia są w nas, a my jesteśmy skończeni i spadamy jak gwiazdy prosto w objęcia śmierci. Tak więc jedynie w naszych wyobraźniach możemy zaprojektować, jak wypełnimy ten czas spadania, aby się trochę z tą śmiercią zaprzyjaźnić. Oczywiście zaprzyjaźnienie się z nią to zrozumienie, że jest czymś zwyczajnym. Niezwykle to trudne, ale wydaje mi się, że pamiętanie o niej, jak mówią przysłowia i tak dalej, może być bardziej rozwojowe niż niepamiętanie. Zresztą jest ona takim potężnym tematem, że pod jej przykrywką można przemycić wiele ciekawych obrazów i mądrości.

Dawne mury, dawne drogi, dawne domy, dawne mydła – piszesz o przeszłości, w twoich wierszach pojawia się również motyw czasu przeszłego, czasem wprost, ponieważ utwory zostały napisane właśnie w tym czasie, czasem niedosłownie, wiesz, to po dzieciństwie, ale też wszystkie te śmierci, trumny. A gdzie jest przyszłość?

Równie dobrze mógłbym powiedzieć, że widzę przyszłość jak przeszłość. Raczej ten czas w moich wierszach nie jest czymś istotnym. Nie wiadomo do końca, czy to przeszłość, czy przyszłość, czy teraźniejszość. Używam takiego obrazowania dawnego  do pokazania skończoności rzeczy. W sumie one są już dawne w momencie użycia, to tak jak z ludźmi, o czym mówiłem we wcześniejszej odpowiedzi. Wczoraj na dodatek byłem na wycieczce w skansenie i naszła mnie taka myśl, że wcale tak bardzo świat się nie zmienił prócz kilku szczegółów technicznych, wygodnickich. Przełom na miarę takiego jak w neolicie chyba nie nastąpił. Myślę, że te moje, jak mówisz, trumny i śmierci to elementy na tyle obecne w świecie, że nie trzeba traktować ich jako czegoś rodem z horroru. Użycie ich służyło mi jako coś, co chciałbym przepracować w głowie, albo raczej przeprowadzić siebie i czytelnika na stronę pozbawioną traumy związanej z odchodzeniem. To jest właśnie cel mojej poezji, czyli jej przyszłość, tak jak pewnie całej sztuki. Czyli chcę tak wytrącić czytelnika z jego zwyczajnych spraw, aby zapomniał o bożym świecie i poczuł się wewnątrz mojej historii obecny i poruszony.

W wierszu Podniebienia piszesz: bo wcale tak wiele w życiu nie potrzeba. A czego tobie w życiu koniecznie potrzeba, a czego absolutnie nie?

To taka buddyjska koncepcja wyszła mi w sumie. Zależy od dnia, czego mi potrzeba: raz lubię dobrze zjeść, innym razem pójść na basen (śmiech). Zależy, w jakim życiu, w życiu mojego podmiotu lirycznego czy moim, że tak powiem, prywatnym, nie no, żartuję. Na pewno chciałbym, aby w mojej poezji nie zostać zaszufladkowanym, gdzieś wymykać się i zaskakiwać czytelników. Pisać nowe obrazy, historie i cały czas być w tym wszystkim uczciwy. W życiu młodego poety łatwo jest się zafiksować, jak słyszałem, na swojej bądź czyjejś dykcji. W niektórych recenzjach porównują moją poezję do twojej, Romek, cieszy mnie to, a jeszcze bardziej mnie cieszy, że nie jest to podobieństwo oczywiste, tylko, jak Dawid Kujawa zaznaczył, lekko przedstawione. Dlatego się cieszę, że jakieś takie wymknięcie w nową nieznaną stronę nastąpiło. Absolutnie nie chciałbym mojej poezji ukierunkować na służbę, czyli zostać poetą zaangażowanym. Oczywiście nie mam nic przeciwko temu, aby gdzieś jakiś mój pogląd się w twórczości pojawiał. Jest to kwestią uczciwości wobec tekstu, ale skupienie się tylko na polityce czy ideologii w twórczości to zabójstwo dla wolności w poezji. Wydaje mi się, że akurat ten atrybut jest najważniejszy i trzeba dbać, aby ta wolność po prostu była.

