Jakobe_mansztajn

Fot. Natalia Mierzewska

Beata Klimowicz: W Macieju – a może w Lucjanie – krył się Jakobe Mansztajn. Ale w Jakobe Mansztajnie wciąż ktoś się kryje, a przyłbica jeszcze nie poszła w górę. Dlaczego? No i oczywiście: kto tam jest?

Jakobe Mansztajn: To dobre pytanie. Chyba jestem jak ta matrioszka, w każdym kolejnym moim wcieleniu kryje się następne. To wszystko z tej prostej przyczyny, że bez tych mnogich osobowości jestem nudny jak węgierska komedia. Ale jeśli idzie o zawartość prawdy w prawdzie, to ja jako poeta, Jakobe Mansztajn, wyczerpuję granicę własnej prawdomówności.

Czyli należy szukać pana w wierszach? Ale przecież tam też zakłada pan maski.

To zabieg estetyczny. Żyję dość typowym życiem, niespecjalnie się wyróżniam. Kogo interesują emocjonalne wycieczki anonimowego kolesia z Gdańska? Każdemu ktoś kiedyś przecież umarł, każdy miał przynajmniej raz serce pęknięte z miłości, wszyscy miewamy gorsze dni. Ale jeśli na te moje powszednie doświadczenia nałożyć nakładkę narracyjną, dodać bohaterów, akcję, pobawić się strukturą historii, to czytelnik przestaje mieć do czynienia jedynie z głodnym biadoleniem chłopca, któremu zachciało się pisać. Wiersz – w sensie literackim – jest wtedy ciekawszy, a maski są jedynie elementem przedstawienia. W dalszym ciągu nie jest to reportaż, nie zajmuję się sytuacją Syryjczyków na uchodźstwie, nie poruszam problemu eksmisji w Polsce. Pomimo masek – wciąż mówię o swoim małym, nieciekawym, przeklętym życiu.

Naprawdę nie lubi pan swojego życia czy jest w tym dawka – przepraszam –  kokieterii?

Nie wiem, jak to wygląda z zewnątrz, ale moje życie w głównej mierze składa się z nudy. Nie spędzam dni na dzikich stepach Mongolii jak Andrzej Stasiuk, nie objeżdżam świata z wykładami jak Adam Zagajewski, nawet nie jeżdżę mercedesem jak Szczepan Twardoch. Moje życie to plik w Wordzie, obiad i spanie. Czasem poszaleję przy konsoli Playstation albo skoczę z baru na imprezie. To wszystko. A jeśli dodać do tego, że od dwudziestu lat łażę z ponurymi historyjkami w głowie, które nie dają spać, to prędko się okaże, że pod tą ponętną na pierwszy rzut oka powłoczką wizerunku poety łażącego okazjonalnie po TVN-ach kryje się nudny, markotny ludzik.

Rzadko słyszy się takie słowa. Pańskie nastawienie do pisania poezji, jest, można powiedzieć, również ostrożne. Powiedział pan kiedyś: wiersze piszę rzadko i niechętnie. Nie ma więc chyba w panu pewnej czytelnej u innych poetów determinacji, przekonania, że jedynie słuszną drogą jest liryka.

A jakoś mimo wszystkim pcham ten wózek. To pewnie bierze się z semantycznej pułapki. To znaczy mój wyobrażony wzorzec poety to poeta mniej lub bardziej stereotypowy. Liryczny, czuły na niuanse rzeczywistości, siedzący na Judahu skale. A przecież to model z książek. On nie istnieje. Moi koledzy poeci to ludzie z reguły twardo stąpający po ziemi, żadne niebieskie ptaki wpatrzone w nieokreśloną dal. Jeśli łkają, to na widok skradzionego auta, a nie skowronków na wietrze. Ja ze swoją stępioną – jak sądzę – wrażliwością zawsze wydawałem się sobie fatalnym materiałem na poetę, ale może po prostu jestem poetą dostosowanym do czasów: średnio lirycznym, nie dość czułym, reagującym tylko na mocne uderzenia w splot słoneczny.

Jak Sąd Ostateczny  Memlinga w gdańskiej Bazylice Mariackiej zobaczony w dzieciństwie?

