jakubowska_okladkaSłabość, koszmar senny, choroba, starość. Mimo ewokowania niemocy te wiersze mówią też o sile. Bohaterkę coś skazało na starość i związane z nią przypadłości, ale ona sobie tego nie życzy, wciąż duchem młoda i zadziorna w każdym słowie, dalej jędrnym, ostrym. Chciałem dopisać – i szczerym, ale to nie tak. Tu się raczej coś z bezpośredniością  robi, tu się wokół kategorii szczerości  tańczy. Genowefa Jakubowska-Fijałkowska nie jest poetką naiwną, ludową, szczerząca się do nas ufnie jak na rodzinnej fotografii. Niech się czytelnikowi nie wydaje, że kilka spierdalam czy jedna kurwa zmniejszają dystans, że są oznaką jakiegokolwiek spoufalenia, obnażenia. Owszem, bazuje się na materiale autobiograficznym, lecz nie podaje się go w stanie surowym. Coś jeszcze – między fizjologią a liryzmem, jak to mądrze ujęła na okładce Agnieszka Wolny-Hamkało. I że można – nie wypadając z literackiego obiegu – myśleć o bogu, zsuwając majtki w Istambule. Seks, płciowość, pożądanie to następny ważny motyw książki. I znowu, żadne epatowanie pod pozorami szczerości – precyzyjna robota poetycka tak manewrująca słowami, by te brzmiały zupełnie naturalnie przy mówieniu o wciąż pożądającej mężczyzny kobiecie pod siedemdziesiątkę. Wciąż żyjącej, pochłaniającej świat jak wtedy, kiedy nie była samotna i pozostawiona sobie w czterech ścianach.

W wielu wierszach ożywają wspomnienia dawnego życia w PRL-u. Pamięć podsuwa między innymi noc w hotelu robotniczym w Stalinogrodzie (sucha była komunistyczna prezerwatywa), egzorcyzmy babki Rozy, pierwszą miesięczną krew, pomieszane ze sobą strzępy telewizyjnych seriali, niedzielne msze w dzieciństwie, przemoc domową. Wszystko to wraca w snach (niekiedy paraliżując) i na jawie. Jawę określa poczucie kobiecej solidarności, wiedza o osobliwej międzyblokowej wspólnocie: wdowy rozwódki stare panny katechetki// wyrzucają śmieci kilka razy dziennie/ z nudów samotności.

No i nie obeszło się bez autotematyzmu, moim zdaniem, bardzo dobrej próby. Jeden jego wyraz wiąże się z rozmyślaniami na temat poezji, drugi z mikołowskim środowiskiem poetyckim. Jeśli chodzi o pierwszą wersję, wszystkie jej wątki spotykają się w utworze Zapisz ten wiersz, mówiącym o przebudzeniu w nocy i konieczności zapisania wiersza: ty poszłaś się wysikać// i tyle masz z wiersza/pani Adam Mickiewicz// słomkowy mocz otwarte okno. Drugie krążenie wokół pisania i tworzenia pisarskiego środowiska skwitowane jest równie przewrotnie i sarkastycznie. W relacji z wieczoru autorskiego miejscowego poety pojawia się passus: Bies w depresji a pies pamięta. Spisywanie czynów i rozmów z suczej i psiej perspektywy. Mały, mikołowski posthumanizm?

 

Genowefa Jakubowska-Fijałkowska

 

Sypią mi się włosy

jak po chemioterapii
to nie rak

to starość kurwa starość

na nic skrzyp polny
szampony trzy w jednym suplementy diety

odżywki balsamy olejek arganowy
gaje oliwne na włosy

może powinnam spać już gotowa
w czarnej garsonce z fioletową apaszką na szyi

może powinnam malować usta przed snem
zrobić cienie na powiekach rzęsy tuszem sephora

jeszcze puder migdałowy na policzki

mama była piękna w takim makijażu
w kostnicy

i wtedy padał wielki śnieg

 

