11872269_10153210888967739_7899616679323659590_o

Beata Klimowicz: Co jest potrzebne współczesnej kobiecie do pisania poezji, a co jej w tym przeszkadza?

Ewa Sonnenberg: Potrzebne jest jakieś niezwykłe egzystencjalne doświadczenie. Przekraczanie granic. Wolność wewnętrzna. Intryga intelektualna. Zaskakujące zwroty akcji. Odkrycia wrażliwości. Przyjaźń z żywiołem języka. Miłość. Rozmowy. Umiejętność patrzenia, by umieć zobaczyć zatopioną katedrę Debussego lub dziewczynę o włosach jak len. To, co przeszkadza, może okazać się tym, co pozwala zrobić krok naprzód. Przekraczanie przeszkód pozwala przekraczać bariery, które są w nas. Myślę, że pisaniu przeszkadza cisza, to znaczy brak czytelników i przemilczenie.

Czy czułaś się czasem przemilczana?

Czasami tak. Bywało, że moje książki nie były recenzowane. Zapadały się przez to jakby w jakąś pustkę. Skazane na niebyt z braku zainteresowania krytyków. Nic dziwnego, obecna krytyka jest bardzo skromna w Polsce. Lub raczej moje książki nie są w guście panujących estetyk. Wiem natomiast, że miały swoich czytelników. I to jest najważniejsze.

Jednak ostatnio prof. Stróżewski napisał przepięknie o twojej najnowszej książce Hologramy, którą na swoich stronach poleca też wrocławski Silesius. Czy myślisz, że to dlatego, że ta książka jest w guście?

Nie wiem, czy ta książka jest w guście. Wiem natomiast, że jest to dla mnie ważna publikacja. W tej książce znalazły się wiersze napisane już po mojej przeprowadzce z Krakowa do Wrocławia. Są to wiersze wrocławskie pisane w latach 2010-2014. A Władysław Stróżewski nie pojawił się przypadkowo. Profesora poznałam jeszcze jako studentka SLA, miał wtedy wykłady z estetyki. Ja byłam świeżo po napisaniu pracy magisterskiej na Akademii Muzycznej, właśnie z zakresu estetyki muzyki. Więc już wtedy profesor był mi bardzo bliski. Znałam jego prace filozoficzne. Potem został promotorem mojej pracy magisterskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Pracę pisałam o koncepcji człowieka u Hildegardy z Bingen. Myślę, że praca była udana, za co byłam wdzięczna profesorowi. Miał zresztą niezwykłe podejście, jak opóźniałam się w pisaniu pracy, mówił do mnie, że najważniejsze jest, żebym pisała poezję. Stawiał na to, co jest moją pasją. To było wspaniałe. Profesor jest niezwykłym człowiekiem i świetnie zna się na poezji. Poezja jest jego wielką miłością. Napisał wiele pięknych esejów z tej dziedziny. Nikt tak pięknie nie pisze o Norwidzie jak profesor. Tym bardziej jego słowa o mojej poezji są dla mnie bezcennym darem.

A jeśli mówimy o panujących estetykach – masz swoich ulubionych, współczesnych polskich poetów?

Wbrew pozorom lubię poetów Brulionu: Świetlickiego, Sendeckiego, Miłosza Biedrzyckiego. Wbrew pozorom, bo moja poezja jest całkiem inna od poezji tej formacji. Co zresztą ciekawe – formacji mojego pokolenia. Ale muszę się przyznać, że obecnie czytuję poetów, którym piszę blurby na książki poetyckie lub recenzje. Bo zdarza się, że pisuję recenzje. Pisywałam do „Odry” i do portalu książka.net.pl. A tak szczerze, to ostatnio zaczytuję się znów w O’Harze i w Ashberym.

Wracając do Ewy Sonnenberg – twoja poezja została opublikowana w kilkunastu zagranicznych antologiach, a wiersze przetłumaczone na 16 języków. To marzenie wielu poetów. A o czym ty marzysz?

Marzę o wakacjach w ciepłych krajach. O podróży dookoła świata. Marzy mi się wyprawa koleją transsyberyjską. Marzę, że moje pisanie będzie komuś potrzebne. Marzę, żeby w tym krótkim życiu coś rzeczywiście ważnego powiedzieć. To chyba wszystko jeśli chodzi o marzenia. To bardzo delikatna sfera. Marzy się o różnych rzeczach. Jak choćby o tym, by spotkać bratnią lub siostrzaną duszę i rozmawiać z nią o wszystkim do późnych godzin nocnych. Słowem, marzę o prawdziwej i szczerej przyjaźni. Może właśnie nie o miłości, ale o przyjaźni.

Napisałaś o planecie, na której poeci nie piszą wierszy, bo są kochani. W wierszu innej znanej poetki można przeczytać, że miłość niespełniona pisze świetne wiersze. Czy więc szczęście nie sprzyja poezji?

Szczęście jest jak słodka przynęta. Sprawia, że stajemy się mniej czujni, również na poezję. Poezja wymaga mądrej uwagi. Refleksji. Zastanowienia. To niekiedy jest wbrew szczęściu, które raczej unika refleksyjności. Bywa powierzchowne. Ale niekoniecznie. Ja piszę zarówno wtedy, gdy jestem szczęśliwa, jak i nieszczęśliwa. Szczęście jest rzeczą umowną w przeciwieństwie do pisania. By wiedzieć, trzeba być zranionym i to jawi się jako smutek. Intensyfikacja tego smutku prowadzi do niezwykłych odkryć poetyckich.

A czemu ty poświęciłaś się pisaniu? Ukończyłaś Akademię Muzyczną w klasie fortepianu, to przecież oznacza ogrom poświęconego czasu i pracy. I po tym wszystkim wolałaś pisać wiersze?

