13236124_10154060997816071_1729629617_n

Beata Klimowicz: Podobno z Poznania do Krakowa przeprowadziłeś się w dwa tysiące dziesiątym roku z hukiem. Tak rzeczywiście było?

Edward Pasewicz: No tak, bo myśmy naprawdę dużo tam robili. W Poznaniu pracowałem w „Pro Arte”, to było takie pismo studenckie, literackie, potem ogólnopolskie. Mieliśmy tam dość zwarte i rzutkie środowisko. Był Maciek Gierszewski, Karol Francuzik, różni krytycy. Stamtąd trafiłem przez Piotrka Kępińskiego do „Czasu kultury”. W „Pro Arte” opiekunem był Piotr Śliwiński i w ten właśnie sposób go poznałem. Piotrek bardzo szybko wykorzystał moje talenta do organizowania różnych rzeczy literackich, bo tylko to potrafię organizować, nic więcej. No i zaczęliśmy robić właśnie festiwal Muzyka do sensu, to był Piotrka pomysł i mój, takie spotkania literackie, najpierw jednodniowe, potem dwudniowe. Były trzy edycje, a potem przekształciło się to w festiwal Poznań poetów, to już był pomysł Piotrka. W tamtym czasie non stop organizowałem jakieś spotkania literackie, pracowałem w „Czasie kultury”, potem w „Kontener Art” razem z Ewą Łowżył i ze Zbyszkiem Łowżyłem, który mnie do tego projektu w jakimś momencie zaprosił. Odpowiadałem tam za scenę literacką. Robiliśmy setki wydarzeń i to naprawdę bardzo, bardzo dobrych. Przeróżne koncerty, minifestiwale w klubie Dragon, mnóstwo tego było i żadnego wsparcia ze strony miasta. Potem była działalność kulturowa w Głośnej samotności, to była taka klubo-kawiarnia.

Aż kiedyś ogłoszono informację o specjalnym stypendium dla twórców ufundowanym przez Urząd Miasta. Miał je przyznawać prezydent Grobelny, szczególnie osobom, które otrzymały Medal Młodej Sztuki. A ja ten medal otrzymałem. A że nie miałem wtedy stałej pracy, pomyślałem, że takie stypendium mi się przyda, choćby po to, by spokojnie móc robić różne rzeczy. Pracowałem wtedy jako barman i jak kiedyś usłyszałem tekst: no fajnie jest być obsługiwanym przez najlepszego polskiego poetę, to trochę mi się głupio zrobiło.

Kto to powiedział?

Klient, ale on to szczerze powiedział i wydaje mi się, że mu się to niezbyt podobało. Mnie się zrobiło bardzo głupio, ale co miałem powiedzieć. Jeść też muszę, a znowu nie można cały czas żerować na drugiej połowie, która mnie przez większość czasu utrzymywała. No więc poszedłem do tego urzędu i od pana w jeansach, takiego typowego styropianowca, nazwiska nie będę podawał, bo to nie ma sensu, od progu usłyszałem: Panie Pasewicz, mecenat umarł dwa tysiące lat temu. No to odwróciłem się na pięcie i wyszedłem. A potem już był Kraków, scena 21, Teatr Nowy.

A czemu przeniosłeś się akurat do Krakowa?

Bo tu było bardzo wielu znajomych.

A Kazimierz? Nie bałeś się zadeptania przez turystów?

Rzeczywiście trochę narzekam na turystów, ale z drugiej strony to jest właśnie cały urok Kazimierza. O ile Poznań jest ksenofobiczny, to znaczy jak tam teraz jeżdżę, to właśnie to widzę, bo już się przyzwyczaiłem organicznie do tego, że kiedy wychodzę do sklepu, to po drodze słyszę co najmniej pięć języków, to się stało dla mnie naturalne. A w Poznaniu tylko ciągle polski, polski, polski, ta melodia jest jednostajna. Na dodatek kiedy siedzę w kazimierskich knajpach, to siłą rzeczy muszę gadać po angielsku, a to jest dobre dla praktyki językowej. Tu co chwilę spotyka się obcokrajowca, z którym albo się wypije banię, albo pogada, albo coś opowie i tak dalej. To jest bardzo inspirujące, a tego w Poznaniu nie było. Poznań nie ma też takiego artystycznego klimatu. Na Kazimierzu jest z kolei przegięcie w druga stronę, tutaj każdy jest artystą, i to jest momentami irytujące. Z drugiej jednak strony nikogo to nie dziwi, kiedy ludzie w knajpie zaczynają mówić o scenografii albo że ktoś coś skomponował, albo że komuś rola nie pasuje.

I to są chyba właśnie twoje klimaty. Bo powiedzmy leśniczówka nad jeziorem, cisza, spokój – to nie za bardzo?

Nie, no lubię, jak mieszkałem w Międzyrzeczu lubiłem chodzić do lasu, ale to prawda, że nie na długo. Ze mnie jest takie ludzkie zwierzę.

Wiersze, które pisałeś w liceum nazywasz potwornymi wierszydłami, ale do takich rzeczy ma się chyba sentyment?

No tak.

I były też dzienniki i profesor Augustyniak od języka polskiego.

Tak, to muszę powiedzieć. Miałem wspaniałe polonistki. Wszystkie cztery, które mnie uczyły. Co do dzienników, to pisałem je praktycznie od tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego roku. To było takie pisanie a właściwie to ćwiczenia stylistyczne. W moim domu zawsze było dużo książek, szczególnie kryminałów, bo tata lubił je czytać. A ponieważ byłem w kontrze do niego, to zacząłem czytać ambitniejsza literaturę i poezję. No i zaczął się swoisty wyścig zbrojeń. Tata poległ dopiero wtedy, kiedy zacząłem czytać poezję, i to hurtowo. W bibliotece była półka z poezją i ja czytałem tomik po tomiku. No i tak się zaczęło. Myślę, ze te wyścig zbrojeń z ojcem miał duży wpływ na mnie. A profesor Augustyniak, która była działaczką pierwszej Solidarności, po prostu nas uświadamiała politycznie, ale nie było to nachalne, raczej taki przebudzenie obywatelskie. Uświadamiała nam , że możemy wziąć sprawy w swoje ręce.

