Rafał Gawin: Pierwsze pytanie będzie tendencyjne, tak jak tendencyjne jest przysłowiowe utrzymywanie się z pisania w Polsce A.D. 2017. Jakim kablem najskuteczniej nawiązać z tobą łączność?

DSC_0052

Radosław Wiśniewski

Radosław Wiśniewski: Polecamy kabel w potrójnym ekranie, z pokryciem 91-procentowym oplotem, żyłą środkową z czystej miedzi, grubości 1,13 milimetra, niezłe współczynniki tłumienia ma ten kabel, naprawdę daje radę. Kiedy przychodzi klient i mówi z progu firmy: Panie, ten kabel do telewizji, ale ten lepszy!  – to ja od razu wiem, który nawijać. Ale oprócz tego sprzedaję też piąty rok kamery do monitoringu, wzmacniacze do GSM, anteny satelitarne, do telewizji naziemnej, radia, złącza. Pełna lista zakładu handlu uspołecznionego, któremu oddaję najlepsze lata mojego życia, obejmuje około 5 tysięcy aktywnych pozycji. Nie ma żartów.

Mówisz tak, jakby na przykład literatura, o którą cię w tym merkantylnym sensie zapytałem, to była sprawa niepoważna.

Jest bardzo poważna i ważna, ale żyjemy w sytuacji, kiedy po dwudziestu pięciu, może dwudziestu siedmiu latach zidiocania społeczeństwa mamy poziom czytelnictwa, który jest w porównaniu do – na przykład podobnie doświadczonych przez komunizm Czech – katastrofalny. Ludzie, wśród których żyjemy, swobodnie wyobrażają sobie życie bez książki, ale nie wyobrażają sobie życia bez grilla, disco polo, telewizji, a wiedzę o świecie nader często czerpią z Wykop.pl albo podobnych serwisów, gdzie świat jest memem. To jest rozległy temat, pewnie na osobną rozmowę, ale z pisania raczej się nie da wyżyć. Natomiast można i trzeba, o ile traktuje się pisanie poważnie, wprowadzić sobie pisanie i czytanie do planu dnia, co nie jest aż takie trudne. Wiadomo – dzieci, zmęczenie, robota, dojazdy, zakupy, ale można, a nawet trzeba próbować. Jeżeli zatem pytasz o mnie – nie, nie żyję z pisania, co jest dla mnie z jednej strony gorzkim doświadczeniem, bo ciągle mam poczucie, że wielu książek, tekstów nie stworzę, nie dam rady, wymkną mi się, nie dopracuję, nie zapiszę nawet pomysłu. Nie mówię już nawet o zaległościach lekturowych, a czytanie jest przecież częścią odwrotnej strony pisania. Z drugiej strony fakt, że nie zależę od pisania ani ja, ani los mojej rodziny – daje też rodzaj luzu i swobody. Nie muszę nic robić. Jak kolejna książka – do czego przywykłem – nie zostanie zauważona, zrecenzowana dobrze lub źle, nominowana, omówiona, to nic wielkiego się nie zdarzy. Będę sobie pisał dalej. Bo z pisaniem jest trochę jak z graniem na instrumencie. Grasz nawet wtedy, kiedy nikt nie słucha. Ba, bywa, że wtedy się gra najlepsze kawałki, najlepsze solówki!

Jak poznałeś Zenona Kałużę?

Musiał mieszkać we mnie od dawna, spychany na margines przez bardziej natchnione, patetyczne twory. Zenek zapisywał jakieś bardzo proste rzeczy, na boku, w dzienniku, niemal w konspirze. I kiedyś zajrzałem w te jego notatki, podzieliłem na wersy i wyszło coś zupełnie nowego, dziwnego, nie mojego. I to nie moje mnie zafascynowało. Było blisko – tak mi się wydaje – normalnego nurtu życia, takiej poezji jak z piosenek Jana Krzysztofa Kelusa:

(…) Pies nam trochę się zestarzał
już ma siwy pysk i uszy
– „Czy on z dzikiem skrzyżowany
czy go panie mróz oprószył?”

Raz powiedział napotkany
na przystanku PKS-u
człowiek, który dotąd nie wie,
że przez chwilę był poetą (…)

Dlaczego tak długo się ujawniał?

On się tak długo ujawniał, bo najpierw sam musiałem się do niego przekonać, mieć pewność, że ta przygoda nadaje się na zebranie jej w formie książki z wierszami. A druga sprawa, która zadecydowała, że droga Zenona była długa i wyboista, jest zupełnie przyziemna. Średni czas oczekiwania na druk książki z wierszami w Polsce to dwa lata, a Zenka skazałem na ponad cztery lata lodówki. Najpierw wysyłałem go na konkursy – trafiał do finału w Strzelinie, Olkuszu, Świdnicy, raz chyba był w nominacjach w Tyskiej Zimie Poetyckiej. Tak sobie wymyśliłem, że fajnie byłoby wygrać jeden z tych konkursów jako Zenon. Jako Radosław nawet nie startowałem w tych konkurach. Potem, kiedy już stało się jasne, że nic z tego nie będzie – zacząłem wysyłać do wydawnictw, które jeszcze wydają wiersze. W jednym byliśmy już po słowie, ale wydawca zobaczył moje zdjęcie z jedynej demonstracji KOD, na jakiej byłem jakieś półtora roku temu, i powiedział, że jednak rezygnuje z wydania. Potem zrezygnował z rezygnacji z wydania, ale byliśmy już po słowie w „Arteriach”, więc podziękowałem uprzejmie za rezygnację z rezygnacji, ale ja nie zrezygnowałem. I tak szast-prast minęły cztery czy pięć lat. A od napisania najstarszych szkiców z tej książki – pewnie i więcej niż dziesięć.

Skoro już Zenek wyszedł z szafy, gdzie najpewniej można go spotkać?

Chciałbym, żeby można go było spotkać po prostu – w porannym pociągu do roboty, na rowerze, jak jedzie wykąpać się na Żwirowni koło Kantorowic, gdzieś w okolicach parku nad fosą w Brzegu, czasem może kawałek dalej. Normalny facet w normalnych miejscach. Facet, z którego możesz czytać jak z książki, bo jest wyrazisty, ale bez chamstwa i nadęcia zarazem.