Nie tyle poświeciłam się pisaniu, ile wybrałam między tym, co twórcze i tym, co odtwórcze, jak gra na fortepianie. Ta odtwórczość w pianistyce od początku mi przeszkadzała. Dlatego jako środek przekazu artystycznego wybrałam pisanie. Zresztą to los wybrał za mnie. W roku 1990 wpadłam pod samochód i między innymi miałam bezwład rąk. Nie mogłam grać. Wtedy pojawiły się wątpliwości. Co dalej z graniem na fortepianie. I wtedy właśnie zaczęłam już całkiem świadomie pisać z myślą o publikacjach. Mój żagiel języka mógł wypłynąć na pełne morze. Pisanie to spotkanie i rozmowa z samym sobą. Pytanie tylko, czy język jest jeszcze nośnikiem poezji, jeśli chwytliwość sloganu reklamowego jest bardziej poetycka od wiersza. Moje życie imituje sztukę. Jestem poezją. Poezja i ja to jedno!

Co czytałaś wtedy, na początku, czy miałaś Mistrza?

Na początku to moja matka czytała mi Ballady i romanse  Mickiewicza, Garcię Lorkę, czy Witkacego. Ja wychowałam się w duchu sztuki i poezji. Malarstwo, poezja, literatura, architektura towarzyszyły mi od dziecka. Dzięki temu nie tylko miałam cudowne dzieciństwo, ale również przeszłam doskonałą szkołę. W latach 80., gdy chodziłam do I liceum w Lubinie, zaczytywałam się w dramatach Gombrowicza, Mrożka, Różewicza i Witkacego. Kochałam dramat absurdu i sama pisywałam takie dramaty. Potem, w czasie studiów na studiach na Akademii Muzycznej, dostałam w prezencie od mamy książkę Twoja pojedynczość, czyli wiersze Franka O’Hary, które zrobiły na mnie kolosalne wrażenie. Zwłaszcza wiersz Pić z tobą Colę  należał do moich ukochanych. Nawet niedługo potem napisałam wiersz, w którym poeta występował w pomarańczowej koszuli. Później pamiętam, jak zaczytywałam się w Celanie i Rilkem. Byłam pod wrażeniem jego korespondencji z Lou Salome. Ale prawdziwą inspiracją był Josif Brodski. To on mnie uformował i skonstruował jako poetę. Nie wspomnę, że na dwadzieścia minut przed wpadnięciem pod samochód zobaczyłam jego książkę na wystawie w księgarni pod wrocławskimi Arkadami, z twarzą autora na okładce. Książka nosiła tytuł 82 wiersze i poematy. To bardzo dziwne, wręcz metafizyczne zdarzenie. Na początku lat 90. towarzyszył mi też tomik Czesława Miłosza Hymn o perle. Ten tomik również bardzo na mnie wpłynął. Jak widzisz, miałam wielu mistrzów duchowych i poetyckich. Poza tym od zawsze ogromną inspiracją była dla mnie filozofia i inne dziedziny sztuki, jak choćby balet. Dlatego też mogłabym wymieniać niezliczoną ilość osób, które mnie inspirowały. Dowodem niech będzie mój projekt. Otóż piszę już od bardzo dawna cykl esejów pod tytułem Moi papierowi kochankowie. Jest to cykl dotyczący artystów, którzy mieli wpływ na moje tworzenie. Nie zdradzam o kim są te eseje… mam nadzieję, że wkrótce czytelnicy będą mogli się tego dowiedzieć.

Dodaj, że jesteś absolwentką filozofii na UJ. A ten wypadek – spowodowany był twoją nieuwagą? Szłaś z głową w wierszach?

Nie, po prostu pokłóciłam się ze swoim ówczesnym ukochanym i biegłam za nim do tramwaju. Tak emocjonalnie biegłam, że nie zauważyłam nadjeżdżającego samochodu. To było bardzo traumatyczne przeżycie. Zwłaszcza moment zderzenia z maską samochodu. Usłyszałam potężny huk, a potem przekoziołkowałam przez maskę i upadłam na jezdnię. Oczywiście po huku straciłam przytomność. Ale cały wypadek z tego pechowego tramwaju oglądał mój kolega, który tam się znalazł, wracając z zajęć w Akademii Muzycznej, i po jakimś czasie opowiedział mi, jak to wyglądało. A wyglądało to makabrycznie. Taksówkarze, którzy tam stali, mówili, że to cud, że przeżyłam starcie z maską samochodu. Byłam wtedy bardzo młoda, miałam 22 lata. Ukochany po wypadku poszedł w siną dal, a ja zostałam sama, połamana w szpitalu. Nawet teraz, jak o tym mówię, robi mi się źle. Trauma chyba pozostała na całe życie. Napisałam zresztą wiersz o tym wypadku. Jest w tomiku Hazard  pod tytułem Rytuał przeżycia, czyli jak się zostaje wampirem.

Układając twoją oś czasu, było więc tak: bardzo dobre dzieciństwo, zainteresowania artystyczne, wsparcie rodziny – matki, i punkt zwrotny – wypadek. Czy ktoś tobą jednak pokierował, jeśli chodzi o pisanie poezji, pomógł, pokazał, jak wyartykułować to wszystko, co w sobie miałaś, co chciałaś powiedzieć?

