Josif Brodski i Katarzyna Krzyżewska, Katowice 1993

 

Literacka Polska: Od kiedy wiedziałaś, że chcesz zajmować się przekładem literackim?

Katarzyna Krzyżewska: Właściwie od momentu, kiedy Barańczak mnie w tym utwierdził i ośmielił. I kiedy zdałam sobie sprawę, że to nie będzie łatwa droga, że nie da mi stabilizacji finansowej, zawodowej, że abym temu mogła poświęcić czas, muszę to traktować jak pasję, bez względu na przeszkody, i robić swoje. To bodaj jedyny zawód, w którym obserwuję ciekawe zjawisko: otóż zdarza się, że aby ten czy ów tłumacz zaistniał  – najpierw udowadnia otoczeniu nie lepszość  własnej pracy, a gorszość  konkurentów. Patrzę na to z pewnego dystansu, zastanawiając się, czy coś takiego mogłoby powstać na przykład wśród dentystów, niezmordowanie wyrzucających plomby – efekt pracy konkurencji – by się wykazać swoim kunsztem. Oczywiście to z przymrużeniem oka. Tłumacze powinni dążyć do absolutu w swoim dziele i nic nie stoi na przeszkodzie, by stwarzać nowe tłumaczenia: pod jednym wszakże warunkiem, że poprzeczkę ustawią wysoko. W przeciwnym razie to samobójstwo, za takie uważam poprawianie  na gorsze po Barańczaku uznanym przez samego Brodskiego za genialnego tłumacza.

W latach, kiedy podejmowałaś decyzję o studiach, język rosyjski nie miał w Polsce najlepszej passy. Dlaczego wybrałaś właśnie filologię rosyjską?

Przypadek, zbieg okoliczności. Był początek stanu wojennego, nie dostałam się na wymarzone prawo. Na rusycystykę na UJ były chyba pierwszy raz dodatkowe miejsca i egzamin. Gdybym wiedziała, że jest tam więcej kandydatów na jedno miejsce niż na prawo – w życiu bym do niego nie przystąpiła, ale nieświadomość mi pomogła i dostałam się z bodaj drugą lokatą. I zostałam, bo prowizorki trzymają się najdłużej – ta pięć lat, ale dość szybko zaczęło mi zależeć, żeby ją z honorem skończyć, stąd wybór w połowie studiów tematu, dotyczącego mało u nas znanego rosyjskiego dysydenta, objętego zakazem druku, poety bez fiszki w Jagiellonce. Oficjalnie nie istniał… To było coś!

Którzy autorzy mieli największy wpływ na twoją literacką świadomość?

W dużym stopniu na moje literackie poszukiwania czy gust czytelniczy wpływ miał dom, w którym sporo się czytało. Po dziadku – legioniście, który bił ruskich (śmiech)  i w związku z tym trafił do niewoli, cztery lata spędził na Sybirze, jakiś czas pod Semipałatyńskiem, Brodski0010znał język – odziedziczyłam sporą bibliotekę klasyki rosyjskiej – Dostojewskiego czytywał w oryginale – i szablę, tak na wszelki wypadek (śmiech).  Mama nauczyła mnie czytać poezję. Sama rozmiłowana w Gałczyńskim, Tuwimie, Słonimskim, Iwaszkiewiczu, Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej scedowała na mnie część swoich fascynacji. Podobno jako czterolatka recytowałam Niobe Gałczyńskiego, sepleniąc niemiłosiernie. Wiersze akmeistów poznałam jeszcze w liceum. Zatem to, co miało na mnie jakiś wpływ – było wypadkową.  W latach siedemdziesiątych, jak większość znajomych, czytywałam prozę iberoamerykańską, i to zostało do dziś: Zła godzina  Marqueza czy Powszechna historia nikczemności  Borgesa – są pod ręką. Ten ostatni bardzo mi się przydaje w pracy nad bestiariuszem Brodskiego. Autorzy, do których z różnych powodów wracam, to między innymi Saint-Exupéry, I. B. Singer, L. Durrell, R. Calasso, Maeterlinck i jego Życie pszczół, Inteligencja kwiatów, Życie termitów, Życie mrówek,  a nie tak dawno dołączył Murakami. Z literatury polskiej – trójca: Witkacy, Gombrowicz, Mrożek i trwająca od lat fascynacja prozą Schulza. Są jeszcze poeci Ondaatje i Carver, ale swoje miejsce mają też powieści sensacyjne Johna le Carré’a, przyjaciela Brodskiego, który jadł z nim kolację, kiedy dostali wiadomość o Noblu.

Jednak zanim jeszcze Brodski dostał Nobla, napisałaś o nim pracę Brodski – poeta biografii.  Niemniej ten poeta, a już zwłaszcza jego biografia  nie funkcjonowały w oficjalnym obiegu, więc skąd się o nim dowiedziałaś?

Fascynacja poezją Brodskiego nie była jakimś nagłym objawieniem. W początku lat osiemdziesiątych natknęłam się na wybór przekładów Barańczaka, które zostały wydane nakładem oficyny Nowa. Zachwyciły mnie wiersze, zachwycił ich przekład na tyle, by czytać to wielokrotnie. Wybierając temat pracy magisterskiej, wiedziałam, że chcę pisać o Brodskim. Obroniłam tę pracę parę miesięcy przed jego Noblem. Wtedy wzrosło zainteresowanie poetą. Jakieś drobniejsze przekłady drukowałam w drugim obiegu, ale na tłumacza zostałam pasowana przekładem Izaaka i Abrahama  – dużego i – jak go określił sam autor – prawie nieprzetłumaczalnego poematu. Ten właśnie przekład został uhonorowany nagrodą im. Wandy Kragen. Ale dla mnie było najważniejsze, że został pozytywnie oceniony przez Stanisława Barańczaka, a później przez samego Brodskiego. Ze wskazówek i rad, których wówczas mi udzielił Barańczak, korzystam do dziś. No i tak jakoś poszły następne przekłady i kolejne tomiki: Wiersze i poematy, Lustro weneckie, Zamieć w Massachusetts, Fin de siècle, Poezje wybrane  (tłumaczenie wraz ze Stanisławem Barańczakiem).  I już po śmierci Brodskiego: Wiersze ostatnie, Tym tylko byłem…, Wiersze bożonarodzeniowe, Znak wodny  (cztery ostatnie tłumaczenia wraz ze Stanisławem Barańczakiem) oraz Urania  – zawierająca kilkadziesiąt moich przekładów.