Ale jednak Zenek potrzebował adwokata w twojej osobie. I, jak widać w wierszach z najnowszego tomu pod tytułem Dzienniki Zenona Kałuży, nie jesteś adwokatem diabła. Nie wolałeś, jak na przykład Olgerd Dziechciarz Tytusowi Żalgirdasowi czy Fernando Pessoa wielu heteronimom, oddać Zenkowi głosu całkowicie?

Na początku miałem taki pomysł, żeby całkowicie oddać mu głos, twarz, napisaliśmy nawet wspólnie z Małgosią (żoną – przyp. R.G.) jego życiorys. Jednak z czasem zacząłem odkrywać wiele pokrewieństw z Zenkiem; coś, co było dla mnie obce, wtórne, stawało się coraz bardziej moje, własne, zintegrowane. Poza tym od czasu, gdy Konrad Góra powitał mnie w Tajnych Kompletach zawołaniem: Dzień dobry, panie Kałuża!, dotarło do mnie, że naprawdę być może dużo mniej mnie dzieli od Zenona, niż mi się z początku wydawało. Żarliwość przeszła w zwyczajne wkurwienie – i tyle. Jak pisał Jonasz Kofta:

Synteza nam nie wychodzi,

nie szkodzi, jesteśmy młodzi.

Ciekawe, czy świat się zmieni,

gdy z młodych gniewnych

wyrosną starzy wkurwieni.

.

Ja jestem już bardziej po stronie tego drugiego, nie gniewu. Gniew ma jakiś cel, wierzy w swoją sprawczość. Wkurwienie to coś, co pozostaje po solidnym pierdolnięciu głową w mur. Ja wiem, że to brzydkie słowo „pierdolnięcie”, ale inaczej się tego nie da nazwać.

Z Dariuszem Pado opublikowałeś dwa tak zwane maksisingle poetyckie – RAJ/JAR (2005) i Korzenie drzewa (2008). To unikatowa kooperacja w polskiej poezji. Planujesz jeszcze kiedyś podobne działania?

Trudno powiedzieć. To był niezwykły czas chyba dla nas obu – niemal pierwsze lata dwutysięczne. Wydaje mi się, że takie współbrzmienia są poza możliwościami zaplanowania, skalkulowania czegokolwiek. Jako żart opowiadaliśmy z Darkiem znajomym, że następny krok to pisanie wspólnych wierszy – każdy po dwa wersy. Ale chyba to by było za wiele. Po Korzeniach drzewach wiosną 2009 roku stworzyliśmy na jeden sezon wspólny projekt z Raphaelem Rogińskim pod tytułem Geniza i zrobiliśmy kilka sztuk, w tym trzy niezwykłe – w podkarpackich synagogach – jesienią i zimą na przełomie 2009 i 2010 roku, a potem nasze literackie drogi trochę się rozeszły. Co jakiś czas dajemy razem życie jakimś pomysłom, ale to chyba nie ta energia, co kiedyś. Tamte lata: 2002-2008 były jakoś niezwykłe. Potem nas życie rozprowadziło do zajęć domowych. Ale wiesz, ostatnio za to złapaliśmy się z Tomkiem Bohajedynem, którego na oczy nie widziałem i znam tylko z Internetu, a który użyczył mi swojej pracy na okładkę. On ma bardzo dużo znakomitych prac plastycznych, w zasadzie rzuca nimi jak z rękawa. I wśród tych prac jest wiele historii podwodnych, jakieś u-booty, peryskopy. Zupełnie jak w moich niektórych wierszach, gdzie, ku zgrozie patryjotów, pełno jest u-bootów, Kretschmerów i innych takich. Umówiliśmy się, że zmontujemy sobie wspólną książkę z jego ilustracjami, a moimi – wydanymi już wcześniej tu i ówdzie – wierszami. To nie jest ten sam rodzaj kooperacji, ale duch – podobny. No, tylko że jak mają być obrazki Tomka, to musi być kreda i kolor, więc to byłby bardzo drogi w edycji i sprzedaży gift. Bo przecież książka z wierszami to jest bardziej gift niż książka.

Od twojego debiutu minęło czternaście lat. Nikt z przydomkiem (Biblioteka „Undergruntu”, 2003), jak i Albedo (Biblioteka „Studium”, 2006) są już praktycznie niedostępne. Nie myślałeś o jakiejś formie wznowień? Wierszach zebranych lub wybranych?

Nie wiem, czy byłaby klientela na wznowienia. To po pierwsze. Po drugie – debiut jest co najmniej w połowie słabiutki, wolałbym go nie reedytować w tej formie, w jakiej poszedł w serii „Undergruntu”. Dwa lata po debiucie zrobiliśmy wirtualną wersję debiutu z Piotrem Wiktorem Lorkowskim. Nie miało tych ewidentnych słabizn, nazywało się bodaj Tam i z powrotem, już chyba nie do znalezienia w sieci. Co do wierszy wybranych czy zebranych – dużo bardziej mi odpowiada ta pierwsza formuła, ale nie sądzę, żeby była taka potrzeba, dopóki mam w sobie otwarte drzwi na kolejne wiersze, kolejne cykle i pomysły, jak zbierać to w całość. Mówiąc krótko, dopóki mam rozgrzebane nowe książki z wierszami – nie czas na podsumowania. A poza tym – bądźmy poważni – wiersze wybrane autora, który nie dostał w życiu nawet nominacji do poważnej nagrody, to w dzisiejszych czasach gest podejrzany. A na pewno samobójczy dla wydawcy. Chyba zamiast wybranych wierszy wolałbym robić takie projekty jak z Darkiem Pado czy, jeżeli się uda, z Tomkiem Bohajedynem – wiersze odczytane na nowo, w nowych zderzeniach i kontekstach, w niewielkich liczbach. Wiersze wybrane – za dziesięć-piętnaście lat, zebrane – przed śmiercią, jeżeli kogokolwiek jeszcze to będzie obchodziło, łącznie ze mną.

Jesteś dinozaurem polskiego liternetu. Przypomnisz młodszym czytelnikom, jak wyglądały jego początki?

