Jan_Lechon

Wspaniale niemodny Lechoń

I.

Kiedy publikował swoje juwenilia Na złotym polu (1912) i Po różnych ścieżkach (1914), modernizm, epoka, która kształtowała jego młodzieńczą wyobraźnię, już dogasał, chociaż miał jeszcze wydać takie arcydzieła jak Sad rozstajny Bolesława Leśmiana. Już w chwili debiutu Leszek Serafinowicz stał się Janem Lechoniem. Przez kolejne dekady coraz bardziej zrastał się ze swoim literackim wcieleniem. Rodem warszawianin, sercem Polak – także do niego pasowałoby po znacznej części norwidowskie określenie po raz pierwszy zastosowane do zupełnie innego artysty. Dodajmy do tego jeszcze rocznik – 1899, co czyniło go najmłodszym reprezentantem pięknej plejady Skamandra. Poezji uczył się u Leopolda Staffa, sposób ekspresji kształcił wczytany w dzieła autora Snu srebrnego Salomei, odkrytego na nowo i efektownie zinterpretowanego na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego stulecia. Fascynacje te czuje się w Karmazynowym poemacie (1920) zanurzonym w narodowych fantazmatach, u progu niepodległości rachującym się z polskimi mitologiami. Przeciwko nim zbuntowanym. Językowo przepysznym. Po raz drugi ojczysty temat podejmie w zbiorkach emigracyjnych, z całkiem innej, o wiele bardziej afirmatywnej perspektywy.

Przedtem jednak, w zbiorze Srebrne i czarne (1924), objawi się czytelnikowi jako poeta konfesyjny, zdystansowany do poetyckiego światopoglądu większości skamandrytów. Miast zwracać się ku codzienności, dostrajać wiersz do jej pulsu, zwierza się Lechoń ze swojego cierpienia i egzystencjalnego rozczarowania. Nigdy potem nie zamknie swoich rozpoznań w formie tak celnych point jak właśnie w Srebrnym i czarnym. Przywołajmy dla przykładu choćby dwie: Śmierć chroni od miłości a miłość od śmierci (***, Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczą główną…) lub: Jest tylko Beatrycze. I właśnie jej nie ma (Spotkanie). To tom żałobnie-nokturnowy, regularną, klasycystyczną strofą zapisujący zmagania z rozpaczą, nudą i acedią.

Oddalenie poety od kraju zaczęło się wcześnie, od pracy urzędnika paryskiej ambasady RP (1930). Początkiem jego emigracji stała się wojenna klęska Francji (1940), a ostatnim jej etapem – lata nowojorskie (1941-1956). W trzech kolejnych zbiorach: Lutnia po Bekwarku (1942), Aria z kurantem (1945), Marmur i róża (1953) przyjmuje romantyczną postawę poety-wychodźcy: krzepi narodowego ducha, przypomina wspaniałość kraju pochodzenia, sławi bohaterów i męczenników, jak w wierszu Iliada, wpisuje polskie dzieje w kontekst doświadczeń cywilizacji śródziemnomorskiej.

II.

Lechoń przynależy do poetów tradycji, do konsekwentnych konserwatystów, zwolenników regularnej wersyfikacji, rytmów i rymów. Uważano go za opętanego Polską. Za tym stwierdzeniem powinno zaraz pójść kolejne – że to poeta przejęty bez reszty mocą i urodą polszczyzny. Kiedy to sobie uświadomimy, wcale a wcale nie zmartwi nas fakt, że jego drogi nigdy nie przecięły się ze ścieżkami, którymi chadzali reprezentanci awangard.

III.

Swojego Lechonia mają badacze, mają go i czytelnicy. Mają go też wydawcy. Po roku 1956, chociaż ocenzurowany, obecny był w kraju poprzez swoje wiersze, wydania korespondencji (Listy do Anny Jackowskiej, 1977), fragmentów prozy i tekstów dramatycznych. Prawa wstępu do PRL nie miał jednak wstępu pisany w latach 1949-1956, obszerny, czasem dowcipny, ale jeszcze częściej, silnie introwertyczny dziennik.

