Archiwum rodzinne Jerzego Plutowicza

Archiwum rodzinne Jerzego Plutowicza

Michał Piętniewicz: Czy wybór ścieżki pisarza jest wyborem samotności?

Jerzy Plutowicz: Jest to pytanie tylko na pozór łatwe, zwłaszcza gdy się jest starym pisarzem, który zaczynał pisać na granicy dwóch epok w literaturze. Kończył się wówczas, dopalał Wielki Modernizm – przyjmuję, określam jego czas na lata mniej więcej między tysiąc osiemset sześćdziesiątym rokiem a tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym – a zaczynała zdobywać przewagę, ochoczo zresztą reklamowana w mediach, literatura rozpadu, chaosu, nazywana postmoderną, postnowoczesnością bądź poststrukturalizmem – oczywiście moda paryska, być może tylko sezonowa, ale w kraju nad Wisłą przyjmowana ze śmiertelną powagą jako prawda absolutna. Co proponowała? Żadne wartości nie istnieją, w tym prawda, dobro, piękno. Cóż więc się ma liczyć? Zapewne emanacja mocy, nagiej siły, zwycięzcy bowiem nikt nie zapyta, czy miał rację. To, co w literaturze było mi bliskie, przenosiło mnie na pobocze.

Inny sens pytania zahacza o pogląd z tradycji nietzscheańskiej, która gloryfikuje niezależną postawę pisarza samotnika, pogardzającego w dodatku nieokrzesanym tłumem, motłochem.

Kolejny problem dotyczy odradzających się dziś tendencji totalitarnych, które propagują zdecydowanie grzmiące hasła – mimo nadziei chociażby Fukuyamy na odrodzenie wszechświatowej demokracji, a więc: jedyny naród, jedyna klasa, jedyna religia, a to znaczy wyłącznie nasza grupa, nasza wspólnota. Któż więc, jeśli nie pisarz, powinien upierać się przy samotności – indywidualizm wytycza, zakreśla przecież granice wolności. Zgodnie z tym wolna może być tylko jednostka. Potocznie mówi się o dążeniu do wolności kraju, ojczyzny czy też zbiorowości – a przecież oznacza to tylko niezawisłość, niepodległość. Co najwyżej kraj wolny to taki, który gwarantuje obywatelowi wolność osobistą. Najgłupsze określenie, jakie słyszałem, to podmiotowość społeczna – co znaczy konkretnie, nie wiadomo. Zapewne jakieś: kupą, mości panowie.

Zastyga oto osoba samotnie nad pustą kartką papieru bądź przed pustym prostokątem ekranu komputera.

Jak wspomina pan studia na filologii rosyjskiej w Warszawie i tamten  czas?

Studentów kierujących się ciekawością wobec zjawisk w literaturze, kulturze rosyjskiej, przecież ważnych, znanych w świecie, zbyt wielu na naszym wydziale nie było. Być może także dziś osobników zafascynowanych, pochłoniętych zjawiskami kultury nie mieszka, nie egzystuje pod niebem zbyt licznie. Studia kończy się z różnych powodów – dla prestiżu, dla zdobycia papierka, dyplomu ukończenia studiów. Tworzyliśmy jednak grupkę entuzjastów, na przekór linii oficjalnej, entuzjaści byli opozycyjnie nastawieni wobec systemu. Natrafialiśmy także na bariery nie do pokonania. Przykładowo zainteresowanych kulturą najnowszą obowiązywał zakaz cytowania autorów emigracyjnych, tak jakby ten ważny nurt kultury rosyjskiej zupełnie nie istniał. Dotknęło mnie to osobiście, ponieważ w pracy magisterskiej pod tytułem Inteligencja rosyjska a rewolucja  trudno było obejść się bez autorów z porewolucyjnej emigracji. Warszawska rusycystyka wówczas – lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku – nie obfitowała w wybitnych naukowców. Najświetniejszy rusycysta polski, Andrzej Walicki, nie był tu zapraszany. Pracował tam owszem znakomity Rene Śliwowski, znawca choćby Hercena, ale unikał rozmów ze studentami na tematy polityczne, przeszedł więc obok mnie, czy raczej ja prześlizgnąłem się obok niego, a szkoda. Poza wykładami, zajęciami, prywatnie – na tematy literatury najnowszej najbardziej śmiało wypowiadał się działacz PZPR; jest to jeden z paradoksów, do których przyzwyczaiły nas ciekawe czasy. Czasów PRL-u po przełomie tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego szóstego roku nie można traktować prostacko, jednoznacznie negatywnie, mimo że publicyści i politycy używają niestety uproszczonego schematu, czarno-białej wizji dziejów. Był to oczywiście despotyzm, ale na pewno nie totalitaryzm. Było to państwo polskie, choć o ograniczonej niezawisłości. Nie mówię o mieszkańcach ZSRR, gdyż tam zapewne utrwalił się, wykształcił typ obywatela określany przez Aleksandra Zinowiewa jako homo sovieticus; osobnik niesamodzielny, zależny od agend państwa, przyuczony do bytowania w kolektywie, zadowalający się byle czym, byle jak mieszkający, byle jak pracujący, z pokorą akceptujący swój nędzny los, ale też niewyobrażający sobie życia poza ojczyzną proletariatu. Z lat studiów wspominam niemal do szczętu zdarte taśmy magnetofonowe z zachrypniętym głosem Władimira Wysockiego, zakazanego u Wielkiego Brata, także nielegalne księgi Sołżenicyna albo tom wspomnień Nadieżdy Mandelsztam – żony jednego z największych rosyjskich poetów. Również numery paryskiej „Kultury” oraz książki z Instytutu Literackiego Giedroycia, przekazywane po kryjomu. Mnie jako studenta interesowała zwłaszcza literatura rosyjskiego modernizmu, jej wzlot przedrewolucyjny, ów srebrny wiek – jeszcze lata dwudziestego ubiegłego wieku były nader interesujące, dopóki stalinowski terror nie doprowadził do zniszczenia, wyjałowienia kultury, do zapaści na długie lata.