I działalność w Wolności i pokoju, KOR-ze, przy roznoszeniu ulotek. Mieliśmy też taką gazetkę, gdzie zamieszczałem wiersze, trochę polityczne. Gazetka nazywała się „Korek” i pisałem też do niej felietony. No i przez to wylatywałem ze szkoły.

Ale tak na serio czy były to tylko groźby?

Groźby były i działo się.

No dobrze, wróćmy jeszcze do czytania. A więc, powiedzmy, był kolejny numer Joe’ego Aleksa.

Jak już mówiłem, zacząłem zbrojenia i zimną wojnę z ojcem. Bo on właśnie czytał kryminały, a ja ambitniejsze rzeczy. Ale jak on zauważył, że ja czytam Ulissesa, to on też zaczął go czytać. A ja sięgnąłem po kryminały. No tak to po prostu działało.

Ile miałeś lat, gdy czytałeś Ulissesa?

Gdy czytałem po raz pierwszy, miałem piętnaście lat. Niewiele zrozumiałem, nie będę udawał, ale potem przeczytałem go jeszcze z kilkanaście razy. Zachwycił mnie. Potem w ogóle przeczytałem wszystko, co było Joyce’a. Zaskoczyłem panie w bibliotece, żądając sprowadzenia mi skądś tłumaczenia Finnegans Wake.

Sprostały?

Nie, nie sprostały, ale z paniami z biblioteki jest fajna historia, bo jak w każdej bibliotece musiały zbierać pisma literackie. I była taka sekwencja, że co jakiś czas te pisma, stare numery, trzeba było wyrzucić lub oddać na makulaturę. Nie pamiętam dokładnie, ile miałem wtedy lat, może z dziesięć, przyszedłem do biblioteki i patrzę, a one pakują „Literaturę na Świecie”. Powiedziałem, że jeśli to mają oddać na makulaturę, to chcę to wziąć, bo ja to czytam. I w ten sposób potem przez trzy dni nosiłem do domu siaty ku zgrozie mamy. Bo książek było w domu mnóstwo. Ojciec wydawał na nie ogromne pieniądze, to było totalne, książki piętrzyły się wszędzie. W tym domu to zresztą jakoś zostało, to zainteresowanie sztuką. Teraz moja siostrzenica zajmuje się tańcem, tańczy doskonale, ale też rysuje i dużo czyta.

Czyli artystyczne geny.

Tak, coś w tym jest jeśli chodzi o tę rodzinę. Jakbyś sobie sprawdziła w Internecie to ciocia Margaret Pasewicz w Pensylwanii jest ikoną wegan. A ja im na stronę czasem wklejam jakiś kotlet schabowy albo cielęcy. Po czym dostaję opierdol (śmiech).

Czemu to robisz? Jesteś tak bardzo mięsożerny?

Jestem mięsożerny, ale mało. Tylko uważam, że to co oni robią to jest po prostu sekciarstwo. Ale idąc dalej – wujek Jerry jest altowiolistą i lutnikiem. A w ogóle jest taki podział, że u nas są albo matematycy albo artyści. No i inżynierowie, ale to też wiąże się z matematyką.

A jak z matematyką było u ciebie w szkole?

Było tak, że miałem panią matematyczkę, która była zagorzałą katoliczką. I już dużo więcej nie muszę mówić, to nie było fajne. Ale też ona mnie najzwyczajniej w świecie nie lubiła. I cokolwiek bym zrobił, ona zawsze była na nie. I wybuchła zresztą w związku z tym awantura, bo pani Augustyniak, która była dyrektorką liceum, w końcu wreszcie jej powiedziała wprost, że ma się ode mnie odpierdolić, bo ja nie idę na matematykę, tylko na filozofię albo muzykę.

Wracając do literatury – co kształtowało twoją literacką wyobraźnię?

Właśnie dlatego wspomniałem o tych „Literaturach na Świecie”, że bardzo dużo się tego czytało. Ja wielu rzeczy nie rozumiałem wtedy, ale później, jak już uzyskałem jakieś konteksty, to zrozumiałem, że do wielu rzeczy potrzebna jest filozofia. W związku z tym pojechałem do biblioteki w pobliżu, która jako jedyna zaopatrzona była w filozofię. I wtedy to się zaczęło, to trwa zresztą do dzisiaj, mam osobną, pełną półkę filozoficzną. Ale jeszcze było też tak, że znajomy został klerykiem w seminarium w Gościkowie Paradyżu. I oni mieli przeróżne wspaniałe rzeczy, a ja je wypożyczałem. Między innymi takie kuriozum  jak wszystkie księgi prorockie w takim potwornym interlinearnym tłumaczeniu. Tego poza seminarium nie ma. Polega to na tym, że jest hebrajski, potem wersy aramejskie znane, wersje apokryficzne znane z Qumran, to jedna linia. Potem teksty greckie, znane i apokryficzne, potem wytłumaczenie każdego słowa hebrajskiego, potem dwa osobne, ze wszystkimi możliwymi znaczeniami we wszystkich możliwych kontekstach. Później kontekst historyczny. I tak księga za księgą, każda ogromna. To mnie interesowało, bo było o słowach, o znaczeniach słów. Cholera, wiesz, że to jest hebrajskie słowo, ale jednocześnie widzisz, ile z jednego słowa można utkać następnych, a właściwie cały sens. Tak samo jak spojrzysz na,  zdradzę się tutaj trochę, pierwszy wers w Och, Mitochondria. Brzmi tak: mitologiczna chandra, matka tak czy tak trochę surrealistyczna. No więc na czym to polega? Samo słowo, jak je podzielisz mitochondrium to znaczy tyle, co skłębienie nici. Wiadomo, że związane jest to z oddychaniem, to podstawowa funkcja mitochondriów. Dziedziczymy je tylko w linii żeńskiej. Matka tak czy tak trochę surrealistyczna. Bo jest to nieco surrealistyczne, one są trochę jak kosmici w naszym ciele. To są bakterie symbiotyczne z nami. I to jest surrealistyczne, nie możesz funkcjonować bez mitochondriów, które tak naprawdę są dla ciebie obce. Chandros znaczy nić, ale u nas jest też chandra. Mitochondria powiązane są z ciałem, jednak występuje ten element obcości. Stąd na koniec wiersza, po całej serii różnych nawiązań, pojawiają się maski. Skąd te maski? Właśnie stąd i w tym jednym słowie zawiera się cały wiersz. Ale to mi właśnie dało studiowanie dziwnych książek, których po trosze się nie rozumie, a po trosze się chłonie, bo to takie zajebiste. To nieznane było najważniejsze, nic innego się w zasadzie nie liczyło.

