Cezary Rucki

Fot. Cezary Rucki

Beata Klimowicz: Od kilku dni wiemy, że pańska książka znalazła się na liście czternastu książek zakwalifikowanych do półfinału Nagrody Literackiej Europy Środkowej Angelus  2015. Czy gdyby został pan tegorocznym laureatem, byłoby to równie ważne jak nagroda, którą otrzymał pan równo dziesięć lat temu za swój debiut poetycki?

Jacek Dehnel: Mało co tak szkodzi psyche, jak dzielenie skóry na żywych niedźwiedziach. I ja z zasady nie dzielę. Nie zastanawiam się, jaki wpływ będzie miała nagroda, na co przeznaczę pieniądze i tak dalej. Natomiast dekadę temu dostałem tak naprawdę dwie nagrody, jedna była wynikiem drugiej: dzięki Nagrodzie Kościelskich mogłem wydać Lalę, za którą z kolei wręczono mi Paszport „Polityki”. I myślę, że to właśnie ta koniunkcja dwóch bardzo ważnych, ale zarazem odmiennych wyróżnień tyle mi dała. Nagroda Kościelskich jest konserwatywna, krakowska, profesorska, dostojna, Paszport jest dziennikarski, dynamiczny, młody. I połączone siły tych dwóch jury sprawiły, że wyszedłem z cienia, gdzie siedziałem jak każdy początkujący pisarz.

Początkowo miał pan być malarzem – czy więc pierwszym pana dziełem o walorach artystycznych był tekst czy obraz?

Nie wiem, jak mierzyć walory artystyczne sztuki dziecięcej, ale sądzę, że raczej rysunki; pierwszą wystawę indywidualną  miałem w wieku lat ośmiu. A pisać zacząłem pod koniec podstawówki i w liceum.

Jak pan teraz ocenia swoje pierwsze prace: bez emocji, krytycznie czy też z sentymentem?

W ogóle nie oceniam, bo mam świadomość, że to był zupełnie inny obieg, czeladniczy. Uczyłem się malowania, uczyłem się pisania… to, swoją drogą, jakoś tam ciekawe, że jako ośmio- czy dziesięcioletni chłopiec miałem poczucie, że uczę się pewnych rozwiązań artystycznych, że podpatrywałem dość świadomie różne rzeczy u mistrzów. Ale to zasługa mojej matki, malarki. Niemniej nawet jeśli to gdzieś pokazywałem, to i publiczność, i ja mieliśmy świadomość, że to są produkty wyobraźni i umiejętności dziecka, więc przykładaliśmy wszyscy do tego inną miarę.

A kiedy wiedział pan już, że pójdzie w kierunku literatury?

Że interesuje mnie pisanie, wiedziałem od czasów liceum, ale podejrzewałem, że odbiorę ogólne wykształcenie na MISH-u, potem zaś będę utrzymywał się z malowania, a pisał dla przyjemności. Po tych dwóch nagrodach, które nie tylko umieściły mnie pośród rozpoznawalnych głosów nowego pokolenia, ale w dodatku poskutkowały na przykład zaproszeniem mnie do współprowadzenia Łossskotu, okazało się, że jest wręcz odwrotnie – literatura i sprawy okołoliterackie będą zajmowały większość mojego czasu, a malowanie znajdzie się gdzieś na marginesie.

Łossskot – jakie to było doświadczenie?

Ciekawe, bo znalazłem się w zupełnie nieznanej wcześniej roli, musiałem przyzwyczaić się do kamery, do zwyczajów telewizyjnych, do osobowości wszystkich członków ekipy. Z pewnością sporo dzięki temu zyskałem – rozmawiałem z wieloma znakomitymi postaciami, z którymi bym pewnie nie porozmawiał, jak Wajda, Nyman, Greenaway; leciałem helikopterem, zwiedziłem wesołe miasteczko nocą, siedziałem przy ognisku z romskimi rodzinami. Udało mi się doprowadzić do omówienia kilku naprawdę ważnych, lecz niemedialnych  dzieł. Przeczytałem ileś książek, widziałem ileś spektakli, wystaw, filmów – nie zawsze udanych, ale bilans był z pewnością pozytywny. Wreszcie przez trzy lata zarobiłem na tym sporą sumę, która częściowo stała się moim udziałem w naszym mieszkaniu, a częściowo służy jako finansowa poduszka, bo w wolnych zawodach tak już jest, że dochody są nierówne i nieregularne, więc trzeba mieć jakieś zabezpieczenie.

