Tomasz Różycki, fot. Slav Zatoka

Tomasz Różycki, fot. Slav Zatoka

Roman Honet: Wbrew tytułowym Literom popatrzmy na liczby: w Koloniach  było 77 wierszy, w Księdze obrotów  88, w Literach możemy przeczytać 99. Czy w następnym twoim tomie ujrzymy 111 wierszy? Do czego służy ci ciąg tego rodzaju? Zresztą sam ponumerowałeś wiersze…

Tomasz Różycki: Nie wiem. To się układa według jakiejś swojej energii, której nie mogę przewidzieć. Nie mam zamierzenia, żeby napisać dokładnie tyle wierszy. W trakcie pisania książki zaczynam sobie zdawać sprawę, że całość wymaga tylu tekstów. To pewna opowieść, która ma swoją, powiedzmy, nieoczywistą dramaturgię. Kolejne odsłony tej samej sprawy, lub kolejne sceny Liczby, jak zauważyłeś, oznaczają ciąg.

Dzisiaj to inaczej wygląda, tomy są szczuplejsze, niemniej na przykład  Łąka Leśmiana liczy niemal 200 stron. I jest to świetny tom, podobnie jak twój. Ale liczebnie: prześcigniesz mistrza?

Jeśli już mówimy o liczbach, to wcale nie oznacza, że im więcej wierszy, tym obszerniejsza książka, bo wiersze w Księdze obrotów  są krótsze niż w Koloniach, i mimo, że jest ich więcej, książka ta jest szczuplejsza. Moja proza też jest zresztą numerowana, w Tomi  jest ponad 200 fragmentów. Nie mam więc poczucia, że piszę coraz większe książki. Tom wierszy dla mnie to skomponowana całość, nigdy zaś zbiór wierszy z lat takich to a takich. Biorąc pod uwagę to, że poprzedni tom wydałem w 2010 roku, a wiersze zawarte w nim pisane były od 2007 do 2009, Litery  są pierwszą książką po tak długiej przerwie. Inni poeci wydali w tym czasie pięć czy sześć. Nie piszę książek na sezon, piszę na wiele lat. Nie wiem, kiedy zdarzy się ten kolejny czas, kiedy napiszę kolejny tomik.

Leśmianem pogardzali skamandryci, z wyjątkiem Wierzyńskiego, nie cenił go Miłosz, nie szanowali poeci awangardy, kpiło z niego również wielu krytyków. Z różnych powodów, ale może właśnie dlatego, że Łąka wymagała od czytelnika znajomości filozofii, wątków literackich, więc niewielu ją rozumiało. A czy ty lubisz Leśmiana? Skamandrytów? Miłosza?

Na swój sposób lubię ich wszystkich, ale nie za wszystko. Są wspaniałe wiersze, są i takie, których nie potrafię czytać z przyjemnością. Dla mnie poezja przede wszystkim to taki  projekt egzystencjalny, co widać tym bardziej, im więcej czasu upływa i awangarda czy wszelka eksperymentatorska nowoczesność przestają mieć znaczenie, pozostają tylko słowa i czas, litery i minuty, które miał do dyspozycji ten, który pisał. I jak się bronił jednymi przeciwko drugim. Ale gdybym miał ustawiać jakąś gradację, to najpierw coś jeszcze innego, potem dopiero Leśmian i Miłosz, a potem Skamander, i to we fragmentach.

Pozwólmy sobie na dzień dzisiejszy. Pies czy Kryzys czytelnictwa polskiego odbiegają od pozostałych wierszy z twojego najnowszego tomu, tak pod względem rytmu, jak i adresata. Świetnie widzieć odmiany tego rodzaju, niemniej pozwolę sobie zapytać, skąd się wzięły? Eksperyment czy potrzeba?

Potrzeba zmiany rytmu i głosu. Ta książka ma bardzo wyraźny rytm wynikający z jej konstrukcji, wychodzący od pierwszego zdania  Szkoda, że cię tu nie ma, które jest jej refrenem. Kilka wierszy jest po prostu o czymś innym, inaczej musiały być powiedziane.

