Fot. Torben Dalhof

Fot. Torben Dalhof

Rafał Gawin: Dla polskich czytelników, a zwłaszcza krytyków literackich, jesteś pisarzem jakby z innej planety.

Grzegorz Wróblewski: Tak to może z pewnej odległości wyglądać. Niezbyt często pojawiam się na nadwiślańskich salonach i imprezach literackich. Dla mnie te zloty to z reguły koterie, zmarnowany czas… Kilkoro tych samych osobników, środowiskowe żale… Systemy powinności! Ciężkie, niezwykle ciężkie oddychanie naszych wrażliwych poetów i ich klakierów… Podobno w życiu wybiera się szkołę aikido, styl Oyama albo handel kurczakami.

Dlatego w Polsce publikowałem książki niekiedy w odjechanych oficynach. Od „Brulionu”, przez Bibliotekę Narodową, „Ritę Baum”, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, Formę, po WBPiCAK i Dom Literatury w Łodzi. Ostatnio, co prawda, w Biurze Literackim, ale to był wyjątek… Po siedemnastu latach od czasów Symbiozy  w tym samym miejscu. Poszczególne tytuły są do zlokalizowania w sieci. Ten, kto chce, może do mnie spokojnie dotrzeć. A jeśli chodzi o krytykę literacką, miałem z nią lepsze i gorsze fazy. Zjawisko wyraźnie falujące. I muszę przyznać, że definicja niedocenienia jest dla mnie równie paranoiczna, jak bycie lokalnym finalistą konkursów o Dzbanek Czarnoleskiego Miodu. Wygląda na to, że nadal jestem z Ziemi…

Mieszkasz w Danii, piszesz zarówno po polsku, jak i po duńsku, a równie często i gęsto publikujesz i udzielasz się na innych polach w krajach anglojęzycznych, także za oceanem. Gdzie dokładnie jest twoja Ziemia? Nie jest to pytanie jedynie o tożsamość ogólną, ale także literacką.

Tworzę prawie wyłącznie w języku polskim. Moje wszystkie duńskie książki to przekłady z polskiego (w kilku przypadkach jestem ich współtłumaczem). Zdarzały się sytuacje wyjątkowe, polegające na tym, że najpierw publikowałem tłumaczenia, a dopiero po jakimś czasie ukazywały się w Polsce wersje oryginalne. Tak było na przykład z Nową Kolonią –  w Danii była już na rynku cztery lata wcześniej niż w Polsce. Podobnie rzecz się miała z wieloma utworami opublikowanymi najpierw w pismach w Wielkiej Brytanii i USA. Po duńsku napisałem jedynie kilkanaście wierszy. Większość z nich została przełożona na polski przez Bogusławę Sochańską i umieszczona w zbiorze Wanna Hansenów (2013). To są moim zdaniem optymalne przekłady, nie ma w nich dysonansów, współgrają z pozostałymi tekstami z tego tomu… Mimo trzydziestu lat, które upłynęły od czasu, gdy zamieszkałem na stałe w Kopenhadze (z małymi przerwami na Londyn i Cambridge), język polski pozostał jednak moim językiem wyjściowym, podstawowym. Nie wyobrażam sobie, żebym pisał prozę czy poezję bezpośrednio po duńsku, szwedzku, angielsku. Przekłady i współpraca z tłumaczami to oczywiście zupełnie inna kwestia.

Janina Katz mawiała mi zawsze, że jest się stamtąd, gdzie posiada się własną szafę. Ja jej sugerowałem, że w moim przypadku chodziłoby o w miarę wygodne łóżko! Moja Ziemia jest chyba w dowolnym punkcie globu w momencie, kiedy tam przebywam… Mieści się we mnie, w moich paznokciach. Jest to z pewnością jakiś rodzaj materialistycznego agnostycyzmu, wrażenie, że mamy do czynienia wyłącznie z jednostkowym podmiotem poznającym (czyli polityczna niepoprawność, ale na bażanty nie zdarza mi się polować). Wołanie na Mlecznej Drodze, żeby zabrzmiało bardziej poetycko & lirycznie. W jakim języku myślę? Prawdopodobnie w polskim, natomiast rozmawiając z kimś po duńsku – zapewne w języku duńskim. Senne dialogi? Jestem przekonany, że chodziłoby tu ponownie o język polski. Chociaż o tych zapadkach świadomości, ośrodkowym układzie nerwowym nic nam przecież do końca nie wiadomo… Natomiast moja obecna ulica to ulica Elba, czyli Elbagade, w kopenhaskiej dzielnicy Amager. Na Elbie, jak wiadomo, więziono swego czasu przez trzysta dni Napoleona, a w 1954 roku w pobliżu tej wyspy rozbił się brytyjski samolot, nr rejsowy BOAC Flight 781, o czym donosił 11 stycznia 1954 roku „The New York Times”

Z jaką warstwą twoich tekstów krytyka literacka ma największy problem?