Moim mistrzem od dziecka była moja matka. To ona nauczyła mnie takiej a nie innej wrażliwości i wyobraźni. Była nie tylko moim mistrzem, nauczycielką, ale również moją Muzą. Wiele jest wierszy dedykowanych właśnie matce. Wracając do wypadku. Ten czas ustanowił pewną cezurę w moim życiorysie: czasy przed wypadkiem i czasy po wypadku. Stałam się inna, bardziej twórcza, po prostu wolna i doceniająca to, czym jest życie. Po wypadku pamiętam, że wysłała do mnie list poetka wrocławska Marianna Bocian, to było bardzo miłe z jej strony. W ogóle moi przyjaciele bardzo przeżyli ten wypadek i bardzo mnie wspierali. Po wypadku trafiłam do stajni – jak to się mówiło we Wrocławiu – pana Marka Garbali. Ten człowiek ustawiał mi pióro. Był kimś niezwykłym, jeśli chodzi o wyczucie poezji. Rozmawialiśmy o wierszach całymi godzinami. Niestety, zarówno Marianna Bocian, jak i Marek Garbala odeszli. We Wrocławiu mieszka jeszcze Janusz Styczeń, z którym wymienialiśmy często listy. Posyłał do mnie swoje somnambuliczne myśli, a ja prowokowałam go poetycko. Z Januszem Styczniem spotykałam się regularnie w kultowej i już nieistniejącej kawiarni Empiku, gdzie godzinami rozmawialiśmy o malarstwie i o poezji. Te rozmowy były dla mnie bardzo ważne. Było w tym też trochę kokieterii i ze strony Janusza Stycznia, i z mojej. Dużo by mówić. Te spotkania zaowocowały takimi wierszami jak na przykład Staruszka z Hazardu. Potem jak meteor pojawił się w moim życiu Andrzej Pańta. Był zwariowany i niestabilny psychicznie, ale, o paradoksie, to on pomógł mi w pierwszych publikacjach. To on podawał mi adresy, gdzie mam wysyłać swoje wiersze do publikacji. Był w tym pedantyczny i wymagający. Był przez chwilę moim mistrzem. Tak, ten zwariowany Pańta też był moim mistrzem. Po latach patrzę na pewne sprawy inaczej. Ważnym doświadczeniem było Studium Literacko-Artystyczne, osoby, które tam spotykałam bardzo mnie inspirowały. Niezapomniany Maciej Słomczyński, który w sposób pasjonujący opowiadał o literaturze. Marta Wyka i jej warsztaty eseistyczne, które do dziś pamiętam, bo tak świetnie były prowadzone. Jest mnóstwo nazwisk osób, z którymi się zetknęłam i które wpłynęły na moje pisanie: Julian Kornhauser, Ewa Lipska, Wisława Szymborska, Czesław Miłosz, Andrzej Wajda, Bronisław Maj, Gabriela Matuszek, Terasa Walas, Stanisław Stabro. We Wrocławiu przyjacielską dłoń podała mi Urszula Kozioł, za co jestem jej niezmiernie wdzięczna. To wielka osobowość poetycka i wielka poetka. Rozmowa z nią to kunszt elokwencji i inteligencji. Dlatego muszę jedno powiedzieć: grając na fortepianie, nie miałam szczęścia spotkać swojego mistrza. W pisaniu miałam wielu mistrzów. Odbieram to jako szczególny dar i rodzaj wyjątkowego szczęścia.

W zeszłym roku ukazały się twoje Wiersze zebrane, pięćsettrzydziestostronicowe podsumowanie dorobku dwudziestu lat i dzieło monumentalne. W notce napisałaś, że może jest to ostatnia książka poetycka. Naprawdę rozważałaś zarzucenie pisania?

Jest to podsumowanie 25 lat mojej pracy. Bardzo szczególna książka, dlatego ten tom jest dla mnie tak ważny, że rzeczywiście mógłby być moją ostatnią książką. Czasami zadaję sobie pytanie: czy jako człowiek nie jestem zdewaluowana. W takim wypadku pisanie nie miałoby sensu. Człowiek piszący to taki, który jest odkrywcą jakiejś nowej rzeczywistości. Piszący jest dla mnie kimś, kto uprawia mistykę na co dzień, bez zbędnych etykietek. Piszący to ktoś, kto sięga zarówno wysoko, jak i całkiem nisko. W tej skrajności czai się wiele odkryć poetyckich. A stwierdzenie, że to ostatnia książka poetycka, było kokieterią. Kokietowałam nienapisane jeszcze wiersze i swoich czytelników…

A więc 25 lat pisania. Kiedy napisałaś pierwszy wiersz, od którego liczy się ten czas? Pamiętasz go?

Pierwszego wiersza nie napisałam, tylko napisano go za mnie, bo jeszcze nie umiałam pisać. Po prostu podyktowałam. A miałam wtedy może ze cztery lata. Potem, mając pięć lat, wylądowałam w szpitalu, byłam bardzo chora. Po raz pierwszy byłam całkiem sama. Naraz odkryłam w sobie coś takiego jak opowieść. Tak pięknie opowiadałam, że w zamian pieczono mi jabłka. A że smakowały mi, więc wymyślałam różne opowieści, zaskakując otoczenie. Wtedy właśnie powstało zdanie: moja matka pachnie łąką. Dużo by mówić. Wiersze jako takie zaczęłam pisać w ostatniej klasie liceum. Wysłałam wtedy te wiersze na konkurs poetycki i od razu dostałam wyróżnienie. Dzięki temu w klasie maturalnej miałam debiut prasowy. A było to w 1986 roku! Potem nie pisałam, Akademia Muzyczna pochłonęła mnie całkowicie. Sześć godzin codziennych ćwiczeń na fortepianie było tak wyczerpujące, że nie pozostawiało miejsca na pisanie. A czas 25 lat liczę od mojego świadomego pisania, czyli od roku 1990. Wtedy powstawały moje wiersze z Hazardu. Jeden z pierwszych moich wierszy i mój ulubiony to zaczynający się od incipitu: Z biedy uczymy się wierszy.

Twoje kokietowanie wierszy  podziałało, po Wierszach zebranych  opublikowałaś już dwie kolejne książki: Obcą  i właśnie Hologramy. Czy teraz pora na publikację wspomnianych Papierowych kochanków, czy przedtem planujesz jeszcze coś innego?

Mam w planach opublikowanie tomiku z wierszami krakowskimi. Tomik będzie nosił tytuł Wiersze dla jednego człowieka. Są to teksty napisane w latach 2004 – 2010. Wiersze i poematy. Między innymi zawiera ten tomik mój ulubiony poemat Mediolański deszcz, którego fragment ukazał się w „Nuovi Argomenti” we Włoszech oraz w całości w Serbii w tłumaczeniu Biserki Rajčić. W tym tomie jest też wiersz Nieobliczalni, inaczej mówiąc, wiersz do Przyjaciela tłumaczony na wiele języków. Po tym tomie chciałabym opublikować swoje eseje pod tytułem Moi papierowi kochankowie. Mam jeszcze inne wydawnicze niespodzianki, ale o nich nie chcę teraz mówić. Jedno jest pewne: sporo pracuję i sporo piszę.