Czy musiał pan – lub nadal może musi – przełamywać w sobie jakieś słabości, bariery, czy też pana cechy raczej sprzyjają osiąganiu literackich celów?

Jedno nie wyklucza drugiego. Jakieś pewnie cechy i okoliczności sprzyjają: urodziłem się w domu pełnym książek, gdzie mówiono bogatą polszczyzną; od dziecka rozwijano moją wyobraźnię, prowadzono ze mną rozmowy jak z dorosłym i tak dalej. Dzięki temu jestem wygadany i nie peszę się w sytuacjach społecznych. Nauczyłem się pracowitości artystycznej, która jest innego rodzaju niż naukowa, mniej systematyczna, bardziej porywista, napadowa. Ale równocześnie czasem trudno mi się zdyscyplinować, potrafię zmarnować cały dzień na niczym; jestem zapalonym polemistą, co przydaje się w pisaniu felietonów, ale sprawia, że internetowe spory pożerają mi mnóstwo czasu. Wychowano mnie tak, żebym odpisywał na wszystkie listy, co sprawia, że mam trochę męczących korespondentów, których nie umiem spławić. Mam tendencję do łapania się za wiele rzeczy, rozmieniania się na drobne.

Rzeczywiście, przeczytałam opinię jednego z krytyków, że ma pan tendencję odpowiadać nawet na zaczepki zupełnie błahe i bzdurne, na hejterskie komentarze internetowych trolli czy złośliwe felietony. Czy można więc powiedzieć, że Internet jest dla pana ważnym medium?

Owszem, bardzo. Internet należy do tych mediów, które interesują mnie najbardziej, to znaczy tekstowych – telewizji nie oglądam od lat, radia prawie nie słucham, natomiast wiedzę o życiu czerpię – poza bezpośrednim doświadczeniem oczywiście – głównie z książek, czasopism oraz Internetu. Dużo publikuję i dużo czytam na Facebooku, który jest portalem specyficznym, to znaczy niemal całkowicie zależnym od tego, jakich dobierzemy sobie znajomych – wbrew obiegowej opinii o jałowości fejsa trafiają tam również (jeśli odpowiednio dobierzemy znajomych) fascynujące artykuły, nieoczekiwane obrazy i tak dalej. Z notki przeczytanej w Internecie wziął się pomysł na Saturna, w necie znalazłem też pierwszą informację o oszustwach matki Makryny i wzmiankę o postaci, która stanowi jeden z pierwowzorów bohatera pisanej teraz powieści, pana Krivoklata.

Czy mówi pan o Dzienniku roku chrystusowego, który ma trafić na półki w listopadzie?

Nie, Dziennik… to, jak sama nazwa wskazuje, dziennik – zapis jednego roku, od moich trzydziestych trzecich do trzydziestych czwartych urodzin, czyli roku chrystusowego właśnie. Natomiast Krivoklat  to pastisz Bernharda, opowiadający o człowieku, który zajmuje się niszczeniem arcydzieł w wielkich muzeach Europy. Ale to dopiero w pisaniu i nie wiem, czy cokolwiek z tego wyjdzie.

Nawiązując do pana skłonności, by łapać się za wiele rzeczy – chyba musiał odpowiadać panu tryb Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych na Uniwersytecie Warszawskim. Czy te studia pomogły panu w rozwoju literackim?