Skąd wybór, żeby zamieszkać w Białymstoku?

Był to przypadek, trafiłem tu w poszukiwaniu pracy zarobkowej, na przykład byłem przez czas jakiś kierownikiem kina studyjnego albo antykwariuszem. Ale też obracałem się w gronie ludzi interesujących, w swego rodzaju salonie  kulturalnym, który mieścił się w mieszkaniu – pokój z kuchnią w bloku – Zosi i Bogusława Pezowiczów. Biło tam – w latach siedemdziesiątych zeszłego wieku – serce kulturalne Białegostoku. Zbierali się w tym mikroskopijnym mieszkanku na „nocne Polaków rozmowy” dla przykładu Edek Redliński od Konopielki, socjolog Włodzimierz Pawluczuk, ten od Wierszalina, Bogdan Białek, wówczas młody student psychologii, późniejszy twórca „Charakterów”, wpadali tam aktorzy teatru, malarze, dziennikarze – kwiat artystyczny i literacki Białegostoku. Ale też zaglądał przejazdem na przykład Jacek Kuroń. Środowisko nastrojone opozycyjnie wobec realnego socjalizmu – w świetle utopii, jak postrzegam ów stan po latach – postulujące owego socjalizmu naprawę. Biesiadowało się oczywiście, mane, tekel, fares.

Czy jest pan wewnętrznym emigrantem?

Bycie obok nie oznacza koniecznie emigracji, faktem jest, że nie lubię, wręcz fizycznie nie znoszę działań zespołowych. Drażnią mnie owe zdarzenia literackie około postmodernistyczne, jakiś rodzaj prowokacji dla radości niszczenia, owe happeningi i performance, zgrywa prześmiewcza, kpina ze wszystkiego i ze wszystkich – a wszystko to prezentowane w sosie lewackim. Kultura, zwłaszcza ta wysoka, jest ponoć wytworem klas posiadających, białego mężczyzny, seksisty i rasisty, właściciela niewolników, kapitalistycznego wyzyskiwacza. A z drugiej strony marszczą brwi zanurzeni w otchłani przeszłości miłośnicy klasycyzmu, chwalcy tradycji, wielbiciele wartości narodowych – wartości owe nie powinny podlegać krytycznemu osądowi. Kultura ma służyć sprawie, chłostać ideami, ma być posłuszna – albo zaangażowana, albo żadna. Ma być używana.

Pana twórczość, jak wnioskuję również z pana wypowiedzi, to praca pamięci i wyobraźni w ramach bycia w czasie. Czy byłby pan skłonny przyznać się do jakiejś przynależności w sensie grup literackich albo pokoleniowych?

Jako student brałem udział w spotkaniach grupy literackiej Forum Poetów Hybrydy pod kierownictwem Bohdana Urbankowskiego. Naiwnie wierzyłem, że jest to coś warte. Byłem wówczas pod urokiem pisarstwa Stanisława Brzozowskiego; pojmowałem wówczas jego dorobek jako alternatywę dla obowiązującej doktryny systemu, jakże ubogiej, prymitywnej i załganej. Ale to, co członkowie Forum czerpali z dorobku Brzozowskiego, wydało mi się w końcu nie do przyjęcia – wyróżniali na przykład zwolenników Brzozowskiego spod znaku Sztuki i Narodu z czasu okupacji hitlerowskiej – niestety ugrupowania faszyzującego – wystarczy przejrzeć choćby wydany przez PAX pamiętnik Andrzeja Trzebińskiego. Tak się u nas składa, że radykalni narodowcy uchodzą za prawicę. Obserwuję ich oddalenie od rzeczywistości, rzeczywistością dla nich jest to, co ma być dopiero wytworzone – symbole narodowe mają być rzeczywistością najtrwalszą. Dziś oto słyszę, że prawicowe  elity wypowiadają wojnę grobom na cmentarzach. Bliższa jest mi tradycja Stańczyków z krakowskiego „Czasu” – Bobrzyńskiego, Szujskiego, Kalinki, Tarnowskiego. Byli to przedstawiciele realizmu politycznego, patrioci krytyczni wobec naszych wad narodowych. Dziś realizm polityczny, rozpoznanie tego, co jest, co się w istocie dzieje, namysł nad narodowymi wadami cechuje chociażby filozofa Bronisława Łagowskiego. Nie słyszałem jednak, by stworzył on liczącą się szkołę myślenia, a wielka szkoda.

