robert feszakŁukasz Jarosz: Podczas ostatniego finału konkursu im. Kazimierza Ratonia wyjąłem z puszki po guinnessie plastikową kulkę i z Markiem Baczewskim zagraliśmy w ping-ponga. Jako rakietki posłużyły twoje książki – późny wręcz debiut Wnętrza gór. Książka zaiste pięknie wydana, w twardej oprawie, ze świetną okładką. Przybliż nam, jak to się stało, że wydałeś książkę dopiero teraz. Piszesz przecież od wielu lat.

Robert „Robur” Feszak: Tak, pamiętam – piłeczka pięknie latała tam i z powrotem nad stołem z przekąskami. Ile było wdzięku w samych ruchach, jaki styl… Słowa to mało. Pierwsza liga. Jeżeli chodzi o książkę, która tak świetnie sprawdza się w roli rakietki, muszę powiedzieć, że było to prawdziwe szczęście – widnieje na niej piękny obraz autorstwa Izabeli Ołdak, który nosi tytuł Anastasis, co, jak zapewne wiesz, znaczy wskrzeszenie zmarłych lub zmartwychwstanie. Myślę, że lepiej wybrać nie mogłem. Obraz i tytuł znakomicie oddają ducha tej książki. Wiele jest w niej o śmierci, nadziei, zwątpieniu i patrzeniu z codzienności prosto w gwiazdy.

To prawda, piszę od wielu lat. Głównie jednak dzienniki i tu od razu się przyznam, że od pewnego czasu zapisuję w nich coraz mniej. Wiersz to był zawsze jakiś dodatek pod tekstem albo na marginesie i najczęściej pisany spontanicznie pod wpływem tego, co wcześniej zanotowałem. Szczerze: ani do dzienników, ani do wierszy nigdy zbytnio się nie przykładałem. Zwyczajnie lubiłem opisywać świat i to, co się ze mną w nim dzieje. Dzisiaj myślę, że te moje zapiski momentami graniczą z grafomanią. Jednak lubię je, bo doskonale oddają to, jak zmieniało się moje myślenie na przestrzeni lat. Posiadanie takich dzienników dla człowieka piszącego, choć na pewno nie tylko, jest prawdziwym skarbem. Mówię o tym, by pokazać, w jakiej atmosferze te moje wiersze się rodziły. Do mojego pisarskiego niechlujstwa dołączam jeszcze wrodzony brak ambicji i wiadomo, skąd tak późny debiut. Wiele lat temu, owszem, coś tam próbowałem – wysłałem wiersze na jeden konkurs. Ale nie było żadnej nagrody. Na tym się skończyło. To nie były zresztą dobre wiersze. No i po latach ty mnie namówiłeś, bym jeszcze raz spróbował. Posiedziałem trochę nad formą i tak powstał tomik Wnętrza gór, który został wydany w kilka miesięcy później w ramach konkursu im. Janusza Różewicza. Miałem w sumie dużo szczęścia, gdyby nie ta wygrana pewnie znów na parę lat wycofałbym się do szuflady albo nawet na zawsze. Z wiekiem, gdy już się wie, że świata się nie zawojuje, ucieka gdzieś młodzieńcza potrzeba świecenia swoim ja. A ze mnie na pewno ucieka. Teraz, gdy już coś piszę, bardziej się do tego przykładam – mniej w tym niechlujstwa. Bardziej myślę nad formą. Mam też osobny zeszyt, w którym notuję pomysły specjalnie na wiersze. Tak podsumowując – do debiutu, do krótkiego błyśnięcia swoim ja, potrzebna mi była, jak widać, twoja zachęta. Dziękuję.

Powiedz może jeszcze coś o motcie – dlaczego akurat Samuel Beckett?

