teresa-radziewicz-1024x768Roman Honet: W twoich wierszach tytułowe światło pojawia się jako motyw, niemniej sam tom zdaje się mroczny. trudne to ubieranie – zapisujesz albo wszystko już przebrane  lub słowo / daję: weź je, to bez znaczenia. Czy pełno światła to wyraz pragnienia czy goryczy?

Teresa Radziewicz: I pragnienia, i goryczy, i rozczarowania, i nadziei, a nawet jakiejś ukrytej ironii. Wiem, brzmi to dość pokrętnie, ale długo poszukiwałam tytułu, różne propozycje podawali moi redaktorzy, zapisywałam, dopisywałam, kreśliłam. Wciąż miałam poczucie, że nie to i nie to. Odetchnęłam dopiero, kiedy zanotowałam: pełno światła.

jestem u siebie – napisałaś w jednym z utworów, nakreślając uprzednio, jak wygląda to twoje miejsce. A gdzie nie jesteś u siebie?

Tam, gdzie nie czuję się dobrze, gdzie mi przeszkadza coś, gdy się boję – ludzi albo miejsc. Nie jestem u siebie, gdy nie odczuwam życzliwości, a obcość albo wrogość. Gdzie nie mogę swobodnie odetchnąć.

W odmiennym wierszu piszesz: wiem, co wyrośnie / z mojego hodowania / i w to nie wierzę. Co wyrośnie? I dlaczego nie wierzysz?

Ów  wiersz odmienny nosi znamienny dość tytuł  fauście, mój fauście. Przeczytałam gdzieś kiedyś słowa czytelniczki Anny Kareniny, która pisała, że ile razy czyta tę powieść, zawsze ma nadzieję, że jednak bohaterka nie rzuci się pod pociąg. W tej zacytowanej mojej frazie jest właśnie coś z takiej nadziei, która jest beznadzieją przecież. Wiem – i nie wierzę. Ale przecież wiem.

Mogą zaskakiwać motta do twoich wierszy: Taranienko, Żuliński, Lewandowska czy ukraiński poeta Wasyl Szlachtycz. Co przesądzało o tak niezwykłych wyborach?

Właściwie każde motto to inna historia. Taranienko – mój wiersz jest dialogiem z wierszem Janusza, moim spojrzeniem na sprawę owych  porządków po sobie, wiersz Leszka Żulińskiego, jego słowa, rezonowały we mnie długo, Lewandowska – to słowa z rozmowy z Joasią, które sobie przywłaszczyłam w ten sposób. Jedynie w przypadku Szlachtycza motto zostało dobrane do wiersza – chodziło mi o to, aby Świerzową skojarzono odpowiednio. To wiersz z dwa tysiące siódmego roku, który powstał po wędrowaniu po Beskidzie Niskim i zetknięciu się z wsiami łemkowskimi, a właściwie z tym, co po nich zostało. Świerzowa, Nieznajowa, Żydowskie, Ciche… Kwitnące sady, fundamenty domów, przydrożne krzyże z kamienia. Pustka i cisza. Długo ten tekst czekał na swoje miejsce w tomiku.

Jacy poeci byli i są dla ciebie istotni?

Pierwszy, o którym myślę – Herbert. Bliski mi od czasów licealnych – może nie powinnam się przyznawać, ale doskonale pamiętam, jak dotykały mnie te wiersze na lekcjach języka polskiego. I z tegoż okresu – Gałczyński i Staff. Bryll, wyjątkowo ważny, poeta mojego dorastania. Kolejny – Rilke. Niewielki tomik poezji w przekładzie Sandauera otrzymałam od mojej licealnej polonistki i przepadłam. Następny, znacznie później odkryty, to Seamus Heaney – wiersze bliskie mi w sposób szczególny, i w języku, i wymowie. Chyba muszę wspomnieć ciemnego i bolącego Celana. Ponadto: Czycz i Harasymowicz. Koniecznie Nowak. Ostatnie lata to Marzanna Bogumiła Kielar, Tomasz Różycki, Tadeusz Dąbrowski, Maciej Woźniak, Radosław Kobierski, Roman Honet (wybacz). Nie jest to stały kanon, pojawiają się nowe książki, jest też wiele tomów poetyckich innych autorów, które cenię i do których wracam. No i oprócz poezji jest proza (śmiech).

Gombrowicz zanotował, że pisanie można znosić z trudem, a mimo to być znakomitym pisarzem. Znosisz pisanie wierszy z radością czy z trudem?

Z trudem. Im więcej piszę, tym większy to trud. Kilka lat wstecz w tej czynności zapisywania i zapisania odnajdywałam radość, oddech, ulgę. Najnowszy tom, pełno światła, to wiersze w większości spisane z trudem. Jest to trud różnoraki – bo i w formie, a jeszcze bardziej – w treści. Momentami to jak dotykanie bolącego zęba. Wiem, że boli, nie chcę dotykać, omijam, a jednak co jakiś czas muszę, po prostu muszę.

Co daje ci prowadzenie bloga? Może prowadzisz też dziennik czy pamiętnik?