Kiedyś w „Dużym Formacie” nazwano cię Ewą Demarczyk polskiej poezji. Mówi się też, że jesteś – uwaga! – słowiańską Safoną, Giocondą Północy, Cybernetyczną Damą. A jak ty sama siebie widzisz – kim jesteś, Ewo?

Jak się widzę, staram się opisywać w mojej poezji. To Iza Michalewicz nazwała mnie Ewą Demarczyk polskiej poezji. Coś w tym jest. Iza Michalewicz ma świetne wyczucie poetyckie i doskonale zna się na poezji. Tym bardziej zaskoczyło mnie, ale i ucieszyło to określenie. Czuję się czasami niekompatybilna z otoczeniem. Czuję się jak algorytm, który generuje spięcia między znaczeniami. Czuję się jak Muzeum Narodowe z wierszami w charakterze eksponatów. Jakbym była nośnikiem pamięci jakiejś innej nieznanej jeszcze generacji. Może jestem wierszem przyszłości. Jestem kameleonem stuleci. Do tych określeń można jeszcze dodać Kwiat Północy – tak nazywano mnie na Bałkanach podczas moich rozlicznych podróży. Biserka Rajčić, wspaniała tłumaczka i ambasador literatury polskiej na Bałkanach, kupiła mi kiedyś w prezencie koronę, dając mi ją, powiedziała: masz, to dla ciebie, bo jesteś księżniczką poezji.  Lubię te wszystkie określenia, to jakby obrazy mojego ja  wykreowane przez rzeczywistość. Wszystkie te określenia w jakiś sposób pasują do mnie. Nie wzięły się z powietrza. W ten sposób nazywali mnie różni spotkani przeze mnie ludzie. W tych określeniach jest historia mojego życia. Do tych określeń dorzuciłabym jeszcze jedno: tancerka słowa. Niekiedy czuję się jak tancerka, która, pisząc, tańczy jakiś dziwny taniec, jakby przywoływała realność muzyki przekładanej na słowa.

Twoja poezja określana jest jako męska, często piszesz, używając gramatycznego rodzaju męskiego. Jednak twoje wiersze znalazły się w Solistkach. Antologii poezji kobiet (1989-2009). A więc, jak pisze jedna z Solistek, poetka to jednak jest Ta istota z płci i kości?

Absolutnie się z tym nie zgadzam. Artysta jest ponad swoją płeć. Trudno ograniczać się jedynie do swojej biologii, podczas gdy sztuka jest wolnością, i to wolnością od wszystkiego. Od płci również. Płeć może być idealnym środkiem stylistycznym. By tworzyć wartościowe teksty, trzeba wyrwać się z systemu całości i autosystemu. Przerwać przynależność do siebie. System zakreśla granice działania. Bezgraniczne działanie jest wynikiem świadomych wyborów, inteligentnym czuwaniem intuicji i uważnej wrażliwości. Jest to uczenie się metafizycznych tajemnic na tym innym Uniwersytecie, o którym pisze w jednym ze swoich wierszy Adam Zagajewski. W ogóle cielesność bywa balastem. Hildegarda z Bingen mówiła, że ciało jest więzieniem duszy. Dlatego te wszystkie pytania dotyczące płci dzieła są pytaniami pozbawionymi sensu. Przecież wiersze pisze coś więcej niż tylko cielesna determinacja. Sztuka wyzwala nie tylko z rzeczywistości, wyzwala również z cielesności. To tekst jest ciałem. Poeta jest tym, który tchnął w wiersz swoje życie. Dlatego pisanie to nie zabawa, jakby niektórym się wydawało, ale poważna sprawa. A męskość jest wiernością tej poważnej sprawie. Dotrzymaniem jej słowa, że będziemy tworzeniu wierni do końca. Unikając łatwizny i taryf ulgowych.

Niektórzy widzą w twojej poezji głos świadomości gejowskiej i lesbijskiej. To jednak zakłada dostrzeganie płciowości. Czy w takim razie twoja poezja jednak nie jest takim głosem? Pytam o twoje zdanie, bo oczywiście każdy ma prawo odbierać poezję subiektywnie, czytać ją po swojemu.

Mój kempowy tomik Kraina tysiąca notesów  jest w całości gejowski i doskonale wpisuje się w gender. Powstał na długo przed przemianami genderowymi w naszym kraju. Opublikowany w 1997 roku. Jestem również jedną z pierwszych poetek w Polsce, które opublikowały tomik lesbijski, mam na myśli mój tomik pod tytułem Planeta  z 1997 roku. Publikując te tomiki miałam potrzebę napisania i pokazania przemilczanych w tamtych czasach tematów. Tamte tomiki miały świetne przyjęcie i zjednały mi wielu czytelników. W ogóle w pisaniu używam wielu głosów, również głosu mężczyzny piszącego do kobiety, jak i głosu kobiety piszącej do kobiety.

Jeśli chodzi o polskie antologie, jesteś obecna również w dwóch innych bardzo ważnych publikacjach: Macie swoich poetów  P. Dunin-Wąsowicza, J. Klejnockiego i K. Vargi oraz Antologii nowej poezji polskiej  R. Honeta i M. Czyżowskiego. Do tego dochodzi bardzo wiele antologii zagranicznych. Czy masz poczucie, że odniosłaś sukces, czy czujesz się spełniona?

Czy odniosłam sukces? Nie wiem. Jestem raczej niszową poetką. Ale dobrze mi z tym. Wiem, że mam swoich czytelników. To wystarcza za wszelkie sukcesy. Czytelnik jest najważniejszy. Na pewno czuję się spełniona w tym, co robię. Spełniłam moje marzenia z dzieciństwa. Od zawsze chciałam pisać. Niekoniecznie wiersze, ale od zawsze wiedziałam, że będę pisała. W wieku pięciu lat nauczyłam się pisać i czytać, i zaraz zabrałam się do pisania swoich historyjek. Miałam biurko zrobione z tekturowego pudełka. Codziennie bardzo poważnie zasiadałam przy biurku i pisałam swoje rzeczy. I pomyśleć, że od tego tekturowego biurka zaczęła się moja poetycka odyseja. Ta mała dziewczynka, która opisywała ożywione przedmioty, naraz stała się poetką. Może dlatego w moim pisaniu jest coś z dziecka. Gdy widzę siebie w tych różnych antologiach, zawsze powraca mój obraz z dzieciństwa. Do dziś mam słabość do biurek. W sumie miałam ich cztery. Jedno secesyjne, które kupiłam po otrzymaniu Trakla. Drugie czarne jak z kosmicznego meteorytu. Trzecie z drewna bardzo minimalistyczne. No i czwarte, czerwono-białe w stylu pop artowym. Z pogromu przeprowadzek ocalały trzy biurka. Wracając do pytania, czuję się spełnioną poetką choć mam świadomość, że jest jeszcze przede mną ogrom pracy. Sukcesem jest każdy tekst. Tutaj rodzi się pytanie, czy człowiekowi współczesnemu zostały jeszcze jakieś słowa, czy już wszystko zostało powiedziane?