Czy Anielewicz, stopniowo awansujący rangą w Twoich wierszach, to Mordechaj Anielewicz, z jakimś tam życiem poniekąd dosztukowanym, czy postać fikcyjna?

Postać fikcyjna, nazwisko anielskie. Posłaniec, funkcjonariusz, czytelnik, śledczy, poniekąd sam poeta.

sekundę trwa nim spłonie szczęście – zapisałeś. Czym jest dla ciebie szczęście? A czym czas? Pojawiał się, skądinąd mocno nakreślony już w twoim pierwszym tomie, i nie przestał.

Jest tam w Literach wiersz kończący się zdaniem: Moje litery przeciwko twoim minutom. Żyjemy w czasie i tylko w nim, całe pisanie jest z nim walką, choć nie można go zatrzymać, bo nas wówczas też nie ma. Może więc szczęście jest wówczas, kiedy czas, operator, staje się nagle parametrem?

Proust w swoim kwestionariuszu, odpowiadając na pytanie o najpiękniejszy kolor, stwierdził, że piękno kolorów nie tkwi w nich samych, ale w ich harmonii. Na koniec więc chciałbym przekornie zapytać o twoją ulubioną literę…

Nie mam ulubionych liter. Dawno temu próbowano wyrzucić z alfabetu łacińskiego Z, jako literę śmierci, ale to się nie udało na szczęście. Wszystkie są równe. Ciekawe są te, które w alfabecie łacińskim otrzymały dodatkowe ogonki, akcenty, kreseczki po to, aby wyróżnić jakoś wymowę innych języków, tak zwane znaki diakrytyczne. Piękne są litery greckie, ale przecież jest wiele alfabetów. Nie mogę powiedzieć, że lubię litery. Lubię to, co można z nimi zrobić.

Dziękuję za rozmowę.

Z Tomaszem Różyckim rozmawiał Roman Honet, 22.05.2017.

 

19. Teoria próżni

Szkoda, że cię tu nie ma, jeszcze raz to powiem.
Lato już spakowane, jesień wyłysiała
i jej rysy tężeją, jakby przybierały
ostrość przedśmiertnej maski. I wszystko dokoła

jest tak ostre, że rani. Światło przez te chmury
przecina liście na ścieżce, przecina oddech,
tnie życie wpół, przy czym tamta część drży na końcu
chmurki z ust tylko chwilę. Nie sposób odróżnić

obu połówek: działa ekonomia straty.
I nawet teraz tracę pisząc, mówiąc tracę,
słowo po słowie, prawda? W tej sztuce tak łatwo
o postępy – zbyt łatwo zostać mistrzem powiatu.

Więc jest mnie coraz mniej, za to ciebie wciąż więcej?
Aż strata straci podmiot i przedmiot ją przejmie?
Jeśli czegoś zabraknie – zdarzy się to tobie,
po raz pierwszy od kiedy nie jesteś już bogiem.

(Z tomu Litery, Wydawnictwo a5, Kraków 2016).

litery_1Tomasz Różycki – urodzony w 1970 r. w Opolu. Poeta, tłumacz, romanista, debiutował w roku 1997 tomem Vaterland. Opublikował dziesięć książek poetyckich. Za poemat Dwanaście stacji (2004) otrzymał Nagrodę Fundacji im. Kościelskich. Za tę samą książkę oraz za tomy Kolonie i Księga obrotów trzykrotnie nominowany był do Nagrody Literackiej Nike (2005, 2007 oraz 2011). Dwukrotnie nominowany do Nagrody Poetyckiej Gdynia (2007 oraz 2011), laureat Nagrody „Kamień” przyznawanej na festiwalu Miasto Poezji. Za tom Litery nominowany do 5. edycji Nagrody im. Wisławy Szymborskiej.