Biografia – powtórzę – nic a nic nie wyjaśnia – mówił sam Brodski w rozmowie z Wołkowem, argumentując, że wynika to z mniejszej różnorodności życia niż sztuki. Czy tobie – jako tłumaczce – jego biografia też nic nie wyjaśniała, nie była pomocna? Nie chodzi o tę, którą można wyczytać z wierszy…

Może sama biografia – faktycznie, ale to życie poety, w tym wypadku jednego z najwybitniejszych, więc jasne jest, że ma swoje konotacje. Choć tak naprawdę na odbiór poezji nie wpływa. Stanowi rodzaj stelaża, zwłaszcza kiedy życie inspiruje. Inaczej postrzega to poeta i czytelnik, dla tłumacza biografia jest ważnym odnośnikiem. Tłumacz jest tropicielem wątków, nie posokowcem jak dociekliwy – czasem nad miarę – dziennikarz, ale raczej bedlingtonem – kiedy złapie wiatr – szuka i aportuje wszystko, co może pomóc w oświetleniu wątków utworu, i jest w tym nieustępliwy i wytrwały.

Brodski0012Biografia może nie wyjaśniać, ale czasem może usprawiedliwiać. Dla tłumacza bywa bezcenna. Tak zdarza się z muzami, skomplikowanymi związkami, dziećmi, przyjaciółmi, którzy byli ważni albo kiedyś, albo na zawsze. We wczesnej twórczości Brodskiego natknęłam się na nazwisko Fiedki Dobrowolskiego. Była nawet fraza wtedy żył jeszcze Dobrowolski.  A więc śmierć Fiedki to jakaś data graniczna. Nigdzie nie znalazłam żadnych wyjaśnień. Nurtowała mnie ta sprawa. Przy pierwszej okazji zapytałam o to samego Brodskiego. Reakcja była nadspodziewana. Chwilę milczał. Kiedy podniósł głowę, zobaczyłam wilgotne oczy. Głos mu się łamał, gdy mówił: To był wspaniały człowiek. Umysł i serce. Prawdziwy przyjaciel. No cóż. Przedawkował… Ale dlaczego pani o to pyta?   Wybąkałam stremowana: Wydawał mi się bliski i ważny nie tylko dla pana osobiście, ale i dla pańskiej twórczości.  Na co Brodski odrzekł: Ma pani rację. I intuicję: bliski i ważny.

Tłumaczyłaś Josifa Brodskiego z rosyjskiego, ale wobec specyfiki jego twórczości można zapytać: czy istnieje język brodski?

Tak, specyfika języka brodskiego  – celowo używam tego określenia przymiotnikowo – to coś, czym autor uwodzi czytelnika niemal od samego początku. Wczesna twórczość, ta z okresu leningradzkiego, a więc z lat sześćdziesiątych, poetyckie eksperymenty warsztatowo-leksykalne do dziś zachwycają badaczy. W świecie poezji, który – wydawać by się mogło – jest sferą niepoliczalną,  jednak i Brodskiego nie oszczędzono. I nie mówię tu o jego ekwilibrystyce słownej, neologizmach typu marcopada  czy innych gitaropodobnych przedmiotach,  ale po prostu o zasobie leksykalnym. Okazuje się, że niepełny słownik Brodskiego to 19650 słów, podczas gdy dla porównania – Achmatowej – 7000. To pokazuje skalę i rozmach. Dla Brodskiego słowo  miało szczególną wartość, a język stanowił coś, co dziś Magdalena Parys nazwałaby tunelem pamięci.  Dla poety, który w wieku trzydziestu dwóch lat, bynajmniej nie dobrowolnie, opuścił ojczyznę, rosyjski był rodzajem kodu, dzięki któremu zabrał to, co najważniejsze: pamięć, tradycję, miłość do najbliższych Brodski0013i wspomnienia. To wszystko wywędrowało z nim jako bagaż podręczny. Nie był gotów na rozstania, tak jak żaden przymusowy emigrant z biletem w jedną stronę. Czasem, patrząc na jego fotografię siedzącego na walizce na dworcu, zastanawiałam się, co wtedy czuł. To był przecież punkt zwrotny w jego życiu. Po nagonce, psychuszce, zesłaniu, traumach osobistych, z chorym sercem, piętnowanym w ZSRR żydowskim pochodzeniem miał prawo do goryczy. Widać ją na przykład w wierszu Powrócisz do kraju… Wspominam ten utwór nie bez powodu. Otóż tradycja śpiewania dopadła także Brodskiego. W Rosji stosunkowo wcześnie śpiewano między innymi jego utwory, u nas robił to z powodzeniem Mirek Czyżykiewicz, zafascynowany Brodskim artysta. Ten wiersz trafił do Internetu właśnie za sprawą jego wykonania i uległ pewnej hm… powiedzmy: metamorfozie… Jakież było moje zdumienie, kiedy na jednym z portali poetyckich zobaczyłam swój przekład, mocno przerobiony, bez ostatniej zwrotki, natomiast z masą powtórzeń. Tekst śpiewany dopuszcza adaptację, ale przecież tłumaczenie wiersza to nie wariacja na temat utworu. Mogło oczywiście być gorzej (śmiech) , jak w przypadku zamierzonego odejścia od oryginału pewnego tłumacza, który po Barańczaku sięgnął po Piosenkę o Bośni.  Wyszła mu piosenka o Bośni, tyle że to już nie był Brodski… I tak dochodzimy do odwiecznego dylematu, któremu Karl Dedecius poświęcał sporo uwagi, pisząc Notatnik tłumacza  – wierne czy piękne… Powiem tak: wierność to podstawa udanego związku oryginału z przekładem, a uroda jest miłym bonusem. Poeci wolą tych, którzy trzymają się blisko, co nie znaczy literalnie. Wszak przekładamy z języka na język z uwzględnieniem czegoś jeszcze poza znaczeniem słownikowym.