Ucho van Gogha

zrekonstruowano z mojego DNA

to moje ciało
to co z niego odcięto:

szyję z łańcuszkiem srebrnym Panny Maryi

nadgarstek z zegarkiem komunijnym
palec serdeczny z obrączką złotą ślubną

palec środkowy z mantrą buddyjską
paluch stopy z odciskiem

pępowinę córek moje sutki

 

Zapisz ten wiersz   

w przerwanym śnie

gdy już rozgryzłaś dwie poduszki
i otworzyłaś okno

pióra szybowały na Północ
jak dzikie gęsi

ty poszłaś się wysikać

i tyle masz z wiersza
pani Adam Mickiewicz

słomkowy mocz otwarte okno

komara w pokoju który pije krew
z twojej żyły nad powieką

(Z tomu Paraliż przysenny, Mikołów, Instytut Mikołowski, 2016).

domarus_okladkaTo trzeba mieć doprawdy zacięcie, żeby katować się tymi zwrotkami – z uporem powtarzał mój znajomy, na co dzień (a nocą? co z nocą?) zwolennik poezji zrozumiałej, nie przyjmując do wiadomości, że istnieje wiele poziomów i rodzajów zrozumiałości; w związku z czym Cezary Domarus w możliwym do wyobrażenia kręgu odbiorców jest na pewno zrozumiały i wręcz wzruszający w swojej samotnej walce, w pasji rozbrajania min. To ostatnie słowo może dotyczyć ładunków wybuchowych, wielkich energetycznych napięć – kulturowych? cywilizacyjnych? – które rozpisane przez Domarusa łagodnieją i deklasują się (zironizowane, zjadliwie wyjaśnione), lecz również może dotyczyć wyrazów twarzy… i wtedy mimika sytuuje się gdzieś blisko mistyki, ale zostawmy tę myśl. Przez te wiersze widzę twarz człowieka zdeterminowanego (może trochę jak ten niereformowalny znajomek ze wstępu), wierzącego w adekwatność operacji słownych, mających się dość wiernie do organicznych i życiowych procesów, widzę zmieniający się wyraz tej twarzy, stopniową utratę wiary w prostotę transferu i transakcji, wreszcie zniechęcenie i poczucie porażki. Ta poważna i pewna siebie mina zostaje już tylko na fotografii z dzieciństwa, cała reszta zdjęć w albumie pokazuje pogłębiający się sceptycyzm.

Ma się skojarzenia z Wirpszą – wiersz jest pisany w gęstniejącej atmosferze podejrzeń co do sensu i możliwości skomunikowania się z pozostałą, zajętą czym innym, resztą; ta gęstość ma coś wspólnego z podejrzliwością wobec języka, płaszczyzny zabawnych, zagadkowych, częściej jednak gorzkich, nieporozumień, języka mającego (zgodnie z konwencją) wyjawiać coś istotnego, uniwersalnego, stale gotowego do produkowania formuł nie tylko ozdobnych, lecz i wspomagających czytelnika w poznawczo-egzystencjalnym rozwoju. Ta prostota samozwrotnej konwencji lirycznej w takich poetach jak Domarus budzi – myślę sobie, czytając cargo, fracht – coś na kształt przerażenia. Już nie da się sprostać waszym prostolinijnym oczekiwaniom – mówią owe Alicje, ciągnąc opowieść o tym, co zobaczyły po drugiej stronie rzekomego lustra (języka). Jak on, czyli język, wszystko potwornie kaleczy, nie dokładajmy się świadomie do powszechnego kalectwa – tak mógłby brzmieć hipotetyczny wyimek z tej opowieści.  U Domarusa układa się to w mantry komunikacyjne – szereg pytań powątpiewających w możliwość sensownego dialogu: w przestrzeń między nadawcą a odbiorcą wkrada się pokraczny szum, przester, obca modulacja, pojawia się pytanie czy chcemy to odebrać?  i po co odbierać, skoro w zasadzie mamy gotowe, rozbrajające jakąkolwiek tajemnicę, odpowiedzi na wszystko. W co drugim wierszu podkreśla się zbędną dla większego sensu, a może nawet jakiejś prawdy – mówieniowość, gadalność, wysuwa się na pierwszy plan idiomatyczność, zakonserwowanie i skostnienie formuł orzekających o świecie. I co zrobić z tym balastem? W jakie cargo go wsadzić, jak poruszyć, upłynnić, w jaki wtrącić flow, jaki podsunąć fracht? Dobroduszny znajomy, zwolennik adekwatności, ufności języka i w język, dość szybko odpadł od tych (jak to określił) łamigłówek, mnie one nie dawały spokoju do samego końca. Nie powiedziano tego najgorzej… Tylko nie każdemu chciało się słuchać. Albo: Tak tu sobie gadamy – zawsze chcieliśmy to powiedzieć.