To było dramatycznie doświadczenie. Kiedy ma się te dwanaście czy trzynaście lat, a w głowie sielski obraz życia, także tego po śmierci, i po raz pierwszy widzi obraz Memlinga, to można oszaleć. Pamiętam, że wróciłem do domu, przez chwilę udawałem, że wszystko jest w porządku i, siedząc w ostrym słońcu na balkonie, nagle się rozpłakałem.

To też niezwykły obraz. I właśnie: pana poezja zawiera dozę odświeżającej ironii chroniącej z naddatkiem przed patosem. Jednak jako bloger jest pan też inteligentnym, a więc bezlitosnym prześmiewcą. Jak widać można to doskonale godzić. Co jednak daje panu więcej radości – liryka czy celna kpina?

Więcej radości dają mi te momenty, kiedy nie piszę w ogóle. W moim pisaniu nie ma swawoli i radości – nawet wymyślanie dissów na Tomasza Lisa jest drogą przez mękę. A to dlatego, że za wszystkim stoi krew i pot. I wielokrotne poprawianie. Pisanie to nie mecz siatkówki z przyjaciółmi na plaży, raczej samotna wycieczka po Rosji. Kiedyś tej radości z pisania było więcej, ale z czasem zrobiłem się zgryźliwym prokuratorem własnej twórczości, co pewnie nieuchronnie idzie w parze ze wzrostem świadomości języka jako takiego, a w konsekwencji – ze wzrostem świadomości tekstu. Dziesięć lat temu mogłem usiąść, w godzinę na kolanie napisać dwadzieścia pięć wierszyków i wszystkie były wspaniałe. Dziś można mówić o sukcesie, kiedy z tych dwudziestu pięciu wierszyków napisanych przez pół roku chociaż dwa nadają się do publikacji.

A kiedy napisał pan swój pierwszy wiersz?

Nie pamiętam. Nie pamiętam, o czym był, i jak bardzo był fatalny. Pamiętam natomiast, że jeden z pierwszych moich wierszyków traktował o ćmie. Właściwie to był cały cykl. Któregoś razu obudziłem się z fantastycznie banalną refleksją, jakiż to tragiczny los spotyka ćmę. Że leci do światła, które przecież ją zabija. I ten tragizm wydał się mojemu nastoletniemu mózgowi na tyle fascynujący, że postanowiłem napisać na ten temat całą serię wierszy. Na szczęście żaden się nie zachował.

Pana dom rodzinny był gruntem sprzyjającym rozwojowi literackiemu?

Jeśli chodzi o obecność książek, to niespecjalnie. Wprawdzie czytało się, ale życie było ciekawsze. Dzieciństwo, w jego różnych odcieniach, dostarczyło mnie i mojemu bratu więcej przygód, niżbyśmy wyczytali u Andersena. Ojciec zamiast czytać nam do snu – zabierał nas na działki i uczył, jak rozpalać ognisko albo kręcić bączki na motorynce. Książki przyszły później. I dobrze. Pisarzem nie zostaje się w bibliotece.

No tak, ale chodzi nie tylko o książki pod sufit, ale też o to, czy znajdował pan w najbliższym otoczeniu zrozumienie dla patrzenia w ścianę?

Nie wychylałem się ze swoimi skłonnościami. Moi rodzice dowiedzieli się, że piszę, kiedy dostałem nagrodę za debiut. To przecież dość wstydliwe zajęcie – opisywać językiem poezji świat swoich pretensjonalnych doświadczeń. Założę się, że rodzice widzieliby ciekawsze i produktywniejsze sposoby spędzania czasu, jak odkurzanie w mieszkaniu czy klepanie na blachę fotosyntezy przed kartkówką.

Właśnie – jak szły panu te różne szkolne sprawy?

Fatalnie. Zamiast czytać o rozbiciu dzielnicowym, skręcałem pierwsze lulki z chrustu i bibuły, łaziłem na szaber, grałem z chłopakami w noża i szukałem skarbów na blokowisku. Można powiedzieć, że żyłem życiem pełnym. Nigdy nawet nie zbliżyłem się do czerwonego paska na świadectwie. Zamiast tego kilka razy chciano mnie wyrzucić ze szkoły. Raz, co dość ironiczne, za napisanie opowiadania w zeszycie od matematyki. Opowiadania, warto dodać, o charakterze erotycznym. Matematyczka, kobieta surowych zasad, przeglądając mój zeszyt, niemal zeszła z tego świata. W swoim świętym oburzeniu interweniowała u dyrekcji, a gdy okazało się, że sprawa w gruncie rzeczy jest niewinna i dyrektor ma ważniejsze sprawy na głowie niż moje grafomańskie wycieczki, matematyczka postanowiła wysłać mnie na egzorcyzmy. Książki i wiedza zaczęły mnie pociągać znacznie później.