Odpowiedź nie jest skomplikowana. Część polskiej krytyki nie mogła mi wybaczyć tak zwanego minimalizmu, braku asocjacji śródziemnomorskich, genetycznej odrazy do szlaków pseudometafizycznych. Zamiast Herberta, całej tej tradycyjnej Polish School, zapis był często obiektywistyczny, pozbawiony obligatoryjnego i ukochanego, niezbędnego lirycznego akcentu i tak dalej. Ponadto książki były niekiedy hybrydami, łączyły w sobie różne gatunki literackie – poezję, prozę poetycką, miniesej, prozę, dramat. Nie do przełknięcia dla ekspertów specjalizujących się jedynie w puszystych ptakach wieczoru

Istnieje jednak kilka intrygujących przypadków. Niezły licencjat Mariki Langot (Uniwersytet Jagielloński) o problematyce miejskiej w moich wierszach czy tekst Henryka Berezy o Nowej Kolonii w nieistniejącym już piśmie „Pogranicza”. Zawodowy esej Włodzimierza Pessela w „Tekstach Drugich” (6/2014), może dlatego, że autor jest kulturoznawcą, spojrzał na moją duńską działalność z odpowiadającej mi antropologicznej perspektywy.

Na pewno bardzo ważne, wręcz przełomowe, są dla mnie szkice Anny Kałuży w książkach Bumerang, Wielkie wygrane czy Pod grą. Jak dziś znaczą wiersze, poetki i poeci. Albo posłowie w wierszach wybranych Hotelowe koty  (2010). Jeszcze inny charakter mają reakcje skandynawskie (Lars Bukdahl), amerykańskie (Marjorie Perloff) i tak dalej. Ostatnio w piśmie „Pleiades” (USA) interesującą introdukcję do zamieszczonych tam wierszy (z tomu Kosmonauci) zrobił tłumacz – Piotr Gwiazda. W tym samym numerze jest także kolejna wypowiedź na temat amerykańskiego wydania Kopenhagi, kanadyjskiego poety i krytyka – nazywa się Bruce Whiteman. Dobry szkic na temat tej samej książki, strategii translatorskiej Piotra Gwiazdy, napisała Elżbieta Wójcik-Leese. Miałem to szczęście w nieszczęściu, że książki wydawałem w różnych obszarach językowych. Nie byłem więc wyłącznie skazany na naszych filatelistów od metafory i Posejdona.

Problem miałkości, klakierstwa i odtwórczości polskiej krytyki literackiej rzeczywiście coraz bardziej się pogłębia. Czy widzisz jakiekolwiek światełko w tunelu, możliwość odbicia się od dna, po którym obecnie krytyka się czołga, możliwość nowego rozdania?

 Kiedyś w sieci natknąłem się na cytat z Winstona Churchilla: Lubię świnie. Psy patrzą na nas z podziwem, koty patrzą na nas z góry, a świnie traktują nas jak równych sobie. Oczekujemy ciągle kogoś na miarę Artura Sandauera czy Zbigniewa Bieńkowskiego. Każda generacja ma swoich opiekunów. Dla ludzi związanych ze środowiskiem „Nowego Wyrazu” takim guru był z pewnością Konstanty Pieńkosz. Co się dalej z nim stało? Gdzie podział się Tomasz Burek i poeci podziemni (Leszek Szaruga, Tomasz Jastrun, Antoni Pawlak)? To wszystko trwa zawsze kilka lat, potem zjawiają się następni kandydaci. Naturalna wymiana pokoleniowa. Roczniki sześćdziesiąte chyba nie miały większego szczęścia do krytyki. Kilku wiadomych naturszczyków, którzy dokonali podziału na kaskaderów i konserwatorów dzieł sztuki. Przegrani profesorzy (nadal rogowe oprawki, nieco mniejszych rozmiarów niż w latach siedemdziesiątych), operujący pozornie nowoczesnym językiem, ale myślący dość kwadratowo, przewidywalnie… Po 1989 roku wypromowali dotychczas nieznanych i oczywiście niezbyt nowatorsko myślących poetów. Na nic innego nie było ich stać. Wygodny układ. Musieli przecież utrzymać się przy wodopoju. Wystarczyła podmianka dekoracji, dredy i tak dalej, no i nagle mieliśmy na rynku zbuntowanych heroes, na których tak długo oczekiwała umęczona Redutami Ordona kraina.

Na Dolnym Mokotowie w Warszawie mawiało się jednak: Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Niczego już nie odmienimy. Sytuacja jest zawsze dynamiczna. Na przykład jakieś osiem-dziesięć lat temu miałem pewność, że czymś istotnym musi być pojawienie się na horyzoncie takich ludzi jak Anna Kałuża, Igor Stokfiszewski czy Rafał Wawrzyńczyk. Marzyłem wtedy o programie telewizyjnym czy radiowym, gdzie mogliby razem występować (mimo ewidentnych różnic między nimi), dokonać burzy mózgów, przełomu w polskiej krytyce. Niestety, nigdy do tego nie doszło. Nie mam pojęcia, co porabiają teraz Wawrzyńczyk i Stokfiszewski. Z tego, co mi się zdaje, dali sobie spokój z pisaniem o poezji… Anna Kałuża na szczęście walczy dalej na froncie. Jej szkice i eseje, dotyczące związków poezji z nauką, sztuką, polityką, światami najnowszych technologii i tak dalej to coś zdecydowanie progresywnego.

