LesmanLeśmian nowoczesny?

Właściwie nie jest trudno znaleźć dowody, że jest Leśmian jest poetą nowoczesnym w tym sensie, że interesującym współczesnych czytelników, badaczy literatury, tłumaczy, także poetów. Dowodem na to są liczne wydania jego poezji. Ponadto po roku 1989 ukazało się w Polsce dwa razy tyle osobnych książek i artykułów o jego poezji, niż miało to miejsce w poprzednim półwieczu. Kiedyś zdumiała mnie obecność artykułu poświęconego jego wierszowi  Śnieg na zorganizowanej przez Uniwersytet Warszawski sesji naukowej Narracje po końcu Wielkich Narracji. Wiersz bardzo dobrze poddawał się interpretacji wedle założeń najnowszych metodologicznych założeń teoretycznoliterackich.

Wydaje mi się, że dziś aktualne, ważne, twórcze, dyskutowane, podejmowane i kontynuowane są dwie skrajne drogi w poezji, dwa projekty poetyckie wymierzone w Nic, które jest w nas i nas otacza. Jest to poezja Leśmiana i poezja Różewicza. Mają swą wagę i osobność dzięki skrajności, wyrazistości i antynomiczności: bogactwo – asceza; wyobraźnia bogata i uboga, polszczyzna w pełni swych stylistycznych możliwości i antypoezja; Leśmiana gest odwrócenia się od cywilizacji i historii, powrót do pierwotności, do folkloru i mitu – Różewicza poezja miasta, zanurzenie się w historię, cywilizację, kicz nowoczesności, kulturę masową.

Inne projekty poetyckie są mniej wyraziste, często wobec tych dwóch antynomii kompromisowe: Miłosz, Przyboś, Herbert, Karpowicz, Szymborska, Nowak, Czaykowski, Rymkiewicz, Grochowiak, Lipska, Krynicki i inni. Nie wartościuję – po prostu doceniam konsekwencję i wizjonerstwo poezji Leśmiana i Różewicza, którzy mają przecież także w dorobku wiersze niedobre, przewidywalne, gdy na przykład wiersze Miłosza, Herberta, Szymborskiej bywają niema zawsze wycyzelowane i po mistrzowsku wymodelowane. A jednak – powtórzę – to Leśmian i Różewicz wydają się dziś najmocniej oddziaływać na polską poezję.

Karol Irzykowski po przeczytaniu tomu  Łąka napisał, że jest to skończona, doskonała poezja, i – jeżeli o niego chodzi – to on spokojnie stawia ten tom obok największych mistrzów. I choć Leśmian to jeden z najbliższych mi poetów, spróbuję jednak wskazać na pewne wady i niedoskonałości jego poezji. Przede wszystkim to grandilokwencja, poetyckie gadulstwo, nadmiar środków poetyckich. Następnie  młodopolszczyzna – dziwny, daleki od współczesnej polszczyzny język. Właściwie to już język obcy, który trzeba tłumaczyć i opatrywać przypisami. Emigracyjny pisarz Bogdan Czaykowski (z Leśmianowskiej szkoły), który próbował z przyjacielem Andrzejem Buszą tłumaczyć jego wiersze na język angielski, napisał do mnie, że wychodzi z tego grafomania. Z kolei w przekładzie na otwarty na neologizmy język niemiecki znika całe rewelatorstwo i ironiczne gry językowe poety. Zatem zarzutem wobec jego poezji może być to, że nie można jej przetłumaczyć na ważne języki współczesności kultury, w związku z czym pozostanie Leśmian na zawsze polskim poetą prowincjonalnym i nie wejdzie do uniwersum kultury.

Elementy charakterystyczne dla jego poezji, jak ludowość i folklor, dziś już też wymagają kluczy, wprowadzenia i obszernych wyjaśnień. Leśmian nie pisze o świecie, w którym żyjemy, który stanowi paradygmat nowoczesności. Jego poezja była zresztą pod tym względem od początku  antynowoczesna. Dziś pod koniec drugiej dekady XXI wieku paradoksalnie nowoczesna stała się waga, którą poeta przykładał do świata natury: misterium przyrody, zwierząt, roślin, drzew, w której człowiek jest jednym z podrzędnych elementów. Choć sposób przedstawienia natury, przesycony środkami poetyckiego wyrazu, estetycznie wysmakowany, wydaje się, według współczesnego smaku estetycznego, sztuczny i jego imitowanie może narażać artystę na zarzut kiczu. Ryszard Nycz podzielił zresztą przed laty poezję Leśmiana na tradycyjną (balladowo-narracyjną) i nowoczesną (wiersze nazwane przez badacza  epifanicznymi), w których poeta poprzez słowa stara się dociekać do tajemnych prawd.