Ten fragment mam w głowie od bardzo wielu lat. Kiedy przeczytałem go pierwszy raz, od razu wiedziałem, że o to mi chodzi. Kiedy o czwartej pięćdziesiąt rano wstaję do pracy, piję przy oknie kawę i patrzę na ponure pasmo gór, wtedy czasami nachodzi mnie uczucie, że to się nie dzieje naprawdę, że to tylko jakiś żart. Potem zbiegam po schodach, idę ulicą Wodną, zalaną żółtym światłem, i wsiadam do przepełnionego ludźmi autobusu. Podobnie jak bohater tego fragmentu mam wrażenie, że na wzór mojego życia można by ułożyć jakąś opowieść. Dodam, że przez pewien czas w dziennikach pisałem o sobie samym w trzeciej osobie. Ciekawe doświadczenie. Tak to widzę; jestem przytwierdzony łańcuchem do dziobu łodzi – do codzienności przez otwór powoli wlewa się woda. Moim środkiem uspokajającym jest…  chyba metafizyka?

Studiowałeś teologię. Czy wiedza filozoficzna nabyta podczas takich studiów uniwersyteckich pomaga, czy może przeszkadza w pisaniu wierszy? W twoim tomie odczuwalna jest przecież wciąż jakaś myśl metafizyczna, podskórne myślenie, że jest coś pod podszewką świata. Zatem czy wiersze, które tworzyłeś do swojego debiutu, pisały się same, czy był to długi, przemyślany proces?

To długi temat. Zacznę może od tego, skąd w moich wierszach tyle metafizyki, skąd do niej takie upodobanie, a odpowiedzi na twoje pytania, jak mi się zdaje, będą się same wyłaniać. Dobrze pamiętam ten dzień; wręczają nam dyplomy, a ja już wiem, że nie potrafię wierzyć. Byłoby dobrze, gdybym wierzył, ale się nie da. Kiedyś byłem wierzący – to była wiara bardzo dziecinna. Sześć lat studiów, a ja dochodzę do takiego momentu. Niewierzący teolog – czy można to nazwać porażką? Na początku myślałem, że tak. Teraz już tak nie myślę. Na studiach pewna swoich racji teologia od początku kłóciła się z moją wątpiącą naturą. Byłem jednak zafascynowany metafizyką. Dziś nie mogę uwierzyć, że poświęciłem jej aż tyle czasu. Z niej też się broniłem. Metafizyka pozostała, co, jak słusznie zauważasz, jest w moich wierszach wyczuwalne. Mam wrażenie, kiedy patrzę na zdarzenia z przeszłości, że była ona we mnie, zanim w ogóle dowiedziałem się o istnieniu takiej nauki. Mam na myśli pierwsze egzystencjalne doświadczenia z okresu dzieciństwa, kiedy są one przeżywane najmocniej – odciskają się w naszej podświadomości, a potem bywa, że kierują sposobem postrzegania świata. Wiersz Dzieci gwiazd, otwierający moją książkę, opiera się właśnie o takie doświadczenie z okresu dzieciństwa, gdy nie bardzo wiedziałem, czego jestem świadkiem, co się rozgrywa na moich oczach. O tym zdarzeniu zapomniałem na całe lata. Gdy sobie je przypomniałem, wiersz napisałem od razu, miałem wrażenie, że był on już gotowy od dawna, że ktoś, w mrokach umysłu, ułożył go za mnie. W pisaniu takie momenty lubię najbardziej. Niestety to zdarza się rzadko, szkoda.