Ponadto wspomniana przez ciebie posucha… Czekamy więc na sygnał z centrali. To może nastąpić lada chwila. Czasy się szybko zmieniają. Krytyka literacka, poezja, proza potrafią być płynne, często ulegają przecież przemianom w momencie zawirowań społecznych, kiedy podnosi się lub obniża się poziom kultury materialnej, stopień opanowania środowiska naturalnego, charakter instytucji społecznych itd. To naczynia połączone. Polska przeżywa tak silne wstrząsy termiczne, że, jak w znanej punkowej piosence, nie ma winnych, są tylko zaskoczeni. Ludzie urodzeni w dwutysięcznym roku już niedługo zaczną odkładać pierwsze teksty do szuflad. Światło w tunelu… to dopiero co narodzone, czyhające na swoją kolejkę androidy!

O Czesławie Miłoszu, Zbigniewie Herbercie i Wisławie Szymborskiej mówi się, mniej lub bardziej słusznie, że byli hamulcowymi polskiej poezji. Podyktowali jej widzenie zwłaszcza poza krajem, czego efektem są bardzo zachowawcze i konserwatywne wybory zagranicznych tłumaczy, sięgających zazwyczaj po autorów kojarzonych z szeroko rozumianym neoklasycyzmem (Tomasz Różycki, Tadeusz Dąbrowski, Jacek Dehnel). Kogo tymczasem można by – analogicznie – nazwać hamulcowymi polskiej krytyki?

Wydaje mi się, że sprawa jest dość prosta. Na podobny temat rozmawiałem w zeszłym roku na amerykańskich uniwersytetach podczas trasy promującej moją książkę. Po tych wszystkich Derridach & Co., dekonstrukcjach i postmodernizmach, teoriach chaosu i tak dalej wiele osób wpadło w przerażenie, w zakłopotanie. Wielość możliwych interpretacji i odczytań tekstu stała się nagle czymś ponad ich siły. Naturalne (i jednocześnie paradoksalne), że swoją pozycję umocnili wtedy autorzy śródziemnomorscy, że wiedza boska stała się po raz kolejny atrakcyjnym punktem odniesienia. Wyjaśnienie bytu, poznanie jego właściwości – i kto tu najbardziej do tej łamigłówki pasuje? Oczywiście Polish School… Klony klonów. Polska ojczyzną poetów! Nowi piloci RAF-u. I małe wyjaśnienie. W Stanach systematycznie ukazują się antologie współczesnej poezji. Czytając je, moglibyśmy być zaskoczeni. Zamiast któregoś już tam pokolenia zainspirowanego bitnikami, szkołą nowojorską, poezją flarf czy konceptualną, odkrylibyśmy, że planeta jest bardzo rozpoznawalna, że na świecie nie ma nic nadzwyczajnego. Po prostu podobnie jak i w naszej krainie pszennych pól (jestem oblatany, nie zapominam o sadownikach i konflikcie na linii jabłko-Rosja), w USA nad poezją pracuje armia rozgoryczonych grafo. Różnica polega na tym, że są tam przeróżne interesujące nisze, potężne, posiadające wokół siebie zawodową infrastrukturę. Nad poetycką forpocztą czuwają, dbają o nią zarówno akademicy, jak i szybkie media. Są doskonałe wydawnictwa i prasa literacka. To świat wyraźnie pulsujący…

Hamulcowi polskiej krytyki? Koniunkturalność i dawanie ciała (zjawisko powszechne na całym globie)? Atrakcyjna ścieżka. Coś dla frustratów, szpiegów i melancholików! Na ten temat powinna powstać jakaś większa praca naukowa. Jeśli w tak zmasowany sposób dywaguje się obecnie o polskiej poezji po tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym roku, dlaczego prawie nikt nie zajął się analogiczną kwestią dotyczącą właśnie krytyki? Sprawa jest oczywista. Osoba, która by to rzetelnie i uczciwie zrobiła, musiałaby z miejsca ewakuować się na Tahiti. Syndykat nigdy by jej takiego opracowania nie wybaczył. Nastąpiłaby blokada na uczelniach, w mediach, nie mówiąc już o problemach czysto towarzyskich. Powiązania między krytykami, wydawcami, uniwersytetami i jurorami to przecież ewidentna sprawa. Mimo pozornych polemik, różnic generacyjnych, odmiennych manifestów, wszyscy się razem optymalnie zabawiają (usługi, zjazdy, redakcje, gazety, medaliony). Rodzaj strachu i paraliżu, brak odwagi, żeby się wychylić. Niepisana lista autorów, pomnikowych postaci, którym za żadne skarby nie można dowalić, i druga, z przyzwoleniem na ciężkie glanowanie. Zresztą każdy humanoid ma swojego hamulcowego. Każdy ma swoją drogę… Jeśli ktoś przypadkiem interesuje się moją literaturą, bez problemu odkryje, kogo miałbym tutaj na myśli.

Opowiedz polskiemu czytelnikowi, jak to się robi na Zachodzie, by autor był syty i krytyk cały, a jednocześnie by pojawiało się jak najwięcej ożywczych i inspirujących sporów i polemik.