A może jest kilku Leśmianów nowoczesnych? Przecież da się tego poetę postawić blisko poszukiwań na przykład Hermanna Hessego i widzieć w nim prekursora współczesnej ekologii, New Age, posthumanizmu, kreującego holistyczną wizję bytu jako łańcucha wszelkich istnień, kładącego nacisk na dualną, materialno-duchową naturę rzeczywistości, pełnego metafizycznego niepokoju agnostyka, penetrującego zaświaty, podtrzymującego więź żywych z umarłymi, świadomym zarówno mocy literatury, jak i jej ułud i pułapek.

Mój Leśmian

Czytaliśmy tego poetę w szkole średniej i wtedy miałam referat o jego wierszach. To moje najwcześniejsze urzeczenie było związane z oryginalnością Leśmianowskiej erotyki (i chyba jako takie pozostało ono we mnie). To jest erotyka o mocy transcendującej, transgresywnej, romantycy powiedzieliby: otwierającej wrota raju. Chociaż u Leśmiana nie ma raju – za otwartymi przez niego wrotami jest: choroba, śmierć, rozpad ciała, w Nicość śniąca się droga. Zatem ten poeta właściwie obrazuje klęskę miłosnego mitu europejskiej kultury. Ale jakiż jest to piękny miraż: to co najgłębiej cielesne, jest też najbardziej sakralne. Miłość cielesna u Leśmiana to ziemskie sacrum.

Drugi ważny dla mnie temat jego poezji to problematyka zaświatów i obcowania żywych z umarłymi. Z czasów studiów mam gdzieś w przepastnych szafach zachowaną interpretację wiersza  U wód Hiranjawati, nad brzegiem żałoby. Leśmian mnie dziś fascynuje przede wszystkim jako poeta prześwitów, przebłysków, intuicji nieskończoności, kreator i bywalec zaświatów, w które przecież nieustannie powątpiewał. Czytam go trochę po  Rilkowsku. Lem w rozmowie z Ewą Lipską tak żartował na jego temat: Ciekawe, skąd on tyle wiedział na temat Tamtego Świata?

Z drugiej jednak strony – jak pisał przed laty Jan Brzękowski i niedawno Ryszard Nycz – jest jeszcze Leśmian arcymistrz i rewelator języka, który otwiera drogę mistycyzującym lingwistom (jakim był na przykład Karpowicz) i dociera do takiej formy prawdy, która jest prawdą odkrywaną tylko w literaturze i tylko poprzez literaturę. Nazwałam ją kiedyś w szkicu o mickiewiczowskich motywach poezji Tomasza Różyckiego  nieprawdziwą prawdą sztuki. Na zakończenie przytoczę fragment wiersza  Poeta, w którym Leśmian nakreślił taki oto niezwykły, autokrytyczny, pełen dystansu i bardzo aktualny, właśnie nowoczesny konterfekt tej profesji i tego szczególnego powołania:

 

…ze łzami w gardle

Wiersz układa pokutnie – złociście – umarle

Za pan brat ze zmorami… Treść, gdy w rytm się stacza,

Póty się w nim kołysze, aż się przeinacza.

Chętnie łowi treść, w której łzy prawdziwe płoną –

Ale kocha naprawdę tę – przeinaczoną.

I z zachłanną radością mąci mu się głowa,

Gdy ujmie niepochwytność w dwa przyległe słowa!

A słowa się po niebie włóczą i łajdaczą –

I udają, że znaczą coś więcej niż znaczą.

 

Magdalena Rabizo-Birek

.

 

W 140. rocznicę urodzin, pragnąć uhonorować pamięć Bolesława Leśmiana, współcześni polscy autorzy i autorki na prośbę Literackiej Polski wybrali po jednym jego wierszu.

 

Bałwan ze śniegu

Tam – u samego lasów brzegu,
Gdzie kruk – jedyny pustki widz,
Ktoś go ulepił z tego śniegu,
Co mu na imię: biel i nic…

Na głowę śmieszną wdział czapulę,
A w bok żebraczy wraził kij –
I w oczy spojrzał mu nieczule
I rzekł na drwiny: „Chcesz – to żyj!”