Człowiek siedzi i gada z muchą. I jakże poważna ta rozmowa! Oszałamiająca jest fraza śmierć jest nudniejsza od męki bezruchu, ale zwłaszcza przemiana poety, który z człowieka mającego władzę nad życiem i śmiercią muchy staje się współuczestnikiem tego życia, a równocześnie zastanawia się, co zrobi po śmierci tej muchy.

Taka współzależność… Widzisz, Brodskim się myśli, tak jak cytatami z Wesela  nieomal – dwoje nas teraz – nośników zarazy albo tyś mimo wszystko stara i blisko  – to do muchy (śmiech) . Znowu mamy parę: poeta i owad. Gałczyński rzekłby poezja to jest złoty szerszeń, co kąsa, więc się pisze wiersze , a Brodski też był owadolubny, jak na przykład w Pszczoły nie odleciały… Pszczoły to osobne zagadnienie z ich masońską symboliką…

Czy policzyłaś, ile w sumie wierszy przetłumaczyłaś? Brodskiego, ale także innych autorów?

Nie. Ale to tysiące wersów. No i trochę prozy. Aby kiedyś dostać się do STP, trzeba było mieć przetłumaczone i wydane bodaj trzy tysiące wersów. Izaak i Abraham  ma ponad sześćset. Dziś w Internecie student wiesza przekład półfilologiczny i pisze o sobie tłumacz Brodskiego  – takie czasy… Marudzę (śmiech).

Czy wszystkie przetłumaczone przez ciebie wiersze Brodskiego zostały w Polsce opublikowane?

Ostatni tom roboczo nazwany od wiersza Wyspa przeznaczenia  to najpóźniejsze wiersze – i te nie zostały wydane…

W tym roku minęło dwadzieścia lat od śmierci Josifa Brodskiego. Jak twoim zdaniem wygląda dziś odbiór jego liryki w Polsce?

To dobre pytanie, bo nowi czytelnicy nie słabną w poszukiwaniach nowych wierszy, wydawcy natomiast starają się tego nie zauważać, serwując przedruki, antologie, wybory z wyborów. Może z obawy przed ryzykiem wydawniczym albo wysokimi stawkami agenta, a może po prostu z braku wiary w to, że czytelnik wyjdzie poza krótką formę i sięgnie – tak jak Miłosz czy Połuchina w rozmowie – po Architekturę  Brodskiego, o czym pisał Miłosz: I książki mają swój los. Tak się składa, że ten minipoemat doczekał się wnikliwej analizy, przekład natomiast leży i czeka, nabierając mocy urzędowej, w mojej szufladzie. Podobny los spotkał połowę tomu Pejzaż z powodzią  – kilkadziesiąt nowych wierszy, łącznie z oddanym wydawcy na tydzień przed śmiercią Brodskiego Sierpniem. Dziś Brodskiego zhermetyzował rynek – w dziesiątą rocznicę śmierci noblisty usłyszałam płynący z radia aksamitny głos: w zasadzie Brodski był eseistą . Chciałoby się dorzucić: ale cenimy go nie tylko za to.  Jakoś tak smutno, bo to genialny poeta. Poeta z talentem od Boga, a nie poeta z bożej łaski  – jak się komuś niefortunnie powiedziało, a inni podchwycili tę pejoratywną zbitkę słów.

Co w trakcie przekładania wierszy Brodskiego sprawia ci największą trudność, jest największym wyzwaniem? Nie chodzi o sprawy związane z konsultowaniem specjalistycznych terminów, ale o kwestie językowe…

Brodski0032Izaak i Abraham  był wyzwaniem, jak zresztą wszystkie wielkie poematy, niesłusznie niedoceniane i jakby zapomniane przez wydawców, a przecież to właśnie one dają nam z esejami czy drobnymi wierszami układ komplementarny, bez ich znajomości czytanie esejów to półprawdy o twórczości Brodskiego. Popatrzmy na – z ducha Szestowowskie Dedykowane Jałcie  i Zimowy wieczór w Jałcie. Brodski nie rozpieszcza swoich tłumaczy, stawia przeszkody czasem niesłychanie trudne do pokonania. Zwłaszcza w dłuższych utworach jest ogromna kondensacja treści, myśli, dygresji, aluzji, różnych nawiązań, czasem niejasnych metafor. A przy tym każde słowo jest ważne, wybór każdego polskiego ekwiwalentu musi być dokładnie przemyślany. I jeszcze coś, co należy brać pod uwagę: twórczość Brodskiego stanowi całość, jest monolityczna. Wątki, które sięgają najwcześniejszych wierszy, ciągną się przez całą jego twórczość. Wiele tekstów wzajemnie się uzupełnia. Wróćmy do owych jałtańskich utworów: Zimowy wieczór w Jałcie  i poemat Dedykowane Jałcie. W wierszu mamy miejsce, gdzie w pospolitym, brzydkim, brudnym otoczeniu rodzi się poezja, w poemacie ta sama Jałta jest miejscem bezsensownego zabójstwa… Albo wiersz Ze smutkiem i czułością  i wielki poemat Gorbunow i Gorczakow. Dlatego właśnie tak ciekawe są wczesne utwory jako źródła poznania Brodskiego i owej eksplozji talentu. A strofa Gorbunowowska  to nie lada wyzwanie…

Czy to, że osobiście znałaś Brodskiego miało wpływ na to, jak tłumaczyłaś jego utwory?

Tak, nie bez znaczenia jest akceptacja autora dla tłumacza, a Brodski na tyle znał polski, by te przekłady czytać. Sam, o czym tu nie mówiliśmy, kiedy nie miał pracy, zajmował się przekładami. Tłumaczył poetów polskich i nie tylko polskich, jego przekłady poetyckie zajmują znaczną część czwartego tomu jego dzieł.

Jeśli istnieje możliwość konsultacji z autorem, korzystasz z niej czy wolisz opierać się na własnej intuicji?