No tak, swojego pierwszego bloga założyłem w 2003 roku, czyli czternaście lat temu, dla Internetu to już nie era, ale całe eony. Początki były przaśne, ale było chyba weselej niż teraz, bo wiadomo było, gdzie się w tym necie literackim szukać. Tam, gdzie mogła być interakcja – a pisma literackie w większości nie miały wtedy stron netowych, nie istniał Facebook, raczkowała Nasza Klasa. Były dwa, może trzy portale, redagowane przez zwarte ekipy, i to działało, przyciągało ludzi. Na przykład Kumple.blog.pl – wkurzał, irytował swoim jawnym, sitwiarskim sznytem, ale tam się wszyscy widywaliśmy, komentarze pod notkami szły w dziesiątki, na czacie bloga po sto i więcej osób co wieczór. Nieszuflada miała około miliona wejść miesięcznie, ma czacie dziesiątki osób. No, to były nasze salony, na których się bywało! Ale co ważne, temu też towarzyszył znaczny ruch pozasieciowy. I tak się te dwa światy napędzały.

Najpierw Poezja-Polska.pl, a potem Nieszuflada.pl miały moc. I nagle jakby życie literackie przeszło gdzie indziej. O ile w ogóle gdzieś przeszło. Masz intuicję, dlaczego tak się stało? Kolejne formuły uległy wyczerpaniu?

Siła by o tym mówić. Myślę, że to wymieranie szło wielotorowo i wcale nie nadeszło nagle. Po pierwsze każdy projekt w sieci ma swój ściśle określony czas funkcjonowania, zazwyczaj od trzech do siedmiu lat, potem traci popularność, moc – jak to określiłeś – i ludzie szukają czegoś nowego, bardziej pojemnego. Żeby projekt żył, musi ewoluować. Czyli – tak sobie to wyobrażam – Nieszuflada.pl powinna była sobie zrobić fejslifting po paru latach, wiem, że był taki projekt, Nieszuflada_2.0; nie wiem, dlaczego w końcu nie ruszył. Ponadto Nieszuflada powinna zacząć wydawać coś na papierze, przyznawać jakąś nagrodę, prowadzić warsztaty, serię wydawniczą. Były takie próby – powstały Literackie.pl jako samoaktualizujące się pismo, z odgórnie ograniczoną pojemnością tekstów i zdjęć dla każdego autora, co miało zmuszać użytkowników do aktualizacji – ale to chyba bardziej zniechęcało, niż zachęcało. Powstało Literatorium.pl i zdechło w ciągu roku, bo jedni krytycy uważali za bezsensowne rozmowy z innymi krytykami. Teraz nie ma nawet archiwów do przejrzenia – ani Literatorium, ani Kumpli czy, z innej beczki, takiego pionierskiego pisma netowego, jakim była Kursywa.pl.

Z drugiej strony wszyscy tak przekonywali, że Internet jest lepszy od papieru i tak ochoczo przenosili się do sieci, aż wielu znikło. Jednak jak się chce oddziaływać na realia, to trzeba działać na wielu płaszczyznach. A w samym necie powstał twór iście totalny, Facebook, który moim zdaniem wchłonął większość tego, co oferowała reszta Internetu. Dziesięć lat temu autorzy mieli strony autorskie, blogi, to się linkowało na zasadach wzajemności, koleżeńskości. Teraz wszyscy mają się nawzajem w dupie, bo wrzucają linki na Fejsa. Zwróciłeś na to uwagę – ludzie się nie linkują po blogach do siebie, ale każdy blog ma funkcję share it, a pod spodem ikonki Fejsa, Instagrama i Tweetera.

No i trzecia sprawa, a w zasadzie trzecia i czwarta. Po pierwsze zanikanie instytucji życia literackiego w efekcie stałego, niezmiennego przycinania funduszy na to życie, a po drugie lecące na twarz wskaźniki – z jednej strony czytelnictwa, z drugiej aktywności społecznej Polaków. Pisanie i czytanie nie jest sexy, mówiąc oględnie, a zdjęcie autora z bobasem na Fejsie zbiera w godzinę więcej lajków niż wszystkie wiersze razem wzięte przez ostatni rok. Ale ogólnie obumieranie literatury w Internecie niczym się nie różni od obumierania w realu. To jest ten sam proces. Szkoda, bo platformy takie jak Poezja Polska, Nieszuflada, Liternet czy Literatorium mogły w jakiś sposób tworzyć przeciwwagę dla na przykład tak pozornie sieciowego tworu jak kolejne odsłony stron Biura Literackiego. Bardzo szanuję pracę, jaką w te strony włożył na przykład Przemek Rojek, ale wiesz, tworzyć debatę, gdzie w zasadzie podstawą są zamawiane u autorów teksty, łącznie z podsumowaniem, a sami autorzy piszą od siebie coś tam pod nosem, ale nie ma cienia szansy, żeby zaczęli ze sobą gadać – to przecież jest zwykłe ankieterstwo, które może być wstępem do debaty, a nie debatą.

A Twoje fora wszelakie?

Tak naprawdę prowadziłem jedno forum, które trzy razy przenosiłem, z różnych powodów, pod nowy adres – ale padło one ofiarą tego samego procesu, co Nieszuflada czy Poezja Polska – totalność nowych mediów społecznościowych powoduje, że raczej daje się link do tekstu na Fejsie i dyskusja – momentalna, zdawkowa i emocjonalna – trwa pod linkiem, ale nie dłużej niż kilka, maksymalnie kilkadziesiąt godzin. Moje prywatne forum dyskusyjne dalej istnieje, utrzymuję je w czystości, jakby co, ale jest martwe. Osiemnaście zarejestrowanych osób i dwieście trzydzieści sześć postów w ciągu pięciu lat. Szału nie ma. Inne czasy. Tamte emanacje forum Jurodiwca przyciągały może nie tłumy ludzi, ale na tyle dużo, że rozmowy się toczyły i chyba były to ciekawe dyskusje, takie, do których trzeba było się trochę przygotować z jednej strony, a z drugiej nikt nie zakładał, że ma słuszny pogląd na wszystko.

Stowarzyszenie Żywych Poetów w Brzegu powstało jeszcze wcześniej, w twoim, za przeproszeniem, nastolęctwie. Od samego początku chciałeś nie tylko pisać, ale i działać na rzecz literatury, a zwłaszcza poezji?