Pana eseje są bardzo erudycyjne, pojawiają się w nich najważniejsze nazwiska dla kultury polskiej i światowej. A ja mam pytanie o pana przyjaźń ze Stedem, czyli Edwardem Stachurą. Jak to wtedy wyglądało?

Przyjaźń ze Stedem – to zbyt mocno powiedziano. Przypuszczam, że był on najbardziej samotnym człowiekiem, jakiego poznałem. Pisarz z pobocza, z poboków  według określenia Milczewskiego-Bruna. Wydaje się, że bliżsi mu byli Witek Różański i Andrzej Babiński. Ale najbliżsi zapewne przyjaciele wyobrażeni – choćby Michał Kątny albo Szerucki… Smutne to oczywiście. Poznałem go – znowu przypadek, czyżby historia wyłącznie przypadki nanizywała na nić dziania się – w redakcji miesięcznika „Twórczość” w Warszawie, około tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego roku. Zaniosłem wówczas swoje wiersze do redaktora działu poezji Ziemowita Fedeckiego – nie zabawiłem w redakcji zbyt długo. Fedecki miał tam gościa, nieznanego mi osobnika w kurtce i spodniach dżinsowych. A po kilku dniach dostałem list od Stachury, gdyż to on był gościem Fedeckiego. Napisał, że wiersze mu się spodobały. Ja wówczas o Stachurze niewiele wiedziałem, zaszedłem więc do księgarni, a tam na półce znalazłem kilka jego książek. Uderzyły mnie w trakcie lektury jakże oryginalną, osobną wizją świata. Owe misternie splecione zdania, objawienie kunsztu niesłychanego Niczego podobnego w ówczesnej literaturze polskiej nie spotkałem. Odtąd znajomość trwała przez lat kilka. W trakcie studiów w Warszawie zaglądałem nieraz do niego na ulicę Rębkowską – kilka bloków dalej, przy Kickiego, stały dwa akademiki uniwersytetu. Sted wówczas miał już żarliwych wyznawców, ale nie było to zbyt liczne grono – dopiero po przedwczesnej śmierci stał się pisarzem rozchwytywanym Zresztą do dziś jego książki są wznawiane, stale obecne w obiegu księgarskim, wciąż nowi czytelnicy sięgają po jego poezję, po poetycką prozę. Sted towarzyszył mi także w trakcie mojego debiutu książkowego w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym piątym roku. Jeszcze przed ukazaniem się w druku napisał o nim nader pochlebnie – później znalazła się ta wypowiedź w jego książce Wszystko jest poezją. Muszę wyraźnie podkreślić – wyznawcą jego nigdy nie byłem – co gorsza, znajomość obfitowała w zgrzyty – ale uważam jego twórczość za zjawisko jedyne, zapewne nieprzemijające, kreację niepowtarzalnego świata bądź światów.

Jaka jest pańska diagnoza obecnej sytuacji w literaturze? Czym ona różni się według pana od tego, co było przed tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym dziewiątym rokiem?

Nie orientuję się zbyt dobrze w naszej literaturze najnowszej. Po roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym dziewiątym niektóre ważne książki przestały być dostępne w księgarniach tradycyjnych, dostępne są na przykład tylko w internetowych, natomiast tomiki wierszy są wręcz niedostępne w ogóle – mam duże problemy w dotarciu do niektórych autorów. Ponadto na starość interesuje mnie głównie esej, filozoficzny nade wszystko. W środowisku literackim po tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym dziewiątym roku podziały stały się wyraźniejsze, aż do przejawów wrogości. Na przykład czytelnicy „Gazety Wyborczej” unikają kontaktów ze środowiskiem „Arcanów” albo „Frondy” – i vice versa. Dziś łatwiej wydać książkę niż w epoce PRL-u – chodzi tylko o zebranie odpowiedniej sumy pieniędzy bądź zdobycie hojnego mecenasa, sponsora. Cenzura instytucjonalna nie istnieje. Niestety, wydane dzieła mogą w ogóle nie trafić do obiegu księgarskiego. Należy podkreślić, że po tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym szóstym roku cenzura wyraźnie zelżała, wychodziły interesujące, wartościowe księgi, także awangardowe pozycje z Zachodu – próba totalitaryzmu u nas ograniczyła się mniej więcej do okresu między rokiem tysiąc dziewięćset czterdziestym dziewiątym a tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym czwartym. Już niedługo po śmierci Stalina więzienia zaczęli opuszczać wymęczeni w katowniach UB wrogowie systemu, radykalni narodowcy, piłsudczycy, akowcy, także niekomunistyczni ludzie lewicy. Istniał wprawdzie zakaz cenzorski na wydania Gombrowicza, Miłosza, Bobkowskiego, Herlinga-Grudzińskiego, Stempowskiego, autorów „Kultury” – fakt, że ich nieobecność była w gruncie rzeczy szkodliwa. Z dużym trudem można było dotrzeć do przemycanych zza granicy wydań, ale w razie wykrycia przez SB groziło to przykrymi następstwami. Fakt, że nigdy mnie ten aparat bezpieczeństwa nie nakrył ani też moich znajomych, jacy z nielegalnych wydań korzystali. Może mieliśmy dużo szczęścia.