Modele działań potrafią być bardzo różne (inaczej to wygląda na przykład w Wielkiej Brytanii, a jeszcze inaczej w USA), więc może kilka słów o rozwiązaniach duńskich. Tutejsza muzyka, sztuka, film, literatura, architektura, design – od dziesięcioleci zdobywają rynki światowe. W Polsce niezbyt dużo się na ten temat wie, oczywiście kojarzy się Larsa von Triera i pomysł Dogmy, ale już o poetce Inger Christensen mało kto słyszał, nie wspominając o postpunkowym poecie Michaelu Strungem… Pewnie wszyscy kojarzymy definicję efektu korzyści odroczonych w czasie. Są tu oczywiście nagrody dla twórców znajdujących się na najwyższym szczeblu drabinki, ale Duńska Państwowa Fundacja Sztuki i niezliczone fundacje prywatne starają się systematycznie wspierać (i są to niekiedy naprawdę duże kwoty) ludzi działających na obrzeżach, eksperymentujących formalnie i tak dalej. Chodzi o pragmatyczne myślenie. O wzmocnienie literatury i sztuki tak zwanego środka. Tej, która sprawdza się komercyjnie. Promowanie nowych rozwiązań, obecność na rynku wielu zróżnicowanych twórców to doskonała pożywka dla reżyserów, dramaturgów, autorów powieści kryminalnych czy obyczajowej prozy. Mogą się oni nieustannie rozwijać warsztatowo, mając obok siebie kolegów idących pod prąd, przebijających się do przodu. Ci ludzie podsuwają im niezliczone pomysły i techniczne rozwiązania… Wiadomo, jaki jest tego rezultat – choćby niesłychany sukces skandynawskiego kryminału. Wydawnictwa i wytwórnie filmowe zarabiają w ten sposób potężną kasę. Część zysków przeznaczają na promocję nowych nazwisk, wiedząc, że inwestycja szybko im się zwróci. I tak to właśnie w dużym uproszczeniu wygląda. Im więcej poligonów badawczych, tym silniejszy będzie środek, tym więcej ekonomii i jednocześnie przełomu. Są pieniądze dla projektów ostro odjechanych, krytycy nie są izolowani, mają bazę, możliwość rozwoju. Ta strategia nie blokuje konstruktywnych sporów i polemik. Wyglądają one natomiast zupełnie inaczej niż nad Wisłą. W zasadzie nie istnieją wszystkie te generacyjne pretensje, dotyczą bardziej kwestii oryginalności, wyczulenia na stagnację i tym podobnie. Książki poetyckie omawiane są często w największych dziennikach duńskich, rzecz u nas prawie nie do pomyślenia.

Pisanie to tylko część twojej krucjaty przeciwko ziemskiemu Babilonowi. Jak do ciebie najlepiej dotrzeć? Czego wysłuchać? Co zobaczyć?

To rodzaj większego poligonu. Równolegle z literaturą zajmuję się sztuką. Początkowo były to działania z instalacjami i grafiką komputerową, potem skoncentrowałem się wyłącznie na płótnach, na rodzaju kaligraficznych obrazów. Niektóre z nich wykonuję także technikami mieszanymi (mixed media). Brałem udział w wielu wystawach zbiorowych i indywidualnych, przede wszystkim w Danii, ale także w Niemczech czy Wielkiej Brytanii. Dopiero niedawno, w trzydzieści lat po wyjeździe z Polski, mogłem zaprezentować je w Muzeum Literatury w Warszawie, potem w Katowicach, Galerii Miejskiej w Gdańsku i Domu Literatury w Łodzi. Nie mam na razie pojęcia, kiedy znowu polska publiczność będzie miała okazję ponownie te obrazy zobaczyć. To są często czynniki ode mnie niezależne. Logistyka, duże koszty i tak dalej. Mamy jednak Internet, gdzie znajduje się masa linków, przykładów. Ponadto wszystkie te działania z muzyką, z ciekawymi artystami. Współpracuję na przykład z Pawłem Kelnerem (z grupy Deuter), nagrywam płytę z pochodzącym z Sarajewa Amirem Hadziahmetovicem (kilka kawałków można znaleźć na YouTubie). Ostatnio powstał artbook Blue Pueblo. Projekt z Wojtkiem Wilczykiem. To jego fotografie, zrobione w kopenhaskiej dzielnicy Amager, (gdzie od dłuższego czasu mieszkam), którym towarzyszy mój tekst. Pokazywaliśmy to w BWA Zielona Góra i w MOCAK-u w Krakowie. Temat-rzeka! W Łodzi, przy okazji promocji Namiestnika (2015), doszło do czytania performatywnego tytułowego dramatu. Publiczność mogła przynajmniej częściowo zaznajomić się z moim dramatem. To działka w Polsce kompletnie nieznana, sztuki funkcjonują obecnie na zasadzie zapisów literackich, nie ma ich w teatrach. Marzy mi się w Polandowie instytucja-kurator z prawdziwego zdarzenia. Chciałbym zorganizować choćby kilkudniową akcję, w ramach której mógłbym te wszystkie media bardziej szczegółowo zaprezentować.

