418ae4ebb9294037bb759ea80fabdc3dMyślę o czystości (sugestia tytułu?) form, o przejrzystości kresek układających się w tajemniczy wzór. Wiersz jest efektem redukcji nadmiaru (nie bez udziału przypadku): o tym, co niby bez wątku/ lub z rzadkim wątkiem/ bo snuło się równolegle/ a trafiło na przekór. Nie da się opowiedzieć wszystkiego (w sensie: oczywistego), więc snuje się o niczym wypełniającym przemijanie. Z tego niczego próbuje się coś ułożyć, utkać, wysnuć bezpretensjonalną baśń codzienności. I choć nić zrywa się nieustannie (na przekór) i znów mamy  nici z opowieści, choć już wyraźnie w myślach majaczył jakiś kształt i dziwnie szybko rozpłynął się w powietrzu – to nic, to też jest opowieść o tym, że na nic ci moja opowieść, jeśli… – tu każdy dośpiewać może sobie sam. Poezja sugerowanych kresek, kropek wymagających wypełnienia. Przekonująca w swojej skromności, czystości.

 

Renata Senktas

Pierwszy

Tutaj nie grabi się liści, tak wydłużają jesień.
Pomyślałbyś, że to nie lenistwo
ale sposób? Wiewiórki za plecami
robią taki cudowny zamęt.

Do dziś gdzieś tu jest, za plecami
nawet kiedy w nowy rok
wślizgujemy się jak do mysiej dziury
dziwnie obszernej – to przez te

oceany po każdej z naszych stron.
Śnieg się tu odgarnia albo go układa
wiatr, a kiedy nikt nie rusza śniegu
puchnie każda forma i masz

już obraz bez śladu geometrii
dat i masz figury w gałęziach
rozświetlonego drzewa, trójkąty żabich nóg
które są jakoś nowe, szczęśliwie.

(Z tomu Clarity, Biblioteka Arterii, Łódź 2016).

 

*

CiA_7goXAAQ5EfDAni wiersz, ani proza, więc zapisz to sobie, czytelniku, jak chcesz. Autor sugeruje ewentualne upoetycznienie zapisu tych anegdotek, podsuwając interpunkcję charakterystyczną dla cytowania wierszy w krytycznoliterackich rozprawach. Można to zignorować i cieszyć się  żywym mięsem  tych mikroopowiadań. Siłą i słabością książki jest rozziew czy też konflikt między obydwiema jej częściami. Żywym, barwnym, tutejszym  tekstom części pierwszej usiłują wtórować alegoryczne, mitograficzne (tamtejsze)  utwory drugiego segmentu książki. Czy obie części mają się jakoś ku sobie, czy też rozpada się to w uroczym akcie twórczej anarchii, osąd pozostawiam czytelnikowi. Ale jest co czytać, osądzać, jest się czemu dziwić, nad czym zastanawiać.

 

Tytus Żalgirdas

ból

obiecałem że opowiem wam/ jak umarł ten lud// kiedy zjedli już wszystko/ psy szczury trawę i korę/ zostały tylko trupy// kiedy Moe czuł że umiera/ ucieszył się bo chciał umrzeć/ tu wśród swoich// ukląkł przy ognisku/ i odcinał po kawałku suche/ mięso ze swojej nogi/ i smażył je dla braci/ którzy nie mieli już sił/ wstawać z łóżek// zapach mięsa drażnił ich węch/ więc zawodzili i krzyczeli// Moe odcinał mięso powoli/ żeby dobrze wczuć się w ból// ból był ostatnim ludzkim/ uczuciem jakie mu pozostało/ więc chciał go czuć/ tak długo jak się da

5 VII 2013

(Z tomu MITYfikacje, Biblioteka Arterii, Łódź 2016).

 

*

Document-page-001(2)Przypominają się heroiczne początki polskich awangard poetyckich, fetyszyzacja kroju i wielkości czcionki – coś dla miłośników wieloznacznej typografii i dadaistycznego performance. Od czasu do czasu takie tomiki powinny wychodzić, rozpraszając nudę sztampowo drukowanych książek poetyckich. Gdyby ten poemat zapisano zwyczajowo, zająłby może trzy strony, a wydrukowany agresywnie dużą, skaczącą do oczu czcionką zajął ponad pięćdziesiąt. I co się chce tym układem poetyckiej przestrzeni powiedzieć? Że widzimy tylko to, co chcemy widzieć? Że przy lekturze małego, lejącego się druku połowę rzeczy by nam uciekło, nie przemówiło? Coś w tym jest. I to coś przemawia za tym, że nie jest to pusty eksperyment. Pozostawia niepokój dotyczący sytuacji przekazu, wiersza, jego mocy, kontekstu (także typograficzno-wydawniczego). Poemat Gryki jest pomieszaniem społecznego z lirycznym, dadaistycznego z politycznym. Muzyka, ulica, kobieta  jak kiedyś  miasto, masa, maszyna. Najważniejsza jest tu jednak melodia tego performance – wykrzykiwane, wyśpiewywane przez uwolnioną czcionkę frazy brzmią całkiem inaczej od tych cicho szeptanych przy świecy.

