czyczOrtodoksyjny awangardysta

Znalazł się w czwartym tomie antologii Jana Marxa Legendarni i tragiczni, choć ani legendarny, ani tragiczny w znaczeniu, jakie tym pojęciom nadał autor publikacji, nie był. O żadnym fejmie, rozbudowanej mitologii, tragicznym wypadku czy samobójstwie w przypadku Stanisława Czycza nie ma mowy. Owszem, legendarna była jego bezkompromisowość i osobność, ale wspominane, czy może nawet kultywowane, były one w wąskim gronie krakowskiego ZLP; nie stał się głosem pokolenia ani bohaterem zbiorowej wyobraźni jak Edward Stachura, Rafał Wojaczek czy Andrzej Bursa. I owszem, nie sposób jego życiu odmówić dramatyczności i heroizmu w walce z najgorszymi plagami, jakie mogą na człowieka i pisarza spaść. Rozstanie z żoną i dzieckiem, niemoc twórcza, rak, bezsenność, ciężka kliniczna depresja, która od połowy lat 70. systematycznie pogłębiała jego izolację.

Nie jestem krytykiem literackim, bywam zaledwie recenzentem i zachowałem emocjonalny stosunek do literatury. Proszę mi więc darować, że zaczynam to wspomnienie od biografii potraktowanej w sposób dość wybiórczy, pomijam dwie i pół dekady twórczego i towarzyskiego fermentu, które zaowocowały dwoma tomami wierszy Tła i Berenais, zbiorami opowiadań Nim zajdzie księżyc, Nie wiem, co ci powiedzieć i powieściami Pawana i Nie wierz nikomu – ale żeby być szczerym wobec siebie, muszę powiedzieć, że Czycz nie zafascynował mnie najpierw jako reformator, twórca misson impossible (jak odmienić literaturę i być jednocześnie czytanym) na miarę Tymoteusza Karpowicza i Witolda Wirpszy, ale jako pisarz, który choruje na to samo co ja.

Facet, który w latach 50. cytował francuskich symbolistów, mierzył się z pomysłem napisania rozprawy o Kantorze i Grotowskim i scenariusza o Wróblewskim (pomysł Wajdy), wielbił Eliota, Celine’a, Pounda i Francisa Bacona, nie mógł nie reformować. Był wręcz ortodoksyjnym awangardystą, to znaczy pociągnął swój eksperyment do końca, niemal do granic wyrażalności. Pisano o nieustającym napięciu, o języku w stanie rozpadu, poddanym najwymyślniejszym torturom. W istocie pełnił on mimetyczną rolę w stosunku do procesu pamięci, który ma charakter alinearany i fragmentaryczny, odzwierciedlał wewnętrzny monolog pełen dygresji, luk, afirmacji i dezintegracji. Co warto zauważyć – nad negatywnymi elementami z punktu widzenia twórczości Stanisław Czycz sprawował kontrolę. Nigdy ten monolog, strumień świadomości nie stał się monologiem szaleńca. Mało tego, Staszkowi udała się rzecz wręcz niemożliwa: pomimo owej ortodoksji stworzył literaturę narracyjną. Stworzył po prostu solidne opowieści. Takie, które do końca – dopóki będzie istniał czas i język w tym czasie – będziemy sobie powtarzali.

Radosław Kobierski

***

…..

……….to wielkie konanie, jesień, tak dojmujące dla mnie zawsze… i jesień ta teraz, bo patrz, już jest, tak wyraźnie i ogromnie, gdy ja tu nad tym… to teraz i zawsze… jak by to była moja śmierć, nie nagła lecz rozciągnięta jak tortura… w odchodzenie tego czegoś co się wzniosło naprzeciw mnie na słońcach i w zielonych gałęziach lata i jakbym to miał… a nie miałem… wyrywana już jest ze mnie… nie miałem a jedynie widziałem i tak blisko jakbym mógł mieć… i już odchodzi… tamta jesień ciągle była inna… i chyba jedna jedyna… ale że miałem… co?, no wszystko co chyba mieć można… nagle nie byłem sam… to świeciło jako pochodnia w noc, rozjaśniało zwyraźniało jaskrawiło… jesienne konanie… jeszcze bardziej dojmujące że tak rozwidnione…

……….i gdy przyjeżdżałem i staliśmy czy siadaliśmy lub czasem jeszcze szliśmy polami… ona, stale jak od początku, tak gorąco i blisko przy mnie…

a ja gdzie byłem?…

……….bo i miałem coś inne jeszcze… szło do mnie, czy ja szedłem ku temu… drętwiało gdy sobie uświadamiałem w jakichś chwilach… lecz nawet gdy zapominałem lub nie chciałem myśleć o tym lub jakby zdjęte było tym tak czerwonym wianiem w zachodach… gdzie byłem?

……….i minie to wszystko… a ona co była światło rozbłysłe w tę noc wtedy… które i później jeszcze w idące dalej noce… i jeszcze potem… migotało… i które jeszcze świeci…

(Z powieści Nie wierz nikomu, 1987).

Stanisław Czycz (ur. 6 kwietnia 1929 w byłym Gwoźdźcu k. Krzeszowic, zm. 29 czerwca 1996 w Krakowie) – polski poeta i prozaik. Debiutował w 1955 roku w słynnej Prapremierze Pięciu Poetów na łamach krakowskiego „Życia Literackiego” (wraz z Mironem Białoszewskim, Bohdanem Drozdowskim, Zbigniewem Herbertem, Jerzym Harasymowiczem). Wiersze Czycza rekomendował Ludwik Flaszen. Wydał tomy wierszy Tła  (1957), Berenais  (1960) oraz powieści i zbiory opowiadań: Ajol  (1967), And  (1967),  Nim zajdzie księżyc  (1968), Pawana  (1977), Nie wiem, co ci powiedzieć  (1983), Nie wierz nikomu  (1987), Ajol i Laor  (1996), Arw  (2007). Na podstawie jego twórczości powstały trzy filmy fabularne: Lasst uns frei fliegen über den Garten (Pozwólcie nam do woli fruwać nad ogrodem, 1974, na podstawie opowiadania And, reżyseria i scenariusz: Stanisław Latałło), Światło odbite (1989, na podstawie opowiadania And, reżyseria: Andrzej Titkow, scenariusz: Andrzej Titkow i Bronisław Maj), Nad rzeką, której nie ma  (1991, na podstawie opowiadań ze zbioru Nim zajdzie księżyc, reżyseria i scenariusz: Andrzej Barański).