A potem naprawdę ukończył pan psychologię czy powiedział pan to kiedyś jedynie żartem?

Naprawdę. Jestem dyplomowanym psychologiem klinicznym. Ale nie mogę tego udowodnić. Dziesięć lat po studiach, a ja wciąż nie odebrałem dyplomu.

Czy te studia coś panu dały, jeśli chodzi o pisanie liryki?

Pewnie tak. Podejrzewam, że gdybym przez pięć lat studiował geografię, to w moich wierszach częściach pojawiałaby się motyw Soliny albo mazurskich jezior. Ale studiowałem psychologię, w której zamiast bieszczadzkich krajobrazów występuje człowiek uwikłany w obłęd. I tu można oczywiście zapytać, czy wybór psychologii był konsekwencją stanu umysłu, czy może mój stan umysłu został ukształtowany przez studiowanie psychologii. Trudno porozdzielać w głowie wpływy, które składają się na pojedynczą wrażliwość, ale z perspektywy czasu myślę, że studia to zaledwie ładne opakowanie, średnio istotny punkt w biografii; cała gra pomiędzy człowiekiem a jego twórczością zaczyna się rozgrywać znacznie wcześniej, jeszcze zanim zapisze pierwsze zdanie swojego pierwszego, fatalnego wierszyka.

Prawa jazdy też pan nie odebrał, podobnie jak dyplomu, czy naprawdę go pan nie ma?

Prawo jazdy zrobiłem w tamtym roku. W grudniu. Siedemnastego. Od tamtego czasu nie wychodzę z auta. Niedawno odwiedziłem nawet Licheń, gdzie źli ludzie próbowali mnie zniechęcić kradnąc mi obie tablice rejestracyjne. Ale wydrukowałem sobie nowe w punkcie ksero w Koninie, zafoliowałem i mój sen trwa dalej. True story.

Rzeczywiście powinnam o tym pamiętać, bo fanki masowo wypisywały w Internecie, że teraz, gdy ma pan prawo jazdy, chciałyby dać się panu podwieźć. I chyba nie przeszkadzałaby im zbytnio rejestracja z ksero. Ta popularność to utrapienie czy przyjemna strona bycia poetą i znanym blogerem?

Na razie nikt nie krąży pod moim oknem z transparentem o niepokojącej treści, nie dostaję pogróżek, nikt się z mojego powodu nie pociął; przeciwnie – instytucje chętniej mnie zapraszają, obcy ludzie czasem przybijają piątkę na ulicy, a okazjonalnie jakaś panna nadobna złoży mi propozycję ślubu na wallu. To są miłe rzeczy. Przy czym większość tych matrymonialnych gestów należy wziąć w nawias ironii – jestem przecież internetowym śmieszkiem, takich ludzi nie traktuje się poważnie.

Ma pan skłonność do prokrastynacji czy jest pan dobrze zorganizowany? Jak najczęściej wygląda pana dzień?

Sporo podróżuję, a to chyba nie służy dobrej organizacji. Do tego nie czuję presji deadline’u, a na liście moich priorytetów wyżej od wywiadu w poczytnym piśmie jest na przykład spacer z moją bratanicą Julką. Nie odbieram telefonów. Na e-maile odpisuję nieregularnie. Mimo to jakoś sobie radzę. Najlepiej zorganizowany jestem w obrębie Make Life Harder. To jest moje i Rafała (mojego wspólnika w zbrodni) podstawowe źródło utrzymania, więc tutaj od dobrej organizacji zależy nasza przyszłość. Umawiamy się na Skypie codziennie rano i piszemy przez parę godzin czerstwe żarciki z hipsterów z fryzurą na samuraja. I tak od pięciu lat. Potem wracam do siebie, otwieram ten przeklęty plik w Wordzie i piszę o tym, że zgubiłem czapkę i mam z tego powodu myśli samobójcze. Typowy współczesny literat. A jak już naprawdę nie idzie, to jadę do galerii handlowej i w Saturnie oglądam ekspresy do kawy.

