Anna Janko (2)

Fot. Wydawnictwo Literackie

Beata Klimowicz: W jakiej roli Anna Janko jest najbardziej sobą – poetki, pisarki, felietonistki czy krytyczki?

Anna Janko: Tak zwanej krytyki nie uprawiam od dawna, to znaczy nie pisuję recenzji. Od czasu do czasu piszę czy mówię coś o książkach, które mi się podobają. Ale to na marginesie. Co do poczucia tożsamości autorskiej – gatunek uprawianej twórczości nie ma chyba znaczenia. Być w procesie tworzenia – to jest dla mnie zasadnicze. I wtedy nawet nie pamiętam, jak się nazywam…

Co to dla pani znaczy: być poetką? I czy poetką się jest, czy się nią bywa?

No tak, na to pytanie udzielono już wielu przeciwstawnych odpowiedzi, a status poety wciąż pozostaje ontologicznie niepewny… Cokolwiek wybiorę, już pięknie i przekonująco uzasadniono. Tak więc może powiem coś ogólniejszego: człowiek ze sobą samym ma kontakt jedynie przerywany: z tym, co jest w nim boskie, tym bardziej. Jednak pragniemy widzieć własne życie jako stan stały, jako logiczną całość, by się w nim czuć bezpieczniej, by nie zatonąć. To instynkt samozachowawczy. Poeta, czy inny artysta życia, nie może się bać nieciągłości własnego istnienia.

I rzeczywiście tak jest, że od nienapisanych wierszy gnije dusza poety?

Takie jest moje doświadczenie; pisanie, niekoniecznie wierszy, pisanie w ogóle, jest dla mnie sposobem bycia. Gdy przestaję pisać, coś się we mnie psuje, czuję się ze sobą coraz gorzej, to pewnie te miazmaty uwięzionej duszy (śmiech).

Poezja jest też obecna w pani prozie – w Dziewczynie z zapałkami  i W pasji według świętej Hanki. Według Krystyny Kofty W swojej powieści znakomita poetka Anna Janko udowodniła, że poezja może być świetną szkołą prozy. Czy rzeczywiście poezja pomaga pisać prozę?

W moich książkach zacieram granice pomiędzy gatunkami. Bo tak naprawdę dla mnie jako autorki nie ma znaczenia, czy piszę wiersz, czy fragment prozy. Piszę, jak umiem najlepiej w danej chwili. Używam w prozie metafory i puenty, rytmizuję, a nawet czasem rymuję, czyli stosuję te same narzędzia stylistyczne co w poezji. W zasadzie to proza według klasycznych zaleceń…

A pierwszy napisany przez panią utwór literacki był poezją czy prozą?

Tak naprawdę jednym i drugim. Był to wiersz przepisany z fragmentu dziennikowego zapisu nastolatki. Tekst w zamierzeniu prozatorski, no bo to dziennik. Okazał się on jednak tak gęsty i zmetaforyzowany, że można go było zapisać wersami i nazwać wierszem. Cały mój pierwszy tomik List do królika doświadczalnego  tak powstał.

Dopiero Mała zagłada odchodzi od poezji, choć jeden z recenzentów nazwał ją traktatem o istocie zła. Czy pisanie tej książki było dla pani trudne, czy też wręcz przeciwnie – pomogło wyrzucić z siebie rodzinną traumę?

Pasja według św. Hanki  nazwana została fabularyzowanym traktatem o namiętności… Nie sądzę, by Mała Zagłada  by stylistyczne inna. Różnicą jest oczywiście temat, a międzygatunkowość chyba stałą zasadą, która mnie pociąga, bo pozwala na szerokoekranowe ujęcia ludzkiego doświadczenia na wielu poziomach naraz. We wszystkich moich powieściach fabuła miesza się z esejem i poezją. Współczesny czytelnik jest na to gotowy od dawna, a nawet tego pragnie.

Jak radzi pani sobie z krytyką, niejednokrotnie zjadliwą, czasem ad personam?

No cóż, jak z niesympatycznym sąsiadem, omijam…

Jak długo przygotowuje się pani wcześniej do napisania książki, robi tak zwany research, szkicuje plan?

To trwa jakiś czas. Nastawiam GPS na konkretny kierunek i jadę tam: w rejony myślenia i odczuwania, które są związane z tematem. Czytam tylko to, co jest mi potrzebne, zbieram materiały, rozmawiam. Także w stosach swoich całożyciowych notatek szukam przydatnych wątków. Czyli chyba tak, jak większość autorów.

W świecie idealnym, gdzie nie trzeba byłoby myśleć o zarabianiu pieniędzy na opłacenie rachunków i można byłoby skupić się na opowiadania, powieści, tomiku wierszy – co by pani chciała napisać i na jaki temat?