Wracając do samej metafizyki. Zrozumienie jej, tak jak ja ją postrzegam, jest kluczem do mojej książki. Zatem metafizyka to nie jest od razu wiara w Boga, jak niektórzy mylnie sądzą, to jest nieustanne powracanie do poszukiwań, rodzaj napięcia, które jest pod powierzchnią codziennych zajęć – to bycie w drodze, jak pisał mój ulubiony filozof Gabriel Marcel. Szukanie polega na zdawaniu pytań z wnętrza świata, z przenikającego wszystko czasu, który przybliża do śmierci, polega na pytaniu o miłość i zło – kim w tym wszystkim jestem, po co to wszystko? I tak dalej. Te poszukiwania są między innymi motorem moich wierszy. Wiersz jest dla mnie pytaniem. Te pytania, które zadaję sobie, pisząc, nie są ot tak, bez konsekwencji – nieprzerwanie wisi nade mną cień paraliżującego przeświadczenia, że wszystko, co robię, służy zabiciu myśli o czekającej mnie śmierci. Jednak ten cień musi padać, to warunek zachowania w pisaniu uczciwości. Nawet mało uważny czytelnik moich wierszy dostrzeże, że śmierć jest w nich wszechobecna. Na różne sposoby oddalamy od siebie myśl o śmierci, rutyna dnia codziennego jest w tym mistrzem. Dlaczego wiersze by nie miały być kolejnym sposobem oszukiwania się, sposobem na zabijanie czasu? W moim przekonaniu one również temu służą. Jednak nie wyobrażam sobie, że jestem człowiekiem ze zdolnością zadawania takich pytań i nie pytam. To by było tak, jakbym zabił najcenniejsze, co mam – świadomość, że jestem w świecie, że patrzę na niego, smakuję go, dotykam. Wiersz jest dla mnie rodzajem pewnej odwagi, by zapytać o to, jak jest naprawdę. Ta metafizyczna odwaga w wierszu, bo poniekąd jest to odwaga, chroni przed ogłupieniem, sprowadzeniem do zautomatyzowanego myślenia, a to jedna z tych z rzeczy, których się boję. Stąd być może moja niechęć do tego, co nazywamy społeczeństwem.

Pytasz o podszewkę świata. Myślę, że między słowami już na to odpowiedziałem. Może przybliżę to bardziej w taki sposób – Czesław Miłosz napisał w tym samym wierszu, z którego słowa tu przytaczasz, że jeżeli nie ma podszewki świata, to jest, pozwolę sobie zacytować: słowo raz obudzone przez nietrwałe usta/ które biegnie i biegnie, poseł niestrudzony/ na międzygwiezdne pola, w kołowrót galaktyk/ i protestuje, woła, krzyczy. Miłosz nie pisze, że to wołanie w końcu gdzieś dociera. Tego nikt nie wie. Ważne jest, że to słowo biegnie – jest w drodze. Ważne, że w naszej banalnej codzienności krzyczymy: jestem. Jestem w świecie, który równie dobrze, tak jak ja, mógł nigdy nie zaistnieć. To wołanie, zawarta w nim ciekawość, ta świadomość istnienia są właśnie metafizyką Wnętrza gór. A tak o tym piszę w moim wierszu: Świeże powietrze dotknęło naszej skóry. Cieszyliśmy się/ jak dzieci. Na moment zanim wyszliśmy na powierzchnię,/ spojrzałem jeszcze raz do góry w stronę rozkołysanych/ koron drzew i odległych gwiazd. Byliśmy cali ubabrani/ błotem. Wiedziałem, że będę tu wracał wiele razy, aż/ któregoś dnia te usta już mnie nie wypuszczą.

Według mnie proces pisania zaczął się w dniu moich narodzin, gdy jeszcze sobie nie zdawałem z tego sprawy, że istnieję. A może zaczął się jeszcze wcześniej, gdy byłem tylko jedną z niezliczonych możliwości? Może w genach zostało przemycone coś, co sprawia, że mając taką, a nie inną wrażliwość, piszę, że tak interpretuję świat, mój krótki w nim pobyt. Idąc tym tokiem myślenia, muszę powiedzieć, że książka sama się pisała, to znaczy pisało ją życie, a moim zadaniem było w odpowiedniej chwili to uchwycić i zamknąć w formę. Bez teologii, bez studiów nad metafizyką pewnie niektóre rzeczy by mi umknęły. Tkwiłbym w większej nieświadomości. Oczywiście zbyt duża wiedza może zabijać spontaniczność, otwartość. Trudno się pisze, kiedy myśli się o tym, że ktoś już kiedyś to odkrył, wymyślił. Któż nie chce wytyczać nowych szlaków? Pisząc Wnętrza gór, nie myślałem o tym, że jestem ograniczany przez zdobytą wiedzę, bo zdawałem się na swoje przeżycia, które są wyłącznie moje, są niepowtarzalne, jak życie każdego z nas. Od razu powiem, że powielam wiele razy poruszane problemy, a od strony językowej nie ma w tej książce nic nowego. Przypominają mi się słowa Lwa Szestowa, nie cytuję tu dokładnie – prawd jest tyle, ilu ludzi i każdy musi sam jej doświadczyć.