I masz teraz te trzy biurka? Jak lubisz pisać, jeśli chodzi o organizację miejsca i czasu pracy?

Biurka niestety rozpierzchły się. Mam za małe mieszkanie, by je przechowywać. Ostało się tylko biurko minimalistyczne i to z blatem jak kosmiczny meteoryt. A lubię pisać dosłownie wszędzie. Mieszkając w Krakowie, uwielbiałam pisać w kawiarniach. We Wrocławiu piszę w domu przy moim minimalistycznym biurku z IKEA. Przeważnie są to godziny wieczorne. Prawdę mówiąc, nie mam wytyczonych godzin pracy. Wydaje mi się, że dla pisarza już samo bycie z otoczeniem jest pracą. Bodźce, które nacierają na niego podczas zwyczajnych codziennych czynności, już w jakiś sposób pracują na tekst. Dla mnie czas jest ważny. Moje powstające wiersze dzieją się w czasie. Zasypiam przy takim wierszu i przy takim wierszu się budzę. Gdy piszę, dany tekst jest ze mną nieustannie aż po końcową formę.

A masz notes pisarski?

Mam krainę tysiąca notesów. Dwudziestoletnią kolekcję zapisanych notesów. Między tymi rożnymi notesami są też słynne moleskine. Na początku tego roku Janusz Drzewucki z pisma „Twórczość” oraz pani Anna Romaniuk z Zakładu Rękopisów Biblioteki Narodowej w Warszawie zwrócili się do mnie o moje rękopisy. Przygotowałam znaczną część moich rękopisów, ale najważniejsze mam właśnie w tych notesach. Niestety na razie nie mogę się z nimi rozstać. Cały czas z nich korzystam, są kopalnią pomysłów.

Wspomniałaś o pogromie przeprowadzek. Co je powoduje? Pytam rzecz jasna o przeprowadzki, bo pogromy są przy takich okazjach rzeczą zrozumiałą.

Pierwsza poważna przeprowadzka była z Wrocławia do Krakowa w roku 2002. W Krakowie zaczynałam od zera. Biurko, łóżko i kilka książek wziętych ze sobą. To mi się nawet podobało. Jakbym zaczynała życie od nowa, a miałam już 35 lat. Dziesięć lat później zadecydowałam, że znów przeniosę się do Wrocławia. Tak też zrobiłam. Muszę przyznać, że w Krakowie pisały mi się wiersze w duchu zenistycznym, buddyjskim. We Wrocławiu piszę bardziej dynamicznie, ekspresyjnie. Tak to miasto wpływa na mnie. Wrocław zrobił się bardzo dynamicznym miastem. Przeprowadzka do Krakowa była pełna uroku. Przeprowadziłam się, bo tak doradził mi pewien serdeczny przyjaciel, który był mi szczególnie bliski. I był to dobry wybór. W Krakowie skończyłam studia filozoficzne. Napisałam Pisane na piasku, Rok ognistego smoka  oraz Wiersze dla jednego człowieka. Aha, i Obcą. Tak, tę prozę poetycką, a raczej powieść-poemat – jak nazwał ją mój wydawca Paweł Nowakowski z wydawnictwa Forma – napisałam w Krakowie. We Wrocławiu jak na razie powstały Hologramy  opublikowane w WBPiCAK w Poznaniu oraz wyjątkowa dla mnie książka, Wiersze zebrane, w bibliotece Rity Baum.

Wracając do osiągnięć, masz imponujący dorobek jeśli chodzi o liczbę napisanych wierszy, cześć z nich jest dość długich, niektóre są wręcz poematami. Wydałaś 13 tomików wierszy, nie licząc tomu Wierszy zebranych. Twoje wiersze były publikowane we wszystkich pismach literackich w Polsce. Czy wciąż napędza cię pragnienie, by napisać coś takiego by pozostał wiersz a potem długo długo nic, napisać wiersz całkowity i nietykalny?

Tworzenie jest drogą ku doskonałości. Oczywiście osiągnięcie jej jest niemożliwe i na tym polega codzienne stawanie się i samorozwój. Więc param się tym trudem podążania za niewyobrażalnym, nieosiągalnym, doskonałym. Pisząc wiersz, mam odczucie, że może to będzie ten najlepszy, najdoskonalszy… Taki tekst, który odda całość przeżyć w sposób niepowtarzalny. Przekroczy tę cienką granicę między realnym i nierealnym, między widzialnym i niewidzialnym. Tak, jakby poeta zapisał to, do czego człowiek nie ma dostępu. Tak, jakby wykradł te kilka słów jakiejś tajemnicy. Jakby poznał jakiś sekret i ten sekret opisał. Chyba o to chodzi w pisaniu. W sztuce. W tworzeniu. Przełamanie kodu, sekretu, tajemnicy. Unaocznienie tego, co zakryte przed zwykłym człowiekiem. Pytanie tylko, czy gdyby poeta zrozumiał, czym jest ta tajemnica, sekret, kod, czy w takiej sytuacji chciałby się podzielić z czytelnikiem swoją wiedzą? Zawsze mnie to intrygowało, na ile milczenie jest najbardziej słusznym stanowiskiem.

W jednym z wywiadów powiedziałaś, że jakby nie było, masz trudny los. Dlaczego jest trudny?