I żył niezgrabny, byle jaki,
A gdym doń przyszedł śladem trwóg –
Już weń wierzyły wszystkie ptaki,
Więc zrozumiałem, że to – bóg…

Czarował drzewa ócz błyskotem,
Piersią, do której wichry lgną –
I kusił mnie niewiedzą o tem,
Co było we mnie – tylko mną…

Pan ośnieżonej w dal przyczyny
Poprzez ślepotę mroźnych cisz
Patrzał w wądoły i w niziny,
Co mu się śniły wzwyż i wzwyż!

A kiedy poblask wziął od słońca
I w nicość zalśnił – błędny wskaz –
Pojąłem wszystko aż do końca
I uwierzyłem jeszcze raz!

Wybrał Marcin Baran

 

***

Po co tyle świec nade mną, tyle twarzy?
Ciału memu już nic złego się nie zdarzy.

Wszyscy stoją, a ja jeden tylko leżę –
Żal nieszczery, a umierać trzeba szczerze.

Leżę właśnie zapatrzony w wieńców liście,
Uroczyście – wiekuiście – osobiście.

Śmierć, co ścichła, znów zaczyna w głowie szumieć,
Lecz rozumiem, że nie trzeba nic rozumieć…

Tak mi ciężko zaznajamiać się z mogiłą,
Tak się nie chce być czymś innym, niż się było!

Wybrał Wojciech Bonowicz

 

Dziewczyna przed zwierciadłem

Zwierciadło moje, bezdenny strumieniu,
Tajemnych zwierzeń odwzorny krysztale!
Po jakim żwirze, po jakim kamieniu
Z otchłani w otchłań włóczyłeś swe fale,
Nimeś wytropił sny moje i dotarł
Do mej sypialni, zbielałej od znoju,
By znieruchomieć na ścian mych postoju –
Srebrny – w szkarłatnem rozdwojeniu kotar!
Z jakich ty dolin nieznanych i lasów
Wybiegłeś, szumiąc i dzwoniąc po darni,
By zanieszumieć w pobliżu atłasów
Mojego łoża i mojej męczarni!

Czeka mnie zawsze w twych głębiach udusznych
Schadzka ze sobą! I nikt nie wyśledzi
Pieszczot, któremi, jak lgnistym snem, bredzi
Ciał dwoje, sobie nawzajem posłusznych…
Z nich jedno, chłonąc upojeń mgłę białą,
Własnem spojrzeniem swą nagość bezwstydzi,
A drugie – w lustrze – udaje, że widzi,
I tak omdlewa, jak gdyby widziało…
Strumieniu, piersi chłodzący mi obie!
Ciało omyte fal twoich wezbraniem
Zbywa się nagle niewiedzy o sobie
I siebie pierwszem ogarnia kochaniem!
Bo któż mnie kochać potrafi zgadliwiej,
Niźli – ja sama? Któż baśń o pieszczocie
Spełni?… Kto dłonią, zagrzebaną w złocie
Mych włosów, w taki lwi sen rozegrzywi
Tę przędzę nikłą? Kto równy mi w szale
Usta pokrwawi o sen mój, nim pierzchnie?
Niczyja – będę!… Wzburz gładką powierzchnię,
Strumieniu chłonny! Rozwichrzyj swe fale!
Wystąp z ciasnoty hebanowych brzegów!
I zatop nagle tę moją świetlicę
I łoże, zmorą szarpane noclegów, –
A mnie – zazdrosną o głąb topielicę –
Zmień w zwierciadlaną rusałkę, bym ciało
Samo się w sobie co chwila widzące,
Bawiła pląsem, aż w pył się roztrącę
O śmierć, jak perła o perłę zuchwałą!

Wybrał Kamil Brewiński

.

Dziewczyna

…………………………………………….Władysławowi Jaroszewiczowi,
…………………………………………….Jego entuzjastycznym zapałom
…………………………………………….dla dzieł twórczych i szczerym
…………………………………………….wyczuciom czarów poetyckich

Dwunastu braci, wierząc w sny, zbadało mur od marzeń strony,
A poza murem płakał głos, dziewczęcy głos zaprzepaszczony.