Znam twoje wiersze od wielu lat. Kiedyś wyglądały one trochę inaczej. Były krótsze, oszczędniejsze w formie, czasem wręcz ascetyczne. Myślisz, że to właśnie Wnętrza gór  ukazują twój język? Odnalazłeś go? Tak pragniesz ukazywać świat? Narracyjnie, opisowo?

Dawniej moje wiersze nie były takie opisowe, bo nie chciałem, by był to kolejny dziennik. Teraz widzę, że było to wbrew impulsowi tworzenia. Wbrew temu, jak czuję. Bałem się, że używam za dużo niepotrzebnych słów. Bywało czasem, że z kilku stron wykreślałem i wykreślałem, aż zostawało mi parę zdań. Wtedy zjawiało się uczucie, że mnie w nich nie ma. Nie ma mojej historii. Powiem ci, że moje wcześniejsze wiersze, tych nie znasz, były jeszcze bardziej ascetyczne. Dzisiaj jest zupełnie inaczej: nie boję się, że z wierszy tworzę kolejny dziennik. W moich wierszach jest dużo codzienności – w końcu to moja prawdziwa rzeczywistość. Jestem w niej zamknięty. Nie potrafię od niej uciec, nie potrafię jej zwyciężyć. Jedyny sposób na to, by sobie z tym poradzić, to pogodzić się z tym, jak jest, i dostrzec w niej coś interesującego. Między czynnościami dnia codziennego wydarza się w końcu prawdziwe życie. Moją ucieczką, wytchnieniem są wyjazdy za miasto – w góry, nad jeziora. O tym też piszę. Każde miejsce, zdarzenie mogą być dla mnie inspiracją do pisania. Podoba mi się, gdy w wierszu pojawia się jakaś ulica, las, jezioro albo jakiś przedmiot codziennego użytku. Mam do takich opisów słabość. Nie wiem, czy odnalazłem swój język. To się może zmienić. Kiedyś pisałem przecież inaczej. Nie wiedziałem wtedy, że pójdę w tę stronę. Powoli kończę drugą książkę. Jest ona pod względem tematycznym podobna do pierwszej. Jednak język jakby trochę się zmienił. Faktem jest, że narracyjne i opisowe ukazywanie świata bardzo mi odpowiada. Nie ukrywam, że bardzo mnie ciągnie w stronę opowiadań. Może ostatecznie właśnie w tę stronę zmierzam?

Często dyskutujemy o obecności bądź braku Boga w naszym życiu. Czy wiersz Wiedza radosna  można uznać za jakiś manifest twojej wiary albo niewiary w Boga?