Owszem, w tym sensie, że zrobiłem magisterium na polonistyce, więc chodziłem na zajęcia z teorii literatury, z poetyki, z rozmaitych epok literackich – ale to tylko pewien aspekt sprawy. MISH przede wszystkim pomógł mi w rozwoju ogólnym; miałem wspaniałych, otwierających nam oczy wykładowców, czytałem znakomite teksty, które do dziś do mnie wracają, szeroko szukałem: historia sztuki, antropologia, kulturoznawstwo, estetyka, rysunek na ASP, anatomia dla artystów na Akademii Medycznej, języki. Świetny czas.

Czy był ktoś, kto miał na pan szczególny wpływ, pomógł się panu twórczo ukształtować lub określić? Mistrz?

Bardzo wiele było takich osób; nie żyjemy przecież w próżni. Począwszy od moich dziadków i rodziców, ze szczególnym uwzględnieniem mojej babci Lali, znakomitej opowiadaczki historii, i mojej mamy, malarki, przez nauczycieli szkolnych i akademickich oraz ogromną rzeszę pisarzy i pisarek, którzy okazali się dla mnie ważni, a kończąc na krytykach, czytelnikach, jurorach i tak dalej – bo wielu z nich dało mi do myślenia i jakoś się przyłożyło do tego, że moje książki wyglądają tak, jak wyglądają. Ale nie miałem jednego mistrza, jak w opowieściach o młodym karatece. Literatura to zbyt złożona sprawa, żeby wystarczyła jedna osoba.

Wracając na chwilę do Kolekcji, pana pierwszej książki – zbioru opowiadań nagrodzonych w konkursie literackim Miasta Gdańska w 1998 roku która została opublikowana, gdy miał pan osiemnaście lat. Czy to był ten moment, gdy pomyślał pan jestem pisarzem?

Nie, nie sądzę. Miałem wrażenie, że dostałem nagrodę fuksem i że jest to ogromnie miłe, ale pisarza ze mnie nie robi; w notkach biograficznych jeszcze przez parę lat podawałem zajmuje się pisaniem wierszy i prozy.  Dopiero kiedy Miłosz napisał o mnie jako o poecie, stwierdziłem, że mam do tego prawo. A z prozaikiem  to nawet nie pamiętam, chyba ktoś to dał w notce w Wikipedii i wydawnictwo w biogramie na okładce. I tak już na długi czas zostało: poeta, pisarz, tłumacz, malarz, na jednym wydechu. Piotr czasem tak się do mnie żartem zwraca.

To chyba musiało przedłużać panów współpracę nad wydaną ostatnio Tajemnicą domu Helclów. Ale mówiąc serio: jak w praktyce wyglądała ta współpraca? Wcześniej razem z Piotrem Tarczyńskim przełożyli panowie powieść Hotel de Dream  Edmunda White’a. Pisanie wspólnej powieści jest jednak czymś innym.

Zdecydowanie, zwłaszcza że Hotel de Dream  jest powieścią w powieści i ewentualne różnice w naszym języku jedynie mogły wyjść na korzyć całości poprzez dalsze jeszcze zróżnicowanie tekstu wewnętrznego, który tłumaczył Piotr, i ramowego, nad którym ja pracowałem. Tutaj musieliśmy znaleźć wspólny ton, co było łatwe o tyle, że był on, powiedzmy sobie, cudzy. Od początku wiedzieliśmy, że ma to być wypadkowa stylu Agathy Christie i satyry mieszczańskiej z końca dziewiętnastego wieku, czyli Moralności pani Dulskiej  i komedii Bałuckiego, powiedzmy. I udało się to na tyle sprawnie przeprowadzić, że nie tylko czytelnicy nie potrafią teraz odróżnić fragmentów tłumaczonych przeze mnie od tych, które wyszły spod ręki Piotra, ale i my mamy z tym pewne kłopoty.

Miłosz napisał rekomendację pana pierwszego tomu poetyckiego Pochwała przemijania. Było to w 2001 roku, lecz publikacja tych wierszy nastąpiła dopiero w roku 2006, w zbiorze Wiersze 1999 – 2004. Co było przyczyną opóźnienia druku?