A dziś?

Od znanego to mnie głowa boli. I jak czytam czyjeś wiersze i zaczynam widzieć, że wszystko jest sztampowe, taka sztanca, ewentualnie ktoś chce mi wmówić, że bełkot, który wyprodukował, jest poezją, to od razu to wyczuwam. Pomijając już wiedzę, intuicyjnie to wyczuwam, że ktoś bełkocze i daje mi za zadanie, żebym ja mu powiedział, cóż on takiego napisał czy napisała. Wtedy to nie jest poezja, tylko bełkot. Bo poezja jest matematyką języka, wszystko musi być dokładnie na swoim miejscu. Ten tytułowy wiersz jest tego przykładem, tam nie ma ani jednego przypadkowo postawionego słowa, bo inaczej, gdyby było przypadkowo postawione słowo, gdybym nie wiedział, co chcę powiedzieć, to nie byłoby żadnego wiersza, to nie byłaby żadna poezja. Poezja rodzi się na styku tego, co jest najważniejsze, jest najwyższą formą języka, jest najbardziej abstrakcyjna, matematyczna i jednocześnie muzyczna. W niej jest wszystko. Z jednej strony słowa niosą znaczenia, z drugiej strony te znaczenia muszą być rozedrgane, bo ona jest takim narzędziem, że kiedy ty to czytasz, powinno to puchnąć, zajmować coraz więcej przestrzeni, powinno się rozwarstwiać i coraz więcej mówić. To, co mógłbym ci zakomunikować na dwudziestu stronach, komunikuję ci na przestrzeni dwudziestu wersów. I wtedy to jest poezja, i wtedy to widać. Są poeci, którzy potrafią to robić: Dycki, Świetlicki, Sosnowski, Grzebalski, dziewczyny – Justyna Bargielska, Marta Podgórnik. Cała masa nazwisk. Ale jest też cała masa grafomanii. Trzeba mieć ten specyficzny dar rozumienia słów, specyficzny dar pojmowania języka i gry tym językiem, jeżeli to nie jest podbudowane na przykład świadomością filozoficzną, językową Wittgensteina, tym jak podwajał zdolności poznawcze Nietzsche czy Schelling i co miał na ten temat do powiedzenia Kant. Przecież Krytyka czystego rozumu jest tak naprawdę traktatem o języku poetyckim.

To zainteresowanie filozofią leży dość głęboko w twojej świadomości językowej.

Tak, to była po prostu lektura obowiązkowa polegająca na tym, że napotykało się na przypis, że to jest taka a taka definicja Schellinga, a taka Kanta, a tu Whiteheada i trzeba było iść do biblioteki i wypożyczyć Kanta, Schellinga i Whiteheada, i przeczytać od deski do deski, żeby zrozumieć. A jak się nie wiedziało, to się szło z problemem do pani Augustyniak, a ona robiła coraz większe oczy: o co ty mnie w ogóle pytasz?.

A twoje olśnienia, mistrzowie literaccy, którzy mieli na ciebie wpływ?

O’Hara, Larkin, Eliot, Pound, moderniści, Williams, w ogóle amerykańscy poeci, to jest właśnie wpływ „Literatury na Świecie”. Ale też Piotr Sommer, John Berryman, mnóstwo tego było, nie mogę powiedzieć, że był jeden.

No tak, z reguły nie jest to jeden.

Brecht był też przecież i Rilke. Rilke od samego początku to była moja obsesja. Zacząłem go czytać, naprawdę kompletnie nie rozumiejąc, ale wiedziałem, że to jest coś. Szczególnie było takie wydanie, które mam tak zaczytane, że wygląda po prostu jak psu z gardła wyjęte, zresztą straciło okładki, były czarne, na tym tle napis Rilke, nic więcej. I to nazwisko mi się podobało, kompletnie nie wiedziałem, co to jest, kupiłem. Okazało się, że wiersze, na dodatek niemieckie, więc zaczęliśmy z babcią dukać. Bo wiersze były w oryginale, choć było też tłumaczenie, ale chodziło mi o to, by wiedzieć, jak brzmią w oryginale. A że nieco mówię w tym języku i miałem babcię na podorędziu, ona mówi świetnie po niemiecku, to poznawałem tę warstwę foniczną, mogłem ją zobaczyć. A potem przeczytałem tłumaczenie Jastruna. Miejscami jest takie sobie moim zdaniem.

No i dolazłem w końcu do tych Elegii duinejskich i to mnie kompletnie rozwaliło. Wiedziałem, że o coś w tym wszystkim chodzi, ale to był jakiś labirynt. I to że nie rozumiem, tak mnie irytowało, że zacząłem naprawdę nad tym siedzieć, jeszcze w liceum. I to natychmiast też powodowało, że się rodziły jakieś moje rzeczy. Wiadomo, człowiek myśli o co tu chodzi; prowadziliśmy też dyskusje z kumplami, było wtedy takie grono porąbanych znajomych, gdzie wszyscy czytali i naprawdę się dyskutowało o tym, co się przeczytało. I te licealne rozmowy gówniarzy moim zdaniem są zawsze czymś najwspanialszym na świecie, potem już nigdy w życiu nie osiąga się podobnego stopnia egzaltacji.