Mistrzowie poezji? Czy ma pan takich?

Któż z piszących ich nie ma? Ambitny pisarz zaczyna zwykle od naśladowania autorów ulubionych, by w trakcie dalszej pracy kategorycznie odciąć się od zastanych wzorów – przemówić własnym, wolnym głosem. Wzorem dla mnie była z jednej strony zwięzłość Norwida aż do Różewicza – najmniej słów  Przybosia traktowałem niemal jak przykazanie. W kreacji poetyckich światów natomiast bliżsi mi byli Leśmian, Czechowicz, Iwaszkiewicz, Tadeusz Nowak, Wojaczek, Stachura. Dziś chętnie zaglądam, wracam do ksiąg Benna, Oscara de Milosza, Mandelsztama. Niestety, jedynie Mandelsztama czytam w oryginale, istniejące przekłady nie oddają w pełni jego charakterystycznego zaśpiewu – może najlepiej brzmi tych kilka wierszy w przekładzie Jarosława Marka Rymkiewicza. Poezja jest nieprzekładalna, wiersze należy czytać w oryginale.

A czy doczekał się pan swoich uczniów?

W ostatnich latach otrzymałem kilka listów od literackiej młodzieży, nie są to wszelako kontakty zbyt liczne Jednak żadnej szkoły czy nawet szkółki nie stworzyłem. Zapewne żaden ze mnie pedagog. Mimo że ukończyłem studia pedagogiczne, ani minuty nie przepracowałem w szkole. Taki los.

Jaki jest pana stosunek do prozy Brunona Schulza? Wiem z esejów, że pozytywny. Ale czy mógłby pan jeszcze tę sprawę przed nami rozwinąć? W pana tomie Krąg, pojawiają się moim zdaniem czasowe zakleszczenia, boczne odnogi  wyobraźni, charakterystyczne również dla skromnego geniusza z Drohobycza.

Schulz moim zdaniem należy do tych twórców, jacy w odbiorze w świecie nie wymagają żadnego dodatkowego przygotowania, choćby studiów historycznych – zaliczyłbym do nich także Witkacego, Gombrowicza bądź Czesława Miłosza. Celną uwagę znalazłem u Pawła Hertza. Hertz stwierdził gdzieś, że odbiór światowy Mickiewicza, Słowackiego, Sienkiewicza, Prusa, Orzeszkowej albo Dąbrowskiej wymaga dobrej znajomości polskich realiów. Bez przygotowania, dodatkowych studiów nasza arcypolska literatura staje się niezrozumiała, przestaje kogokolwiek obchodzić. W przeciwieństwie choćby do Rosji, Polska w odbiorze światowym jest białą plamą. Zainteresowanie Polską bywa doraźne – jakiś bunt, kolejne nieudane powstanie – i szybko przemija. Cóż więc czynić? Ależ zaprzestać biadania nad naszym losem, nieczułością Europy i tak dalej. Podobne utyskiwanie jest objawem resentymentu, choroby duszy narodowej – jest lamentem bez żadnego wpływu na bieg wydarzeń – wynikającym być może z zapędu imperialnego, dziś niezbyt uzasadnionego. Cóż z tego, że byliśmy niegdyś mocarstwem – w proch się obróciło. Cóż po utyskiwaniu, że nikt nas nie kocha, nie docenia, nie zaprasza do stołu – wzmacnia to jedynie neurozę o symptomach histerii. Zwykle histeryk lubi odgrywać teatr, bohaterowie tego teatru starają się wzbudzić, wywołać podziw, szacunek i miłość otoczenia – zazwyczaj bezskutecznie.

Co do bliskości wyobraźni Schulza, muszę wyznać, że mam kłopot z oceną. Być może czytelnicy, odbiorcy z zewnątrz potrafią widzieć to jaśniej. Schulz był bliski przykładowo ideom Bergsona – podobnie jak Proust, Leśmian, Znaniecki. Mnie pisarstwo Bergsona już przed laty urzekło – świetna książka Barbary Skargi o filozofii Bergsona jest zdaje się jeszcze dostępna w księgarniach. Jest Bergson Wielkim Modernistą – jednym z ojców Czasobrania. Myślę, że jego namysł nad światem, sobą-w-świecie jest żywy, ważny także dziś. Bliski mi jest obok klasyków antropologii filozoficznej – Schelera, Gehlena, Plessnera. Powrót do ducha  Czasobrania być może jest antidotum na bolączki naszego ziemskiego bytu.