To pytanie dotyczy bardziej moich przekładów Natalii Gorbaniewskiej. Wydaje mi się, że autor ingerujący w przekład in statu nascendi  zabiera tłumaczowi oddech i błysk. Dzieło gotowe oczywiście może podlegać modyfikacjom, konsultacjom czy sugestiom autora, ale to kwestia wzajemnego zaufania i szczerości.

Wracając do Brodskiego: USA dały mu wolność i możliwość wykładania na uniwersytetach, ZSRR zabierało mu wolność i umieszczało w psychuszkach i więzieniach. Analizując później tyranię, nie wspominał o tym, że między wolnością człowieka w USA a wolnością świata od USA nie sposób postawić znaku równości. Na ile Brodski odrywał się od teraźniejszości, gdzie przebiegała ta niewidoczna granica między zaangażowaniem a nieświadomością?

Myślę, że o czymś takim jak nieświadomość w przypadku Brodskiego nie może być mowy, zwłaszcza w tym kontekście. Życie w ZSRR nie pozostawiło żadnych złudzeń co do mechanizmów imperium zła, czemu wyraz dał zarówno w poemacie Gorbunow i Gorczakow, jak i całym cyklu wierszy z tomu Zamieć w Massachusetts: Listy do ściany, Nowy Rok w domu wariatów. Najdobitniej o tym świadczy esej O tyranii, który nie tylko nie stracił na aktualności, ale – o zgrozo – nabiera na naszych oczach bardziej uniwersalnego charakteru, a myśl w nim zawarta powinna zmusić do refleksji. To jeden z tych tekstów, których lektura powinna być obowiązkowa ku przestrodze. Zresztą Brodski również ze swojej późniejszej zachodniej perspektywy nie stroni od polityki. Kiedy pisze dramat Demokracja, zastanawia się nad nowym porządkiem świata, i to tam właśnie mówi: Eurazja to czy już Azjopa?  W swojej twórczości dotykał pośrednio lub bezpośrednio spraw trudnych i palących problemów. Kiedy w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym trzecim roku odbierał Doktorat Honoris Causa na Uniwersytecie Śląskim, podkreślał swój szczególny stosunek do Polski i Polaków, od których uczył się – jak mówił – uporu i oporu, a przede wszystkim słowa niepodległość, niemającego ekwiwalentu w języku rosyjskim.

Przyjdź pod ten mur, jeśli źle ci tam, gdzie jesteś. / To próbka tego jak wygląda przestrzeń / kosmiczna  (przełożył. S. Barańczak) – słowa z Melodii berlińskiego muru, pisane przez rosyjskiego Żyda w języku angielskim dla Amerykanów, dedykowane polskim przyjaciołom, podobnie jak: Kolęda stanu wojennego, Wiersze o kampanii zimowej 1980 roku, Na śmierć Żukowa, Piosenka o Bośni, Pewnemu tyranowi, esej O tyranii , dramaty Marmur  i Demokracja  – to tylko nieliczne z utworów, w których poeta eseista pełnym głosem mówi o zagrożeniach cywilizacyjnych, politycznych i kulturowych. Przypomnijmy , że Brodski był współautorem i pierwszym sygnatariuszem oświadczenia Miara odpowiedzialności , drukowanego na łamach emigracyjnego „Kontynentu” nr 5: Jest oczywiste, że główną odpowiedzialność za dokonane zło ponosi polityczna mafia sprawująca krwawą dyktaturę nad narodami naszego kraju. Wiadomo jednak, że zbrodni dokonują ludzie, a odpowiada za nie naród. Dlatego też my, rosyjscy inteligenci, spoglądając dzisiaj w przeszłość, winniśmy z bólem i skruchą wziąć na siebie winę za wszystkie ciężkie grzechy popełnione w imieniu Rosji wobec Polski.

W rozmowie z Wołkowem Brodski krytycznie odniósł się do nadużywania przez poetów pojęć religijnych, rzekł: z literackiego punktu widzenia takie czułe stosunki z Panem Bogiem trącą złym smakiem. Nakręcają literacko-religijną inflację. Z drugiej strony powiedział, że każda twórczość jest w istocie modlitwą. Wszelka twórczość zmierza ku uchu Najwyższego. Jak twoim zdaniem można przedstawić nastawienie Brodskiego wobec Boga? Żyd, choć sam twierdził, że zły Żyd, ale pisał wiersze o Bożym Narodzeniu, rytuałów żadnych nie obchodził, ale z Niebianinem porozmawiał sobie pięknie – czy to więc w ogóle możliwe?

Zanurzony w kulturze judeochrześcijańskiej, Brodski jeszcze w czasach leningradzkich sięgał do Biblii – poemat Izaak i Abraham, Ofiarowanie Pańskie, razem z Achmatową projektowali przekład Biblii wierszem – ale i do Koranu, interesował się też Kabałą, buddyzmem, islamem, o którym zresztą pisał po latach, wskazując na zagrożenia. Motywy żydowskie w twórczości Brodskiego były właściwie obecne od przejmującego wiersza Cmentarz żydowski pod Leningradem  aż do ostatniego tomu i wiersza: żydowski ptaku wrono… Wypada może podkreślić wiarę poety w moc stwórczą słowa, które dało początek fascynacji Bożym Narodzeniem. To właśnie w okresie leningradzkim powstał wiersz Romans Bożonarodzeniowy  i poemat Zofia, dedykowany polskiej miłości poety, która po latach wspomina: Josif chłonął całą tradycję związaną ze świętami, choinkę, potrawy – poemat zaczyna się od słów: W Wigilię zaproszony byłem na pierogi, ale przede wszystkim interesował go ów wymiar biblijny. To właśnie Boże Narodzenie 1961  dało początek fascynacji narodzinami Jezusa, które Brodski uważał za moment przełomowy w dziejach ludzkości. O swoim stosunku do religii opowiadał raczej niechętnie: Myślę, że jest objawem złego wychowania mówić o własnych przekonaniach religijnych w sposób publiczny. Czesław Miłosz we wstępie do Wierszy i poematów  Brodskiego, wydanych przez Znak w 1996 roku, napisał: Mawiał do swoich studentów, że pewnie u nich nietęgo ze znajomością Dekalogu, ale mogliby się nauczyć, bo to zaledwie siedemnaście: dziesięć przykazań i siedem grzechów głównych, a razem podstawa naszej cywilizacji. Jego muza, czyli duch języka, była jak mówił, chrześcijańska, stąd w jego poezji tematy ze Starego i Nowego Testamentu. Sam poeta na pytanie o Boga odpowie w wierszu Martwa Natura. Metafizyka Brodskiego nie wymaga udowadniania – zafascynowany twórczością siedemnastowiecznych poetów angielskich Donne’a, G. Herberta, czy o grubo ponad stulecie młodszego Blake’a, mającego dla Brodskiego duże znaczenie, stworzył cykl, który otwiera Wielka Elegia dla Johna Donne’a, Pieśń niewinności i Pieśń doświadczenia, Mucha, Motyl, Rozmowa z Niebianinem  czy wspomniana Martwa natura, ale to tylko nieliczne przykłady barokowości i owego specyficznego dyskursu. By jeszcze na chwilę powrócić do wspomnianych rozmów z Najwyższym, pozwolę sobie przypomnieć mój ulubiony fragment poematu Gorbunow i Gorczakow, czyli modlitwę wariata:

Boże Wszechmocny, Ty słysząc rozumiesz
z ust jednych naraz dwa głosy, dwa tony.
Potrafisz dostrzec w bezładnym poszumie
obraz zmagania przyszłego z minionym.
Wywołaj w moim kaszlącym rozumie,
w którym zarazki są zadomowione,
zachwyt dla Ciebie. Rozdziel władczo sumę
dni oraz myśli gorączką trawionych.
Mnie, jako resztę sum rozdanych w tłumie
daj przed milczeniem i astmą obronę.

A że mi słuchacz potrzebny ogromnie,
Ty Niebianina ześlij mi w poselstwie.
Niczym nie dotknę go, gdy przyjdzie do mnie,
ani cierpieniem, ani złym uśmieszkiem,
choć on zapewne jest na nie odporny.
Bez względu na to, co zrobię w następstwie,
niech nie Gorczakow, a cherubin mądry
ponad zło, wrzaski i donosicielstwo,
brudny przytułek, wzniesie się i krąży
niosąc zwyczajne Twe błogosławieństwo.

(1965-69)

Czesław Miłosz wyraził opinię, że twoje tłumaczenia są znakomite. Znałaś Miłosza osobiście?

Tak, ale bardziej telefonicznie niż bezpośrednio. Kiedy pisał o Odzie do Stalina  autorstwa Mandelsztama – zwrócił się do mnie z propozycją przekładu. Zrobiłam to z zastrzeżeniem, że jeśli już, to powinna się ukazać razem z innym wierszem w przekładzie Barańczaka, a mianowicie Żyjemy tu, nie czując pod stopami ziemi, w przeciwnym razie byłby to niepełny obraz dramatu poety. Oda… ukazała się najpierw w „NaGłosie”, z którym współpracowałam wiele lat, potem przedrukowała go GW.

A więc znakomicie tłumaczysz poezję, a czy sama też piszesz wiersze?

Dzięki za miłe słowa. Kiedyś tak, ale gdy dotarło do mnie – na szczęście dość szybko – że Szymborską nie będę, zaniechałam tych eksperymentów na żywym ciele i umyśle czytelnika.

Za przekład poematu Izaak i Abraham, jak wspomniałaś, otrzymałaś Nagrodę im Wandy Kragen. A który swój przekład ty sama uważasz za najlepszy?

Najbardziej lubię Pieśń bez muzyki.

Kiedy przekładasz Brodskiego, jak go widzisz – jaki jest twój  Brodski – zachwycony czy zamyślony?

Mój Brodski – ironista, czy raczej ironiczny moralista, jest refleksyjny, z dystansem do świata. Rubaszny humor równoważy wzniosłością. Ten dualizm to zresztą jego znak firmowy: antynomie, pary bohaterów nie bez powodu o tak spolaryzowanych temperamentach składają się w efekcie na jedną postać – Gorbunow i Gorczakow, Tuliusz i Publiusz. Brodski był zodiakalnym bliźniakiem – być może ten dualizm tu ma swoje korzenie. Brat bliźniak pojawia się też w poemacie  Zofia, który ciągle stanowi kopalnię odkryć dotyczących Brodskiego. Został wydany tylko raz w tomie  Zamieć w Massachusetts, który powstał z powodu jednego, tytułowego wiersza; maszynopis z notatką dostałam od Brodskiego w Katowicach. Mój Brodski to coś jeszcze – przypomina ów krzak z Izaaka i Abrahama, byt niezakorzeniony, smagany i przenoszony wiatrem, który, jak sam pisze Brodski, podobny bywa do wszystkiego. Taki poeta na życie.

Brodski twierdził, że poeta często gustuje w tym, czego sam by nie zrobił. Przewrotne. Więc: w czym ty nie gustujesz w jego twórczości, a co zrobiłaś? Czy były wiersze lub eseje Brodskiego, które przełożyłaś niejako z rozpędu, można by rzec, z translatorskiego obowiązku, mimo że na przykład estetycznie nie było ci z nimi po drodze? Lub – były ci obojętne?

Tak było w przypadku dramatu Marmur, który przetłumaczyłam dla podziemnego wówczas „Brulionu” pod pseudonimem i przez ćwierć wieku udawało mi się zachować anonimowość. To był, jak mówisz, przekład z translatorskiego obowiązku, który ze względu na soczysty język naszpikowany obscenami po prostu świeżo upieczonej tłumaczce nie leżał, ale zrobiłam go najlepiej, jak potrafiłam. Niemniej konsultacje językowe były – powiedzmy – kłopotliwe (śmiech)  i pewnie zabrałabym tajemnicę do grobu, ale żyjemy w dobie Internetu, więc wszystko jest  mane, tekel, fares.