A w życiu! Stowarzyszenie powstało w liceum jako grupa osobników, która czytała wiersze spoza kanonu lekturowego szkoły, strasznie się tym jaraliśmy. Borges, Lorca, Herbert (wtedy zupełnie nieobecny w programach), Wojaczek, Bursa, zaraz potem Podsiadło, Świetlicki. I z czasem to przeszło w pisanie własne oraz organizowanie własnej przestrzeni. Mam poczucie – pewnie przyprószone siwizną – że lata dziewięćdziesiąte były latami pustki, treściwej nicości, podatnej na wypełnienie, odkształcenie. Gdy robiliśmy jakieś czytanie wierszy w galerii w ratuszu w roku 1992, bez plakatów, bez zaproszeń, eventu na Facebooku, to przychodziło nas posłuchać po sto i więcej osób. W miasteczku, które liczy trzydzieści parę tysięcy mieszkańców. Jak zaprosili nas ludzie z Nowej Rudy z Klubu Literackiego OGMA (niech pamięć o nim trwa wiecznie!), to pozazdrościliśmy im, że mają piwniczkę pod biblioteką na swoje potrzeby, że można u nich siedzieć do rana w tej piwnicy, że mają swoje książki, wydają antologie. Ale to było coś zupełnie innego niż teraz, chyba. Myśmy mieli cały świat w dupie, a świat miał w dupie nas. Jakieś pisma literackie, zloty, spędy, nagrody. Wtedy zresztą nie było wielu nagród literackich. Chyba nie było ich w ogóle – takich jak teraz. Kogo obchodziły jakieś nominacje?! Umawialiśmy się we dwa tak zwane kluby literackie w Sylwestra – miało być nas piętnaście osób, a potem nagle okazywało się, że na rynku w Nowej Rudzie jest nas około pięćdziesięciu osób i nie zabierzemy się na raz busem Tomka Marcinkiewicza do nieogrzewanego dworku w Tłumaczowie. I Tomek jeździł ze dwie godziny tam i z powrotem, zanim nas zwiózł w jedno miejsce. Innym razem ktoś zaczął coś nucić na korytarzu w tej piwnicy biblioteki, jakieś takie murmurando, dołączył ktoś inny, jeszcze ktoś i robiła się mantra na dwadzieścia osób i pół godziny (mam to nagrane na jakiejś taśmie magnetofonowej, jak w gardłach im rodzi się śpiew). Mam nadzieję, że coś z tamtego ducha w nas zostało. Na tyle, żeby wyzierało zza stosów papierów, jakie trzeba przewalać, żeby było czym zarazić tę czy ową osobę, gdy się pojawi na spotkaniu Stowarzyszenia. Mam silne wrażenie, że wszystkie formalne działania, wydawnicze działania, prawne działania, finansowe żebraniny, to wszystko jest wtórne wobec tego, co było na początku. Odpowiedź zatem na twoje pytanie musi być negatywna. Nienawidzę działań organizacyjnych, ale bez nich pewnie by Stowarzyszenie nie przetrwało. Ciekawiły mnie zawsze spotkania z ludźmi, ale  jest też zupełnie inna niż widoczna z powierzchni historia Stowarzyszenia z Brzegu. Nie historia od „BregArtu” do „Red.-a”, ale historia, w której błądzimy o zmierzchu po polach wokół lasów pod Włodawą, snują się mgły, a potem Rafał Zięba śpiewa czastuszki w starym wiatraku w Holi, gdzie spaliśmy przy kamieniu młyńskim. Czasem myślę, że warto tę historię ocalić, opowiedzieć, napisać powieść.

No właśnie, najpierw był „Bregart”, potem „Red.”, wreszcie niedawno powróciłeś do „BregArtu”, wzbogacając go o epitet nowy, w dość odważnej, niskobudżetowej formule zrób to sam. Nie wierzysz już w papierowe czasopisma? „Red.” startował z wysokiego poziomu, był dystrybuowany nie tylko w Empikach, ale i w kioskach Kolportera.

Nadal wierzę, że jest w Polsce miejsce na co najmniej kilka solidnych tytułów literackich, ale nie na takich wariackich papierach, na jakie skazuje czasopisma wiszenie na corocznych konkursach o dotacje. Pismo artystyczno-literackie powinno istnieć na możliwie wielu planach – jako coś, co integruje lokalne środowisko intelektualne, jako wydawca, pracodawca, powinno reagować na to, co się w literaturze dzieje, wystawiać cenzurki, prowokować dyskusje, organizować wydarzenia, eventy, jak to teraz się mówi czy nazywa. No ale tak długo, jak to jest hobbystyczne zajęcie redaktorów po godzinach, z których to godzin większość jest przeznaczona na pisanie wniosków, uzupełnień do wniosków, rozliczeń, poprawek do rozliczeń – nie ma na to szans. „BregArt” był dzieckiem ery kserokopii, ery jednak przedinternetowej, ery, kiedy ludzie pisali listy i wysyłali je pocztą, a Poczta Polska inaczej liczyła opłaty za list, a inaczej za tak zwane druki. Jak się wysyłało druki, to się nacinało róg koperty i było taniej. Wtedy był sens wydawać zina, bo myśmy wypuszczali w Polskę pięćdziesiąt sztuk, a metodą odkseruj, podaj dalej robiło się tego więcej. Poziom tekstów był bardzo różny, ale była przygoda. Kiedy „BregArt” urósł nam do dwudziestu ośmiu stron A5, uznaliśmy, że osiągnęliśmy maksimum tego, co się da wyciągnąć z art-zina, kopiowanie takiej góry papieru było uciążliwe i kosztowne, a równocześnie stara wiara art-zinowo-arkuszowa – „Pojara”, „Arytmia”, „Q-mage”, „Cermait”, „Pagina”, „Zakręt” – przebąkiwała, że może by coś razem zrobić. Ale wyznam szczerze, że gdybym wówczas wiedział, jakie są ludzkie, energetyczne i nerwowe koszty prowadzenia czasopisma, gdzie wszystko – od lokalu, poprzez dystrybucję, po odbiór zwrotów i pakowanie palet trzeba robić samemu – to bym wtedy zrezygnował. No ale była spora nadzieja na stałe finansowanie ze strony samorządu województwa, który chciał takie pismo mieć u siebie. I przez pierwsze kilka numerów, z zakrętami, bo z zakrętami – ale to działało.