Moje czytanie jego poezji zaczęło się w licealnej bibliotece, około połowy lat 80., w małym pomorskim miasteczku. Potem zaczytałem dokumentnie, acz jeszcze zupełnie bezinteresownie, zbiorek z drugiej połowy tej dekady, gdzie na swoje miejsce w Karmazynowym poemacie powrócił już porywający dynamiką wizji wiersz Piłsudski. Kolejny zbiór, wydanie Biblioteki Narodowej (1992), zaczytałem już jak najbardziej naukowo z okazji pisania na gdańskiej polonistyce pracy magisterskiej o barwach w poezji autora Srebrnego i czarnego. Do dzisiaj pozostaje dla mnie Lechoń jednym z najbardziej barwnych poetów oraz autorem jednego z najmądrzejszych stwierdzeń, które zdarzyło mi się kiedykolwiek przeczytać. Znajdujemy je w trzecim tomie dziennika; autoterapeutycznego, powstałego poniekąd zamiast planowanej przez niego powieści. Dziennik to lechoniowe poszukiwanie straconego czasu, albo lepiej: poszukiwanie zatracającego się czasu. W kolejnych jego tomach Lechoń staje się coraz bardziej sprawnym prozaikiem. Tom trzeci, najobszerniejszy, został też skreślony najbardziej zamaszystym stylem. Zanotowane pod koniec owego tomu dwa zdania poruszają szczególnie: Można zawsze znaleźć w swej inteligencji, woli, sercu coś, co pomoże nam w walce z życiem, z ludźmi. Ale na walkę ze sobą – jest tylko modlitwa. Data: 29 maja 1956. Dziewięć dni później, 8 czerwca, poeta uznał się za pokonanego w tej walce. Wyskoczył z okna hotelu Hudson.

Piotr W. Lorkowski

W 60. rocznicę śmierci, chcąc uhonorować pamięć Jana Lechonia, współcześni polscy poeci i poetki na prośbę Literackiej Polski wybrali po jednym jego wierszu.

 

Poeta niemodny

Mówią mi: „Nic nie wskrzesi czasu, co przeżyty,
Wkrótce o nim i pamięć wśród młodych się zatrze.
Zabieraj sobie swoje stare rekwizyty,
Bo nową będą grali sztukę na teatrze”.

Cóż robić? Trzeba upić ambrozji się flachą,
Co jeszcze mi została z młodzieńczych bankietów.
Wychodzę z różą w ręku, z księżycem pod pachą,
A resztę pozostawiam dla nowych poetów.

Wybrał Marcin Baran 

 

Do Boya

Oto zeszliśmy się Boyu i sprosili zacnych gości
Czcić Twe życie, pełne pracy zarówno jak i sprośności.
„Czasu” ząb Cię nie nadkruszył, co tylu w starość pogrąża
Za wciąż nową Twą perwersją ledwie stary Freud nadąża
O cierpliwością a pracą doszedłeś do tych wyników,
Że nie panny Tobą straszą, lecz za to małych chłopczyków.
Siedzisz sobie pogrążony w książkach jak mnich w starych bullach
I za nic Ci Sejm i Senat, ministrowie, Aman-Ullah
Chamberlain się chwieje, Stalin grzmi, Blum padł, Wschód płonie
A Ty wciąż coś pani Hańskiej majstrujesz przy jej robronie
Jakiż to jest ten eliksir, co Ci natura użycza,
Żeś wcale nie odmienion – nie jak Faust Zegadłowicza
I z młodości towarzyszów prawie jeden tkwisz w jej błędach
A tylu skończyli smutnie – na bardzo ważnych urzędach.
Zapomnianych u George Sand Musseta kto szuka spinek?
Kto panny Lespinasse słucha, smutnie wpatrzony w kominek?
I pani La Fayette komu powierza swoje sekreta?
I komu prócz Ciebie w Polsce może zaufać kobieta?
Na pierś męską chyląc głowę, gdy o miłość wzrokiem prosi
Czytajcie, jak Goetel ją rzuca i jak ją Kaden tarmosi,
Berent na nią ledwie spojrzy, darmo by chciała Tuwima,
Ty jeden znasz owe „słówka”, bez których miłości nie ma
Choćżeś bity w Kartezjuszu, Pascala świadom mozołów,
Ninon wolisz od Dąbrówki, pederastów od sokołów
I darmo by się Calonder od Ciebie gromów spodziewa
Jakże mógłbyś bronić „Roty”, kiedyś jej nigdy nie śpiewał!
Na świecie tyle mądrości śród doktorów i śród jogów,
Jezuitów, bolszewików i beskidzkich powsinogów.
Czemu wiec nie chcesz znać innej nad mądrość prostej piosenki
I długiego pocałunku, uśmiechu, machnięcia ręki?
Możeś się Ty i zaprzedał panu piekielnych czeluści,
Lecz choćbyś chciał do nabożnych – już Cię Grzymała nie wpuści
Boś jest jak masonstwo, Einstein i jako reformy rolne!
Więc Ci zostają poeci. Poeci i panie swawolne.