W wywiadach mówi się różne rzeczy, które bywają aktualne jedynie dla danej rozmowy. Potem wypowiedź się dezaktualizuje. Jedno jest pewne, wszystko podporządkowałam sztuce i pisaniu. Nie wiem, czy był to dobry wybór. Mam trudny los, ale swojego losu nie wymieniłabym na żaden inny. Nie mam łatwo. Brak ustabilizowanego życia. Samotność niekiedy ponad kondycję ludzką. Jest się wtedy bliżej wszechświata. Niekiedy czuję się, jakbym była jedyna we wszechświecie. Dramatyczne jest to odczucie, niczym obcowanie z rzeczywistością ostateczną. I ta świadomość, że całe życie poświęciłam sztuce. Wszystko było podporządkowane pracy artystycznej. Miewam czasami wątpliwości, czy dobrze zrobiłam, ale te wątpliwości rozwiewa każdy kolejny wiersz. Jak inaczej, jakiego innego wyboru miałam dokonać, jeśli tak jak widzę czas i na każdej ulicy inną epokę, tak widzę swoje wiersze na białej niezapisanej jeszcze kartce papieru! Pisanie jest tak mocnym imperatywem, że trudno mi wyobrazić sobie robienie czegoś innego. Może to kwestia wyćwiczenia, rutyny, czasu, ale wszystko przeobraża się na moich oczach w poezję. To taki dziwny stan umysłu, jakby na rauszu intelektualnym i poetyckim.

Czy lubisz spotkania z czytelnikami?

To, obok napisanego tekstu, najważniejszy moment – spotkanie z czytelnikiem. Miałam wiele wspaniałych spotkań. Tekst się staje dzięki czytelnikowi. To czytelnik nadaje znaczenie tekstowi. Bez niego nie byłoby literatury. Jedno z takich spotkań ustawiło moje credo twórcze. Kiedyś we Wrocławiu z okazji 40-lecia „Odry” czytałam swoje wiersze, po czytaniu podeszła do mnie pewna kobieta i powiedziała: niech Pani będzie wierna swojej poezji. Zdanie to zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Wręcz wypaliło swoje znaczenie w moim sercu. Często wracam do tego zdania, gdy mam wątpliwości. Kiedyś pewien bezdomny mim, po moim wieczorze poetyckim z okazji otrzymania Nagrody Trakla w Krakowie, podszedł do mnie i powiedział, że moje wiersze są wierszami bezdomnego. Że akcja moich wierszy rozgrywa się zawsze na ulicy. To było dla mnie niezwykłe spostrzeżenie. Mogłabym przytaczać szereg takich spotkań z czytelnikami. Jak choćby po opublikowaniu tomiku Planeta, kiedy jeden z czytelników napisał do mnie, że po lekturze odnalazł sens życia.

To musi być niesamowite uczucie, przeczytać takie słowa. A wracając jeszcze do spotkań – podobno często mówisz swoje wiersze z pamięci, są to prawdziwe monodramy, masz na sobie kostium, grasz rekwizytami. Czy zdarza ci się trema, zdarzyło się, że zapomniałaś własnego tekstu?

W latach 90. moje wieczory poetyckie były monodramami. Wiele jeździłam po całej Polsce i sporo występowałam. Oprócz tekstów grałam na fortepianie. Wieczory te nazywałam recitalami poetycko-muzycznymi. Z czasem jednak zauważyłam, że wiersze przerosły moje granie na fortepianie. Od tego czasu współpracowałam z zawodowymi muzykami. Robiłam monodramy multimedialne. Muzyka na żywo, wiersze z pamięci i w tle puszczałam slajdy, czyli – obraz. Wszystko to tworzyło poetycką całość. Tremy raczej nie mam, jestem tak wyćwiczona przez lata grania na fortepianie na scenie, że czuję ulgę, że nie muszę grać, tylko  mówić swoje wiersze. Uwielbiam recytować swoje wiersze. Recytacja jest przyjemnością porównywalną z samym pisaniem. Na scenie te zapisane wiersze stają się. Niezwykłe jest odczucie jak recytowane wiersze emanują swoją siłą. W sumie nigdy nie zapomniałam swojego tekstu. Raz jedynie, a było to w Słowenii. Byłam na Europejskich Spotkaniach Translatorskich w Koprze organizowanych przez Taję Kramberger. Był rok 2002, odbywał się kolejny wieczór, byłam już mocno wstawiona, pamiętam, że gdzieś na rynku tańczyłam z Adamem Wiedemannem, potem recytowałam tekst i oczywiście wszystko w nim poplątałam, bo po prostu byłam pijana… Słoweńcy mają tak wspaniałe wino, trudno się oprzeć. A był to tekst Między tym co prawdziwe a tym co udaje  z Lekcji zachwytu.

Ty więc byłaś prawdziwa. Trzeba też dodać, że byłaś jedną z pierwszych poetek i poetów w Polsce, którzy w sposób literacko-teatralny w aranżacji muzycznej przedstawiali czytelnikom poezję. Teraz od niedawna publikujesz swoje wiersze na profilu FB; w kompozycji z artystycznymi fotografiami twarzy rzeczywiście są jak talia kart lub raczej może masz sto twarzy. Czy to jest część jakiegoś projektu, czy robisz to dla własnej przyjemności, spontanicznie?

Lubię się przeistaczać. Te zdjęcia oddają to, co proponuję również w swojej poezji. Pisanie jest aktorstwem. W pisaniu mogę być każdym. Mogę mówić głosem dziecka, starca, prostytutki, zbrodniarza. I chyba to jest najbardziej fascynujące w tworzeniu. Możliwość bycia, kim się chce. Wczuwanie się w role swoich bohaterów i podmiotów lirycznych. Nadawanie im szczególnego istnienia. Tworzenie ich z pamięci, z wyobraźni. Postaci, które przywołują dalekie wspomnienia rzeczy niezwykłych, drogich i ukochanych. Twarz odnosi się nie tylko do człowieka. Tutaj bardziej chodzi o twarz epoki. Twarz ogrodu dziadków, który mnie wychowywał i uczył tej szczególnej wrażliwości poetyckiej. Twarz jak krajobraz-talizman, który otrzymaliśmy jeszcze w dzieciństwie. Twarz naszych czasów. Kim jest ta twarz, codziennie próbuję sobie odpowiadać na to pytanie, pisząc lub fotografując siebie.