Kiedy żył Brodski, starałam się tłumaczyć tak, by polski czytelnik miał większość jego utworów z jak najmniejszym opóźnieniem. Współpraca ze Stanisławem Barańczakiem narzucała tempo. To było wyzwanie dla nas obojga. Kiedy przygotowywaliśmy tom Wiersze ostatnie – Barańczak tłumaczył z angielskiego Hiszpańską tancerkę.  Dostałam szczotki, gdzie były pierwsze i ostatnie zwrotki utworu, brakowało środka, wydawca w nerwach, bo czas gonił, a to był spory kawał tekstu, emajle i faksy latały nisko i gęsto… Zdążył wszystko zrobić, jak zawsze perfekcyjnie. Myślę, że obaj z Brodskim mieli szczęście, że na siebie trafili.

W utworze Siedząc w cieniu  Brodski zapisał: I zginą niezawodnie / dzieła wielkie i znane / nie od miecza – od spodni / gorączkowo ściąganych. Tu się pojawia obawa o los sztuki, wręcz cywilizacji, która zostanie zniszczona nie przez żadne apokaliptyczne wydarzenia, ale przez zwykłą słabość pospolitych ludzi do pospolitych rzeczy. Jak sądzisz, czy ta przepowiednia się sprawdzi?

Kiedy poeci biją na alarm – trzeba budować arkę. Kiedy ostrzegają – nie można tego lekceważyć, bo tak się dzieje, że ich profetyzm to dla nas system wczesnego ostrzegania, nie przed apokaliptycznymi klęskami, na które nie mamy wpływu,  ale przed głupotą i bezmyślnością czy naiwnością, złem świata czy, jak pisał dosadnie Osia: mnożeniem się durniów. Ta bezmyślność, czy, jak rzekłby Sołogub, małe biesy  siedzące w ludziach, jak efekt motyla również mogą doprowadzić do gigantycznych nieszczęść. Wystarczy dać nieco pożywki dla nacjonalizmów, ksenofobii, podsycić antagonizmy, stworzyć specyficzny klimat, a zło samo wyrośnie jak barszcz Sosnowskiego, jak zbrodnia w Jałcie.

Zdarza ci się uczyć innych przekładu literackiego. Tylko – czy można nauczyć tego, jak tłumaczyć poezję?

Warsztat i teoria literatury są bardzo potrzebne i pomocne. Dla mnie sporym ułatwieniem było pięć lat łaciny – stopy metryczne nie były tak straszne. Podobnie jak prawo ich wymienności. Poprawności można się nauczyć, a reszta… Myślę, że to od… Brodskiego.

Oprócz ogromnej sprawności językowej i słuchu poetyckiego tłumacz musi też być świadomy odpowiedzialności za słowo, za to, co w ostatecznym rezultacie otrzyma czytelnik, który chce przekładu, a nie treści równoległych. Czy to nie jest nazbyt ograniczające?

Tak, bo jest nieustanna walka o dobry niebanalny rym, o uczciwość przekładu, rzetelność i adekwatność treści wreszcie doskonałą polszczyznę. Tłumacz poezji to nie tylko pośrednik językowo-warsztatowy – w tym sensie ma coś z jubilera – rzemiosło artystyczne, a urodę – ową wierność i piękność – ocenia czytelnik.

Czy czasami nie odnosisz wrażenia, że tłumacz jest traktowany przez wydawnictwa trochę po macoszemu?

Zanim o wydawcach, powiem słowo o pewnym problemie – oczekiwaniach wobec tłumacza. Kiedyś znajoma powiedziała, zastanawiając się, dlaczego nie piszę o Brodskim: To znaczy ty jesteś  t y l k o  tłumaczem. Brodski0038Dla mnie bycie tłumaczem to – bo coś trzeba wybrać – albo tłumaczenie kolejnego ważnego nie dla mnie, a dla poety wiersza czy poematu, albo pisanie komentarzy, esejów, artykułów. Tłumacz w zasadzie bywa przezroczysty – istnieje poprzez mrówczą pracę. Jego obszar to miejsce na nazwisko na karcie tytułowej pod nazwiskiem autora oczywiście toutes proportions gardées, jeśli wydawca to szanuje – jest w porządku, gorzej, jeśli tego nie przestrzega – ale to wraca do niego, bo tłumacz nie identyfikuje się z takim wydaniem i nie ma jak angażować się w promocję. Jak się zdążyłam zorientować – to praktyka dość kłopotliwa, dlatego z kolegami tłumaczami próbujemy coś z tym zrobić. Zamierzamy domagać się stosownych zapisów w prawie autorskim, ponieważ działania – owa specyficzna amnezja wydawców w tym zakresie – nierzadko naruszają nie tylko dobry obyczaj, ale i wizerunek tłumacza.

A więc STP próbuje z tym walczyć?

Nie. Mamy dwa związki twórcze STP i STLP… I jesteśmy, jak nie przymierzając, Havrankowa z trzema kluczami. Ale to już ich problem. Brodski pisał w czasach przedinternetowych i najwięcej moich przekładów właśnie wtedy powstało. A dziś, jeśli coś nie istnieje w sieci – nie istnieje wcale… Tak łatwo zaciera się ślad po człowieku, ale zostaje pamięć, a po poecie słowo. Brodski niejednokrotnie w swoich wierszach wyrażał przekonanie, że po śmierci będzie mu dane widzenie i odwiedzanie miejsc i ludzi, z którymi był związany. Już w roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym drugim pisał:

Po prostu po śmierci w ciemnościach nad ranem
tak sobie zwyczajnie, jak prochy rozwiane,
nad kartką papieru zawisnę jak chmura
i dotknę choć pyłem drogiego mi pióra.

A po trzydziestu dwóch latach w wierszu Do córki – jednym z ostatnich, jakie napisał – mówi:

W ogóle pamiętaj: będę zawsze pod bokiem. To znaczy,
będę nie pod postacią twego ojca, ale inaczej…

(tłum. Stanisław Barańczak)

Wracając jeszcze do Brodskiego – jaką rolę jego twórczość odgrywa dzisiaj?

Dziś, po dwudziestu latach od śmierci Brodskiego, jego pozycja staje się coraz bardziej ugruntowana. Najważniejsi pisarze nawiązują do jego twórczości. Kiedy kilka lat temu John Maxwell Coetzee wypunktowywał to, co cenne w literaturze, bez wahania zaczął od dorobku Brodskiego, potem wymienił dzienniki Musila, opowiadania Borgesa, powieści Rushdiego – ten ostatni nawiązuje do Brodskiego w  Szatańskich wersetach – Oza, Mahfuza, Skvorecky`ego: listę zamykali Kafka, Dostojewski i Rilke.