Wiedza radosna  nie jest manifestem mojego ateizmu, nie jest też manifestem mojego teizmu. W żaden sposób nie chcę zostać zaszufladkowany. Ja wyłącznie, jak już wcześniej mówiłem, pytam, bo wiem, że tak trzeba, jeżeli chce się nie tylko żyć, ale również istnieć. Sam wiersz jest refleksją nad pewną sytuacją i nawiązuje do książki Friedricha Nietzschego o tym właśnie tytule, a głównie chodzi o jeden, bardzo znany z niej fragment. Może w wielkim skrócie przypomnę – człowiek oszalały wybiegł na targ z latarnią i zaczął wołać, że szuka Boga. Tak się złożyło, że trafił na ludzi niewierzących – został przez nich wykpiony. Dla nich to była rzecz oczywista, że Bóg umarł. Człowiek oszalały miał jednak świadomość, że to nie takie proste, jak im się wydaje – po Bogu została wielka pustka, którą trzeba czymś wypełnić. Co to ma być? Jaki jest związek mojego wiersza z tą opowieścią? Muszę przede wszystkim powiedzieć, o co w nim chodzi, niechętnie to robię, bo to zawsze umniejsza wiersz, ale innego sposobu nie widzę. Mój wiersz jest metaforą tego, co się dzieje we mnie, jak ja przeżywam nieobecność Boga. Opowiadam w nim, że opuszczam świat i schodzę do podziemi, w głąb siebie, w poszukiwaniu mojego peronu i tam odkrywam w chorej dziewczynie bezsilność – z jednej strony potrzebuje ona pomocy, z drugiej zachowuje się tak, jakby wcale jej nie chciała. Jakby w nią nie wierzyła. Z głębi, z najdalszej głębi, huczy rozpaczliwy głos chłopaka, który śpiewa, że nie ma Boga. Stamtąd też idzie pewien siebie mężczyzna, który wierzy wyłącznie w siłę swoich mięśni. Dla niego fakt nieistnienia Boga jest oczywisty, nie ma sensu w ogóle o Nim mówić. Od napisania przez Nietschego tamtej historii minęło ponad sto lat, wiele się zdarzyło w nauce, sztuce, literaturze, filozofii, ale czy udało się całkiem zapomnieć o Bogu, czy udało się po Nim wypełnić pustkę? Niektórzy twierdzą, że Bóg do niczego nie jest potrzebny – może i mają rację, że to tylko niepotrzebne rojenia. W końcu można bez niego żyć. Jak z tym Bogiem jest naprawdę? A któż to wie? Na pewno jednak nie wierzę w Boga, który jest proponowany przez różnego rodzaju religie.

Piszesz od wielu lat dzienniki. Czy twoje wiersze z debiutu również można tak traktować? Ile w nich jest prawdy, a ile zmyślenia? I czy można okłamywać w wierszu? Jak to wyglądało przy pracy nad twoim debiutem?

Nie bardzo wiem, jak zacząć. Może tak: moje wiersze odnoszą się do prawdziwych zdarzeń z mojego życia lub do historii, które od kogoś zasłyszałem. Staram się, na ile potrafię, trzymać faktów. Ważne jest dla mnie, by oddać atmosferę, emocje, które mi towarzyszyły, gdy ta chwila się zdarzała. Bywa, że dopiero po fakcie, czasami po latach, przypominam sobie jakieś zdarzenie, które może mi coś ciekawego powiedzieć – wczuwam się w taką chwilę, jeżeli mam ją zapisaną w dzienniku, szukam i czytam. Oczywiście wybieram z opowieści to, co najbardziej istotne. Bywało, że pisząc, nie wiedziałem, gdzie mnie to zaprowadzi. Jeden wiersz może zmierzać do różnych brzegów. Od jednego się oddala, do drugiego przybliża. Jak już miałem gotowe wiersze, to ustawiłem je w takiej kolejności, by tworzyły ciekawą całość. Nie wiem, na ile oddałem poprzez wiersze prawdę o swoich uczuciach. Starałem się być uczciwy – na ile mi to wyszło? Tak, moje wiersze, to na pewno forma dziennika. Można też obrać inną drogę i zmyślać historie, by coś opowiedzieć, wyrazić. Jeżeli taki wiersz wyssany z palca coś we mnie porusza, to dlaczego nie? W końcu wiersz ma wywoływać w nas emocje. Ja jednak wolę wywoływać emocje w oparciu o prawdziwe zdarzenia.

A na ile autor może sobie pozwolić w wymyślaniu swoich dramatów?

Moim zdaniem autor może wymyślać swoje dramaty, na ile tylko mu pozwoli wyobraźnia, wszystko zależy od tego, co chce osiągnąć. To jest jego sprawa. Inna rzecz, czy spodoba się to czytelnikowi. Ja opieram swój dramat, jak wspomniałem, o życie.

Czy jest jednak jakaś granica prywatności, której nie przekroczysz, której wiersz nie udźwignie, bo wyda się zbyt szczery, może na swój sposób żenujący? Dla czytelnika, a może także dla autora?

Są w moim życiu takie zdarzenia, którymi nie chcę się dzielić. Czasami bywa, że pod wpływem emocji napiszę taki wiersz, by potem stwierdzić, że to zbyt osobiste. Niekoniecznie jest to żenujące. Po prostu zbyt osobiste. W moim przekonaniu wiersz jest żenujący nie dlatego, że jest zbyt osobisty, szczery, ale dlatego, że został źle napisany.