Pisze pan w tomie esejów Nagle w świecie: mój przyjaciel postmodernista  i jednocześnie nie kryje swojego bardzo niechętnego stosunku do postmodernizmu. Czy z tego dla nas nauka, że można przyjaźnić się z tymi, z którymi się nie zgadzamy? I co pana w postmodernizmie szczególnie denerwuje?

W moim długim życiu przyjaźniłem się z osobami, których poglądy odbiegały wyraźnie od moich – rzecz w tym, że z wcielonym demonem porozumienie jest niemożliwe, zombie są odporni na cudze argumenty na szlaku do nicości niszczą każdy odmienny pogląd. W postmodernizmie uderzyło mnie już przed laty tło totalitarne, typu lewackiego. Ślęczenie nad tekstami postmodernistów – choćby Barthesa, Foucaulta, Derridy, Deleuze’a czy Lyotarda – być może oznacza marnowanie czasu. W moim odczuciu ich wynurzenia, wynaturzenia pozbawione są humanistycznego dążenia do prawdy i wartości – nawet najzwyklejszego ludzkiego ciepła. Jeśli przyjąć głoszony przez nich powszechny relatywizm – nieuchronnie wpada się w paradoks kłamcy. Odzywa się wówczas we mnie, zapala, budzi – duch ratio, niezgody na wynaturzone słowotwórstwo, słowolejstwo. Drażni mnie model uprawiania refleksji, który prezentują ci filozofowie-artyści. W moim odczuciu natrafiam u tych artystycznych twórców na jeszcze inną niekonsekwencję. Postulują oni bowiem rodzaj anarchizmu przy jednoczesnym postulacie wszechwładnego państwa, które to państwo ów anarchizm ma zatwierdzić, upowszechnić i utrzymać. Oczywiście teksty ich zawierają ukryty i jawny atak na podstawowe założenia Wielkiego Modernizmu – choćby problem wolności osoby, indywidualizmu, literackiego geniuszu, arcydzieła. Owa śmierć Człowieka, jaką propagował Foucault na wzór śmierci boga u Nietzschego. Wyjście od analiz Nietzschego, albo Heideggera nad nihilizmem zaowocował gloryfikacją ducha chaosu, zniszczenia. Misternie rozbudowane, pisane językiem z założenia mętnym rozważania podszyte są na koniec neosocrealizmem, upolitycznieniem literatury, oczywiście po jedynie słusznej stronie.

Interesujące są paradoksy w pana zbiorze esejów. Na przykład przypadek braci Mackiewiczów, zażartych antykomunistów, patronów intelektualnych prawicy i… rusofilów. Czy literatura pana zdaniem uczy myślenia odcieniami?

Uważam przede wszystkim Stanisława Cata-Mackiewicza za jednego z najświetniejszych naszych eseistów – chętnie drukował jego teksty Giedroyć w paryskiej „Kulturze”, nie znaczy to, że ze wszystkimi opiniami Cata akurat się zgadzam. Kolejny paradoks – Cat na przykład uważał za największych polskich pisarzy Sienkiewicza i… Boya-Żeleńskiego. Cat, owszem, był człowiekiem klasycznej prawicy, w przeciwieństwie do narodowych radykałów, jacy lubią stroić się w szaty prawicowców. Literatura ważna właśnie uczy  myślenia odcieniami. Są niestety wśród nas bojownicy, którzy lubią traktować literaturę jako oręż w walce w czarno-białej rzeczywistości, bez odcieni – wróg w bezlitosnym starciu nie zasługuje bowiem na miłosierdzie, zwłaszcza chrześcijańskie.

Stąd też obca mi jest rusofobia, jaka przelewa się z łamów prasy, z ekranów telewizyjnych, w oświadczeniach niestety polityków. Przez rusofobów zainteresowanie sprawami Rosji – niezbędne jak uważam dla przetrwania, dobrej kondycji państwa polskiego – kwalifikowane jest z góry jako agentura wpływu. Oto wpływowy polityk partii rządzącej głosi jawnie, otwarcie, że polską racją stanu (sic!) jest walka z Rosją; minister rządu polskiego rozwodzi się subtelnie  nad obcością rosyjskiej cywilizacji, odwiecznie wrogiej, agresywnej wobec Zachodu. Jest to cywilizacja turańska, a więc barbarzyńska – polityk ów nie wie bądź zapomina, że z tradycji turańskiej wyrośli i odwołują się do niej choćby przyjaciele nasi, Węgrzy. Jest to krótkowzroczna postawa naszych elit, która nie postrzega rzeczywistego wroga, a bujając w obłokach, naraża realnie istniejące państwo. Skąd się biorą ci politycy, jacy stale od tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym dziewiątego roku prowokują Rosję do odwetu. Imperium, które graniczy z naszym krajem, nie powinno być lekceważone – lekceważenie owo podszyte jest arcypolskim jakoś to będzie. Przyjdą Amerykanie i nas wyzwolą.