Sam Coetzee i Brodski mieli wiele wspólnego, więc ten kanon mnie nie dziwi, tyle że to, co Brodski nazywał kulturą światową, dla Johna Maxwella Coetzee oznaczało kulturę zachodnią. Taki niuans, ale wiele mówi o perspektywie. W latach osiemdziesiątych i Brodski skonstruował swego rodzaju przewodnik po literaturze, wybierając to, do czego według niego powinno się sięgnąć, i chyba właśnie wtedy zrozumiałam, że warto zawierzyć tej proponowanej przez niego literackiej busoli. Tyle że, trawestując słowa Wieniczki Jerofiejewa z Moskwy-Pietuszek, czy pójdziesz w prawo, czy pójdziesz w lewo i tak – jak na Dworzec Kurski – ostatecznie trafisz na… Brodskiego.

Dziękujemy za rozmowę.

I ja bardzo dziękuję.

.

Z Katarzyną Krzyżewską rozmawiali Beata Klimowicz i Roman Honet, czerwiec-lipiec 2016.

.

.

Josif Brodski – WIERSZE
(Większość nigdy niepublikowana w książkach)

.

Powrócisz do kraju…

Kiedyś powrócisz do kraju. No właśnie.
Zobacz, czy jesteś tu potrzebny komuś,
czy ktoś się może z tobą zaprzyjaźnić?
Kup na kolację, wracając do domu,

byle jakiego czerwonego wina,
popatrz przez okno, zastanów się chwilę:
wszystko to twoja, tylko twoja wina.
I chwała Bogu. Świetnie. Tylko tyle.

Dobrze, ze nie masz tu kogo obwiniać,
dobrze, ze z nikim nie masz żadnych więzi,
że nie ma kogoś, kto ciebie jedynie
musiałby kochać aż do samej śmierci.

Dobrze, że nigdy w czas mrocznej zamieci
nie prowadziła cię ręka pomocna
i jak to dobrze samemu na świecie
wędrować pieszo z szumiącego dworca.

Dobrze, że możesz, wracając do kraju,
odnaleźć siebie wśród słów zapomnianych
i pojmiesz nagle, ze dusza pomału
zacznie się troszczyć o nowe przemiany

(1961)

.

***

Nie powiesz do komara:
„Wkrótce będę na marach”,
w jego pojęciu bowiem
nie może umrzeć człowiek.

Mowa i pęd do życia
to możliwość ukrycia
swego kresu. Wypada
żyć dłużej od owada.

Gdy groźnie brzęczy owad
wyraża sens swych obaw,
a nie pragnienie krwi.
W tym właśnie sedno tkwi.

Zgłębiając zagadnienie:
czasem lepsze milczenie.
Kto źle językiem włada,
nie różni się od owada.

(1993)

.

Krzyk
(fragment poematu  Zofia)

Ja jestem jak wahadło. Niech mnie nikt nie rusza.
Dla jutra, dla przyszłości wahadłem być muszę.
I nie boję się przyszłych lęków i uprzedzeń,
samego siebie o ich nadejściu uprzedzę.
Zobaczyć własną nędzę, ubóstwo i rany,
widzieć siebie na tarczy biednym, pokonanym,
albo chorym w szpitalu za rok czy za chwilę
mogą tylko jednostki – to boski przywilej.
Przewidywać zaszczyty, wieniec laurowy,
który prędzej czy później nie ominie głowy,
ale też i z finału zdawać sobie sprawę,
to umiejętność, która jest ponad obawy.
Chwalić się bezsensownie, nim go sprawdzą lata,
potrafi – jak wahadło – dobry telepata.
Wy, którzy potraficie los wieszać na włosku,
zdolni do oszustw, kłamstwa, tęsknoty i troski,
szukający stosunków i kontaktów z każdym, z
noszący i niełaski i szczęśliwe gwiazdy,
gotowi do mieszania krwi, ale zarazem
nieodporni na miłość jak i na zarazę,
zostawiliście próżno światło nie zgaszone,
niepotrzebne są ślady przez was zostawione.
Waszych tajemnic wasi znajomi nie chronią.
Zostaniecie pobici własnych uczuć bronią.
A cóż może być bardziej rażące dla wzroku
niż natrętne uczucie, co na każdym kroku
pragnie skoczyć do gardła zdążając za wami?
DOBRZE WAM WSZYSTKIM RADZĘ STAĆ SIĘ WAHADŁAMI.

(Kwiecień 1962)

.

***

Holandia to jest płaski kraj
stopniowo przechodzący w morze
i ono w rezultacie jest
Holandią. Niezłowione ryby
po holendersku z sobą gwarzą,
sądząc, że wolność to mieszanka
grawiur z gipiurą. Tam nie sposób
umrzeć z pragnienia, czy iść w góry,
wyjechać z domu na rowerze
i ślad zostawić, a tym bardziej
gdy się odpływa. To wspomnienia
z Holandii. I już żadna tama
ich nie zatrzyma. W tym znaczeniu
żyję w Holandii znacznie dłużej
niż fale, które odpływają
w dal bez adresu. Jak te wiersze.

(1993)

.