To, co zwykle w takich razach: nikt tego nie chciał wydrukować po prostu. Z początku zresztą nie miałem pojęcia, jak wygląda rynek wydawniczy, i wydawało mi się, że młody autor może opublikować książkę właściwie tylko w wyniku wygrania konkursu, gdzie pierwsza nagroda oznacza druk książki. Ale po pewnym czasie zacząłem szukać innych możliwości – w tym, między innymi, napisałem do Miłosza. Myli się jednak, kto sądzi, że taka rekomendacja otwierała wszystkie drzwi. Na szczęście w końcu trafił mi się pierwszy wydawca z prawdziwego zdarzenia, czyli Zielona Sowa, do której posłałem wiersze za radą mojego przyjaciela i poety, Maćka Woźniaka. Ale w międzyczasie napisałem już właściwie cały nowy tom i redaktorzy, Grzegorz Nurek i Roman Honet, chcieli wybrać najlepsze teksty z obu tych książek poetyckich. Nie zgodziłem się – więc wybrali wiersze nowsze, Żywoty równoległe. I za zgodą Miłosza przenieśliśmy na nie rekomendację. W pół roku później, już w ramach konkursu Tyska Zima Poetycka, wyszła Wyprawa na południe, a jesienią dostałem Nagrodę Kościelskich i Paweł Dunin-Wąsowicz zaproponował mi wydanie wszystkich tych tomów, czyli niepublikowanej Pochwały… i dwóch wydanych książkowo, w jednym tomie, który zatytułowaliśmy banalnie Wiersze.

Tajemnica domu Helclów  to kolejna powieść, w której widać nie tylko fascynację czasem minionym, ale wręcz upodobanie, a może nawet nostalgię za przeszłością. W debiutanckim tomie Żywoty równoległe, za który otrzymał pan Nagrodę Kościelskich, wiersze są antydatowane o około sto lat. Zbiera pan też stare przedmioty, gazety. Część swoich zbiorów wykorzystał pan w Fotoplastikonie, pisząc ekfrazy do zamieszczonych w nim starych zdjęć i pocztówek. Co powoduje pana tak duże zainteresowanie przeszłością?

Teraźniejszość, którą żyjemy, składa się w miażdżącej części z przeszłości; mało jest wokół nas rzeczy nowych: począwszy od kosmosu, przez Ziemię, kontynenty, gatunki roślin i zwierząt, miasta, języki, tradycje, słowa… My nakładamy tylko cienką warstewkę na wszystkie warstwy pozostawione przez poprzednie pokolenia, ba, przez czasy, w których człowiek jeszcze nie istniał. Jeśli mówimy o świecie wokół nas, mówimy tak naprawdę o przeszłości.

Przeszłość przywołuje też obecnie realizowany Projekt Tajny Detektyw. Na kilku internetowych stronach można przeczytać, że to płyta, książka, wystawy, koncerty i blog, przybliżające międzywojenne przestępstwa, opisywane w tabloidzie „Tajny Detektyw”. Na jednej ze stron znalazło się też zdanie: Dziś takich przestępców już nie ma!  Czy mógłby pan powiedzieć, co jest celem tego projektu?

Chcemy przywrócić wiedzę o fenomenie wydawniczym, jakim był przedwojenny tygodnik, należący do imperium „Ilustrowanego Kuryera Codziennego”. „Tajny Detektyw” opisywał przestępstwa i zbrodnie, głównie polskie, choć sięgał i za granicę, najchętniej do Stanów i Francji, i tym samym stanowi niezwykłą panoramę prawdziwego życia w dwudziestoleciu. Dziś jest to okres bardzo zmitologizowany – wydaje się, że wówczas każdy miał dworek na Wołyniu, pił herbatę z filiżanek i cwałował na gniadoszu, tymczasem był to czas potwornej nędzy, brutalności, nierówności społecznych; czas, w którym szerokie masy żyły w poczuciu ciągłego zagrożenia, kraj rozrywany był konfliktami politycznymi i narodowościowymi, a przede wszystkim – zgnębiony wielkim kryzysem. Dlatego też publikujemy płytę z dziesięcioma piosenkami o prawdziwych zbrodniach i przestępstwach z kobietami w roli głównej – czy to przestępczyni, czy ofiary – a także książkę z dość obszernym wyborem tekstów z „Tajnego Detektywa”, ułożonym w sproblematyzowane rozdziały o różnych aspektach ówczesnego życia.