A potem, ledwieśmy rozwinęli skrzydełka, już około 2009-2010 roku zaczęła się agonia. I trwała praktycznie kolejne cztery lata. Ostatni wniosek, chyba na 2015 rok, napisałem do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego jesienią 2014 roku. Zorientowałem się wówczas – podobnie jak Paweł Dunin-Wąsowicz, że mam więcej znajomych na Fejsie niż „Red.” sprzedaży oraz że – paradoksalnie – „BregArt” miewał chyba więcej czytelników i był bardziej wdzięczny w dystrybucji niż „Red.”. Nakład „Red.-a” – czyli dwa tysiące sztuk plus zafoliowane książki, czasem jedna, czasem dwie – ważył około tony. Tego nie da się sensownie prowadzić, mając wynajęte trzynaście metrów kwadratowych powierzchni na wysokim czwartym piętrze ratusza w Brzegu. Zrozumieliśmy też wspólnie z resztkami redakcji „Red.-a”, jaka została po dwóch latach, kiedy w zasadzie tylko pisałem kolejne odrzucane wnioski – że „BregArt” był frajdą, zgrywą, nie był ciężki do zrobienia – bo to kilkanaście, no, może dwadzieścia kilka stron A5. No a w czasach świetności, z tego, co wiem, sięgał w kolejnych odbitkach do sześciuset i więcej egzemplarzy, a redakcja otrzymywała miesięcznie – uwaga – do czterdziestu listów! Stąd pomysł, żeby wrócić do czegoś, co było proste w obsłudze, nie obciążało zbytnio nikogo ani pisaniem projektów, ani potem szaleństwem z rozliczeniami. Paradoksalnie uśmiercenie „Red.-a” i nawiązanie współpracy z Miejską Biblioteką Publiczną (oby jej dyrekcja żyła wiecznie!) było zrzuceniem kajdan, uwolnieniem sporej ilości energii i – jestem o tym przekonany – ocaleniem dla Stowarzyszenia. Jeszcze trochę tych prób resuscytacji trupa, a nie moglibyśmy na siebie nawzajem patrzeć.

Niezmiennie wydajesz książki. Nieznany pozostaje status serii Gniazdowniki. Coś jeszcze się w niej ukaże? Bibliotekę „Red.-a” zastąpiła „Faktoria”, pojawiła się w niej również proza i przekłady. Jako analogicznie niepoprawny optymista i popularyzator nie będę pytał o daremność tych wszystkich działań. Jedynie poproszę cię o krótki, dyplomatyczny komentarz.

Nie ja wydaję, tylko Stowarzyszenie, za każdą książką stoi grupa osób. Stowarzyszenie z definicji jest grupą osób i tutaj jest podobnie. W ostatnich momentach redakcji „Red.-a” mówiliśmy sobie, że jednak będziemy ten wózek ciągnąć, bo to skuteczna forma dystrybucji poetyckich książek, chyba ostatnia sensowna. No ale przyznasz, że robienie pisma tylko po to, żeby było nośnikiem książki z wierszami, to kompletna schizofrenia. Dlatego parafrazując klasyka papiestwa i poezji, postanowiliśmy się odważyć wypłynąć na głębię, odrzuciliśmy pożerający naszą energię balast i próbujemy jakoś popychać książki z wierszami bez protezy. Jest ciężko, nawet bardzo, ale warto.

A co się tyczy Gniazdowników, to ich geneza jest taka, że to miała być i jest seria na nasze stowarzyszeniowe projekty autorskie, w jakimś sensie osobiste i prywatne, których nie chcemy czołgać po innych oficynach i czekać na ich wydanie dwa, trzy lub cztery lata. Czasem są to projekty bardzo lokalne, jak wiersze Ryszarda Słonecznego, a czasem takie bardziej ogólnopolskie. Ostatnio w tej serii ukazał się w marcu Psalm do św. Sabiny, a poprzednio między innymi Odczyn  Ryszarda Słonecznego, Arkansas  Krystiana Ławreniuka i Geometria wody  Sławka Kuźnickiego. Idea tej serii zakładała też, że miała ona wytwarzać gifty, książki-przedmioty, ładne rzeczy. Czasami się to udaje. Teraz w przygotowaniu jest kolejny autorski pomysł w serii, książka z wierszami Krystiana Ławreniuka pod roboczym tytułem Wschody Zachody. I zastanawiam się, czy Kwestionariusz putinowski i inne wiersze ku wkurwieniu serc  także nie trafią do tej serii.

Wiersze z wojny  Borysa Humeniuka (2016) wzbudziły pewne kontrowersje z racji, mówiąc w grzecznym skrócie, rozbieżności co do postawy etycznej i prawnej autora w kontekście jego działalności, nie tylko wojennej. Jak z perspektywy czasu znajdujesz tę propozycję poetycką? Jakie granice ma literatura, o ile jakieś może posiadać?

Nawet gdybym miał wątpliwości, które narosły od wydania książki – i tak bym był za edycją Wierszy z wojny. Uważam, że wydawca taki jak my ma wręcz obowiązek decydować się na pewne ryzyko zawodowe i dawać możliwość wybrzmienia różnym głosom. Dla jasności – wątpliwości co do Borysa dotyczą jego zaangażowania, jak się wydaje epizodycznego, w kampanię wyborczą Partii Swoboda, skrajnie prawicowej, i tego, że w Donbasie walczył w szeregach batalionu, a potem pułku ochotniczego Azow, w składzie którego znajdowało się sporo osób o szemranej przeszłości i nacjonalistycznych poglądach. No, tylko że to się trochę zbyt łatwo generalizuje w ciepłych kapciach przed laptopem. Myślę, że na wojnie w znikomym stopniu możesz sobie wybierać jednostki, w których będziesz walczył. W szeregach pułku ochotniczego Azow byli też ludzie o zupełnie umiarkowanych poglądach, którzy się do niego zaciągnęli, bo dawał możliwość walki o niepodległy byt Ukrainy, a dominującą symbolikę traktowali jako dodatek. Po serii spotkań Borysa w Polsce, które zbiegły się zresztą z premierą filmu Wołyń, usłyszałem pytanie od dobrej znajomej: Czy wy go sprawdziliście? No, pytanie ex post  jak najbardziej słuszne, tyle że, no, dajmy spokój, my wydajemy wiersze, a nie biografie. A wiersze Humeniuka z wojny to jest dla mnie czysta żywa wełna. I to wiersze wydaliśmy, o wojnie, o tym, jak się czuje człowiek, do którego strzelają i który strzela do innych, a jak trzeba, to użyje bagnetu. Nota bene w wierszach – zwróć uwagę – nie ma nawet półtonu nacjonalistycznego, antypolskiego ani nawet antyrosyjskiego! Wręcz przeciwnie, mimo wszystkich strasznych obrazów – a z tego, co wiem, Borys walczył też w Piaskach, na samym skraju lotniska w Doniecku, miejscu dla Ukraińców tak obrosłym legendą, jak dla Polaków jest Westerplatte – wyziera co chwila rodzaj empatii wobec tych, do których się strzela, często po to, żeby zabić. Jest w tym coś z Babla, coś z Remarque’a, coś z Okudżawy.