 

Krzysztof Gryko

***

to pranie
w rzece jest
twierdzeniem
że mamy
w ustach każdy
koniec

(Z tomu rezonans, Biblioteka Arterii, Łódź 2016).

 

*

Document-page-001(3)Wyobraźmy sobie poemat (bo tak czytam tę książkę) Owczarka inscenizowany w wiejskich świetlicach – w podrygach i zaśpiewach jakiegoś współczesnego Wojciecha Siemiona. Bardzo chciałbym to zobaczyć. Usłyszeć. Na razie czytam, inscenizując, to znaczy: robiąc miny, zmieniając głos, raz po raz podrywając ciało do akcji. Bo to jest tego typu wydarzenie, coś jakby sceniczno-intertekstowy montaż, collage. Więcej dzieje się w intencjach i wyobrażeniach niż w samych słowach. To znaczy w słowach dzieje się aż nadto, ale czuć, jak bardzo chce się odnieść do czegoś jeszcze (cholerne dużego, ważnego). Jak o to się zachłannie walczy, jak z pasją szuka. Korzenie? Jakie można mieć dzisiaj korzenie? Czyste, zmieszane, niefunkcjonalnie funkcjonujące? Jak długo można stać na jednej nodze, trzymając w ręce świat, jego wagę, przyszłość nieistniejącą bez przeszłości? Czy wybebeszyć niebo  to znaczy uwierzyć w mity, bogów i tradycje bez stawiania warunków, czy chodzi o to, by warunki postawić na nowo, inaczej? Mnie ta poezja jak zawsze porusza. Wzmacnia. Łechce osobistą wiarę wyniesioną choćby z Eliadego, te jakieś  niejasne głębiny. Owczarek rzuca się w nie otwarcie. Głową, sercem.

 

Przemysław Owczarek

faux pas

ściągając spodnie przed upadkiem
w sen, powiedział do oleodruku
Matki Boskiej z Pieszczątkiem:

przepraszam, Mademoiselle,
ale właśnie stąd biorą się
dzieci.

(Z tomu Stojąc na jednej nodze, Biblioteka Arterii, Łódź 2016).

 

*

Document-page-001(4)Jestem pod wrażeniem celności każdego słowa, jędrności każdej frazy, spełniającej się akuratności każdego wiersza. Też miałem – podobnie jak Edward Pasewicz – ogromną frajdę obcowania z żywą, pulsującą wyobraźnią. Książka, którą można czytać bez końca. Tak bogata, że o końcu nie może być mowy – za rzekomym końcem stoi nowy początek, wije się jeszcze jedna, i jeszcze jedna, ścieżka interpretacji. Uczta dla interpretatorów, zwyczajna radość dla szeregowych czytaczy. To, co zjadliwe w szczęśliwej harmonii z tym, co liryczne. Bo panuje nad tym piekielna inteligencja, niesłychana intuicja. W tej chwili, po pierwszym czytaniu, niesiony na fali emocji, dochodzę do wniosku, że dawno tak dobrej rzeczy nie czytałem. Mam nadzieję, że to wrażenie do jutra mi nie przejdzie.

 

Piotr Gajda

Sportowe życie

W gruncie rzeczy sens zapuszcza korzenie.
Lecz nie jest to do końca pewne. Czy warto taszczyć

ze sobą szafę w zaświaty? Grzebać cesarza razem
z koniem i paradnym siodłem, jeśli w grę wchodzi

możliwość, że właśnie stoi przed własnym
namiestnikiem nagi, jakim ten go stworzył?

Rzecz w tym, żeby nie tracić z oczu celu,
zastawiając go stertą przeszkód. Nie zakopywać żywcem

konia, który w nas pędzi w galopie. Ewentualnie,
jak Ruffian, wyścigowa klacz pełnej krwi angielskiej,

zostać pochowanym wewnątrz toru w Belmont Park,
chrapami w stronę linii mety. By głowa mogła

triumfalnie ją przekroczyć.

(Z tomu Śruba Archimedesa, Biblioteka Arterii, Łódź 2016).

 

 

Karol Maliszewski