I pokochali głosu dźwięk i chętny domysł o Dziewczynie,
I zgadywali kształty ust po tym, jak śpiew od żalu ginie…

Mówili o niej: „Łka, więc jest!” – I nic innego nie mówili,
I przeżegnali cały świat – i świat zadumał się w tej chwili…

Porwali młoty w twardą dłoń i jęli w mury tłuc z łoskotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto jest człowiekiem, a kto młotem?

„O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!” –
Tak, waląc w mur, dwunasty brat do jedenastu innych rzecze.

Ale daremny był ich trud, daremny ramion sprzęg i usił!
Oddali ciała swe na strwon owemu snowi, co ich kusił!

Łamią się piersi, trzeszczy kość, próchnieją dłonie, twarze bledną…
I wszyscy w jednym zmarli dniu i noc wieczystą mieli jedną!

Lecz cienie zmarłych – Boże mój! – nie wypuściły młotów z dłoni!
I tylko inny płynie czas – i tylko młot inaczej dzwoni…

I dzwoni w przód! I dzwoni wspak! I wzwyż za każdym grzmi nawrotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto tu jest cieniem, a kto młotem?

„O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!” –
Tak, waląc w mur, dwunasty cień do jedenastu innych rzecze.

Lecz cieniom zbrakło nagle sił, a cień się mrokom nie opiera!
I powymarły jeszcze raz, bo nigdy dość się nie umiera…

I nigdy dość, i nigdy tak, jak pragnie tego ów, co kona!…
I znikła treść – i zginął ślad – i powieść o nich już skończona!

Lecz dzielne młoty – Boże mój – mdłej nie poddały się żałobie!
I same przez się biły w mur, huczały śpiżem same w sobie!

Huczały w mrok, huczały w blask i ociekały ludzkim potem!
I nie wiedziała ślepa noc, czym bywa młot, gdy nie jest młotem?

„O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!” –
Tak, waląc w mur, dwunasty młot do jedenastu innych rzecze.

I runął mur, tysiącem ech wstrząsając wzgórza i doliny!
Lecz poza murem – nic i nic! Ni żywej duszy, ni Dziewczyny!

Niczyich oczu ani ust! I niczyjego w kwiatach losu!
Bo to był głos i tylko – głos, i nic nie było oprócz głosu!

Nic – tylko płacz i żal i mrok i niewiadomość i zatrata!
Takiż to świat! Niedobry świat! Czemuż innego nie ma świata?

Wobec kłamliwych jawnie snów, wobec zmarniałych w nicość cudów,
Potężne młoty legły w rząd, na znak spełnionych godnie trudów.

I była zgroza nagłych cisz. I była próżnia w całym niebie!
A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?

Wybrał Jacek Dehnel

 

Śledzą nas…

Śledzą nas… Okradają z ścieżek i ustroni,
Z trudem przez nas wykrytych. Gniew nasz w słońcu pała!
Spieszno nam do łez szczęścia, do tchów naszych woni,
Chcemy pieszczot próbować, poznawać swe ciała.

Więc na przekór przeszkodom źrenicą bezradną
Chłoniemy się nawzajem, niby dwa bezdroża,
A gdy powiek znużonych kotary opadną,
Czujemy, żeśmy wyszli z uścisków i z łoża.

Nikt tak nigdy nie patrzał, nie bywał tak blady,
I nikt do dna rozkoszy ciałem tak nie dotarł,
I nie nurzał swych pieszczot bezdomnej gromady
W takim łożu, pod strażą takich czujnych kotar!

Wybrał Grzegorz Jędrek

 

***

Ty pierwej mgły dosięgasz, ja za tobą w ślady
Zdążam, by się w tym samym zaprzepaścić lesie,
I tropiąc twoją bladość, sam się staję blady,
I zdybawszy twój bezkres, sam ginę w bezkresie.

A potem wzieram w oczy, by zgadnąć, czy dość ci
Omdlenia, co się nogom udziela, jak szczęście,
I twe dłonie, jak w pąki, mnę w zdrobniałe pięście,
By się w nich docałować twych chrząstek i kości.

A one wypukleją na dłoni przegibie,
Niby pestki owoców, zróżowionych znojem,
I nieśmiałym do ust mych garną się wyrojem,
Zatajone w swej ciepłej od pieszczot siedzibie.

Ich dotyk budzi wzruszeń zaniedbanych krocie,
A ty, tuląc je w warg mych rozrzewnioną ciszę,
Dziecinniejesz w uścisku, malejesz w pieszczocie,
Chwila – a już cię do snu z lat dawnych kołyszę

Wybrała Barbara Klicka

 

Goryl

Spoza drzew gęstwy goryl kosmaty
Śmieszliwym ślepiem wyzierał w światy.