Wybrał Miłosz Biedrzycki

 

Symfonia imion

Zofia, Laweta, Beatrix, Ambona,
Margot, Aida, Carmen, Hagithy Tosca,
Roleta, Hilda, Komoda, Ruszkowska,
Blanka, Monika, Dziubuś, Antyfona.

Elna, Szimena, Granda, Krynolina,
Belina, Fusia, Emma, Laba, Starka,
Dolores, Zupa, Francesca, Kucharka,
Madlon, Ławinia, Skamandra, Benegna.

Solange, Rzepicha, Ingeborga, Szmira,
Waleria, Jadźka, Lidia, Hacefira –
Renata, Pinda, Eunice, Flora.

Kalina, Rachel, Anuncjata, Gloria,
Dagmara, Xenia, Łodzią, Wernyhora,
Psychoterapia, Gambetta, Astoria.

Wybrała Martyna Buliżańska

 

[Na niebo wypływają białych chmurek żagle…]

Na niebo wypływają białych chmurek żagle,
Od twojej płynie strony niebieska fregata
Nie do mnie, nie od ciebie. I poczułem nagle,
Że już nigdy nie będzie, jak zeszłego lata.

Noc przyjdzie księżycowa i w twoim ogrodzie
Na srebrnej trawie cienie ułoży ogromnie.
A później będzie koła rysować na wodzie,
Gdy będziesz szła ogrodem nie ze mną, nie do mnie.

przypisane Wandzie

Wybrał Jacek Dehnel

 

Alina

Wiatr wiosenny z ulicy porwał garstkę śmieci
I niesie strzępy gazet z otwartych lufcików.
Nad ściekiem, gdzie się z krzykiem bawią brudne dzieci,
Przystanął biedny wózek z pękami goździków.

Jak welon płynie za mną smuga lekkiej woni
I staje się znów żywe, co spało tajemnie.
Powracasz znów, umarła, i widzę w twej dłoni
Goździki, któreś wtedy dostała ode mnie.

W mym sercu jak w bursztynie na zawsze przetrwały,
Choć ziemią przywalone: twych włosów ozdobny
Kask złoty i kształt cudny twojej ręki białej,
I głos twój, do żadnego w świecie niepodobny.

Wybrał Roman Honet  

 

Mokotowska piętnaście

Nad obce wielkie miasto zmrok zapada obcy,
Stoję w oknie i patrzę, jak wolno śnieg prószy.
Ach! było to tak dawno, kiedy, mali chłopcy,
Biegliśmy przez Warszawę, rozcierając uszy!

Po tylu odtąd latach czyż jestem tak inny?
Gdy wszystko leży w gruzach, mnie zdaje się tylko,
Że znowu się otworzy nasz pokój dziecinny
I powiem: „Ja stąd przecież wyszedłem przed chwilką”.

To przecież moja Matka szyje ręką drobną,
I widzę pochylony cień Ojca na ścianie,
Co nocami odrabia robotę osobną,
Za którą dla nas wszystkich ma kupić ubranie.

Wybrał Jerzy Jarniewicz 

 

„Bzy w Pensylwanii”

Przed domem uschły biały bez,
Ulica szarą zaszła mgłą.
Smutek bez sensu i bez łez.
…You know, you know…

Lokomotywy nocą gwizd
Gdy się w tej mgle powoli szło.
I szary dzień, i smutny list.
…You know, you know…

Potem pod ziemią węgiel wierć
I sennie w barze patrz we szkło.
Co dzień to samo. I już śmierć.
…You know, you know…

Wybrał Radosław Kobierski

 

Kniaźnin i żołnierz

W czarnym stroju, kwiatkami dziwacznie przybrany,
Nad wodą, w starym parku, przy pasterskiej chacie,
Snuł się niegdyś w Puławach Kniaźnin obłąkany,
Który rozum postradał po Ojczyzny stracie.