Pierwszy wers utworu Wielka Mucha  brzmi: Widziałem martwe twarze mojego pokolenia. Chciałem zapytać nie o czytelne odniesienie, ale o powody, które sprawiają, że mówisz w imieniu zbiorowości, co zresztą należy do wyjątków w twoich wierszach. Czym jest twoje pokolenie?

Nie wiem, czy w tym wierszu trochę nie przesadziłem. Zajechałem Ginsbergiem i poszedłem znowu w swoją tematykę. Myślę jednak, że było warto, gdyż moje pokolenie ma na swoim dwudziestokilkuletnim liczku ślady roboty, jaką śmierć wykonuje każdego dnia. Nawet chyba do napisania tego wiersza skłoniła mnie też śmierć Tomasza Pułki, który de facto był z mojego rocznika. Wiek mojego pokolenia to wiek, kiedy zaczynam słyszeć we mnie tę wielką muchę, której bzyczenie pewnie każdy starszy ode mnie człowiek słyszy głośniej. Wiersz ilustruje trochę moje lęki przedtrzydziestoletnie, smutek, że budynki żyją dłużej niż ludzie i tak dalej. Ale tak naprawdę nie chciałem mówić za całe pokolenie, tylko za siebie, pomyślałem jednak, że zadmę w trąbkę i powiem także za tych, którzy może czują podobnie, a powiedzieć nie mogą.

Zapisałeś: Porządek to odkurzony dywan, Musimy uwiązać ciała niebieskie czy musiałem poznać sam dokładne źródło i ocean / wiedzieć kim jestem i dokąd idę. Czy wiersz i poeta mają powinności? Albo inaczej: ku czemu zmierzasz w wierszach?

Dwa pierwsze cytaty to raczej dowcipy. Uwiązać ciała niebieskie to taki zabieg, aby nową planetę zrobić, aby nikt nie miał pretensji, że jedna to za mało. Na świecie jest tyle sprzeczności, przeciwnych opcji politycznych, biologicznych i tak dalej, więc gdyby tak ciała niebieskie złączyć i usypać z nich nowe miejsca, nikt by może nie protestował. W ogóle, jak zauważam, ludzie mają mnóstwo animozji i wiele ich dzieli. Myślę, że przyczyna leży w braku zrozumienia i w tym, że to niezrozumienie przechodzi pod wodze temperamentu, a dalej to już mamy gotową bójkę. Dlatego każdemu człowiekowi, zaczynając od siebie, życzę, aby poznał swoje źródło i ocean i wiedział, dokąd chce pójść. Podejrzewam, że będzie to w ostatecznym rozrachunku wspólna ścieżka. Powinności poety to uczciwość w wierszu, wolność i oddanie przeświadczeniu, które sprowadza do literatury piękno. W tę właśnie stronę chciałbym pójść, nie ubrudzić się żadnym obcym tematem i nie wejść w automatyczność i samopowtarzalność – żaden ze mnie pistolet, chcę do końca pozostać człowiekiem.

W rozmowie z Rafałem Różewiczem powiedziałeś: Teraz, kiedy widzę moją książkę leżącą przede mną, cieszę się, ale czuję, że chcę napisać coś jeszcze. Co się zmieni? Dokąd teraz pójdziesz?

Tak jak z tobą kiedyś rozmawiałem przy okazji Miasta Poezji, mówiłeś, że wydanie książki to nie taka ważna sprawa. Miałeś w pewnym sensie rację, ale książka wydana to prawdziwa prezentacja. Żadne publikacje w pismach czy podczas festiwali nie pozostają tak zauważone, jak cały zbiór opatrzony numerem ISBN i wydrukowany przez wydawnictwo. Kiedy już jednak leżały przede mną egzemplarze, jak chyba po każdym skończonym dziele, czułem trochę pustkę. Gdzie pójdę? Nie mam do końca pojęcia, na pewno gdzieś idę, wypełniam czas mojego spadania. Wierzę trochę w takie niegdyś bardzo popularne słowa, które nie wiem, kto powiedział, że pisze się ciągle jeden wiersz. Coś w tym myślę jest. Mam nadzieję dalej wpadać na jakieś historie, które czytelnikowi dają trochę przygody. Wytrącają z codziennych spraw. Jak to się dzieje, że czasem dobry wiersz powstaje, nie mam pojęcia. Wielka to tajemnica jest zatem i tajemnicą jest kierunek, który wybiorą córy moje, pieśni, heh.

Z Rafałem Rutkowskim rozmawiał Roman Honet, 14 marca 2016.