Dość często posądza się ciebie o o’haryzm, od którego się dystansujesz. Twoje wiersze są jednak silnie zakorzenione w poetykach, mówiąc w pewnym uproszczeniu, zaoceanowych. Czy w ogóle w USA można odnaleźć jeden z kluczy do odczytania twoich wierszy i próz?

Mówiłem już o tym przy różnych okazjach. W Polsce doszło do jakiegoś ewidentnego przegięcia, przestrzeń naśmiewa się z tego naszego wątpliwego wynalazku, z o’haryzmu. Kolejną wpadką był podział na tak zwanych barbarzyńców i klasycystów. Żeby się nie powtarzać, zacytuję fragment wywiadu z dwa tysiące siódmego roku („Cyc Gada”); myślę, że to nadal (niestety) aktualne: Nikogo tu nie mordujemy, prowadzimy za to delikatną „pracę oświatową”. Nie nadużywamy hasła  „Exegi monumentum aere perennius”. Żeby dokonywać jakichkolwiek zestawień i klasyfikacji, należy posiadać naprawdę dużą wiedzę (ja to nazywam „bazą”). Pewne „definicje”, uogólnienia przyszły naszym nadwiślańskim ekspertom jednak zbyt łatwo… O’Hara właściwie jest w Polsce nieznany (czy raczej znany bardzo powierzchownie), ledwie „muśnięty”, mimo wyboru Piotra Sommera i wcześniejszych przekładów Hartwig czy Międzyrzeckiego, może doczekamy kiedyś kolejnych, to samo dotyczy innych ciekawych pisarzy z kręgu „szkoły nowojorskiej”, na przykład zmarłej niedawno Barbary Guest. Temat nadal dziewiczy i czeka na swoich „odkrywców”, co się może zresztą wydać dziwne, biorąc pod uwagę nasze gęste, lokalne fantasmagorie: banaliści, o’haryści, barbarzyńcy, klasycyści, minimaliści i tak dalej. Musimy też pamiętać, że wspominamy tu autorów „prehistorycznych”. Tymczasem sporo się w ostatnich dwudziestu–trzydziestu latach na planecie Ziemia zdarzyło. I nie tylko w Ameryce. Jest interesująca „The London School”, młodzi poeci, tacy jak Jonathan Asser, Annie Freud, John Stammers, Tim Turnbull, nie wspominając o nieco starszym pokoleniu… Przydałby się w Polsce jakiś solidny wybór wierszy Hugo Williamsa, coś Australijczyków – Kinselli czy Trantera.

I tak można w kółko. Prowincjonalni (w sensie umysłowym) krytycy wmawiają nam niestworzone, mało przemyślane bzdety. To przecież zbiorowa halucynacja. Dlaczego tylu ludzi (młodych, starych, matriarchatów i zapaśników, eko-, homo-, unikających baraniny, bla-bla-bla, Talibanowo Górne i Dolne…) dało się na to nabrać?

Przyjechałem do Kopenhagi w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym piątym roku. Dopiero po jakimś czasie, w latach dziewięćdziesiątych, zacząłem publikować (przekłady) w Wielkiej Brytanii, USA, Australii i tak dalej. Najpierw w pismach, potem przyszły arkusze poetyckie, wreszcie regularne książki. Wcześniej działałem prawie wyłącznie w Polsce i Danii. Z Polski przywiozłem Andrzeja Bursę, a w Kopenhadze zapoznałem się z poezją Michaela Strunge. Nigdy nie byłem specjalnie przejęty szkołą nowojorską czy bitnikami. Ceniłem sobie za to trzy pierwsze zbiory Reznikoffa czy niektóre wiersze Williama C. Williamsa. Podobnie z Czechami – Blatny i Wernisch… Ponieważ polscy kombinatorzy (nie można nazwać ich krytykami) wmawiali mi wpływy anglojęzyczne, postanowiłem sprawdzić rzecz bezpośrednio, doprowadziłem do przekładów i nagle okazało się, że mogę także funkcjonować poza strefą polsko-duńską. Zadebiutowałem w słynnym „London Magazine” u Alana Rossa, a potem zaczęła się przygoda w USA i tak dalej. Miałem szczęście do tłumaczy. Nie potrzebowałem protekcji. Zrobiłem tych wszystkich egzaltowanych kolegów od puszystego ptaka wieczoru (again, hasło padło już wcześniej, tutaj proszę wpisać odpowiednie nazwiska, nie zamierzam robić Babilończykom darmowej reklamy) w odpowiedni sposób… Na szczęście nie jestem i nigdy nie byłem w ich peletonie.

Często mówisz o Bursie, podkreślasz znaczenie wierszy Krzysztofa Jaworskiego, również w wydanym przez Dom Literatury w Łodzi Namiestniku  znalazł się wiersz na ten temat. Czy to już cały twój kanon, jeśli chodzi o literaturę XX wieku? Czy jednak zbytnio nie upraszczasz tego, co się stało (i co się nie stało) w polskiej poezji ostatnich lat, wrzucając wielu do jednego worka z napisem sztuczne odpady?