Z Robertem Feszakiem rozmawiał Łukasz Jarosz, 30 marca 2016.

 

Dzieci gwiazd

Nasze nogi wisiały kilka centymetrów nad ziemią.
Siedzieliśmy na drewnianej ławeczce obok baniek na mleko.
Ja i kolega, którego twarzy i głosu już nie pamiętam.
Spotkaliśmy się tylko raz. Tamtej nocy na dyskotece, z której
on nie wiadomo dlaczego mnie wyciągnął.

Z zachwytem patrzyliśmy w rozgwieżdżone niebo.
Powtarzaliśmy w kółko, że musi być ono nieskończone, choć
nie mieliśmy najmniejszego pojęcia, co to znaczy.
Wyobrażaliśmy sobie, jak mogą wyglądać obce cywilizacje.
Z nadzieją wypatrywaliśmy jakiegoś znaku.

Wracałem do domu przez łąki z zadartą do góry głową.
Potykałem się o grządki i przedzierałem przez pola pszenicy.
Pierwszy raz w życiu zobaczyłem, że niebo jest tak ogromne.
Do świtu leżałem na piasku – pozostałości po budowie.
Zostawiłem w nim ślad odciśniętego ciała.

 

Bezsilność wierszy

Cicha praca wentylatora pod plastikową obudową. Obok kartka
z szybko zapisanymi w fabryce słowami, które przyszły
po przebudzeniu i nie dają spokoju – jestem dla ciebie jak roślina,
która niczego nie zmienia, nie napełnię twojego brzucha,
a moje słowa nie otworzą morza, w którym toniesz.

Minuty milczenia. Wzrok utkwiony w ścianę. Za nią łazienka.
Dalej następna ściana. Za nią cudze mieszkanie, w którym
nigdy nie byłem. Odtąd wszystko odbywa się w przestrzeni
bez horyzontu: jeden pokój, drugi pokój, następna ściana,
widok na blokowisko i miasto na tle górskiego grzbietu.

Pierwsze, po minutach ciszy, szybkie uderzenia
kościstych palców o klawiaturę i zaraz
równie szybki backspace.

 

Wiedza radosna

Po dworcu została dziura w ziemi. Teraz
na jego miejscu postawią nowy, nowocześniejszy,
na miarę naszych czasów. Opuszczam krainę
piwnych ogródków, bilbordów, sklepów.
Schodzę do podziemi w poszukiwaniu
mojego peronu. Pod betonową ścianą, tuż
przy schodach, dziewczyna – całkiem łysa
o dużych brązowych oczach. Jej smukłe
palce krążą po krawędzi lśniącej metalowej puszki
po jakichś ciastkach. Jakby wcale
nie potrzebowała tej brzęczącej litości.
Z głębi uderzenia gitary. „Nie ma Boga nie”,
Wykafelkowanym korytarzem
niesie się huk. W stronę wyjścia
idzie potężny mężczyzna, napina mięśnie,
wykrzywia twarz ku światłu – pysk dzikiej bestii.
Syczy „Kurwa, po co on
tak bez sensu się drze?”.

(Z tomu Wnętrza gór, Miasto Radomsko, Radomsko 2014).

feszak_okladka_ramka

Robert „Robur” Feszak – bielszczanin, ur. 1978. Z wykształcenia teolog, pracownik socjalny i grafik komputerowy. Wiersze publikował we „Frazie”. Nominowany w Ogólnopolskim Konkursie im. Kazimierza Ratonia, laureat konkursu poetyckiego im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego oraz Międzynarodowego Konkursu Poetyckiego im. Janusza Różewicza.

Łukasz Jarosz – ur. w 1978, poeta, muzyk. Perkusista, wokalista i autor tekstów grup: Chaotic Splutter, Lesers Bend, Mgłowce, Zziajani Porywacze Makowców. Autor dziewięciu tomów poetyckich.