 

Litosfera

Podwijam rozciągnięte powieki aby
podnieść naturę i sprawdzić co pod nią
w jej rondlu tworzy nową elewację
jaka ma wykarmić całe hordy gapiów

widzę więc stare miasta kryte gontem
i słomą wysuszone studnie pełne larwy
jak ja wrośnięte w niespokojny ciężar
jaki czuję w deszczu siłując się z drzwiami

w starym autobusie albo w mieszkaniu
zrywając świeżą farbę aż poczuję tapetę
i jej pamięć rozerwaną na której widać potęgę
oddechu i jego bełkotliwej pisaniny

która ciągle poucza zakazuje i nakazuje
daje rady i troszczy się o niewidzialność

płonie więc telewizor a w nim serce sarny
wyjęte dla gapiów przedstawione w ukryciu
na pogiętej kurtynie pochowane aby
je zobaczyć trzeba podwinąć powieki

aby zobaczyć skórę trzeba spojrzeć tym sercem
zszyć wszystko w ciało czyli pełen obraz
wypuścić źródło zagoić rany rękami
nie znajdziesz w internecie metody na obraz
bo internet też jest tak namalowany

 

Indagacja

Podłączyliśmy wariograf do łąki
przestałem jej wierzyć a tym bardziej
w nią więc zwołałem kamienie co było
pod ręką i zaczynam przesłuchanie

moje pierwsze pytanie to co widziałaś
łąko i czy faktycznie w tobie siedzi
tyle przedmiotów tyle kości pokaż
co zostało po twojej rzekomej bytności

udowodnij prócz twardości że jesteś
może i cię widzę może i czuję
ale czy to wszystko naprawdę wystarczy
aby uznać że istniejesz uwierzyć

i uwiecznić ciebie taką jaką jesteś
w swojej rozległości i intensywności
podłączę pod ciebie mały telewizorek
komputer i gordyjskie kable

będę tłukł cię prądem i kopał fundamenty
aż się wszystko w tobie rozpadnie
stanę się osobistym i jedynym ss manem
jaki przekona cię że nie jesteś łąką

aż sama uwierzysz w to całe płakanie
i będziesz już tylko lotniskiem
albo osiedlem parkingiem dla naszych samochodów
dla naszych dzieci nieoddychającą dziuplą

aż wreszcie zrozumiesz i ja zrozumiem
że w tobie już nic nie ma a to co zakopane
to chała i ułuda marny ślad tego co teraz
i z tego też to coś w tobie zostanie

i wtedy zrozumiem wreszcie ze jesteś
jednak łąką do której wpadamy
a jak nie łąką to chociaż ziemią
która nawet jak się zmieni nią będzie

 

Ludzik

Chciałbym chodzić szybciej
ale nie mogę szybciej chodzić
bo dzień mnie łapie i się mną bawi
wygina mi ręce, sadza na parapetach
krzesłach, włącza mną komputer

Zmusza mnie do mycia do
zakładania i zdejmowania butów
karmi mnie, gotuje mną
sypie mną a to dopiero poniedziałek

Może wtorek wymyśli jakąś inną grę
pojedzie mną do centrum Paryża
usiądzie mną na placu i otworzy dla mnie
Wino i nakarmi mnie

Czasami kiedy dzień jest młody
śmieje się mną i rzuca mną
o drzwi domu, w którym koczuję

Środa zwodzi mnie i uwodzi
swoimi jasnymi jesiennymi włosami
całuje mnie i czesze mnie. No i w sumie
mną czesze siebie

Babka niedziela głaszcze
chowa w kieszeń i zanosi po różnych
innych ludzikach, którym też podnosi ręce
i sadza przy stoliku

Czasem, ale rzadko porusza moimi ustami i
tym ludzikom z naprzeciwka też
Wstawia ich do kuchni robi nimi herbatę
Pije nami ją jakiś czas

Czasem wstaję sam, wieczorem
otwieram wtedy wielkie parterowe okna
i patrzę kto przyszedł na cmentarz
Może jakiś znajomy

(Z tomu Chodzę spać do rzeki, Zeszyty Poetyckie, Gniezno 2015).