I wrażliwości.

Tak, i wrażliwości. A jeśli jeszcze czujesz się zamknięty w getcie, jak my na tle całego tego miasteczka, gdzie byliśmy naprawdę dziwadłami nie z tej ziemi.

Dalej się razem trzymacie?

Tak, nic się nie zmieniło. To są takie przyjaźnie, które nie mijają. Jak jestem w Międzyrzeczu w czasie wakacji, to się spotykamy, mamy się na Facebooku, to są nadal dokładnie ci sami ludzie i mają bardzo dużo do powiedzenia. To jest doświadczenie, którego się nie gubi, gdy ludzie zaczynają się nakręcać w czasie czytania i myślenia. To zawsze dobrze robi.

Twoje wiersze powstają czy się rodzą? Bo niektórzy nawet mówią, że ty wiersze po prostu wydzielasz.

Wiersze są rzeczywiście jakby gotowe. Wszystko zaczyna się od jakiegoś rytmu, to znaczy ja już wiem, czuję w ciągu dnia, że coś się wykluje, że zniosę to jajo i tylko czekam na impuls. Czasami to będzie fraza usłyszana na papierosie przed knajpą, która od razu wywołuje lawinę. Czasami bywało tak, że wracałem stąd z co najmniej parą nowych wierszy. Zresztą mój nowy tom ukaże się chyba w październiku, a na pewno do końca roku i będzie się nazywał po prostu Miejsce. To tytuł nośny i można go rozszerzać i rozszerzać i rozszerzać i wiem, że nie pęknie. Z jednej strony jest abstrakcyjny jako miejsce, bo nie wiadomo, czyje jest to miejsce, gdzie jest to miejsce, z drugiej jednak strony jest Miejsce tutaj, przy Estery, konkretne miejsce z konkretnymi ludźmi, którzy też się w tych wierszach pojawiają.

Mówiłeś o Pulverkopfie, że on się pisał sam, tak jakbyś był prowadzony.

Pierwsze szkice, które przesłałem do świętej pamięci Maćka Malickiego, pierwszy rozdział, to było tuż po moim debiucie, czyli w dwa tysiące drugim roku. Trzeba tu powiedzieć dwie rzeczy. Z jednej strony to on się rzeczywiście sam pisał, z drugiej, naturalne po sześciu latach robienia notatek, fiszek, zbierania materiałów, dowiadywania się czy aby na pewno w tysiąc dziewięćset trzydziestym drugim roku istniał nylon i jakie rodzaje pończoch nosiły panie w Berlinie. To było wszystko cholernie ważne, ale przez to z kolei stałem się specjalistą od pończoch w tamtych czasach. A były dwa rodzaje bawełnianie cieliste i czarne. Jedwabne też były, ale potwornie drogie i rzadko kogo było na nie stać. Dlatego panie, gdy chciały zadać szyku, to malowały sobie szew taki jak w jedwabnych pończochach na gołej skórze. Zresztą forma bucików też była jedna, wszystkie panie nosiły tak zwane berlinki. To były buty na dość szerokim obcasiku, bardzo zaokrąglone, trzewiczkowate. Moja babcia, pamiętam, je miała. Były to buty pancerne, babcia musiała je kupić w latach trzydziestych, a chodziła w nich jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. A nawet lakier nie odpadł.

A jak doszło do tego, że zadebiutowałeś?

W gazetach gdzieś tam się ukazywały moje wiersze i w pewnym momencie zmuszono mnie, bym coś wysłał na konkurs Bierezina.

Powiesz, jak się ciebie zmusza do wysłania wierszy na konkurs?

Stawia się mnie pod ścianą i stosuje szantaż emocjonalny. Bo ja twierdziłem, że jeszcze nie. Miałem wtedy trzydzieści lat i Marek, mój towarzysz mąż, już zresztą były, po prostu zaszantażował mnie, że jeśli nie wyślę tych wierszy na konkurs Bierezina, to on pakuje manatki i nie żartuje. Bo inaczej nie mógł sobie ze mną poradzić. Ani Maciek Gierszewski, ani Piotrek Śliwiński, ani Darek Sośnicki. W związku z tym zastosowali bardzo skuteczny fortel, skoro nie mogli tak, to trzeba było zaatakować z innej flanki. I atak z tej flanki zadziałał, gdyż natychmiast wiersze wysłałem. Śmiesznie, bo wysłałem bez rozwiązania godła. To słynna historia, opowiadają ją na każdym konkursie Bierezina. Otóż Andrzej Strąk i świętej pamięci Zdzisław Jaskuła, któremu też wiele zawdzięczam, rozpoczęli poszukiwania. Okazało się, że przewodniczącym był Piotr Sommer. A tam były te trzy wiersze dla Piotra, które on znał wcześniej, czyli Kantyczki pana Sommera, mówiłem mu, że coś takiego napiszę. Ale to świętej pamięci Krystyna Kwiatkowska szybciej rozwiązała problem, zanim Piotrek musiałby się przyznać, a nieładnie by to wyglądało dla niego jako przewodniczącego. Byłem kiedyś wcześniej u mojej kuzynki, która się przyjaźniła z Krystyną Kwiatkowską, pisarką z Łodzi. No i Anita, no właśnie, to też część artystycznej rodzinki, zaprowadziła mnie do tej Krystyny, powiedziała: Musisz go poznać, to mój kuzyn i tak dalej. I Krystyna po prostu skojarzyła: buddysta, uczeń Ole Nydahla. A potem zadzwonił do mnie Andrzej Strąk. Pracowałem wtedy na magazynie w firmie kurierskiej Stolica, dzisiaj to UPS, na Centre Service, przez dziesięć lat, bardzo dobrze to wspominam, uważam, że parę lat w życiu należy popracować fizycznie, żeby nie zwariować. No więc zadzwonił na ten magazyn, odebrałem, a on mnie zapytał: Czy pan wysyłał wiersze na konkurs Bierezina? Potwierdziłem. A jak się nazywa książka? No to podałem tytuł, wcześniej to się nazywało Mat o brzasku. A on dalej pyta: Jakie tam są pierwsze wiersze? Więc mówię, że Egzotycznej rybie z akwarium w Cafe 2000, Rondo, potem Pokoiki do wygaśnięcia i Czarna owca – lotki. A on na to: Dobrze, dobrze, został pan nominowany. No to ja się bardzo ucieszyłem. Potem pojechałem bez jakiejkolwiek nadziei, że wygram, jakoś tak się nigdy nie nastawiam, to zdrowo. No i wygrałem, tak się zaczęło. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Mój pan kierownik, jak się dowiedział, że wygrałem Bierezina, a właściwie dyrektor Dariusz Burdziłowski, zszedł na dół do magazynu i powiedział: Nie ma, kurwa, bata, żebyś pracował w magazynie. Ktoś, kto pisze takie wiersze, nie będzie tu pracował. Żeby było śmieszniej, to on też pisał wiersze. No i dał mnie do księgowości, do działu rozliczeń kurierów. Później, jak jechałem do Medany na festiwal poezji i wina o Słowenii, to firma dała mi pieniądze na to, żebym mógł tam pojechać. Nie dość, że płacił za to Instytut Książki, to jeszcze oni dali mi pieniądze, żebym mógł jechać i żeby mój pan mąż też mógł jechać. Potem zresztą zrobili ze mną wywiad w takiej gazetce firmowej. Tak więc oni, ta firma, akurat potrafili o takie rzeczy zadbać.