Ale wiesz, to nie pierwszyzna dla mnie, kiedy zbieram mniejsze lub większe bęcki za wydanie kogoś tam, komu nie sprawdziłem życiorysu. No mimo wszystko uważam, że nie jestem od tego. Nie wiem, czy wydałbym wiersze Radovana Karadžicia, pewnie nie, bo gnoja nienawidzę za to, co zrobił z kawałkiem mojego świata, a dwa – że słabe te wiersze były, które czytałem. No, ale Humeniuk, nie Karadžić. Trzymajmy proporcje.

A twoja akcja Poeci dla Tybetu, której strona niedawno zniknęła z sieci? Jeszcze w 2015 roku spotykaliśmy się, by czytać wiersze w tej intencji.

Strona znikła, bo nie chciałem ani nie było mnie stać, żeby ją samemu opłacać. Uznałem, że jak mam płacić sto złotych co roku za stronę akcji, która odbywa się raz na trzy-cztery lata, to lepiej te pieniądze wpłacić na konto akcji Niewidzialne Kajdany  prowadzonej przez ludzi, których niezmiennie szanuję i którym ufam, czyli przez Lilkę Skoczylas ze Stowarzyszenia Studenci dla Wolnego Tybetu i Adama Kozieła z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Profil na Facebooku jest za darmo, a uzupełnia go profil mojego jednoosobowego zespołu One Man Riot Rangzen Band i na razie to wystarcza. Akcja tak naprawdę ma ponad dziesięć lat – zaczęła się w 2008 roku, kiedy w Pekinie miała być olimpiada i na swoim forum dyskusyjnym napisałem jakiś prowokacyjny post, że jaka szkoda, że już w Polsce nie ma księdza, który by odprawił mszę za prześladowanych, bo przecież nie ma wątpliwości, kto tu kogo bije i jakie możliwości odwetu ma bity. I wtedy odezwał się człowiek o ksywie paterm, że jest księdzem i że chętnie odprawi taką mszę. To był Patryk Michalski, obecnie na misji w Paryżu, rzeczywiście w dniu zamknięcia pekińskich igrzysk w odbyła się w Częstochowie taka msza za prześladowanych w Tybecie i za zdrowie Dalajlamy. I tak to się zaczęło, od słowa do słowa, od osoby do osoby.

Potem był rok 2010, kiedy finał akcji wypadł 10 kwietnia, no i trochę wyglądał inaczej, niż sobie zaplanowaliśmy, a potem znany ci już rok 2015 i ważna sprawa jak dla mnie, czyli to, że przyjechał do nas Youten Phutsok, sam uciekinier przez przełęcz Nangpa-La, który opowiadał o ucieczce z Tybetu i o tym, jak w ogóle odkrył, że jest Tybetańczykiem, bo w Tybecie myślał, że jest Chińczykiem. Do akcji będę wracał co jakiś czas, jak będzie energia i będą ludzie. Wymyśliłem sobie, że tak jak One Man Riot Rangzen Band to jest szyld, który raz na jakiś czas mogę wyjąć z magazynu i go użyć. A ten szyld tak w ogóle jest do wypożyczenia. Jakby ktoś chciał gdziekolwiek zrobić akcję Poeci dla Tybetu, służę szyldem, kontaktami, pomysłami, podkładką prawną w postaci naszego Stowarzyszenia. Nie takim inicjatywom użyczaliśmy naszych statutowych korzeni! Warunek mam tylko jeden, zawsze – na imprezie musi być skarbonka na akcję Niewidzialne Kajdany  i po imprezie nie może być pusta. I nie może być honorariów na tej imprezie, tylko zwroty realnych kosztów podróży, żarcia i spania. Żeby nie było, że ktoś zarabia na Tybecie dziesięć tysięcy złotych, a oddaje do skarbony sto złotych i to się nazywa impreza na rzecz Tybetu. No między innymi dlatego, jak pojawiła się propozycja od pewnego wydawcy w 2011 roku, żeby wydać na porządnym papierze antologię wierszy dla Tybetu, to zapytałem, czy drukarz, składający i grafik zrobią ją za darmo. Odpowiedź brzmiała: nie. No to powiedziałem: bez sensu, książka będzie kosztowała cztery-pięć tysięcy złotych, a akcja Niewidzialne Kajdany  to dziesięć-piętnaście tysięcy złotych rocznie. No ale tak to oczywiście nikt ci czterech-pięciu tysięcy na fundusz wspierania rodzin więźniów politycznych w Tybecie nie da. Ale to ogólnie bardzo rozległy temat, trudny, bo ja do tej pory nie wiem, co warto robić, jak robić, żeby to z jednej strony było widoczne, a z drugiej miało jakiś minimalny sens. Widoczność kosztuje. I rodzi też podejrzenia co do tego, że ten, kto czyni sprawę widoczną – sam się chce przy tej okazji uwidocznić. I w przypadku wielu szczytnych akcji to jest trudno rozdzielić, i trudno nad tym zapanować.

Byłeś związany z wieloma czasopismami papierowymi, które zakończyły działalność. Zresztą to bardzo symptomatyczne: wziąć książki poetyckie wydawane w latach od 1995 roku do nawet 2005 i przeczytać noty biograficzne autorów w części publikował w. Czasopisma znikały coraz szybciej, a obecna polityka ich finansowania, czy to przez jednostki samorządu terytorialnego, czy tak zwany mecenat państwa, prawdopodobnie jeszcze bardziej uszczupli ten rynek. Teraz głównie skupiasz się na tekstach w „Odrze”, jak głoszą plotki – również zagrożonej. Widzisz szansę na wyjście z tego impasu?