Wspomniałaś o nagrodzie Trakla. Czy coś zmieniła w tobie, w twoim pisaniu?

Nie, raczej nic nie zmieniła w moim pisaniu. Poza tym, że zaczęłam być bardziej dostrzegana. Moja poezja zaczęła budzić większe zainteresowanie. A ja utwierdziłam się w swoim pisaniu. Choć nie na długo, jestem raczej niespokojnym duchem, poszukującym wciąż czegoś nowego w poezji. Może tylko tyle, że zainteresowałam się mroczną postacią samego Trakla, którego zarówno poezją, jak i życiorysem byłam bardzo przejęta. Zabawne, będąc w Krakowie, miałam problemy z sercem. Trafiłam do szpitala wojskowego nieopodal budynku, gdzie przebywał Trakl. Jest nawet tablica pamiątkowa na murze tego szpitala.

Czy żyjesz z pisania? Nie chodzi mi tylko o poezję, masz też doświadczenia z pracy jako redaktor w „Studium” i w „Ricie Baum”.

To prawda, byłam w redakcji „Studium”, kultowego pisma, które współzałożyłam i współtworzyłam. Byłam też przez jakiś czas w redakcji „Rity Baum”, równie kultowego i niezwykłego pisma, gdzie przygotowywałam poezję światową. Między innymi ukazała się tam świetna prezentacja poetek północy i południa, czyli poetek ze Skandynawii i z Bałkanów. Jestem bardzo dumna z tej prezentacji. Prezentację poprzedził mój esej o współczesnych poetkach europejskich i nie tylko. Warto tutaj przypomnieć, że w połowie lat 90. byłam w redakcji „Nowego Nurtu”, który ukazywał się w Poznaniu. To była dla mnie niesamowita przygoda. Robiłam dla nich przede wszystkim wywiady ze znanymi poetami. Potem robienie wywiadów przeniosłam do „Studium”. W sumie zrobiłam wywiady z Marianną Bocian, Januszem Styczniem, Urszulą Kozioł, Urszulą Małgorzatą Benką, Andrzejem Dudkiem-Durerem. Ryszardem Krynickim, Adamem Zagajewskimi i z Władysławem Stróżewskim. Czy żyję z pisania? Żyję bo pisanie jest dla mnie jak oddychanie. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania. Safona kiedyś pięknie napisała: słowa, którymi władam, powietrzem są tylko. To dzięki poezji staram się cały czas rozwijać mentalnie, duchowo, psychicznie. To poezja jest siłą napędową mojego życia. Poezja jest napędem, dzięki któremu podróżuję w czasie i w przestrzeni. Jest też pałacem, gdzie w kolejnych salach jest jakaś cząstka mojego życia. Nie wiem, czy te sale poukładane są chronologicznie, ale dzięki poezji mam klucz do kolejnych drzwi. Poezja uczy innego oglądu zdarzeń, przeszłości, ludzi, świata. Jest cierpliwą nauczycielką, pozwala na błędy. A błąd jest tą sferą, od której, paradoksalnie, może się zacząć to, co najciekawsze. Błądzić znaczy poszukiwać. Bez błędu nie byłoby rozwoju. Omijam jakby główne pytanie. Celowo. Oczywiste jest bowiem, że, niestety, z poezji nie można się utrzymać.

Czy z przeprowadzanych przez siebie wywiadów, rozmów z poetami tak znakomitymi wyniosłaś jakąś podpowiedź dla siebie? Czy coś utkwiło ci w pamięci?

Tak, podczas wywiadu z Adamem Zagajewskim zapytałam o inny uniwersytet, na którym poeta pobiera nauki, na to Adam Zagajewski powiedział: Przecież pani doskonale wie, czym jest ten inny uniwersytet  i nie odpowiedział mi na to pytanie. Jakby miało to pozostać jakąś poetycką tajemnicą, którą mogą znać tylko poeci. Przyznam, że wtedy bardzo mi to schlebiło. Przez chwilę Adam Zagajewski potraktował mnie jak wspólnika tego ciemnego warsztatu, jakim jest poezja. Utkwiła mi też rozmowa z Yusefem Komunyakaą, który przy wspólnej kolacji powiedział: Pisz, twój głos jest ważny. To też była dla mnie wielka rzecz. Czy stwierdzenie Mahmuda Darwisha po wysłuchaniu mojego wiersza na festiwalu w Sarajewie: Nie wiedziałem, że język twojego kraju jest taki piękny. To były dla mnie ważne momenty spotkań z wielkimi i prawdziwymi poetami. Jedynymi w swoim rodzaju.

Prowadziłaś warsztaty na UJ. Czego można nauczyć na takich warsztatach?

Można nauczyć odróżniania grafomanii od prawdziwej poezji, czyli smaku. Można pokazać różnorodność poetyk. Można w przeróżny sposób wpływać i bodźcować wyobraźnię poetycką, która jest bodaj najważniejsza w pisaniu. Przyznam nieskromnie, że mam dar inspirowania ludzi. Prowadząc warsztaty w Krakowie nie tylko uczyłam, ale uczyłam się od moich studentów. To były wspaniałe czasy. Moimi studentami byli Anna Piekara, Przemysław Owczarek, Joanna Lech. Poeci ukształtowani i interesujący na mapie poetyckiej Polski. Teraz prowadzę warsztaty literackie w Księgarnio-Kawiarni Nalanda we Wrocławiu. Warsztaty są bardzo kameralne. Staram się dawać z siebie wszystko. Cieszy mnie każdy udany tekst napisany przez moich studentów. Mam nadzieję, że znów wyłonię z grupy jakiegoś poetę lub poetkę, która zaistnieje na forum ogólnopolskim. W Krakowie ograniczałam się na wykładach do literatury, we Wrocławiu mam większe pole działania. Zajmujemy się nie tylko literaturą, ale wszystkimi dziedzinami sztuki. Uważam, że twórca musi się orientować w sztuce szeroko pojętej. Musi wiedzieć, co jest aktualne i na czasie. Najważniejsze jednak w warsztatach jest samo spotkanie przez duże S. Spotkanie poety ze studentami, spotkanie studentów z tekstami poetyckimi, spotkanie osobowości i ścieranie się tych osobowości. Z tego rodzi się rozmowa, dialog, który bywa niezbędny dla samorozwoju i kształtowania artystycznego. Należy oczywiście pamiętać: Brodski na słynnym procesie powiedział słynne słowa, że pisania nie można się nauczyć, że ten talent jest darem i pochodzi od Boga. I w tym się z nim zgadzam. Uważam, że człowiek rodzi się poetą. Jest to rzeczywiście jakiś szczególny dar odczuwania świata. Mieszanka wrażliwości, wyobraźni, serca i rozumu.