Twój debiut, Dolna Wilda, zyskała w 2001 opinię jednej z najlepszych polskich książek poetyckich ówczesnego dziesięciolecia.

No tak powiadają.

Z kolei w roku 2012 Pałacyk Bertolda Brechta okrzyknięto twoim najbardziej ambitnym tomem. Teraz najnowsze Och, Mitochondria dołączają do listy twoich tomów z dwoma nominacjami do ważnych nagród literackich. A dla ciebie – który tom jest najważniejszy, z którego masz największą satysfakcję?

I był jeszcze tom Th i Henry Berryman. Ale teraz najważniejsza jest bieżąca książka, Och, Mitochondria.

Byłeś trzykrotna nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia, tyle samo do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius, ostatnio również w tym roku – i też w tym roku otrzymałeś nominację do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej. Czy tego rodzaju sukcesy coś zmieniają, czy też dzieje się to trochę równolegle i będąc oczywiście czymś świetnym, pozostaje jednak sprawą dodatkową, niemającą wpływu na twoją poezję?

Byłbym hipokrytą, gdybym powiedział, że to nie cieszy, oczywiście cieszy ogromnie.

Tak, to zrozumiałe. Pytam jednak, czy to coś zmienia?

Oczywiście zmienia. Szczególnie przy Nagrodzie im. Szymborskiej, gdzie dba się o nominowanych. Znam ludzi, którzy pracują w Fundacji im. Szymborskiej i wiem, że organizowane są spotkania, wieczory autorskie już dla nominowanych, nie tylko dla laureatów. Fundacja dba o to, aby to się nie zagubiło, bo rzeczywiście, pieniądze pieniędzmi, statuetka statuetką, ale najważniejsze jest to, że człowiek znajduje się w gronie pięciu autorów najważniejszych książek roku. Jeśli jakaś nominacja się powtarza, to znaczy, że nie ma w tym wariactwa. Gdyby się powtórzyło trzeci czy czwarty raz, to wtedy już w ogóle (śmiech). Więc to dużo zmienia. Naprawdę inaczej się patrzy potem na te książki, nawet jeśli nagród ostatecznie nie dostają.

Więc tak naprawdę potem gdy ktoś ostatecznie wygrywa, to nie znaczy, że pozostali nie byli równie dobrzy, bo to już jest i tak ta najwyższa półka. Czy tak?

Oczywiście, to jest już kwestia preferencji jurorów i to już jest wolna amerykanka niestety.

Wspomniałeś o wieczorach autorskich. Lubisz spotkania z czytelnikami?

Lubię. Nie przeszkadza mi to.

Bo przez teatr jesteś oswojony z występami?

Tak, ja jestem sceniczne zwierzę. Niektórzy to przeżywają, ja na szczęście tego nie mam. Na scenę mogę wejść z marszu i nie robi to na mnie wrażenia.

Niektórzy wypominają ci cztery lata przerwy po Pałacyku Bertolta Brechta, zanim ukazały się Och, Mitochondria.

No tak, ale przez te cztery lata napisałem dziesięć dramatów. I na to szła energia. Jak zaczęliśmy działalność na scenie 21 to był rok dwa tysiące jedenasty, wrzesień. Pierwsza premiera to były Lamentacje londyńskie, moje, w grudniu dwa tysiące jedenastego roku. Potem byli Trzej bracia, potem Cień i jeszcze Piękny chłopiec, a przy okazji też rzeczy różnych innych autorów. Potem napisałem Dzikie szczury, Wszy pana Lully, ZDUNK. No i inne. I to stąd nie miałem ochoty galopować. Jakoś Miejsce się urodziło szybciej, bo w ciągu paru miesięcy, ale na tej zasadzie, że powyciągałem wiersze, które nie pasowały do Och, Mitochondriów, a były całkiem dobre.

Czyli najbliższe plany to publikacja Miejsca?