I samo to oglądanie pomaga czy musi się pan napić kawy? Albo zastosować  inną używkę?

Sęk w tym, że ja właściwie nie pijam kawy. Raczej muszyniankę. A ekspresy oglądam dla relaksu, łażę między półkami i mówię do siebie: O, ten ma tę rurkę do spieniania mleka, to ciekawe, a ten ma opcję moccacino, bardzo fajnie. Pewnie sobie nigdy żadnego ekspresu nie kupię, ale odkryłem, że oglądanie rzeczy, które mnie średnio interesują, potrafi być niesamowicie relaksujące. Nie pojawia się presja kupna, nie musisz wybrać mądrze, łazisz po prostu i gapisz się jak na lamy w zoo. Co do innych używek – tu w ogóle jest problem. Któregoś razu z dnia na dzień całkowicie odstawiłem alkohol i przestałem palić. A tak się dziwnie złożyło, że to było w przededniu rzekomego końca świata, tego według Majów w dwa tysiące dwunastym roku, i znajomi uznali, że chyba jestem jebnięty, a to po prostu wyczerpała się we mnie pewna narracja.

Jeśli by jednak szukać inspiracji w tym, co napisane, którzy autorzy byli – lub są – dla pana ważni?

Po latach z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że żadni. Ważne są dla mnie książki, nie autorzy. Moja ulubiona pochodzi od autora, który poza jedną wybitną – napisał jeszcze sześć średnio ciekawych książek, dlatego trudno byłoby tu mówić o jakimś kluczu autorskim. Tą wybitną książką jest Paragraf 22, a tym autorem Joseph Heller. Jeśli komuś czegoś zazdroszczę, a nie mam w zwyczaju, to właśnie Hellerowi tej książki. W głowie mam teraz wiele tytułów, ale podejrzewam, że jak już się zestarzeję na kokosowe wiórki i nic nie będę kleił, przypomnę sobie jeszcze jeden tytuł. Chimeryczny lokator  Rolanda Topora. Obie te książki przeczytałem wiele lat temu i pewnie tak to działa – wyrobiony czytelnik to nieufna, podejrzliwa bestia; czysty, niezmącony zachwyt jest raczej domeną naiwnych entuzjastów z mlecznym wąsem pod nosem.

A w poezji – co było tym czystym, wczesnym zachwytem?

Z poezją jest jeszcze trudniej. Myślę, że do poezji trzeba dojrzeć. I nawet nie do jej pisania (chociaż to też byłoby mile widziane), co po prostu czytania. W tym sensie poezja podobna jest do muzyki klasycznej. Nie znam dzieciaka, który zachwyca się Strawinskim. Podobnie nie spotkałem jeszcze nikogo, kto w wieku lat – powiedzmy – szesnastu czytywałby z własnej woli poezję Czechowicza. Dlatego wczesnych zachwytów raczej nie było, pojawiła się za to ciekawość, która dopiero z czasem ewoluowała w coś na kształt zachwytu. I takim zachwycającym przypadkiem w polskiej poezji stał się dla mnie Julian Tuwim.

Pana tom Studium przypadku sprzedał się bardzo szybko. Wiem, bo chciałam przeczytać te wiersze przed wywiadem z panem i czekałam, by zaczęto sprzedawać dodruk. To rzadkość. Na ogół poezja nie sprzedaje się tak dobrze. Było to dla pana zaskoczeniem?

Zawsze jestem w szoku, ilekroć słyszę, że ktoś kupił sobie tomik wierszy. Uważam, że takim ludziom należy pośmiertnie stawiać pomniki. A fakt, że moja książka miała już dwa dodruki, a jest to – dodajmy – poezja nierymowana, wydaje mi się dość nierealny. Tyle że uczciwie trzeba przyznać, że na sprzedaż książki wpływ miała także moja działalność blogerska. Założę się, że spora część decyzji o kupnie mojego tomiku poprzedzała myśl: O, patrz, ten pajac z MLH pisze też wiersze. Beka. Chyba sobie kupię.

Pana zdaniem – da się więc żyć z pisania poezji?