Wspomniał pan przy jakiejś okazji, że lubi „podpuszczać” czytelników i że w wartościowych dziełach literackich są głębsze warstwy do których trzeba umieć się doskrobać. Jeśliby zebrać nałożoną przez pana patynę czasu, nawet w Balzakianach, co będzie z tymi głębiej położonymi warstwami?

Ale to doskrobywanie się nie polega na usuwaniu bagażu czasu; łatwo nam wejść w historię z dziewiętnastego wieku, ze średniowiecza czy z przyszłości, mamy to skonwencjonalizowane i wiemy, jak czytać opowieść o robotach, dziejącą się za lat tysiąc, a jak Faraona czy Ivanhoe. Tym bardziej nie chodzi o jakiś jeden ukryty sens, będący moją opinią na temat trwałości literatury względem dziejów – gdyby tak było, napisałbym jedną książkę, tam zaszyfrował wiadomość,  i po sprawie.

Ukryte sensy łączą się raczej z różnymi poziomami czytania. Najprostszy polega na zapamiętaniu bohaterów i śledzeniu akcji, nieco wyższy – na zwracaniu uwagi na obrazowanie, styl, co subtelniejsze żarty, kolejny – na odkrywaniu aluzji i tropów kulturowych, jeszcze wyższy – na lekturze na poziomie meta, kiedy to konkretni bohaterowie i wydarzenia stają się mniej istotni, a czytelnika bardziej interesuje, jak książka jest uszyta  i tak dalej.

W jednym z wywiadów użył pan również określenia, że lubi szturchnąć łokciem reflektor i oświetlić kogoś stojącego z boku. Nie kryje pan też, że ten reflektor ma kolorową szybkę, podbarwia. Z drugiej jednak strony pana powieści nie są historycznym gonzo ani historią alternatywną, gdyż dodana przez pana fikcja jedynie uzupełnia luki, nie przeinaczając historii. Co więcej, opisywany przez pana kontekst historyczny bywa określany mianem wspaniałego przedstawienia czasów. Tak jest na przykład w przypadku Matki Makryny czy Saturna, ukazującego naszym oczom postać Javiera Goi. Do tego dochodzi specyficzny język bohaterów. Jak długo przygotowywał się pan do napisania tych powieści?  

Do Makryny  dłużej, w sumie spędziłem nad nią pięć lat, powolutku przegrzebując się przez stosy fachowej literatury – od początku wiedziałem, że to ogromny materiał, kiedy więc dostałem miesięczne stypendium w rezydencji pisarskiej Ledig House (w Omi w stanie Nowy Jork), było dla mnie jasne, że nie pojadę tam z całą biblioteką. Ale tak się szczęśliwie złożyło, że wpadłem na pomysł pisania o Goi, a do tego trzeba mi było nieco mniej materiałów, więc za ocean jechałem z kilkoma zaledwie biografiami, albumami i katalogami; na miejscu czekały już na mnie kolejne, kupione na eBayu. Oczywiście w Omi nie napisałem całego Saturna, trwało to znacznie dłużej, a potem wróciłem do czytania o Towiańskim, Makrynie, Słowackim, Zmartwychwstańcach… Wreszcie uzyskałem zgodę zgromadzenia na odwiedzenie rzymskiego archiwum, gdzie spoczywają listy założycieli zakonu, którzy Makryną się opiekowali i mieli z nią bardzo złożone relacje. I to był chyba już ostatni element układanki: przeczytanie, a raczej pospieszne przefotografowanie rękopisów i druków w Rzymie, w końcu sama praca pisarska.

Czy ma pan w zwyczaju omawiać z kimś swoje literackie pomysły i kto jest pierwszym czytelnikiem pana tekstów?