Małpował orła, gdy ranny strzałą
Wlecze po ziemi nic warte ciało.

I lwa małpował, kiedy w barłogu
Kłem spłoszonemu zagraża Bogu.

I, drwiąc, przedrzeźniał wieczności minę,
Kiedy z błękitu schodzi w dolinę.

Aż śmierć, wtulona w szary przyodziew,
Stanęła przed nim, że zbladł nad spodziew!

Chciał ją zmałpować, ale nie umiał, –
Chciał coś zrozumieć – i nie zrozumiał.

I padł jej do nóg, nie wiedząc czemu,
I – niewiedzący – skomlał po psiemu.

A ona cicho, niby mogiła,
Pierś mu przydeptać stopą raczyła.

Niezmałpowana, nieprzedrzeźniona
Patrzyła w niego, jak rzężąc, kona.

Wybrał Jakub Kornhauser

 

***

Z dłońmi tak splecionymi, jakbyś klęcząc, spała,
W niedostępne mym oczom wpatrzona widzenie,
Płaczesz przez sen i wstrząsem wylękłego ciała
Błagasz o nagłą pomoc, o rychłe zbawienie.

Jeszcze płaczu niesytą do piersi cię tulę,
A ty goisz się we mnie, niby lgnąca rana,
A ja płacz twój całuję, biodra i kolana
I ramię i zsuniętą z ramienia koszulę.

Lecz karmiony ust twoich spłakanym oddechem,
Nie pytam o treść widzeń. Dopiero z porania
Zadaję ciemną nocą tłumione pytania.
Odpowiadasz bezładnie – ja słucham z uśmiechem.

Wybrał Jarosław Mikołajewski

 

Szmer wioseł

Szmer wioseł dwojga w gęstwinie fal, –
I szmer – i słońce – i śpiew – i dal!

Tak właśnie trzeba i tylko tak:
Płynąć wbrew ziemi – niebu na wspak!

Perły, korale skradzione dnu
Rzucać w głębinę własnego snu –

I nasłuchiwać – o, złudo złud! –
Czyli uderzą z jękiem o spód?…

Łódź się odbija w fali na wznak, –
Tak właśnie trzeba i tylko tak!

Dwoistą łodzią i tu i tam
Płyń jednocześnie, podwakroć sam!

Dwoistą łodzią w bezmiary płyń,
Podwójnie kochaj, podwójnie giń!

Czworo masz wioseł, dwa stery masz,
Ku własnej twarzy schyloną twarz –

Jakbyś wypłynął z dwu różnych snów,
Aby w tym jednym spotkać się znów!…

Jakbyś zaprzysiągł noce i dnie
Temu jednemu! Mój śnie, mój śnie!…

Wybrał Maciej Miłkowski

 

Przemiany

Tej nocy mrok był duszny i od żądzy parny,
I chabry, rozwidnione suchą błyskawicą,
Przedostały się nagle do oczu tej sarny,
Co biegła w las, spłoszona obcą jej źrenicą –
A one, łeb jej modrząc, mknęły po sarniemu,
I chciwie zaglądały w świat po chabrowemu.

Mak, sam siebie w śródpolnym wykrywszy bezbrzeżu,
Z wrzaskiem, który dla ucha nie był żadnym brzmieniem,
Przekrwawił się w koguta w purpurowym pierzu,
I aż do krwi potrząsał szkarłatnym grzebieniem,
I piał w mrok, rozdzierając dziób, trwogą zatruty,
Aż mu zinąd prawdziwe odpiały koguty.

A jęczmień, kłos pragnieniem zazłociwszy gęstem,
Nasrożył nagle złością zjątrzone ościory
I w złotego się jeża przemiażdżył ze chrzęstem
I biegł, kłując po drodze ziół nikłe zapory,
I skomlał i na kwiaty boczył się i jeżył,
I nikt nigdy nie zgadnie, co czuł i co przeżył?

A ja – w jakiej swą duszę sparzyłem pokrzywie,
Ze pomykam ukradkiem i na przełaj miedzą?
I czemu kwiaty na mnie patrzą podejrzliwie?
Czy coś o mnie nocnego wbrew mej wiedzy – wiedzą?
Com czynił, że skroń dłońmi uciskam obiema?
Czym byłem owej nocy, której dziś już nie ma?