Pamiętniki prowadziłam przez wiele lat, sporo wcześniej, jeszcze zanim założyłam blog. Podejrzewam w sobie potrzebę zapisywania i wypisywania – stąd pamiętniki. A blog? Powstał po to, by zapisywać małe radości. Tak brzmi pierwszy wpis (z trzeciego stycznia dwa tysiące dziesiątego roku!): Pewna moja przyjaciółka postanowiła w nowym roku codziennie zapisywać to, co ją spotyka dobrego, nawet gdyby to miały być drobiazgi. Bardzo podoba mi się takie postanowienie, dlatego wzięłam z niej przykład. Moja «mała dobra rzecz» to śnieg. Padał dziś i padał. Kiedy wracałam do domu, szły ze mną wszystkie moje zimy dzieciństwa. Później, rzecz jasna, ewoluował i dziś mówię o reteskowie jako o moim miejscu w wirtualnym świecie (tu zazwyczaj jestem u siebie). Poza tym jest rewelacyjnym pamiętnikiem z podróży – robię notatki, zdjęcia, a kiedy wracam jakiś czas później do postów, dziwię się, że tyle spraw wyleciało mi z głowy i cieszę się, że zostały zapisane.

W pewnym wierszu pada wyznanie  budowałbym domy bez ran. Frapujące na przykład o tyle, że Andrzej Sosnowski wydał tom pod tytułem Dom ran. Czym są dla ciebie owe rany w domu?

Zawsze fascynowały mnie domy z drewnianych bali budowane bez użycia gwoździ, to przemyślne ułożenie i dopasowanie belek. Domy bez ran. Niestety, prawie się takich nie buduje.

Dom jako miejsce, w którym jestem  u siebie. Rany w domu – to co, złego człowiek robi człowiekowi. W różnym zakresie, kontekście, miejscu. Rany w domu – sprawienie, że nie jest on taki, jaki był. I nawet kiedy rany się zagoją, nie będzie przecież taki sam.

 

Z Teresą Radziewicz rozmawiał Roman Honet, 15.10.2016.

 

nazwać, zakrztusić się, zbudować

                                                                                        zwykle nazywa się to głupotą,
                                                                                       ale ok, możemy na to mówić też miłość
……………………………………………………………………………………J. Lewandowska

możemy nazywać to jak chcemy, możemy
patrzeć, jak się zmienia i co niesie zmiana,
możemy stać w deszczu i mówić: jakie to
niepoważne, jakie to romantyczne. i inne
bla bla bla. możemy nawet czekać na wiosnę

– co z tego? świat nie chce nam służyć,
nie zmieni go ani tresura, ani oswajanie.
możemy oglądać lady makbet i w antrakcie
pytać, co z duncanem, i kto właściwie nie żyje:
król czy sługa? możemy dziwić się uczuciom,
które każą zabijać. możemy wszystko, razem lub

osobno. możesz nazwać to głupotą, ja
mogę zakrztusić się miłością. nieważne,
ostatecznie mogę zbudować z tego wiersz,
przerobić na metaforę, mogę
zamienić w żart
albo w popiół

 

stopy w świetle

i mam przed sobą świat, nie światło – kładło się nisko,
reszta w chmurach i zmierzchu. jak uratować? rozproszyć
czy skupić? w soczewkę się przemienić? rażeni wiązką
promieni staną się posłańcami. dokąd ich posłać,

po co? mam świat przed sobą – nie obchodzę świata,
świat mną niezajęty. obojętnie odwraca się i milczy,
nawet, gdy czekam na słowo. mowo moja – nie moja,
brzmij częściej, wpleć się w jasność, daj pozbyć się

milczenia. wyzwól język, rozluźnij słoneczny splot
zaciśnięty w węzeł. inaczej osłabnę, upadnę – droga
daleka, pod stopami twarda, zmarznięta ziemia
we wschodach i zachodach zmienia się ciągle

i wcale nie zmienia. gdzie posłańcy jasności,
gdzie ratunek? gdzie światło? tak łatwo
pogrążyć się w cieniu

 

wiersz, który nie powinien się wstydzić

najtrudniej bywa z ubieraniem kobiet – bo rozbieranie
to co innego, w rozbieraniu jesteśmy tacy bezwstydni,
w tym rozplątywaniu tasiemek, w rozpinaniu guzików,
tacy ludzcy w wysuwaniu z rękawów i nogawek,
w licytowaniu się nieosłoniętą skórą. rozbieranie

jest proste: zdjąć i stać się ciałem, mniej lub bardziej
zużytym. trudniej bywa z ubieraniem – czasami
w zawstydzeniu, w popłochu, w ukrywaniu się,
czasami we wzruszeniu, w rozpaczy, w gniewie.

nieważne: naciągasz różowe śpioszki, do sukienek
dobierasz kokardy, buciki zakładasz, uczysz
wiązać sznurówki, szal podajesz
i płaszcz narzucasz, wreszcie

w czerń otulasz, a na zmęczone stopy
wsuwasz pantofle na ostatnią drogę. płaczesz,
że trudne to ubieranie

 

(Z tomu pełno światła, Białostocka Kolekcja Filologiczna, Białystok 2016).

Radziwicz_okladkaTeresa Radziewicz – poetka, autorka książek: lewa strona  (SLKKB, Łódź 2009 – Literacka Nagroda Prezydenta Miasta Białegostoku im. W. Kazaneckiego), Sonia zmienia imię  (KWADRATURA, Łódź 2011), Samosiejki  (Galeria Literacka BWA i Biblioteka FRAZY, Olkusz 2011 – nominacja do ww. Nagrody), rzeczy pospolite (Stowarzyszenie Salon Literacki, Warszawa 2014, również nominacja do ww. Nagrody). W lipcu 2016 r. w ramach serii Białostocka Kolekcja Filologiczna (Instytut Filologii Polskiej – Uniwersytet w Białymstoku) ukazał się tom wierszy pełno światła. Mieszka na Podlasiu, ma także swoje miejsce w świecie wirtualnym: reteskowo.blogspot.com.