A jest to imperium, które – przez nikogo nieponaglane – rozpadło się na szereg niezależnych państw, z szeregu państw wycofało swoje wojska, w tym oczywiście z Polski. Które w bólach próbuje zaprowadzić u siebie kapitalistyczną, rynkową gospodarkę i demokratyczny styl rządzenia. Że ich demokracja pozostawia dużo do życzenia, to oczywiste, lecz nie do nas należy pouczanie, łajanie ich przywódców, próba zmuszania do przyjęcia naszego, rodzimego poglądu na sprawy międzynarodowe. Czy nasze połajanki są skuteczne, jest to problem kolejny. Chyba że oto boską decyzją przekształciliśmy się w mocarstwo światowe, w rodzaju USA , Chin czy Niemiec.

Jeszcze w dziewiętnastym wieku emigrant z carskiej Rosji i wróg caratu Aleksander Hercen ubolewał, że Polacy odmawiają poznania Rosji, ograniczają się tylko do akcji wobec Rosji wrogich, dążą do jej zniszczenia. Hercen zresztą miał wielu przyjaciół Polaków. Wydaje się, że ignorancja wobec spraw rosyjskich przejawia się dziś szczególnie jaskrawo. Mimo że ukazują się u nas godne polecenia teksty wybitnego rusycysty Andrzeja Walickiego albo Mariusza Wilka, ważne teksty zamieszczała przed laty paryska „Kultura”. Dostępne są także książki rzetelnych autorów obcych, jak Isaiah Berlin czy też Richard Pipes. Jest to zasmucające. Natomiast polskie elity potrafią powoływać się co najwyżej na akcje radykała Siergieja Kowaliowa i jego kręgu, który występuje pod hasłem: niech przepadnie Rosja, byle zapanowała sprawiedliwość. W moim odczuciu ludzi kręgu Kowaliowa cechuje umysłowość dogmatyków, nieprzejednanych, duchowych spadkobierców nihilistów, narodowców-terrorystów. Nie są oni rzeczywistymi liberałami. Jakim prawem nasi, pożal się Boże, politycy wspierają mało znaczące grupki opozycjonistów tylko dlatego, że walczą one ze swoim rządem – wbrew opinii większości Rosjan?

Czy mógłby pan powiedzieć kilka słów o swoim dojrzewaniu intelektualnym, o pana domu rodzinnym, jak zaczęła się pana przygoda z literaturą?

Pochodzę ze środowiska, o którym się pisało w ankietach: inteligencja pracująca. Ojciec i matka czytali klasyków, w tym klasyków rosyjskich w oryginale. Ojciec mój urodził się w Moskwie. Dziadek ze strony ojca był w Moskwie duchownym prawosławnym – aczkolwiek pochodził z białostockiego – tam też poznał swoją żonę, Rosjankę, z domu Kurakinę. Umknęli z Rosji przed rewolucyjną pożogą i zamieszkali w Bielsku Podlaskim, moim rodzinnym miasteczku. Po babci zostało kilka tomów pism Lermontowa w wydaniu przedrewolucyjnym, zapewne jej bliskich, jeśli włożyła je do walizki, udając się w podróż do Polski. Zbyt mało wiem o tej babci, umarła młodo na gruźlicę, na tę straszną wówczas, nieuleczalną chorobę umarły jej wszystkie dzieci – jako ostatni mój ojciec. Żyłem, dorastałem, wychowywałem się w cieniu śmierci.

Natomiast dziadek ze strony matki był sołtysem na wsi, rolnikiem – ukończył cztery klasy carskiej szkoły, lecz – rzecz nietypowa w tamtej odległej epoce – był zapalonym czytelnikiem powieści, czytał zarówno po rosyjsku, jak i po polsku. Krąg ksiąg towarzyszył mi niemal od zawsze, zamiłowanie do codziennej lektury pozostało mi do dziś. Zapewne pisarstwo zaczyna się zawsze od lektur, tych najważniejszych. Piszący przede wszystkim ma za plecami, czuje oddech dzieł poprzedników, tradycję pisarską, do której nawiązuje – której się przeciwstawia. Aczkolwiek teoretycy lubią wskazywać na wpływ struktur szerokich, ekonomicznych, politycznych, historycznych i tak dalej, jak owa osławiona panika na giełdach w Inflantach, która rzekomo wyprodukowała Ballady i romanse  Mickiewicza, co utrzymywali niezbyt lotni teoretycy marksistowscy. Marksizm u nas nie tylko był chorobą, był także rodzajem religii, wyznania, inteligenci-marksiści trwali zorganizowani w rodzaj sekty, we wspólnotę współwyznawców, otoczeni wrogością maluczkich. Tworzyli mały światek, nieprzemakalny dla rzeczywistości. Dopiero chruszczowowskie potępienie kultu jednostki  wyrzuciło ich poza ów diabelski krąg. Zaczęli spoglądać na rzeczywistość świeżym spojrzeniem.