Da się, ale trzeba mieć niskie oczekiwania wobec życia. Najlepiej nie mieć ich wcale. Trochę przesadzam, ale to niestety jeszcze nie te czasy, kiedy z tantiem za tomik wierszy o ptactwie leśnym można sobie kupić dwupokojowe mieszkanie w Sopocie, a za resztę pojechać na wakacje na Bora-Bora. Ja akurat miałem to szczęście, że obie moje książki zostały dobrze przyjęte, pojawiły się nagrody, wywiady, pojawiły się propozycje spotkań. Niewątpliwie – jak mówię – pomogło też Make Life Harder. Wobec czego nie muszę dziś wyrabiać miesięcznej normy i publikować w dwudziestu czterech periodykach, żeby opłacić czynsz.

Myśli pan, że zbiory czytelników MLH i pana poezji mają aż tak wiele wspólnego?

Czy aż tak wiele – to nie wiem, ale mam nadzieję, że przynajmniej nie są to zbiory wykluczające się. W MLH próbujemy robić coś więcej, niż tylko bezrefleksyjnie ciągnąć łacha z ludzi. Czasem wychodzi nam to lepiej, czasem gorzej, ale idea jest taka, żeby nie schlebiać niskim gustom.

Książka Make life harder też cieszy się chyba zainteresowaniem?

Rzeczywiście. Książka wyprzedała się w trzy tygodnie i trzeba było dodrukować. Duża zasługa wydawnictwa Prószyński, które zrobiło świetną promocję. Udzielaliśmy kilku wywiadów tygodniowo, odwiedzaliśmy TVN-y, ZET-ki, pojechaliśmy w trasę promocyjną, mieliśmy nawet billboard na Dworcu Centralnym. Przez chwilę poczuliśmy się jak gwiazdy rocka. Do dziś nie rozumiemy, dlaczego pominięto nas przy nominacjach do NIKE.

Jak widać zajmuje pana wiele rzeczy, ale jak odpowiada pan na pytanie, czym się pan zajmuje?

To jest zawsze kłopotliwe pytanie. Raz jechałem taksówką z niebywale gadatliwym taksówkarzem, który w ciągu piętnastu minut zdążył mi wyczerpująco opowiedzieć historię swojego życia, od narodzin do naszego spotkania w taksówce. Żartował, wzruszał się, opowiadał o dzieciach, na światłach pokazywał zdjęcia wnuków. Myślałem, że w pewnym momencie wyciągnie kolorowe piłeczki i zacznie żonglować. Zamiast tego zapytał mnie, co robię. Odpowiedziałem, że piszę wiersze. To był moment zwrotny w naszych relacjach. Resztę drogi spędziliśmy w absolutnej ciszy. Od tego czasu dla świętego spokoju nie wychylam się z odpowiedzią. Chyba że bardzo nie chce mi się gadać. Ostatnio na pytanie, czym się zajmuję, odpowiedziałem, że stoję na bramce w multikinie. Innym razem, że byłem korektorem w wydawnictwie dla dzieci.

Był pan też przez jakiś czas redaktorem w kwartalniku literackim „Korespondencja z ojcem”. Lubił pan to zajęcie?

Lubiłem. Redakcja czyichś tekstów jest o wiele przyjemniejsza niż grzebanie we własnych. Z drugiej jednak strony – jak się nad tym zastanowić – był w tym także jakiś rodzaj bufonady. Dwudziestoparoletni chłopek-roztropek, który o literaturze ma pojęcie wciąż jeszcze mgliste, redaguje teksty swoich starszych i mądrzejszych kolegów.

A czy lubi pan spotkania z czytelnikami?

Ciągle jeszcze nie mogę się zdecydować.

Co powoduje te rozterki? Takie spotkania przecież doskonale wpisują się w pana inicjatywę związaną z akcją Zjednoczenia Czytelniczego.

Chyba chodzi o to, że pisanie książek to czynność wybitnie samotna, wcześniej użyłem odniesienia do Rosji, chociaż to bardziej jak samotna wycieczka na Kanczendzongę. Zamykasz się w czterech ścianach własnej głowy i próbujesz jakoś poukładać te swoje myśli niepoukładane, co – umówmy się – jest procesem dość wstydliwym. A potem idziesz na spotkanie z czytelnikami i musisz coś powiedzieć. Więc znowu włazisz do tej swojej głowy nieszczęsnej i zaglądasz pod poszewkę własnych wierszy. Tyle że tym razem dzieje się to w obecności kilkudziesięciu osób. To dość krępujące.