Goniąc wzrokiem motyle świecące się w słońcu,
Wpatrzony w małe ziółka i ślimaków różki,
Dożywał dni, nieświadom, co było na końcu,
Ani cierpień rodaków, ni losu Kościuszki.

Aż kiedyś powracając z dalekiej swej drogi,
Gdy tamten oszalały po alejach błądził,
Ujrzał młody go żołnierz, co sunął bez nogi,
Popatrzał nań i szepnął: „Dobrześ się urządził”.

przypisane Kajetanowi Morawskiemu

Wybrała Joanna Mueller  

 

Sprzeczka

Już zimny dzień jesienny zaczyna omdlewać
I w myślach szukam kształtu twej drogiej postaci,
I ból, co mną nurtuje, wszechwładną moc traci.
Pójdziemy do ogrodu. Nie warto się gniewać.

Patrz, księżyc nad jezioro zza chmury wypływa,
W milczeniu stoi ogród jak mlekiem oblany,
I tylko czasem z trzaskiem pękają kasztany.
Wsłuchajmy się w tę ziemię; jest chyba szczęśliwa.

W akacje płynie fala zimnego przewiewu –
Ach! niechaj nas przepływa, ach! niechaj w nas wieje
I niechaj nas oczyszcza, jak z liści aleje –
Nas, ślepych na swą miłość, pobladłych od gniewu.

Wybrał Adam Pluszka 

 

Proust

W półmroku sennej lampy jakieś dziwne cienie,
Zapach lekarstw duszący, twarz blada jak chusta.
To nic. To tylko zwykłe ostatnie zdarzenie,
I trudno, by dziwiło Marcelego Prousta.

Jak słońce, gasnąc w pysznych promieni efekcie,
Zachodzić się nie wzbrania i świecić nie żąda,
Tak on powoli opis poprawia w korekcie
Tej śmierci, którą widzi i wie, jak wygląda.

To nic. I może jutro siądą po wieczerzy
I książkę tę czytając ciszą nocnych godzin
Poczują nagle ciepło jak szczęście narodzin.
Albo wierzy się w życie, albo w śmierć się wierzy.

przypisane Franciszkowi Fiszerowi

Wybrał Tomasz Różycki

 

Jan Lechoń (właściwie Leszek Serafinowicz – ur. 13 marca 1899 roku w Warszawie, zm. 8 czerwca 1956 roku w Nowym Jorku) – polski poeta, prozaik, krytyk literacki i teatralny, współtwórca grupy poetyckiej Skamander. Debiutował jako czternastolatek tomikiem poetyckim Na złotym polu. W latach 1916-1918 studiował polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Współredaktor pisma „Pro arte et studio”, a następnie  „Pro arte”. W latach 1917-1919 współpracował z „Sowizdrzałem”, w roku 1918 współtworzył kabaret literacko-artystyczny Pod Picadorem. W latach 1922-1929 publikował na łamach „Kuriera Porannego”, magazynu „Pani”, „Wiadomości Literackich”, „Głosu Prawdy”. W latach 1926-1929 redaktor pisma satyrycznego „Cyrulik Warszawski”. W 1929  sekretarz redakcji „Pamiętnika Warszawskiego”. W roku 1925 został uhonorowany Nagrodą Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek, a w roku 1935 – Złotym Wawrzynem Polskiej Akademii Literatury. W czasie wojny polsko-bolszewickiej pracował w Biurze Prasowym Wodza Naczelnego Józefa Piłsudskiego. Członek zarządu Związku Zawodowego Literatów Polskich, sekretarz generalny PEN Clubu. W roku 1927 wziął udział w sprowadzeniu prochów Juliusza Słowackiego do Polski i jego pogrzebie na Wawelu. W latach 1930-1939 attaché kulturalny ambasady polskiej w Paryżu. Po klęsce Francji wyjechał do Brazylii, a później do Nowego Jorku. Brał udział w życiu amerykańskiej Polonii, był współzałożycielem Polskiego Instytutu Nauk i Sztuk w USA. Współpracował z radiem, redagował wiele periodyków polonijnych, między innymi „Tygodnik Polski”.