Rozumiem, że koncentrujemy się tutaj na polskiej poezji XX i początku XXI wieku. W przeciwnym razie musielibyśmy zapodać jakieś większe „opracowanie”… Jak można przypuszczać, w moim tak zwanym kanonie znajduje się spora liczba autorów tworzących niekoniecznie w języku polskim. Są oczywiście różne metody czytania (obserwowania) literatury (sztuki). Można to robić autorami, poszczególnymi kawałkami, cyklami i tak dalej. U mnie raczej to drugie. Bardzo rzadko się zdarza, żeby jakiś osobnik utrzymał formę przez całe życie. Często mówię o Bursie, ponieważ właśnie ten autor wydaje mi się progresywny i spójny, traktuję go całościowo (jako jeden z nielicznych przypadków). To niezwykle udane i charyzmatyczne rejestry! Cenię zarówno wiersze (których napisał stosunkowo mało, nie wiadomo, jakby to wyglądało, gdyby trochę dłużej pooddychał na Ziemi), jak i Zabicie ciotki czy Luizę. Podobnych wrażeń nigdy nie miałem, czytając innych niepokornych kolegów po fachu, jak Stachura, Babiński, Milczewski-Bruno czy Różański. Są mi obojętni. Moim zdaniem niczego istotnego nie dokonali. Natomiast znalazłem sporo interesujących rzeczy u Białoszewskiego i Czycza. Zdecydowanie przejmujące  akcenty mamy u Grochowiaka, Broniewskiego, Tuwima… Kilka wierszy autentystów (Ożóg), początki Różewicza… Lubię ostatnie, przedśmiertne wiersze Miłosza, które tak mocno zakłopotały krytykę. Mapa pogody, książka-finisz Iwaszkiewicza, to na pewno istotny zbiór.

Pamiętam lata siedemdziesiąte i początek osiemdziesiątych, kiedy mieszkałem jeszcze w Polsce, wtedy na rynku dominowali Warzecha, Gizella, Esden-Tempski, Mira Kuś, Antkowiak, Jurewicz, Józef Baran i tak dalej. To właśnie oni byli bohaterami festiwali i prasy literackiej. Nic z tego nie przetrwało próby czasu. Podobnie (choć to zupełnie inna parafia) stanie się z Zagajewskim-Kornhauserem (zaraz zaczną mnie wieszać). I z panią Julią Hartwig. Jakieś trasy Miłobędzkiej? A co zrobić z Bogusławem Duchem i Leszkiem Kieniewiczem? W kompletne zapomnienie popadli goście subkulturowi, na przykład Katarzyna Anna Dziki czy Wojciech „Tarzan” Michalewski (Mistycy i narkomani). U „Tarzana” mieliśmy do czynienia z cięższym uderzeniem, to nie były sztuczne, harcerskie klimaty i pola makowe (w stylu na przykład Piotra Bratkowskiego). Nikt już nie ma pojęcia, że istniało coś takiego jak wydawnictwo z pacyfką (prowadzone przez Hermesa z Krakowa). Pozwolisz, że zacytuję mój ulubiony wiersz Michalewskiego, tak charakterystyczny dla tamtych klimatów:

Wojciech „Tarzan” Michalewski

pod celą

stoją godziny

stoją mury

stoi koja

stoi kibel

stoi klawisz

a ja siedzę

Z poezją Krzysztofa Jaworskiego zapoznałem się na początku lat dziewięćdziesiątych. Debiutowaliśmy w fioletowej serii „Brulionu”. Z miejsca się zorientowałem, że jest to twórczość maksymalna. I podobnie jak u Bursy, interesujące są dla mnie jego wszystkie rzeczy – zbiory poetyckie, proza, dramaty, scenariusze. Jaworski to postać wyjątkowa. Na razie nie było na jego temat zbyt wielu solidnych opracowań. Dusze monet  to jedna z najważniejszych książek poetyckich wydanych kiedykolwiek w Polsce. Zamiast wspominać nieustannie o związkach tej literatury z kulturą popularną, ktoś powinien w końcu skoncentrować się na ewidentnie egzystencjalnym, uniwersalnym charakterem (przesłaniem) jego utworów. Przez ostatnie dwadzieścia pięć lat myślę o cyklu siedmiu wierszy Wojtka Wilczyka, który ukazał się w „Brulionie” nr 14-15/1990. Totalny zestaw obiektywistycznych tekstów! Pamiętam towarzyszące mu komentarze Stali, Nyczka i Artura Grabowskiego. Chyba do końca nie wiedzieli, z czym tak naprawdę mają do czynienia. Na takie otwarcie nikt nie był wtedy w Polsce przygotowany.