Jak więc podobało się panu czytanie wierszy przez finalistów Połowu Biura Literackiego na Długim Targu w Gdańsku? Tłumy turystów z cukrową watą i liryka, nieraz bardzo poważna – to wpisuje poezję w codzienny krajobraz czy sprawia, że nie jest na miejscu?

Myślę, że nikomu krzywda się nie stanie, jak od czasu do czasu, spacerując z watą cukrową od jednego McDonalda do drugiego, usłyszy niechcący odrobinę poezji w tle. Pytanie, jak się z tym czują autorzy. To oni przecież wychodzą na środek z opuszczoną gardą naprzeciw przypadkowego tłumu, który – powiedzmy to sobie uczciwie – poezję ma zazwyczaj głęboko w poważaniu. Kiedyś było we mnie więcej entuzjazmu, dziś coraz chętniej z takich występów rezygnuję. Nie chcę uszczęśliwiać ludzi na siłę.

Czy nie jest jednak tak, że na tego rodzaju wyważoną postawę pracują wcześniejsze sukcesy? Debiut nagrodzony Wrocławską Nagrodą Poetycką Silesius w 2010, kolejny opublikowany tom nominowany do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej. Jak te sukcesy na pana wpłynęły?

Sprawiły, że chodziłem uśmiechnięty przez dwa tygodnie. Ale potem wraca się do siebie i okazuje się, że w gruncie rzeczy niewiele się zmieniło. Dalej, gdy siadam do pisania, czuję się jak dziecko we mgle. Ale może to akurat dobrze. Zmieniło się na pewno jedno: ludzie po splendorach nagle zaczynają traktować cię poważnie. I ty też zaczynasz traktować siebie poważnie. I już nie czujesz, że coś musisz. Nie pchasz się na festiwale, nie zabiegasz o publikacje w pismach, a kiedy proponują ci spotkanie autorskie, do którego musisz dokładać z własnej kieszeni – nie czujesz presji i mówisz po prostu: sorry, może innym razem.

Na koniec o tym, co dalej. Nad czym pan pracuje?

Chciałbym powiedzieć, że nad kolejną książką, ale prawda jest taka, że walczę z robotami w Metal Gear Solid 5 i nie bardzo mam na pisanie czas.

To też ważna czynność, więc już nie przeszkadzam. Dziękuję panu za poświęcony czas i uwagę.

Z Jakobe Mansztajnem rozmawiała Beata Klimowicz, 2 maja 2016.

 

Wierszcze 

najpierw stanęła w drzwiach, tak jak
się staje do wyjścia, i powiedziała: to pa,
skarbie, a następnie ziemia się osunęła,
tak jak się osuwa ziemia, gdy nic więcej

nie zostaje do stracenia. później długo
lecisz w dół, a później jeszcze dłużej
się podnosisz. gdy jesień wyrywa ci serce,
chodzisz bez serca całą jesień, i ten przeciąg

jest nie do zniesienia, na szczęście
wraz z zimą umiera wrażliwość i później
jest zima, cztery lata po jej wyjściu,
pierwsze przylaszczki kwitną na szybie.

(Z tomu Studium przypadku, Wydawnictwo WBPiCAK, Poznań 2014).

 

Jakobe Mansztajn (ur. w 1982) – poeta, bloger. W 2015 roku nominowany do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej za tom Studium przypadku. Laureat nagrody im. Andrzeja Walentynowicza (za projekt K3 Sopot Slam). Publikował między innymi w „Tygodniku Powszechnym”, „Portrecie”, „Odrze”, „FA-arcie”, „Gazecie Wyborczej”, „Lampie”, „Ricie Baum”, „Pograniczach”, „Cegle”. Autor książki Wiedeński high life, za którą otrzymał Wrocławską Nagrodę Poetycką Silesius  2010 w kategorii debiut roku, a także nominację do Nagrody Literackiej Gdynia w dziedzinie poezji. Jego wiersze były tłumaczone m.in. na język francuski, białoruski, hebrajski, angielski, norweski. Autor bloga jakobe.art.pl. Współautor bloga Make Life Harder.