Ale tak naprawdę pierwszy błysk, promień twórczości olśnił mnie, gdy po serii bezładnych zresztą lektur, wybieranych po omacku, dotarłem do klasy maturalnej. Nie bez wpływu przyjaciela z klasy – odebrał sobie życie wiele lat później – który przewyższał mnie oczytaniem w klasykach – już wtedy studiował przykładowo Nietzschego – w ogóle mądrością i powagą w traktowaniu wszelkich systemów wartości. Zapewne jego obecność przyśpieszyła mój rozwój.

W klasie maturalnej zachwyciła mnie poezja Młodej Polski – zwłaszcza Staffa, Leśmiana. Owa niepowtarzalna melodia słów, falowanie obrazów, metafor. Poczytywałem wiersze ukradkiem, ukradkiem też popisywałem – poezjowanie uchodziło wszak za rzecz niezbyt męską. Później oczywiście lekcja nadrealizmu – teoria spazmatycznego piękna surrealizmu jest dla mnie ostatnią ważną teorią estetyczną. Zainteresowanie to na przekór obowiązującemu wówczas modelowi literatury zaangażowanej – do dziś przeszywa mnie zimny dreszcz, gdy teoretycy i krytycy literaccy wywlekają z tekstów ideologie, poza etyką, moralnością nie dostrzegając w dziele niczego istotnego. Dziś w ten sposób upupia się choćby Zbigniewa Herberta – ma być oto heroldem narodowej sprawy. Zadebiutowałem w prasie literackiej w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym siódmym – już jako student.

Jakim miejscem do życia i pisania jest Białystok? Czy magicznym, niesamowitym?

Przybyłem do tego miasta, jak się okazało, na stałe, być może na zawsze, w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym szóstym roku. Miastem magicznym, niesamowitym stał się z upływem czasu, kiedy dawno już zdążyłem przebyć, przekroczyć smugę cienia. Dziś starego pisarza osaczają dzwonki telefonu: czy wiesz, umarł nasz przyjaciel, kolejna osoba ze starej paczki. O gronie ludzi utalentowanych, jacy w Białymstoku przemieszkiwali, wspomniałem już wcześniej. Dziś przede mną objawiło się nowe zadanie – napisać i opublikować księgę życia. Jest to forma dużego eseju – jednak nie tom wierszy – poświęconego Wielkiemu Modernizmowi, który lubię nazywać Czasobraniem – od tytułu powieści świetnego pisarza, czyżby zapomnianego, Leona Gomolickiego.

Czy odwiedził pan kiedyś szeptuchę?

Zapewne chodzi tu o słynną znachorkę – znana jest w naszych stronach legendarna babka z Orli – nie odwiedziłem jej nigdy. Słynną szeptuchą była natomiast moja prababka ze strony mamusi. Jeden ze znajomych na wiadomość o moim pokrewieństwie z szeptuchą stwierdził: Rozumiem teraz genezę, źródło twej twórczości. Owo źródło pozostaje wciąż dla mnie niezgłębioną tajemnicą. Niegdyś wybitnego reżysera filmowego i pisarza Piera Paola Pasoliniego ktoś zapytał, czy nie zechciałby skorzystać z porad psychoanalityka. Pasolini odparł, że nerwica jest siłą napędową jego twórczości, obawia się więc, że wizyta u lekarza mogłaby go pozbawić impulsu twórczego. A więc magia, tajemnica, irracjonalizm, mit… Ależ tak, oczywiście.

Przychyla się pan raczej do porządku, gdzie w centrum jest jasny ratio. Przyznaje się pan co widać w pana poezji  do solidnego poetyckiego rzemiosła, które w świecie szuka piękna i tajemnicy, dla którego najważniejsza jest chyba wolność wyobraźni, wyzwolonej, jak się zdaje, od rozmaitych, ideologicznych zależności i powikłań. A co z siłami irracjonalnymi, ciemnymi, szalonymi? Jaki jest pana stosunek do tych sił?

Mam wrażenie, że rządzą mną dwie siły, niby dwa skrzydła. Niektórzy nazywają to na sposób literacki – rozdwojeniem, dwoistością duszy. Skłonność do ratio i skłonność do tego, co ciemne, niejasne, co wyrasta z obszaru, krainy intuicji. Zaprzysięgli racjonaliści odrzucają istnienie owych sił ciemności, odrzucają w ogóle to, czego język nie potrafi wyrazić. Jest to zadufanie w sobie, zarozumiałość, buta intelektu. Ile jest w nas światła, a ile mroku? Uderzyło mnie stwierdzenie jednego z astronomów – że nauka najnowsza zna najwyżej kilka procent dostępnej materii Wszechświata, Stworzenia.