Gdybym był taki mądry, to pewnie „Red.” byłby odpowiedzią na twoje pytanie, a nie jest, mimo że tytułu nie wyrejestrowaliśmy, na wszelki wypadek. Ale wiesz, problemem jest sposób myślenia o książce, poezji, literaturze, pismach literackich. Bo w zasadzie są nagrody literackie, jakoś tak ich więcej, i są ciekawiej uformowane niż jeszcze piętnaście lat temu. Nie ma co roku psioczenia na Nike, bo istnieje dziesięć innych nagród i one zaczynają się rzeczywiście jakoś różnicować, wskazywać inne tytuły, a nie tylko na siebie nawzajem, jak jeszcze dziesięć lat temu – kto miał nominację do Nike, ten dostawał nominację do „Paszportu”, a jak nie dostał ani tego, ani tego, ale był nominowany, to dostawał na przykład Kościelskich. W mediach brylują chłopcy i dziewczęta w różnym wieku, którzy wyglądają, jakby naprawdę nieźle żyli z pisania. Kaja Malanowska uważa, że za 6800 złotych półrocznych przychodów autorskich ze sprzedaży książki to można pierdolić pisanie. No, samo pisanie, a nie liczę innych apanaży z pisaniem związanych. No to jak teraz wytłumaczyć urzędnikowi od kultury, że realia dziewięćdziesięciu dziewięciu procent piszących są inne i wcale nie oznacza to, że ten jeden procent brylujący jak gwiazdy to są najlepsi pisarze, a reszta to nieudacznicy, przegrani w grze rynkowej, więc słusznie upadają pisma, redakcje, serie wydawnicze – bo jak upadają, to znaczy, że nikt tego nie kupuje, a jak nie kupuje, to znaczy, że dobrze, że upadają. Jakoś nikt – często używam tego przykładu – nie przygląda się, jaki procent dochodów danej opery, filharmonii czy muzeum stanowią bilety wstępu.

Istnieje konsens społeczny, wedle którego teatr (wraz z potwornie drogim, produkującym bezrobotnych pięknoduchów szkolnictwem przecież!), po części film, określone rodzaje muzyki, muzea, sztuki plastyczne to dobra kultury, które podlegają upowszechnianiu, a literatura nie. Literatura ma się sprzedać i z tej sprzedaży utrzymać. I dzieje się to w kraju, gdzie najbardziej komercyjne muzyczne szity występują za pieniądze samorządów, za z góry ustalone stawki – nie za bilety na Dniach Praszki, Pcimia i Długołęki. I takie pompowanie komercyjnym wykonawcom (bo artystami trudno ich nazwać) kieszeni jest dopuszczalne, nikogo nie oburza, nie denerwuje. Wydanie ułamka kwoty honorarium, które pobiera Becia Kozidrak za trzy piosenki na rynku Wrocławia, na czasopismo artystyczno-literackie od razu budzi sprzeciw, że za czyje pieniądze, że komu to potrzebne i tak dalej. Nie wiem, dlaczego literatura została wyłączona z tej milczącej konwencji społecznej dotyczącej kultury. Marek Parulski, nieżyjący już, w jednej z dyskusji postawił tezę, że literatura zapłaciła cenę za wolność. Była jego zdaniem na pierwszej linii walki o wolność w Polsce i zapłaciła za to cenę marginalizacji, ale wydaje mi się, że to musiał być jakiś szerszy i mniej samoistny proces. Ale bez zmiany tego stereotypu, bez zmiany tej umowy nic nie zdziałamy. Trzeba to powtarzać do znudzenia: pewien typ literatury, tak jak pewien typ muzyki, to dobro kultury, które podlega upowszechnianiu, a nie sprzedaży. A to zupełnie zmienia optykę i oś rozmowy na ten temat. Bez tej zmiany myślenia będziemy ciągle popiskiwać przy kolejnych rozdaniach dotacji, Michał Kasprzak z Mają Staśko będą walczyć z jakimiś swoimi urojeniami, ale ani czytelnictwo, ani byt tekstów i ludzi te teksty tworzących się nie zmieni.

Niedawno zawiązała się Koalicja Czasopism, w której obaj, bardziej (ty) lub mniej (ja), aktywnie uczestniczyliśmy. Czy taka inicjatywa na dłuższą metę miała szanse na powodzenie?

Bardzo bym chciał, żeby miała, ale wydaje mi się, że to właśnie był klasyczny przykład tego, o czym powiedziałem powyżej. Koalicja ugrzęzła w rozgrywkach z ministerstwem, przesuwając pionki na szachownicy, na której się walczy o państwowe dotacje. Nie mówię, że to jest mało ważne, to było bardzo ważne, dopóki rządziła władza, która chciała w to grać. Gdy władza się zmieniła na taką, co wywaliła z kopa w ten stolik, to co ta koalicja może zrobić więcej? Myśmy próbowali z nieżyjącą Violą Sajkiewicz z „art-Papieru” lat temu dziesięć stworzyć zupełnie inną koalicję. Chcieliśmy stworzyć taki sponsorski reklamowy hub, żeby na przykład reklamodawcy, dajmy na to wydawnictwu komercyjnemu, opłaciło się wykupić w takim artystyczno-literackim czasopiśmie reklamę. Wiadomo, że jakby miał kupić reklamę w piśmie o nakładzie pięciuset egzemplarzy – to bez sensu. Ale w dwudziestu tytułach po tysiąc lub dwa tysiące egzemplarzy albo nawet mniej – to już ma sens. Tym bardziej że kultura obrasta nam w nisze, więc do takiego rozproszonego, niszowego kapryśnego nabywcy mógłby dotrzeć. No bo kto by mógł pomóc czasopismom się utrzymać na powierzchni poza kapryśnymi mecenasami publicznymi? Branżowi przedsiębiorcy. I to pewnie byłoby do zrobienia, aby z umiarem, żeby nie było jak z „Magazynem Literackim”, który tak obrastał reklamami, aż zamienił się w magazyn rynku książki, nie literacki. Innym pomysłem byłaby na przykład próba przekonania ministra kultury do takiego systemu wyłączeń, zwolnień podatkowych dla dystrybutorów, żeby opłacało się im dbać o niskonakładowe pisma, żeby one naprawdę były dostępne, czyli żeby były upowszechniane. Żebyś, jadąc pociągiem z Łodzi do Olsztyna, mógł sobie kupić „Red.-a” czy „Arterie”. Albo żeby spółki skarbu państwa, jednostki administracji publicznej, szpitale na przykład, miały obowiązek sprowadzać trzy-cztery wybrane tytuły, tak jak prenumerują dzienniki czy tygodniki dla swoich kadr urzędniczych. Obrazowo rzecz ujmując – Michał Kasprzak jak dobry socjalista etatysta z koleżeństwem rzucał się do ministra kultury, żeby więcej i łatwiej kasy rozrzucał, a ja na przykład wolałbym, żeby dbał o stworzenie nam – wydawcom – rzeczy małych, a cennych – takich warunków, abyśmy mogli spokojnie sobie funkcjonować obok rekinów, aby wyrównywał szanse, aby afirmował nas na takie sposoby, które by dawały redakcji ślad autonomii. Tym bardziej że dotacji po prostu można nie dać, można kogoś po prostu skreślić z listy dotacjobiorców. Ustawę, rozporządzenie zmienić trudniej i nikomu się nie będzie chciało. Albo – mniej się będzie chciało. A jakby na czasopismach artystyczno-literackich o nakładzie do, powiedzmy, piętnastu tysięcy egzemplarzy maksymalny narzut dystrybutorski był dwadzieścia pięć procent, ale za to zysk ze sprzedaży takich specjalistycznych czasopism kulturalnych był zwolniony z podatku – to jak ci się wydaje, byłoby łatwiej, nie? No bo wiszenie u klamki ministra, marszałka, burmistrza, prezydenta miasta – to jednak nie jest taka wielka artystyczna wolność, o jakiej myślę. Ja rozumiem, że socjalistom to pasuje. Bo oni są trochę jak nastolatki, starzy mają się od nich odpierdolić, ale równocześnie mają wyskoczyć z kasy i pożyczyć samochód na imprezę. Ja bym wolał mieć gruchota, ale własnego, a nie pożyczać od tatusia ministra.