Pomysły omawiam z rozmaitymi osobami: przyjaciółmi, znajomymi, z wydawcami mojej prozy i poezji. Natomiast pierwszym czytelnikiem jest na ogół Piotr, czasem na bieżąco, jeśli chodzi o krótkie teksty, na przykład felietony i wywiady, czasem musi przysiąść na dłużej, jeśli chodzi o grubszą rzecz, choćby powieść.

Czy zapisuje pan pomysły, słowa, czyjeś wypowiedzi? Jak było na przykład w przypadku Lali?

Lalę pisałem z pamięci – z tej dalekiej, narastającej przez lata, i najbliższej, bieżącej; prowadziłem wtedy dziennik, dość zresztą nieregularnie – w tym sensie znacznie sumienniejszy w rejestrowaniu rzeczywistości jest Dziennik roku chrystusowego. Nie mam notesików z celnymi frazami, zdarza mi się natomiast zapisać coś w esemesie i wstawiać jako statusy na Facebooku. Czasem wyrasta z tego większa całość, jakiś felieton, powiedzmy. Sporo statusów fejsowych weszło też do Dziennika… .

Rada Języka Polskiego przyznała panu tytuł Honorowego Ambasadora Polszczyzny, a potem – Młodego Ambasadora Polszczyzny. W pana tekstach prawie nie ma wulgarnych słów, lecz nie odżegnuje się pan od nich, a nawet docenia ich rolę. Czy jednak nie razi pana styl niektórych współczesnych wypowiedzi literackich?

Oczywiście, że razi. Mnóstwo książek jest źle napisanych, mnóstwo – źle zredagowanych. Bo nie chodzi tylko o wulgarność języka, która zresztą jest czasem usprawiedliwiona treścią i światem przedstawionym – trudno, żeby gangsterzy mówili motyla noga, prawda? – ale o ogólne ubóstwo językowe, błędy gramatyczne, a nawet ortograficzne, wreszcie: nieudolne przekłady, które pojawiają się niekiedy nawet w publikacjach szacownych wydawnictw. Niestety, rynek książki w Polsce jest bardzo biedny, standardy dramatycznie obniżono, w związku z tym wydawnictwa oszczędzają na redaktorach, tłumaczach, korekcie. A to z kolei sprawia, że kolejne pokolenie czytelnicze wyrasta w kiepskiej polszczyźnie.

Powiedział pan kiedyś, że jest pedantyczny, jeśli chodzi o organizację materiałów na komputerze. To z pewnością pomaga również studentom o niespokojnych umysłach, jak określa osoby studiujące na MISH sama uczelnia. A czy pana miejsce do pracy pisarskiej jest też dobrze zorganizowane?

Tak kiedyś powiedziałem? Ha, widać kiedyś miałem większy porządek, bo teraz już bym takich deklaracji nie składał. A czy miejsce pracy jest dobrze zorganizowane? Chyba nieźle, jakoś w nim się odnajduję i na ogół też odnajduję większość potrzebnych rzeczy, choć nie jest tak, że nigdy mi się nic nie zapodziewa. Mam też pod ręką, co wydaje mi się istotne, różne ładne drobne przedmioty, żeby w przerwach było na czym oko zawiesić. To pomaga.

Czy ma pan konkretną porę dnia lub nocy przeznaczoną na pisanie?

Na ogół piszę wieczorami. Najwięcej i najciekawiej mi się pisze w tym czasie przed zaśnięciem, kiedy głowa nieco opada mi na klawiaturę, ale przychodzą do niej ciekawe metafory i pomysły; następnego dnia trzeba to oczywiście cyzelować, bo wkradają się zawsze jakieś niezręczności i błędy.

Jak pan uważa – czy można nauczyć się pisać poezję, pisać prozę? Chodzi mi o szanse na to, że ktoś, kto nie wyrósł na gruncie artystycznych, rodzinnych tradycji może nauczyć się dobrze pisać, na przykład na kursach pisania?