I jeszcze co do Wirpszy (czy Kacpra Bartczaka, Jarosława Łukaszewicza itd.) – w ramach rozpaczy dotyczącej formułek lirycznych, od zawsze stygmatyzujących określony typ emocji (łatwych do podania, strawienia i obróbki), a także w ramach kontestacji upiornej łatwizny ewokowania ego, sięga się po języki obce  fizyki, chemii, matematyki, astronomii, biologii. U Domarusa  świetnie rozegrano możliwe połączenia z językiem ekonomii, marketingu, brandingu itp. Okazuje się, że to nieraz więcej mówi o człowieku (o ludziach – to bardziej po Domarusowemu) naszych czasów niż klisze liryczne wszelkiej maści, bo nie zawsze szloch licytuje i wygrywa. Owszem, w pewnych momentach tak. O pozostałych chwilach koniecznie ironicznej trzeźwości – i o właściwym dla niej języku chwytanym in statu nascendi – są wiersze Cezarego Domarusa.

Andrzeju, przepaść powiększa się konsekwentnie. (Na pierwszy lotny finisz 2001 Cezary Domarus przybywa z przewagą, która stopniowo może się powiększać – napisał Andrzej Sosnowski na okładce tomiku Domarusa pt. Mózg story, Tychy, 2001).

Cezary Domarus

 

WIADOMOŚCI

To nie było najgorzej powiedziane –
wysycenie dostępnych zasobów.

Na pewno lepiej niż –
co chciałbyś robić w życiu?

Człowiek łowi rajskie chwile –
nazajutrz ktoś łapie o niebo lepsze.

Jednego dnia psychologia jest bronią –
drugiego sprzyja sprzedaży.

Co można zrobić z krajem –
a co malarstwo robi z krajobrazem?

Jeśli jedna fotografia mówi więcej niż tysiąc słów –
zamontuj w ustach migawki.

Możesz na wszystko spojrzeć lepszym okiem –
lecz gorsze i tak uśredni wynik.

Nie powiedziano tego najgorzej –
choć lepiej było nie słyszeć.

 

PASTERZ FISKALNY

Mówił z najwyższego szczebla organizacji pyłu.
Kaszleliśmy, kiedy wymieniał zasady działania
biologii monetarnej.

Mniejszy zysk to strata.
Maksymalizacja zwrotu, nic poniżej.
Bluzka jego żony była z argonowego światła,
z wstawką ze skórek niemowląt.

Gdzieś dalej – milcz, jesteś tylko publicystyką.
Ja czytam dziewiętnastowieczne książki, są największe,
z prawdziwego życia i skóry bawołu,
który nazwę ma potężną i jest nieugięty, choć wcina zielsko.

Mamy dla niego podziw i wdzięczność.
Na dobrą sprawę, ten ssak
świetnie nas obrazuje.

 

POSTYLLA 2

pamiętasz, tamtego dnia powiedziałem: słońce
i wiadomo było, skąd ten dzień

innego dnia powiedziałaś: dolatująca cisza
i był to przedwczesny opis przyszłych lat

przeczucie pełni czasu
w niepełnym wymiarze

(Z tomu cargo, fracht, Instytut Mikołowski, Mikołów, 2016).

 

Karol Maliszewski