 

Karol Maliszewski: Rutkowski. Kilka zdań

Rafał Rutkowski to poeta własnego rytuału. W wielkim uproszczeniu i pomieszaniu nazwałbym ten rytuał baśniowofuneralnym. Sytuacje liryczne budowane są według pomysłów (kluczy) powyciąganych z wielu innych bajek. Chcę powiedzieć, że mają nieobliczalny – jeżeli przyłożyć zdrowe, realistyczne miary – i zaskakujący przebieg; coś ciągle przeistacza się, miesza, wchodząc w alians z czymś, z czym w tak zwanym normalnym życiu nigdy by nie weszło. A więc poeta własnego rytuału to ktoś, kto rekonstruuje inne życie, instynktownie stroniąc od tego wspólnego, cudzego. To również rozpoznawalny język pełen tajemniczych czasownikowych akcji, świadczących o braniu udziału w podejrzanych misteriach i transformacjach.

Już w tytule jest sprzyjająca przemianom woda, lecz w tomiku chyba więcej ziemi gnieżdżącej umarłych. To gleba śmiertelna, nasycona kośćmi i wspomnieniami, o żywej tradycji ponawianych pochówków. Jak w tym absurdzie zasiewania kości ma sobie radzić poeta? Czy wypada śpiewać? A co pozostaje, opowiada Rutkowski, zmyślając kolejną małą bajeczkę, która brzmi śmiertelnie poważnie, co nie przeszkadza jej być lekką i w jakiś sposób wdzięczną. Oto tajemnica tej poezji. Coś pomiędzy ciężarem a lekkością, oryginalny wytrych do zaświatów, już własna melodia. Czułe pogwizdywanie.

Zauważmy, że to, co akwatyczne, łączy się jak we śnie z tym, co telluryczne; zaś łącznikiem jest śmierć. Do niej jak do wodopoju dążą niektóre metafory. Już w pierwszym wierszu, zwodzącym nas filmowością (a mnie się wydaje, że jesteśmy bliżej bajki magicznej), cmentarz jawi się jako rzeka domów, zatem zmarli, podziemni ludzie mieszkają w rzece. Bohater czasem ich odwiedza. Czyni to głównie we śnie. Sen otwiera możliwość przejścia na drugą stronę, otwiera widok na to, co się dzieje i jak się mieszka po śmierci. Tytułowe Chodzę spać do rzeki  można racjonalizować sobie i w tym duchu. W następnym wierszu pogłębia się wizję podziemnego pomieszkiwania części ludzkości: pod ziemią prócz trumien są wsie i miasteczka/ zwyczajne życie z tym że w gęstszej chmurze.

Śnienie jest chwilowym zanurzeniem się w rzece zmarłych, w zbiorowej podświadomości wychodzącej na jaw, prześwitującej, przełamującej fale. Chodzę spać do takiej rzeki, w której cień smugą się wije i płynie wszystko: przeszłość, teraźniejszość, przyszłość. Kto zna się na tej ciemnej wodzie i umie ją czytać, natrafi na znaki, lecz odnoszę wrażenie, że najważniejsza jest przeszłość, ponawiające się przemijanie.

Rutkowski to poeta rytuału przywołującego minione życie, autor opowieści zaczynających się zazwyczaj nie od słów za górami, za lasami, lecz raczej za siedmioma warstwami gleby… pulsowało nieznane życie. Wiersze pisze się, by te życie poznać, zobrazować. Baśń rozpracowuje te motywy, które pozostają w ukryciu, jeszcze przed przypuszczeniami i jakimikolwiek próbami racjonalizacji.

Próbuję sobie wytłumaczyć rozproszone wrażenie obcości tego świata. Próbuję oswoić tę obcość, przywołując formuły magiczne. Nie wiem, na ile trafne, ale mnie na pewno potrzebne.

Karol Maliszewski

Rutkowskiokladka BK1

Rafał Rutkowski – ur. 1988. Poeta. Laureat projektu Połów 2014. Absolwent filologii polskiej i kulturoznawstwa na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Wiersze publikował w „Odrze”, „Zeszytach Poetyckich”, „Akcencie”, „Wakacie”, „Dwutygodniku”, „Helikopterze”. Autor tomu wierszy Chodzę spać do rzeki (Zeszyty Poetyckie, 2015). Laureat lubelskiej nagrody kulturalnej Żurawie, stypendysta Wydziału Kultury Urzędu Miasta Lublin. Uczestnik najważniejszych festiwali literackich w kraju. Organizuje cykl spotkań poetyckich Przystanek poetów  w Centrum Kultury w Lublinie. Mieszka w lubelskiej Kamienicy Cudów.