Świat idealny? Taki, w którym nie ma tarcia? Nie ma oporu rzeczywistości? Nic bym nie pisała. Rozpłynęłabym się idealnie…

A w świecie realnym – nad czym pani teraz pracuje?

Na razie wciąż jeżdżę na spotkania autorskie w związku z Małą Zagładą. Ta książka okazała się społecznie potrzebna i trafiła w swój czas. Mogę więc powiedzieć, że jeszcze pracuję nad Małą Zagładą.

Na swoim blogu napisała pani kiedyś, że przeprowadzki są przekleństwem pani życia. A czy nie jest też tak, że przeprowadzki pomagają na przykład nabrać dystansu do wielu spraw z miejsca sprzed?

Są takie rodzaje przekleństwa losu, bez których nie moglibyśmy żyć. Przeprowadzki to mój przypadek. Właśnie przed miesiącem przeprowadziłam się do innej dzielnicy Warszawy i czuję się jak nowa (śmiech).

Pracując nad książką, izoluje się pani od świata w oddzielnym, specjalnie do tego celu przeznaczonym mieszkaniu. Rozumiem, że potrzebuje pani absolutnego spokoju?

Tak pisałam Małą Zagładę – w osobnej pracowni. Temat był bardzo trudny, nie chciałam z nim spać w jednym łóżku… Rzeczywiście potrzebuję do pisania oddzielności, zamkniętych drzwi i poczucia nieograniczonego czasu.

A jak organizuje pani sobie pisarski dzień, tydzień, miesiąc, wiele miesięcy?

Kiedy już jestem w toku pracy nie lubię przerw. Ograniczam wtedy wyjazdy i minimalizuję poboczne zobowiązania. Czasem to się nie udaje i wtedy powrót do pisania jest dłuższy i trudniejszy, a i zdarza się, że książka zmienia tor. Co niekiedy okazuje się twórcze i wychodzi na dobre! Na poziomie dnia – piszę około sześciu godzin, a im bliżej końca książki, tym dłużej. Bywało, że i jedenaście godzin przesiedziałam przy laptopie. Ale to było podobne do samobójstwa, mogło się skończyć samozapłonem… (śmiech). No i kalectwem jakimś, kręgosłup nadaje się wtedy do kliniki w Konstancinie.

Czy pani miejsce do pisania musi spełniać jakieś konkretne warunki?

Tapczan, z powodu byłej choroby tapczan jest moim biurkiem; najlepszy byłby szezlong, ale nie mam (śmiech), stolik na tapczanie, laptop na stoliku, mało jedzenia, dużo picia. Otwarte okno, zamknięte drzwi. Żadnych telefonów.

Czy pisze pani od razu na komputerze, czy też przepisuje wcześniejsze notatki?

Zasadniczo bezpośrednio z mózgu na ekran. Z pominięciem etapu papierowego. Ale oczywiście korzystam z zapisków rozmaitych (robionych w zeszytach, notesach, w smartfonie). Mam całe teczki pełne szkiców, fragmentów, pomysłów. No i gdy przygotowuję tomik, gdy pracuję nad wierszami, wtedy nie używam komputera.

Jakie słabości i bariery twórcze musi pani – lub musiała – przełamywać?

To trudne pytanie, bo dotyczy twórczego rozwoju. I zahacza o poczucie twórczej niemocy, którą każdy pisarz odbiera jako słabość ostateczną, klęskę… Słabością prozaika jest brak dyscypliny. Codzienna praca nad tekstem, a nie czekanie na natchnienie – tego musiałam się nauczyć.

A czy jest w pani dorobku coś, co napisałaby pani teraz zupełnie inaczej?

Wszystko. Słowo teraz  zmienia wszystko.

Gdyby mogła pani powiedzieć coś do siebie samej jako autorki sprzed dwudziestu lat, jakie byłyby to słowa?

Pisanie jest konieczne, życie nie jest konieczne. Po łacinie brzmi to bardzo mądrze (śmiech).

Ukończyła pani filologię polską. Czy te studia pomogły pani w rozwoju twórczym?

W szczególności seminaria i konwersatoria Marii Janion, promotorki mojej pracy dyplomowej na Uniwersytecie Gdańskim. Ona uczyła nie bać się myślenia. I pokazywała, jak przekraczać granice, a właściwie uświadamiała nam, że humanistyka nie ma granic. Potęga jej intelektualnej witalności była dla dwudziestolatków porażająca. Fosforyzująca osobowość. Nie miałam oczywiście odpowiedniej liczby receptorów w rozumie, by skorzystać z wszystkiego, co oferowała profesor Janion, ale i tak sporo do mnie dotarło.

Czy można więc powiedzieć, że miała pani szczęście spotkać swoją Mistrzynię?

Myślę, że tak, gdyby nie ona, być może utknęłabym na jakiejś prowincji umysłu  na długie lata.