Wybrała Joanna Mueller

 

Ludzie

Szli tędy ludzie biedni, prości, –
Bez przeznaczenia, bez przyszłości.
Widziałem ich, słyszałem ich!…

Szli niepotrzebni, nieprzytomni, –
Kto ich zobaczy – ten zapomni.
Widziałem ich, słyszałem ich!…

Szli ubogiego brzegiem cienia, –
I nikt nie stwierdził ich istnienia.
Widziałem ich, słyszałem ich!…

Śpiewali skargę byle jaką
I umierali jako tako…
Widziałem ich, słyszałem ich!…

Już ich nie widzę i nie słyszę, –
Lubię trwającą po nich ciszę.
Widziałem ją, słyszałem ją!…

Wybrał Maciej Robert

 

W nicość śniąca się droga

Poistniały czerwienie na niebiosów uboczu –
Poistniały dla nikogo, samym sobie raczej – wbrew…
I nie umiem powiedzieć, skąd uległość mych oczu
Tym zarysom drzew na chmurze… Trzebaż oczom takich drzew?…

Wiem, że muszę wypatrzeć w nicość śniącą się drogę.
Odchodzimy gdzieś co chwila i co chwila brak nam lic…
I nie mogę cię pieścić i nie pieścić nie mogę –
Tylko patrzę w zmierzch za tobą i nie pragnę widzieć nic.

Usta twoje – daleko! Usta twoje – tak blisko!
Serce w żalu zatwardziałe do rąk białych weź i złam!
Czy pamiętasz ów ogród – płot wysoki – mgłę niską?
Mgła – to człowiek niepotrzebny, snem mi równy – taki sam!

Coś tam o nas przez liście zaszeptało do cienia –
Potoczyło się po drzewach – zrozumiało nas – i lśni
W ustach twoich – tkwi chłodna odrobina znużenia –
Więc pójdziemy do ogrodu! Poszukamy zmarłych dni!

Jest tam ścieżka znajoma – i jest drzewo za bramą.
Czy pamiętasz, jak się idzie? Trzeba minąć cały świat!
Wdziej tę suknię, co wtedy!… Włosy uczesz tak samo!
I pójdziemy do ogrodu… Ty idź – pierwsza… Pójdę w ślad…

Wybrała Julia Szychowiak

 

Bolesław Leśmian, pierwotnie Bolesław Lesman – ur. 22 stycznia 1877 roku w Warszawie. Polski poeta i prozaik żydowskiego pochodzenia, główny przedstawiciel literatury dwudziestolecia międzywojennego, krytyk literacki, tłumacz. Uznany za wyjątkowo nowatorską, oryginalną i skrajną indywidualność twórczą literatury polskiej XX wieku. Od jego nazwiska pochodzi termin określający specyficzną grupę neologizmów – leśmianizmy. Autor baśni pisanych prozą oraz erotyków (między innymi W malinowym chruśniaku) głęboko nacechowanych egzystencjalizmem oraz filozofią Henriego Bergsona. Młodość spędził na Ukrainie, w Kijowie, gdzie ukończył prawo na Uniwersytecie Świętego Włodzimierza. Współpracownik pisma „Chimera”. Od 1911 roku współtworzył Teatr Artystyczny w Warszawie. W latach 1912-1914 przebywał we Francji. W roku 1933 został członkiem Polskiej Akademii Literatury. W 1935 przeniósł się wraz z rodziną (żoną i dwiema córkami) do Warszawy (z Zamościa, gdzie pracował jako notariusz). Tam 5 listopada 1937 zmarł i został pochowany na Cmentarzu Powązkowskim w grobie siostry Aleksandry, zmarłej 20 czerwca 1921 w wieku 34 lat. Wydał między innymi tomy wierszy: Sad rozstajny  (1912), Łąka  (1920), Napój cienisty  (1936), Dziejba leśna  (1938, wydanie pośmiertne), zbiory baśni prozą: Klechdy sezamowe  (1913), Przygody Sindbada Żeglarza  (1913),  Klechdy polskie  (1956), a także liczne eseje i szkice literackie. Data urodzin poety pozostaje kwestią sporną. Za oficjalną uważa się 22 stycznia 1877, widniejącą w sporządzonym po dziesięciu latach od narodzin odpisie metryki urodzenia. Leśmian podaje w jednym ze swoich listów rok 1878, natomiast rok 1879 widnieje na jego płycie nagrobnej.