Tak, to znaczy część wierszy jest już dostępna, w gazetach, ale cała książka ukaże się u Mariusza Grzebalskiego. Z kolei w Mitochondriach jest jeden wiersz z roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego, nigdzie indziej nie pasował i nagle w samej strukturze książki jest bardzo ok, po prostu na swoim miejscu. Tak samo jak wiersz z dwa tysiące czwartego roku, czyli Wiersz ze snu MLB, za cholerę mi nie pasował do żadnej innej książki, ale tutaj pasuje doskonale.

Żyjesz rytmem Kazimierza, w sensie społecznym, towarzyskim, a więc dość intensywnie zarówno w dzień, jak w nocy.

No tak, jest ta intensywność, ale to jest moja pożywka. Czasem mówią: Kiedy ty to wszystko robisz?. A ja robię to właśnie teraz, jak rozmawiam z tobą, jak obserwuję kogoś tam przez chwilę, gdy wyszedłem na papierosa. Teraz siedzę i myślę o sztuce, którą piszę, o Violetcie Villas, właśnie od niej wylazłem.

Jak to wylazłeś od niej?

Pisałem rano.

Zawsze piszesz rano?

Jak nie przesadzę poprzedniego wieczoru i jak jest flow, to piszę raczej rano.

A co to u ciebie znaczy rano?

Godzina piąta trzydzieści. To znaczy bardzo często tak się budzę, a potem idę znowu spać.

A więc do pisania musisz mieć spokój domowy?

Nie, dokładnie odwrotnie. Musi być tak: Łukasz za plecami, to znaczy w pokoju obok, pracuje, ja piszę w kuchni i jednocześnie robię obiad.

O piątej trzydzieści rano robisz obiad?

No nie od razu o piątej trzydzieści, ale zaczynam gdzieś koło jedenastej, żeby na czternastą był, żeby można było szybko zjeść i wrócić do roboty. Potem jeszcze pójść na spacer, siąść tutaj na kawę. Ale wiersze najczęściej niestety piszę w nocy. Wiersze to zupełnie co innego. Do wiersza muszę mieć spokój, wtedy cisza jest mi niezbędna. Tam jest ważny rytm, ja to muszę czuć, muszę słyszeć, nie lubię, jak mi się wtedy przeszkadza, to jest bardzo delikatne.

Czy pisząc wiersz, myślisz od razu o tym, że może będzie on prezentowany z muzyką?

Nie, aż tak nie myślę. Gdy piszę liczy się tylko słowo, brzmienie, rytm no i to, co da się tak naprawdę powiedzieć.

Ale tytuł twojego zbioru wierszy zebranych z wielu tomów jest wprost muzyczny.

Bo to moja ulubiona kompozycja Bartoka.

Słychać było jednak głosy, że tytuł narzucili ci krytycy, Joanna Orska i Grzegorz Jankowicz.

No nie, w Drobne! Drobne! jest też wiersz, zatytułowany tak, jak druga części III koncertu Bartoka, który kocham, Adagio religioso. I tytuł całości też ja wymyśliłem, krytycy tylko dobrali wiersze. Była zresztą nawet delikatna sprzeczka pomiędzy mną a Joasią o ten tytuł, bo jej się nie podobał. Grześkowi też nie, obydwoje nie byli przekonani. Uważali, że jest za długi, że za mocno odnosi się do Bartoka, że to jakiś link do czegoś. Ale mnie o to chodziło. Zresztą popatrz, tu na okładce jest zdjęcie partytury, mojej prywatnej. Zobacz, jak wygląda przebieg rytmiczny, tego się na ogół w fugach nie stosuje, raczej nie zmienia się taktu, a tu tak, tu są zmiany. W klasycznej fudze tego się nie robi, żeby temat się nie rozpadł. A Bartok wymyślił sobie coś innego, a mianowicie mimo zmian taktu temat się nie rozpada, bo ma charakterystyczny przebieg chromatyczny. On jest zawsze słyszalny i to spina całość. Czyli Bartok nie spina tym, czym spiąłby to każdy inny kompozytor, tylko robi to po swojemu. Wymyśla wszystko od początku do końca. Dlatego ta fuga jest tak wstrząsająca i dlatego jest uważana za arcydzieło.

I znów – wszystko było przemyślane, wszystko do siebie pasuje?

Tak. Gdyby tak nie było, nie byłoby wiersza.

Jednak czasem początkujący poeci, na przykład na warsztatach, dają się przekonać do rezygnacji z jakiegoś słowa, a nawet z całych wersów.

Jeżeli wszystko jest na swoim miejscu, to zabranie jednego słowa powoduje rozsypanie się całej konstrukcji i to od razu widać. Ale jeśli można zabrać cały wers i nic się nie sypnie, to znaczy, że należy to wyrzucić.

Często szczegółowo piszesz o rzeczach bardzo osobistych, wręcz fizjologicznie intymnych. Czy jest coś, o czym byś nie napisał, czy też nic, co ludzkie, nie jest obce twojej poezji?

Napisałabym o wszystkim pod warunkiem, że miałoby to ręce i nogi, i kontekst, i nie byłoby wyłącznie celem samym w sobie. Jeśli to mi w jakimś kontekście siedzi, leży, pasuje, jest konieczne, bo inaczej się nie da tego wyrazić, to tak, napiszę.

Drażni cię szufladkowanie, że jesteś pisarzem gejowskim?

W ogóle wszelkie szufladkowanie jest wkurzające, to jasne. To takie dziwne, przecież piszę muzykę, bo piszę muzykę. Jakbym malował obrazy jak Jacek Dehnel, a on naprawdę fajnie maluje, to bym malował obrazy.

Ale gdy piszesz literaturę, to z powodu poruszanych przez ciebie tematów, a nie z powodu osoby autora, następuje właśnie to zaszufladkowanie.

To oczywiste. I teraz to jeszcze narasta, jest bardzo krótkowzroczne i po prostu głupie. Wydaje mi się, że wiersz nie ma płci, nie ma orientacji seksualnej.

A jak jest z poezją kobiecą według ciebie – jest coś takiego, czy nie?