Sztucznymi odpadami  nie zawracam sobie głowy ani siedzenia. Klony trzymają się dobrze, posiadają swoją obsługę krytyczną, brylują za oceanami, gdzie godnie reprezentują polską poezję współczesną. Natomiast z pewnością duży potencjał posiadają tacy interesujący autorzy, jak Renata Senktas, Natalia Malek, Adam Zdrodowski czy Piotr Janicki. To są odmienne poetyki, co bardzo cieszy, wielość artystycznych propozycji oznacza, że do końca nie zostaliśmy zmanipulowani przez nasze ponure centrum dowodzenia. Optymalnie czyta się Konrada Górę, jego wizja świata, całego tego politycznego zewnętrznego układu sił  jest mi dość bliska. I jeszcze wspomniany już wcześniej Rafał Wawrzyńczyk. Strasznie szkoda, że wycofał się z tej całej zabawy, że przestał publikować… Potężny talent, dla mnie najistotniejszy spośród młodszych roczników. Mam wielką nadzieję, że jakiś sensowny, odważny redaktor namówi go szybko na druk wierszy wybranych, że on jednak w którymś momencie powróci na scenę. Tymczasem można nadal odnaleźć w sieci jego serie, arkusze poetyckie, takie jak: Upside Down, Takie i takie, Drzewa/Almighty Rod of Pleasure czy Kiedy kończę frytki. Gdyby Wawrzyńczyk został w odpowiednim czasie dostrzeżony, wypuścił kilka książek, zupełnie inaczej wyglądałby teraz krajobraz naszej najnowszej poezji.

Żyjemy w kraju, w którym gusty literackie dyktuje Nagroda Nike, a obowiązujące poetyki – „Literatura na Świecie” i „Twórczość”. Jak patrzysz na tak mało skomplikowaną mapę literacką z perspektywy planety Kopenhaga?

Kuriozalne hierarchie… Klasyk, chyba jeszcze z Lincolna: można wszystkich oszukiwać jakiś czas, nielicznych cały czas, ale nie da się oszukiwać wszystkich cały czas. Wiadomo, co mogę o tym myśleć – o medalach, pomnikach i nieudanych akwarelach. Jakby nie można było tego inaczej rozwiązać… Zamiast spektakularnych nagród, patologicznego gospodarowania kasą (często publiczną), powinno się rozdać rokującym tak zwane nadzieje małolatom porządne stypendia, żeby trochę ruszyli w przestrzeń, pomieszkali sobie w jakimś Kioto czy przy Alice Rock, poznali ludzi, przestali być tacy wiecznie zakompleksieni i nadęci… Wiadomo również, co sądzę o wypowiedziach na temat powinności i definicji poezji, które jakiś czas temu opublikowała „Gazeta Wyborcza” (inna sprawa to koniunkturalność tego niby jedynego obiektywnego w Polsce dziennika, w tym przypadku ewidentny lęk redaktorów przed zbliżającymi się wyborami; nie chodziło o poezję, ale raczej o przypodobanie się tak zwanym tradycjonalistom, patriotom i tak dalej). Pocieszam się, że mamy obecnie do czynienia z przeróżnymi poligonami. Wiersze ekologiczne, komputerowe, feministyczne… Większe, mniejsze ośrodki… Kraina nadal oddycha. I całe szczęście! Urozmaicenie oznacza szansę na zmiany, wyjście z impasu.

Rozwiń, proszę, na których z tych polskich poligonów widzisz największy potencjał. Najgłośniejsi byli neolingwiści warszawscy, ale słuch po nich powoli ginie. Krzyczą i epatują nowymi rozwiązaniami dla starego dadaizmu poeci cybernetyczni, co nawet zauważył jakiś czas temu „Tygodnik Powszechny”.

 Trwa nadrabianie strat. Pamiętasz modę sprzed kilku lat na OuLiPo? Natomiast dadaizm nigdy tak naprawdę nie był w Polsce rozpracowany. Niby słyszano o takich ludziach jak Hugo Ball, Tristan Tzara, Kurt Schwitters. Nie traktowano ich jednak poważnie. Nie wywarli na naszą literaturę większego wpływu. Zupełnie inaczej stało się na Zachodzie i USA (znów temat-rzeka). Tam to nazwiska niezwykle istotne, mające olbrzymie znaczenie dla obecnych ruchów, eksperymentów. Od razu myślę sobie na przykład o kawałku Hugo Balla Gadji beri bimba, który tak fajnie zrealizowali Talking Heads; o Schwittersie i jego kolażach czy artystycznych instalacjach, o wszystkich tych przejściach między dada, konstruktywizmem i surrealizmem. John Cage – wiadomo, jakie były inspiracje… Nad Wisłę trafiało to wszystko z dużym opóźnieniem, nie było do końca zrozumiane…