Jaka książka – lub książki – są dla pani ważne? I jaką przeczytała pani ostatnio?

Podawanie tytułów nie ma chyba sensu. Bo jeśli powiem, że ważne są dla mnie na przykład Pan Tadeusz, Meir Ezofowicz, Anna Karenina, Mały Książę, Ludzie stamtąd  Dąbrowskiej, poezja Miłosza, i Apollinaire’a, Mity greckie Markowskiej, Podstawy medycyny chińskiej, Biblia, Eseje Montaigne’a i Nowa biologia  Sheldrake’a… a ostatnio przeczytałam Wspomnienia  hrabiny Marii Tarnowskiej oraz Stulecie chirurgów  i Kruchy dom duszy  Jürgena Thorwalda, to co pani o mnie pomyśli? Co ja o sobie pomyślę? No, że czytam po prostu jakąś wieloksiążkę…

Pomyślałam, że wieloksiążka to kapitalne pojęcie (śmiech). Na koniec – o nauce pisania kreatywnego. Wiele osób chciałoby się zakwalifikować na warsztaty w Krakowie we wrześniu i październiku, które będzie pani prowadzić – między innymi obok Marka Krajewskiego i Wita Szostaka. Uda się to zaledwie piętnastu osobom. Stąd prośba o radę – tę najważniejszą – dla wszystkich zainteresowanych.

Jedna rada na całe twórcze pisanie? Cóż, jest takie powiedzenie, znane wielu autorom, że dobry pisarz to ten, który ma wrodzoną łatwość pisania, a nabytą trudność. O tę nabytą trudność chodzi, ona jest zasadnicza.

Bardzo dziękuję pani za rozmowę. Zwłaszcza że przeszkadzałam w kolejnej przeprowadzce (śmiech).

Jeszcze tylko spionizuję książki w regałach i będę w domu (śmiech).

Z Anną Janko rozmawiała Beata Klimowicz, 9 lipca 2015.

 

Biały dzień

Biały dzień okno otwarte na zimowy ogród

Ogród w srebrnym chruście jabłoń w białej chuście

Niebo zaniedbane z chmurami na czole jak po wielkiej tęsknocie

Na stole album fotografii ciemnych i gęstych jak dym

Samospalenie serca cisza wygaszone sny

Otwarte okiennice zatrzaśnięte tajemnice

Ogień nie parzy jabłko nie waży

Urwała się muzyka po niej nagi pusty rytm gaśnie

Na końcu alei nie ma końca alei

(Z tomu Świetlisty cudzoziemiec, Prószyński i S-ka, 2000)

 

Anna Janko – debiutowała w 1977 roku tomem wierszy List do królika doświadczalnego. W 1980 roku otrzymała Nagrodę Młodych im. Włodzimierza Pietrzaka, w 1993 roku Nagrodę Niezależnego Związku Pisarzy w Dreźnie. Oprócz wcześniej wymienionego wydała 7 zbiorów wierszy: Wykluwa się staruszka (1979), Diabłu świeca (1980), Koronki na rany (1989), Zabici czasem długo stoją (1995), Świetlisty cudzoziemiec (2000, za ten tomik w 2001 roku została nominowana do Nagrody Nike) oraz Wiersze z cieniem (2010). Jej dramat Rzeź lalek był wystawiany w Teatrze Współczesnym w Szczecinie. W 2008 roku za powieść Dziewczyna z zapałkami nominowano ją do Nagrody Mediów „Cogito” oraz Europejskiej Nagrody Europy Środkowej „Angelus”. W 2009 roku otrzymała nagrodę im. Reymonta. Była redaktorem autorskiej serii wydawniczej To jest poezja, współpracowała z Programem II Polskiego Radia, z czasopismem „Pani”, z wrocławskim miesięcznikiem „Odra”. Obecnie współpracuje ze „Zwierciadłem”. W 2012 roku ukazały się: Maciupek i Maleńtas. Niezwykłe przygody w Brzuchu Mamy (proza dla dzieci, Nasza Księgarnia 2012; wyróżniona w ogólnopolskim konkursie im. Kornela Makuszyńskiego) i Pasja według św. Hanki (powieść, Wydawnictwo Literackie 2012; nominowana do nagród literackich Gryfia i Nike 2013). W 2015 roku ukazała się książka Mała Zagłada – o tragedii wsi Sochy. Należy do PEN Clubu i Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Pełniła funkcję prezesa wrocławskiego oddziału SPP (1993-1996); prezesa warszawskiego oddziału SPP (1999-2002), wiceprezesa Zarządu Głównego SPP (2002-2005), prezesa gdańskiego oddziału SPP (od 2007).

Tekst ukazał się na blogu Beaty Klimowicz oraz na portalu pisarze.pl. Redakcja LP dziękuje Annie Janko za zgodę na ponowną publikację.