Ale co to właściwie znaczy?

Właśnie, jedni tego nie rozumieją, wręcz potrafią się na takie rozróżnienie żachnąć, a z drugiej strony ukazują się antologie kobiece i wtedy ten klucz płci ma jednak zastosowanie.

Ale ten klucz jest wyjątkowo głupi. No bo, na Boga jedynego, albo jest poezja, która jest dobra i tak jest niezależnie od tego, czy została napisana przez kobietę, czy przez mężczyznę, albo jej nie ma. Choć faktem jest, że w zależności od płci autora poezja może się różnić pewną perspektywą. Kobiety są bardziej nastawione na szczegół, na wrażenie. Kobieta wchodząc do pokoju hotelowego po rozkładzie plam i zagnieceń na prześcieradle natychmiast wie, co tam się działo. A facet tego nawet nie zauważy. Ale tu chodzi o rodzaj innej wrażliwości, który w pewien sposób jest rzeczywiście związany z płcią i fizjologią kobiecą. Jeśli już trzymać się tej terminologii, to utwory kobiece zawsze wydają mi się bardziej perełkowate, w tym sensie, że zawierają więcej szczegółów. Mniej rzeczy jest powiedzianych wprost. Pomyśl, czemu Flaubert powiedział: Pani Bovary to ja. I mamy ten opis miejsca, toaletka, przy której siedzi sobie pani Bovary: tu fiolka taka, koloru takiego czy takiego, a tu taka. Flaubert robi to z pełną premedytacją. Jak sobie spojrzysz, jakie kolory były, dlaczego te fiolki są tak opisywane, to widać wyraźnie przygotowanie do momentu samobójstwa. I to jest właśnie taki kobiecy sposób pisania. To się tylko gejom udaje, mężczyźni heteroseksualni tego nie potrafią. Tak samo myślę, że żaden facet nie zdołałby napisać w ten sposób Zestawu do śmierci, jak zrobiła to Susan Sontag. To jest po prostu całkowicie niesamowita książka. Utkana właśnie z takich rzeczy. Przecież tam są wyłącznie sugestie, na dodatek coraz słabsze: im głębiej się w to wchodzi i rzeczywiście dopiero na koniec człowiek się orientuje, że to ostatnie minuty podczas reanimacji, a potem już jest śmierć. I jestem pewien – nie chcę przesadzać, że żaden – ale niewielu facetów napisałoby to w ten sposób, co ona. To wynika z jej osobistej perspektywy i wrażliwości, która jest bardzo kobieca.

Wracając do twoich wierszy. One stanowią pewien zapis codzienności. Zbierasz na siebie różne wrażenia, okruchy dnia, jak na bibułkę.

Tak, codzienności. Staram się unikać patosu, zwłaszcza, że dość mocno balansuję w kierunku, który bardzo łatwo mógłby się rozwinąć w coś patetycznego.

Ale to się nie dzieje, nie ma ani śladu patosu.

No bo właśnie się staram, żeby nie było ani śladu.

A czy nie jesteś trochę takim nadwrażliwcem, który zwraca uwagę na rzeczy, których inni nie zauważają?

Ja zdecydowanie jestem nadwrażliwcem i to mi niestety bardzo często w życiu przeszkadza. To jest momentami wręcz obsesyjne, przyglądanie się non stop czemuś, znajdowanie miliarda szczegółów. W Pałacyku Bertolda Brechta jest pan Koralewski, który mówi: trzydzieści siedem pieprzyków na prawej, a trzydzieści sześć na lewej dłoni. Ja naprawdę te pieprzyki policzyłem.

Trywializujesz tymi szczegółami.

Tak, bo wtedy można więcej powiedzieć, ale nie popaść w banał. Pokazując banał, pokazuję śmiertelność całej codzienności.

Kto jest pierwszym czytelnikiem twoich wierszy?

Piotr Sommer, zazwyczaj.

Nie ktoś bliski?

No, tak, Łukasz, ale to wiadomo. Ja nie eksperymentuję, jak jemu się podoba, to znaczy, że jest dobrze.

Zdarzało się, że miał zastrzeżenia?

Tak, zdarzało się. Zresztą to on wymyślił tytuł nowej książki bo najpierw książka miała mieć tytuł Krystaliny, to są białka akomodujące w soczewce. Ale były już Och, Mitochondria. Łukasz uważał, że krystaliny kompletnie nie pasują. Jako tytuł wiersza – okej, ale jako tytuł książki – już nie. Zacząłem więc się zastanawiać nad innym tytułem, rozważałem Miejsce, bo przesiaduję w Miejscu. I nagle dotarł do mnie nowy tytuł. To są zawsze jakieś impulsy i nic nigdy nie powstaje ot tak. I o ile tekst dramatu może powstać tak po prostu, bo przecież aktorzy też go tworzą, o tyle żadna książka poetycka nie powstaje sama z siebie. I nie wiem dlaczego wielu artystów udaje, że jest inaczej. A może właśnie, gdyby tak było, to pisaliby lepsze rzeczy.

Czy zdarzyło się, że coś cię zirytowało jeśli chodzi o krytykę twoich wierszy?

Nie, nigdy. Czasami coś mnie śmieszyło, bo się krytycy zagalopowali moim zdaniem. Ale czytałem też na przykład taką pracę licencjacką, fajną, chłopak odniósł się do Th i rzeczywiście trafił perfekcyjnie, do pewnej filozofii buddyjskiej, która tam jest w środku. I znalazł na to dowody. Przeczytałem to z zaskoczeniem, to była praca Janka Lodzińskiego. On zresztą zrobił też ze mną wywiad do „Czasu Kultury”. A praca była świetna. Naprawdę się tego nie spodziewałem. W dodatku wpadł na jeden pomysł, który mnie nie przyszedł do głowy, było to bardzo inspirujące. I to jest właśnie ta frajda, którą ma twórca.