Natomiast w epoce internetowej szanse teoretycznie się wyrównują. Trzeba jednak pamiętać, że poezja cybernetyczna to nadal aktywny (!) udział człowieka. Maszynki wszystkiego same nie wygenerują. Musimy jeszcze trochę poczekać na autora-cyborga. Pewnych spraw się tak szybko nie przeskoczy. Dobrze, że jest Łukasz Podgórni i reszta entuzjastów. Ciekawe, czy Paweł Kozioł zdoła nas jeszcze czymś oryginalnym zaskoczyć… Neolingwiści warszawscy powinni natomiast poczytać sobie gruntownie przedpotopowe, ale ciągle pulsujące utwory autorów związanych z amerykańskim L=A=N=G=U=A=G=E (na przykład Rona Sillimana). Potem zrobić małą przerwę, przemyśleć kilka zasadniczych spraw i zabrać się do lektury takich ludzi jak choćby J.H. Prynne (Wielka Brytania). Dać sobie wreszcie spokój z tymi nieudanymi rymowankami i składankami. Nie chodzi oczywiście wyłącznie o współczesne idee w stylu anarchizującego indywidualizmu. Myślę, że te odnowy mogą nadejść z bardzo nieoczekiwanych środowisk, to wcale nie muszą być określone grupy poetyckie, manifesty-gotowce; że takie solowe przełomy już powoli mają miejsce. Kwestia, czy konkretni autorzy zostaną w porę rozpoznani, czy zapewni im się jakiekolwiek serwisowanie. Zastanawia mnie także, czy w obecnej sytuacji (talibanizacja), nie pojawi się w końcu jakaś szalona siostrzyczka zakonna i nie pociągnie poezji religijnej (quasi-religijnej) w sposób odmienny od księdza Twardowskiego, Pasierba, Oszajcy… Z Polski wyjechały w ostatnich latach miliony młodych ludzi. Może więc za jakiś czas doczekamy się czegoś innego niż Greenpoint (Jackowo) (Boże, coś Polskę…). Może ta nowa diaspora wzmocni w przyszłości rynek naszej poezji i zacznie odgrywać większą rolę na mapie kultury?

Babilon, o którym w tej rozmowie często wspominamy, ma wiele twarzy. Czy jakaś z nich budzi twoją szczególną niechęć? Stanowi zagrożenie dla rozwoju młodej literatury, która nie zdążyła się uwikłać w środowiskowe dupowlaztwa i konwenanse?

Starzy hippisi obracają teraz mięsem i ropą naftową, a rodzime punki i postpunki tłoczą się przed konfesjonałem. Babilon to nasza ucieczka i niemoc. To kompromisy, bez których ponoć nie dałoby się żyć. Wpada w nie każdy, w mniejszym lub większym stopniu. Ile takich przypadków! Lodowce nikogo nie omijają. Najpierw gorące westchnienia, tak zwana wola walki (nie rozmawiajmy o sprawach prywatnych, liczą się tylko idee), a potem już tradycyjna działalność pod stołem. Peany na cześć obligatoryjnego monetaryzmu i ekonomii podaży. Babilon nie upadł, skończył się natomiast Amazon. Z tym jeszcze nikt nigdy nie wygrał. Zagrożeniem jest sam proces oddychania. Złota szukali na Ziemi ojcowie, którzy przybyli do nas z Syriusza. Społeczeństwa obywatelskie? Purpuraci uwalają się reńskimi winami. Dziewice w raju już się szykują do sesji. Może więc przynajmniej jakieś zapisy komentujące wesołą pracę korporacyjną? Więcej wspomnień o dawaniu ciała przed kamerami, coś bezpośrednio z tej niby realnej linii frontu?

Z Grzegorzem Wróblewskim rozmawiał Rafał Gawin, sierpień – wrzesień 2015; uaktualnienie: maj 2016.

Rozmowa (w innej redakcji, autorstwa Roberta Rutkowskiego, który również odpowiada za jej tytuł), ukazała się w Kwartalniku Artystyczno-Literackim „Arterie” nr 2(21)/2015.

 

Grzegorz Wróblewski (ur. 1962) – poeta, prozaik, dramaturg i malarz. Debiutował zbiorem wierszy Ciamkowatość życia  (1992), ostatnio opublikował: w Polsce Kosmonautów  (2015), Blue Pueblo  (2015) i Namiestnika  (2015), w USA Kopenhagę  (2013) i Let’s Go Back to the Mainland  (2014), a w Danii Digte  (2015). Uczestnik działań artystycznych kopenhaskiej grupy Totem. Miał wystawy między innymi w Danii, Niemczech, Wielkiej Brytanii, Polsce (w Muzeum Literatury w Warszawie i w Gdańskiej Galerii Guntera Grassa). Występował z wieloma znanymi muzykami sceny jazzowej (Johnem Tchicai, Haroldem Rubinem, Lotte Anker i Olgą Magieres); współtworzył grupy Slurp i Piano & Poetry. Członek Duńskiego Związku Pisarzy (Dansk Forfatterforening). Tłumaczony między innymi na język duński, angielski, czeski, słowacki, węgierski, słoweński, wietnamski, norweski, szwedzki, rosyjski, hiszpański i niemiecki. Od 1985 mieszka w Kopenhadze.

Fot. Ewelina Kołodziejczyk

Fot. Ewelina Kołodziejczyk

Rafał Gawin (ur. 1984) – poeta, okazjonalnie krytyk, redaktor, korektor i sekretarka „Arterii”, konferansjer i reanimator kultury. Wydał arkusz Przymiarki  (2009) oraz książki poetyckie Wycieczki osobiste / Code of change  (2011) i Zachód słońca w Kurwidołach (2016).  Tłumaczony również na język bułgarski i rosyjski. Publikował w prasie literackiej i kulturalnej oraz w antologiach, ostatnio w Co piłka robi z człowiekiem? Młodość, futbol i literatura (2012) i Przewodniku po zaminowanym terenie (2016). Mieszka w Łodzi, gdzie pracuje jako instruktor w dziale imprez Domu Literatury. Prowadzi blog gawin.liberte.pl.