Dla mnie wiersz wyrasta z otwarcia na wyobraźnię, a więc z tego, co nieproste; otwarcie na wyobraźnię w stechnicyzowanym świecie przestaje był wszakże łatwe. Bliska mi jest atmosfera  nadrealizmu, jego rodzaj niezwykłej, poza zdrowym rozsądkiem metaforyki – metafora jest sprawą moralności. Ale też sprawą rzemiosła poetyckiego jest panowanie nad chaosem, żywiołem. Zaprowadzenie ładu – korzystając z rąbka wolności, jakiego udostępnił nam Stwórca, siłami zarówno dobra, jak i zła. Cenię w sztuce eseju, choćby Stempowskiego, Czapskiego ową jasność, klarowność, wyrafinowaną prostotę – ducha Juliena Bendy. Ileż szkody dla tej sztuki wyrządziło mętne wodolejstwo modnych, bo paryskich postmodernistów. Być może pozostaną po nich terminy w żargonie literackim – jakieś ikony, dekonstrukcje, narracje.

Cóż jest w ogóle proste – chyba jedynie Bóg.

Bardzo panu dziękuję za rozmowę.

Z Jerzym Plutowiczem rozmawiał Michał Piętniewicz, 11 sierpnia 2016.

 

.

Uśmiech dzieciństwa

.
W wyrwie bruku kwitły czerwone maki.
Przemknął gazik pełen wesołych

.
milicjantów, gdy biegliśmy ścieżką
wśród gruzów mleczarni. Na oślep,

.
na głucho, na śmierć. Zapamiętasz tę
datę – jak uderzenie w policzek. Gdy

.
dzieciństwo ogromniało jak liść
łopianu, co w rowie na granicy

.
widzenia. Ocali cię wiatr czasu,
który zakołysał gałązką wiśni nad

.
płotem sąsiada. Ocal mnie.

.

.

Sad pod jesień

.
Ma się pod jesień. Kto zgasił lampę
na werandzie? Podglądałeś z sadu.

.
Zanosi się na długą noc. Kto przekręcił
klucz w drzwiach na zewnątrz? Niedopałek

.
papierosa zasyczał w kałuży. Trzeba było
zapamiętać imię tego świata, choć numer

.
domu, choć szczerbę na progu. Pachniało
popiołem i deszczem. Warstwa liści na

.
trotuarze tłumiła odgłos ucieczki.
Mówię: drzewo. Mówię: złota iskra

.
w ciemności, krwiobieg, twoja niewidzialna
dłoń.

.

(wiersze dotąd nigdy nie publikowane)

 

Jerzy Plutowicz – ur. 30 stycznia 1947 w Bielsku Podlaskim, tutaj też ukończył liceum ogólnokształcące. Ukończył studia na filologii rosyjskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Od 1976 mieszkał i pracował w Białymstoku, gdzie był między innymi kierownikiem kina studyjnego, antykwariuszem, Debiutował wierszami w dwutygodniku „Współczesność” w  1967. Zamieszczał wiersze między innymi w warszawskiej „Kulturze”, „Nurcie”, „Nowym Wyrazie”, „Poezji”, „Kwartalniku Artystycznym”, wiersze i eseje w „Twórczości”. Jego debiutem książkowym był tomik wierszy Niegdyś to znaczy nigdy  (1975). Opublikował 13 książek. Za najważniejsze uważa tomy poezji Pusty zegar  (1987), trylogię poetycką Zapomniana wojna  (2000-2008),  Miasto małe jak łza  (2012),  Jesień 2014 (2015). Ostatnią jego książką jest tom wierszy Krąg (2016). Ponadto wydał tom esejów Nagle, w świecie  (2006).

Fot. Dagmara Smoła

Fot. Dagmara Smoła

Michał Piętniewicz (ur. 13.01.1984 roku w Tarnowie) – poeta, krytyk, doktor nauk humanistycznych. Prowadził zajęcia na UJ w Krakowie i PWSZ w Tarnowie. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, a także przewodniczący Koła Młodych przy Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich, Oddział w Krakowie. Wydał Oddział otwarty jako nagrodę w projekcie Połów (2008), Odpoczynek po niczym (2011), zbiór opowiadań Tarnowskie baśnie i mity  (2012), Na oścież  (2014). Publikował w wielu pismach tradycyjnych i sieciowych. Redaktor kwartalnika literacko-artystycznego „Metafora” w roku 2012. Wyróżniany w konkursach poetyckich, między innymi im. Zbigniewa Dominiaka Moje świata widzenie i w konkursie im. Witolda Gombrowicza Przeciw poetom. Stypendysta Miasta Krakowa w dziedzinie literatury w roku 2012. Przez pewien czas sekretarz, a obecnie uczestnik grantu Obrazy Boga w literaturze polskiej. Tłumaczony na język rumuński i włoski.