Czy mogłabyś coś poradzić osobom, które dopiero zaczynają pisać poezję?

Żeby nie zrażali się swoimi pierwszymi próbami, które są przeważnie do wyrzucenia, ale żeby twardo szli naprzód. Rozwój jest niezbędny na drodze tworzenia. Nie wiem w sumie, co poradzić. Może żeby czytali wszystko, po prostu wszystko, poezję, prozę, dramaty. I żeby pisali: całymi godzinami. I najważniejsze, żeby nikogo nie naśladowali, żeby byli po prostu sobą. Odnaleźć swoją osobowość to jedno z najważniejszych zadań dla młodego pisarza. Gdy odnajdziesz swoją osobowość, odnajdziesz swój styl w pisaniu. A to jest bodaj najważniejsze.

Proszę powiedz jeszcze, czy potrafisz czasem na chwilę zapomnieć o pisaniu, intelektualnym rauszu  i robić dla równowagi coś zupełnie innego, coś, co lubisz i co pozwala ci od wszystkiego odpocząć?

Lubię podróże i spacery. Lubię też rozmawiać przez telefon. Uwielbiam wielogodzinne rozmowy telefoniczne. Lubię chodzić do kawiarni na kawę. To mnie relaksuje. Oglądam sobie wtedy ludzi. Lubię oglądać ludzi, jacy są, kim są. Może dlatego jestem fanką Facebooka.

Bardzo dziękuję ci za czas i uwagę. Na zakończenie chciałabym zacytować jeden z twoich wierszy. A tobie życzyć, by cisza wokół ciebie była tylko wtedy, gdy będziesz chciała odpocząć po gwarnym dniu.

Z Ewą Sonnenberg rozmawiała Beata Klimowicz, 19 listopada 2015.

 

Wrażliwość

Miała lekkie jak piórko serce
delikatny podmuch wiatru mógł ją zabić
czasami nawet czyjeś westchnienie
umiała czytać z kącików ust i z kształtu małego paznokcia
każde słowo które usłyszała ważyła długo w sobie
niekiedy nawet małe „ale” było tak ciężkie że spadała w przepaść
właściwie była przezroczysta
przezroczystym przedmiotem niepokoju
tak jak kilka nut z Lacrimosy Mozarta
tak jak powietrze które w każdej chwili mogło zamienić się w kamień
bywało że bała się własnego cienia i ustępowała mu miejsca
żywiła się drobiazgami:
lokiem nad uchem pięknej ogrodniczki Rafaela
skazą na palcu Davida Michała Anioła
spojrzeniem młodzieńca z obrazu Lotta
polem słoneczników i łąkami lawendy
kochała tylko to co było za szkłem
twarze na zdjęciach w pozłacanych ramkach
egzotyczne motyle w szklanych trumnach
i ryby w akwarium z którymi rozmawiała po francusku
nawet świat był jej bliższy gdy patrzyła na niego przez okno
ale tak naprawdę go nie widziała tylko odczuwała
każdym milimetrem swojej przezroczystej skóry
tych których darzyła miłością obserwowała z daleka
z bliska jej uwagę rozpraszały szczegóły
gdy ktoś zbliżał się do niej
stawała za cienką warstwą lodu
obawiając się że lód stopnieje i ktoś zauważy jaka jest krucha
udawała że śpieszy się i wracała do swojego szklanego domu
w sztucznym świetle i w temperaturze pokojowej zakwitała jak orchidea
mała roślinka odbywała pokutę czuwania
ta mała o kobiecym uśmiechu
wczoraj była zesłańcem dzisiaj jest żebraczką jutro będzie królową

 

 

Ewa Sonnenberg (ur. 30 marca 1967 w Ząbkowicach Śląskich) – pianistka, poetka, prozaiczka i eseistka. Autorka kilkunastu książek poetyckich. Za tomik Hazard otrzymała nagrodę im. Georga Trakla (1996). Jest również laureatką nagrody dla najlepszego poety festiwalu Ilinden Skopie w Macedonii (2008) oraz Nagrody Czterech Kolumn (2012) za całokształt twórczości. Przez kilka lat była redaktorką krakowskiego pisma literackiego „Studium” oraz wrocławskiej „Rity Baum”. Ukończyła wrocławską Akademię Muzyczną, jedna z pierwszych absolwentek Studium Literacko-Artystycznego przy Instytucie Filologii Polskiej UJ w Krakowie, gdzie następnie sama prowadziła warsztaty. Magister filozofii, którą ukończyła na Uniwersytecie Jagiellońskim. Stypendystka Kultury Niezależnej w Paryżu, dwukrotna stypendystka (2001, 2008) Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, uzyskała też stypendium Bałtyckiego Centrum Pisarzy i Tłumaczy w Gotland, Szwecja (2008). Mieszka we Wrocławiu. Członek SPP Kraków. Jej wiersze były tłumaczone na kilkanaście języków. Publikowała we wszystkich pismach literackich w Polsce, obecna w polskich i zagranicznych antologiach poezji.

 

Tekst ukazał się na blogu Beaty Klimowicz oraz na portalu pisarze.pl. Redakcja LP dziękuje Ewie Sonnenberg za zgodę na ponowną publikację.