No właśnie, socjaliści wiedzą swoje. Oddalając się nieco od literatury, ale niezbyt daleko: co sądzisz o działaniach głośnych krytyków zaangażowanych, w tym najbardziej i najgęściej wojującej w tej formacji Mai Staśko?

Ja mam z tekstami Mai ogromny kłopot, bo nie potrafię traktować ich poważnie. Moim zdaniem zachodzi tutaj właśnie ta okoliczność, o której wspomniałem przy okazji akcji dla Tybetu. Zaciera się miara pomiędzy działaniami na rzecz ujawnienia i nazwania jakiegoś problemu a działaniami na rzecz autopromocji. Tyle że słowo Tybet nie zawiera w sobie słowa seks, a teksty Mai mają tego dużo, ułożonego z sensem i bez, co zawsze zwiększa klikalność. Stary neoliberalny zabieg marketingowy – skojarz towar z seksem, a sprzedaż wzrośnie. Natomiast dyskusja z tekstami w okolicach „Krytyki Politycznej” to znowu temat na osobną rozmowę. Powiem tylko, że w literaturze i życiu wokół literatury dostrzegam trochę więcej gorszących wydarzeń, w których lewica mogłaby ryknąć jak lwica. Serio. Zaś najlepszą recenzją tego, jak działa środowisko lewicy, są dwie obserwacje – makro i mikro. Makro jest taka, że od kiedy funkcjonuje think-tank lewicy „Krytyka Polityczna”, lewica ma coraz mniejszy wpływ na życie polityczne tego kraju, a ostatnio koncertowo wywaliła się sama z parlamentu. Być może nawet jedno i drugie coś ma ze sobą wspólnego. A mikro obserwacja jest taka, że ostatnio gównoburzę w szklance wody wywołał cytat z pewnego łódzkiego poety, który został gdzieś zaproszony na spotkanie autorskie. Ten cytat może nie jest najszczęśliwszy, ale w literaturze obowiązuje pewna umowność ról. Podmiot liryczny, nawet jeżeli spokrewniony z autorem, jednak tożsamy z nim nie jest i wolno mu więcej niż realnemu człowiekowi. Ostatecznie to tylko tekst. Ale facet, który te teksty napisał, miał istotnie kilka lat temu spore kłopoty ze względów, ogólnie rzecz ujmując, obyczajowych. I wtedy, kiedy można było sprawę załatwić, czyli wysłać faceta z jego ego na aut, to lewica podała mu pomocną dłoń i dziesięć lat publikowała każdy wypływ śliny z jego ust. Bo wtedy chodziło o to, że ten autor naruszał mieszczańskie tabu, działał na nerwy takim ludziom jak ja czy Darek Pado. I wtedy był okej. Teraz z nudów lewica rzuca się na seksizm, to i bieguny się odwróciły. Ja jednak cenię sobie pewną stabilność, przewidywalność i wiarygodność zmian poglądów. I tęsknię za polemikami z Igorem Stokfiszewskim. Brakuje go. Serio. Nie zgadzałem się z nim w niczym, ale świetnie nam się rozmawiało, darło ideologiczne koty, a po wszystkim piło piwo. Igor, wracaj, lewica ciebie potrzebuje!

.

Z Radosławem Wiśniewskim rozmawiał Rafał Gawin, kwiecień 2017.

.

DSC_0411Radosław Wiśniewski – ur. 1974. Wydał kilka zbiorów wierszy, ostatnio Inne Bluesy (Olkusz 2015) i Psalm do św. Sabiny (Brzeg 2016). Współzałożyciel Stowarzyszenia Żywych Poetów z Brzegu. Były redaktor naczelny eks-kwartalnika „Red.”. Wieloletni współpracownik „Odry”, „Studium”, „Undergruntu” i kilku innych nieistniejących pism literacko-artystycznych. Lada chwila ukażą się jego Dzienniki Zenona Kałuży (Łódź 2017). Przygotowuje do druku prozę pod roboczym tytułem Trans-migracja i zbiór wierszy pod roboczym tytułem Kwestionariusz putinowski oraz inne wiersze ku wkurwieniu serc.

13620203_10210322266234776_3469220340291311559_nRafał Gawin – ur. 1984. Poeta, okazjonalnie krytyk, redaktor, korektor i sekretarka „Arterii”, konferansjer i reanimator kultury. Wydał arkusz Przymiarki  (2009) oraz książki poetyckie  Wycieczki osobiste / Code of change  (2011) i  Zachód słońca w Kurwidołach  (2016). Tłumaczony na język bułgarski i rosyjski. Publikował w prasie literackiej i kulturalnej oraz w antologiach, ostatnio w  Co piłka robi z człowiekiem? Młodość, futbol i literatura  (2012) i  Przewodniku po zaminowanym terenie (2016). Mieszka w Łodzi, gdzie pracuje jako instruktor w dziale imprez Domu Literatury. Prowadzi blog gawin.liberte.pl.