Wszystkiego można się nauczyć. Sam zresztą brałem udział w takich kursach jako wykładowca, jeśli więc bym w to nie wierzył, byłbym szarlatanem. Uważam natomiast, że nauczyciele mogą tylko wskazać pewne kierunki, nauczyć spojrzenia na literaturę, wnikliwości w odczytywaniu różnych konstrukcji i tricków pisarskich. Natomiast ciężar nauki zawsze spoczywa przede wszystkim na kursantach – i polega przede wszystkim na czytaniu, czytaniu i jeszcze raz czytaniu. Pisarstwa każdy uczy się sam, terminując u największych mistrzów literatury. Kursy to tylko pomoc.

Jakie ma pana zdanie na temat publikowania dzieł literackich własnym sumptem autora?

Znamy z historii wiele dzieł tak publikowanych – a nawet takich, które przez całe lata w ogóle nie zostały wydane, a są wybitne. Ale w dzisiejszych czasach to przeżytek, chyba że chodzi o jakieś problemy społeczno-polityczne, na przykład cenzurę i anonimowo wydawane samizdaty. W normalnych warunkach publikacja własnym sumptem autora oznacza, że nie znalazł się nikt, kto przepuściłby tę książkę przez sito selekcyjne. W końcu za biurkami w wydawnictwach siedzą ludzie, którzy chcą odkryć talent, opublikować bestseller i zarobić krocie – problem w tym, że większość produkcji literackiej w ogóle nie nadaje się do druku. Ale autorzy niechętnie przyjmują to do wiadomości…

Właśnie – jak radzić sobie z krytyką, co pomaga uporać się z nią emocjonalnie? Nie mówię tu o nieliczących się – z racji amatorszczyzny lub hejterstwa – wypowiedziach czy recenzjach, lecz o głosach opiniotwórczych.

Z negatywnej, ale mądrej krytyki można się tylko cieszyć. Nie ma większego prezentu od czytelnika niż konstruktywna krytyka tekstu, wykazująca jego błędy. Tu nie ma co się  uporywać, tu się należy radować i nanosić poprawki.

Oczekuję po tym poecie wielu twórczych spełnień – tak napisał o panu Czesław Miłosz. Czego oczekuje pan sam od siebie? Jakie ma pan plany?

Oczekuję robienia tego samego co dotychczas, na różnych polach – tylko z lepszymi rezultatami. A w sensie najbliższych planów wydawniczych: w tym roku wychodzi książka i płyta Tajny Detektyw, spacerownik po stupięćdziesięcioletniej historii Muzeum Narodowego w Warszawie Proteusz, a także, czy może przede wszystkim, Dziennik roku chrystusowego. W połączeniu z wydaną już Tajemnicą domu Helclów  i przekładem Dokręcania śruby  Jamesa – pracowity i obfity w książki rok.

Poświęcił pan tej rozmowie dużo czasu i uwagi, bardzo dziękuję! A prywatnie dodam, że mam wielką nadzieję na kolejne zagadki rozsupłane przez profesorową Szczupaczyńską.

To w gruncie rzeczy zależy od naszych czytelników. Jeśli książka osiągnie komercyjny sukces, to będą kolejne tomy – bo po to się pisze komercyjne książki, żeby trafiały w dużych nakładach do masowego czytelnika. A jeśli nie, to mamy za sobą miłą literacką przygodę i sporo życzliwych recenzji.

Z Jackiem Dehnelem rozmawiała Beata Klimowicz, 24 sierpnia 2015.

Jacek Dehnel (ur. 1980 w Gdańsku) – poeta, prozaik, tłumacz, malarz. Wydał siedem książek poetyckich, cztery translatorskie, osiem prozatorskich (dwa tomy opowiadań, dwa tomy krótkich próz o zdjęciach i o mapach, zbiór minipowieści i trzy powieści). Laureat między innymi Nagrody Kościelskich (2005) i Paszportu „Polityki” (2006), czterokrotnie nominowany do nagrody Nike. Mieszka w Warszawie.

Tekst ukazał się na blogu Beaty Klimowicz oraz na portalu pisarze.pl. Redakcja LP dziękuje Jackowi Dehnelowi za zgodę na ponowną publikację.