To ważne, jednak szkoda, że z pisania nie da się na ogół żyć. Ty pracowałeś jako magazynier, księgowy, ale też barman i manager w klubach. Byłeś też windykatorem. A co robisz teraz?

W tym momencie nie mam pracy. Czekam, aż zaczniemy działalności od września na Scenie_21QCK? Teraz robię tylko jakieś drobne rzeczy. Jest to stresujące. Może poza Polską da się żyć z pisania, ale tu się nie da.

Wyobraź sobie teraz jednak przez chwilę, że masz komfort finansowy, powiedzmy, jakieś szczodre stypendium. Czemu najchętniej byś się w takiej sytuacji poświęcił?

Wtedy skomponowałbym to, co mam do skomponowania, na pewno zająłbym się ukończeniem koncertu fortepianowego i klarnetowego, to rzeczy obiecane i rozgrzebane. No i na pewno chciałbym skończyć operę Jądro ciemności. To był pomysł Marcina Barana, który ma napisać libretto. Ja skomponowałem już prawie czterdzieści minut muzyki. Libretta jeszcze nie ma (śmiech), ale jakoś sobie poradzimy.

Jednak i bez stypendiów robisz mnóstwo rzeczy, sprawia to nawet wrażenie, jakbyś miał lekkie ADHD. W Poznaniu współorganizowałeś parady równości, potem założyłeś Scenę _21QCK, prowadzisz tu działania literackie, muzyczne i teatralne. No i jesteś też prezesem Stowarzyszenia QCK oraz członkiem redakcji miesięcznika mówionego „Gadający Pies”. Czy ty w ogóle sypiasz?

Tak, sypiam, aż tak strasznie nie jest. To bycie prezesem nie jest w ogóle czasochłonne. Mamy porządną ekipę w QCK i na scenie. Zdarzało się, że pracowało nawet siedemnaście osób. Teraz na chwilę zawiesiliśmy działalność, ale wtedy można było tydzień w tydzień robić literackie spektakle. Do zeszłego miesiąca, do spotkania z Kubą Kornhauserem, które było dwa tygodnie temu, od dwa tysiące jedenastego roku w sumie zrobiliśmy ponad czterysta dziesięć wydarzeń, łącznie ze spektaklami i koncertami. To było takich piętnaście lat. Generalnie cały rok działamy, ale ja sam nie dałbym sobie z tym rady, są też inni, którzy przy tym pracują.

A co robisz dla relaksu? Bo na ogół ludzie idą spotkać się wtedy z przyjaciółmi albo do knajpy na piwo, ale ty w takich okolicznościach zbierasz obserwacje.

Oglądam seriale, jak wszyscy. Z Marcinem Świetlickim wymieniamy się nowymi serialami, zawsze mi coś poleci. Gra o tron, Wikingowie, London Spy, House of Cards. Ale też parę innych, jak na przykład Downton Abbey. Lubię to po prostu. Siadamy wieczorem z Łukaszem, mamy wtedy taką swoją nasiadówkę z filmem albo właśnie z serialem. Siedzimy sobie i gadamy, dwie-trzy godziny, a potem – spać. Przy książce się nie relaksuję, za dużo widzę, to chyba przypadłość pisarzy.

Że już nie umiesz patrzeć na książki niewinnie?

No tak, tej niewinności już nie ma.

Patrząc wstecz – czy jest coś, co byś zmienił?

Nic bym nie zmienił.

I nic byś nie napisał inaczej?

Nie, nic.

A byłbyś skłonny poradzić coś młodym autorom, czy jesteś przeciwnikiem tego typu rad?

Jestem przeciwnikiem (śmiech). Ja mogę poradzić coś komuś, jeśli widzę konkretny tekst, pokazać co można zrobić inaczej.

Nic uniwersalnego?

Nie, każdy ma swoją ścieżkę, inaczej nie byłoby indywidualnych języków.

A do Krakowa przeniósłbyś się jeszcze raz?

Zdecydowanie tak. I właśnie: już wiem, co bym kiedyś mógł zrobić inaczej: wcześniej przeniósłbym się do Krakowa. To jest jedyna rzecz, którą bym zmienił. Głównie ze względu na aurę, choć poznańska też mi dobrze robi. Niestety nie jestem jednak skażony oceanem wolnego czasu.

 A mimo to dużo mi tego czasu poświęciłeś. Bardzo ci dziękuję za rozmowę.

W porządku, ale teraz stawiasz piwo (śmiech).

Z Edwardem Pasewiczem rozmawiała Beata Klimowicz, 4 maja 2016.

 

Przed przeczytaniem spal

Jest jakiś przekaz,
ale spal go przed przeczytaniem.
W popiele rozsmakuj się języku
nie przekładaj się ani nie jątrz;
tkanki już są gotowe
na spalone spółgłoski
i całkiem im nieźle idzie
w tej manifestacji
mroku i zwątpienia.

Telomer, telomer pokaż złogi,
tak śpiewają dzieci.
I twarze mają z woskowiny
i tak łatwo toną, chociaż
we własnym świecie sądzą
że płyną.

Jest jakiś przekaz,
pod wodą, pod czasem
pod innymi nazwiskami.

(Taki nawias: wiosenny
przy pierwszym wejrzeniu)

po kilku już więzi

(Z tomu Miejsce, wydawnictwo: WBPiCAK, planowana data publikacji: październik 2016).

 

Edward Pasewicz (ur. w 1971) – poeta, pisarz, dramaturg i kompozytor. Laureat VII edycji Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina. W 2004 roku otrzymał Medal Młodej Sztuki, w 2010 Nagrodę Specjalną Ministra Kultury. Wielokrotnie nominowany do głównych nagród literackich w kraju. Założyciel Sceny _21QCK, na której od 2010 roku prowadzi działania literackie, muzyczne i teatralne. Prezes zarządu Stowarzyszenia Queerowe Centrum Kultury (QCK). Członek redakcji  miesięcznika mówionego „Gadający Pies”.