List do akademii

Choć to wydaje się prowincjonalne,
będę powtarzał, że istnieją ptaki
o pięćdziesięciu skrzydłach. Że są one
pierzaste, potężniejsze niż powietrze,
ich pożywieniem jest pszenica lat
oraz padlina po dziesięcioleciach.
Oto dlaczego nie sposób ich zabić
i powód, że nie mają gdzie lądować.
O ich zbliżeniu ostrzegają dźwięki,
suma poszumu pięćdziesięciu skrzydeł,
każde z rozmachem na połowę nieba,
więc ich nie można widzieć równocześnie.
Na swój użytek nazywam je „kąty”.
W ich upierzeniu jest jakby coś z sumy
pokoi, z sumy miast, do których byłem
przez los rzucony. A to podobieństwo
zda się pomniejszać ich byt pozaziemski
Patrzę bez lęku: przy mych pięćdziesięciu
trzech takie szpony i dzioby to raczej
starte  ołówki, a nie zagrożenie
wątroby, a już tym bardziej – języka.
I jam nie prorok, i ptak – nie Serafin.
One się gnieżdżą tam, gdzie więcej miejsca,
niż w tym czy owym krańcu galaktyki.
Ja dla nich jestem co najwyżej punktem,
wierzchołkiem kąta. Ostry czy rozwarty –
to już zależy od rozrzutu skrzydeł.
Gdy pojawiają się – przypominają
pismo klinowe wbijane w powietrze.
Zresztą zwężają się, kiedy lądują,
a nie odwrotnie – nie tak, jak litery.
„Gdzieś tam, na szczycie” – jak mówią Persowie.
To rozszerzanie się doskwiera kątom,
kusząc zwężaniem. Czasem jak wachlarze
kąty składają się stopień po stopniu,
wskazują, że ich myśl o waszym życiu,
które się kończy, może być odruchem
samoobrony: nieskończoność również,
jak sądzę, bywa słaba i wrażliwa
(na przykład jawne niedobory trzeźwych
badaczy). Ptaki w takie dni przeważnie
przeprowadzają jakieś prostopadłe,
bawią się w cyrkle, lub inaczej – kreślą
piórem zygzaki w stylu gromowładcy.
Co do mnie, kiedy wymawiam „odbicie”,
to się odwracam od okna i z ulgą
opieram swoje spojrzenie o ścianę.

(1993)

.

Sierpień

Małe miasteczka, gdzie ci nikt prawdy nie powie.
Bo i  po cóż ci ona, przecież była wczoraj.
Szumią i przytakują wiązy pejzażowi,
który zna tylko pociąg. Gdzieś tam brzęczy pszczoła

Witeź, który karierę na rozstajach zrobił,
sam stał się reflektorem. Przed nim błyszczy rzeka.
Różnica między lustrem, w które patrzysz sobie,
a tym, co cię zapomniał, jest również niewielka.

Zamknięte okiennice, spowite w powoje
albo bluszcz, żeby upał do wnętrz się nie wdzierał.
Smagły wyrostek, który wbiegł do przedpokoju
w samych szortach, coś z twojej przyszłości zabiera.

Dlatego zmierzch zapada długo, odciśnięty
w formie placu z pomnikiem i dworcem centralnym.
Tam jest wzrok, gdzie wyczytać można „bądź przeklęty”
do nieobecnych tłumów wprost proporcjonalny.

(1996)

.

Kwiaty

Kwiaty z ich urzekającą zasadą konturów,
za szkłem dają powietrzu obraz sfalowany
z „A” rozwartym gardłowo, albo też do wtóru
sepleniąco ściągniętym, lub uszminkowanym.
Kwiaty łapią za serce z chciwością niezmienną,
jak wyblakłe litery szepczące „na pewno”.

Im ciało bliżej ziemi, tym mniej jest ciekawe,
jak powstały te rzeczy, bez nożyc skrojone
z pozaziemskiej tkaniny. Za czyją to sprawą,
im bardziej bezcielesne – bardziej ożywione.
Jak twarz, której są obce miny i grymasy,
lub gwiazda oddzielona od swej własnej masy.

Kwiaty stoją przed nami, uchodźcami stamtąd
gdzie jest jedynie możność stania się poświstem
albo czymkolwiek innym: kroplą na dnie, klamką,
sygnałem Morse’a, pałką, zapałką, batystem,
kwiatami. One myśląc jeszcze o „sezamie”,
w nas się niewidzącymi wpatrują oczami.

Kwiaty! Jesteście w domu. W przyszłości, gdzie wcale
nie ma fałszu w wodnistym szkle pękatych naczyń,
gdzie wypada czerwienieć ( dlatego, że dalej
tylko rozpad molekuł, a to zapach znaczy)
lub bieleć, szepcząc: „słupek, łodyga i pręcik”,
z byle meblem zadawać się, nie mając chęci.

(1990)

.

Dedykacja na książce

Gdy wiatr cichnie i liście pastuszego ekwipunku
jeszcze szeleszczą skutkiem inercji lub marzeń
beztroskich (to właściwość zieleni, jedna z wielu
jej cech), twój wzrok spoczywa na rysunku
tapet, błądzi pomiędzy kalendarzem,
a obligacją straconą przez Koloseum
zer. Jeśli przychodziłeś na świat mając do wtóru
dźwięki piosenek, wiatru, przekleństw sternika, to one
pozwolą ci rozróżnić w ciszy skrzypienie pióra
i pomogą zielonej trawie rzec „wszystko skończone”.

.

Prowincjonalne

Po kolana w łopuchach i rzepie; po kostki
w dwupasmówce biegnącej by pod pociąg wpaść,
który rozjazdy mija pospiesznie, beztroski;
jak inwalida w sennej żonie po pas.
Gdzie spojrzysz sady, zady, nie izby. Tu kiedyś
kłody postanowiły razem się ułożyć,
ponieważ i tak przecież od tej samej biedy
nie da się uciec. I na siedem się nie może
równo, bez reszty niczego podzielić
prócz dni tygodnia, roku, miesiąca czy wieku.
Niż stawać sztorcem, lepiej leżeć przy niedzieli
pod gruszą, a wieczorem wgłębiać się w człowieka.

.

Do rozmów w Kabulu

Okrutne i zaciekłe te górskie plemiona!
Ich menu – baranina tylko i konina.
Tam brody i kobierce, gardłowe imiona,
oczy, co nie widziały morza ni pianina.
Ich profile, nasady nosa już się stały
słynne, jak i pierścienie złote i wystrzały.
W braku adresu, że już koperty nie wspomnę,
tylko plecy ich chronią od wiatru. W ogromnych
górach zgubieni mają w kiszłakach mieszkanie,
gdzie szczyty w chmurach skryte, jak Allach w turbanie.

Widać pora abrekom, pora chazbułatom
przemieścić się, pożegnać z domowym chałatem,
wyjść z sakli, kombinować jak zdobyć walutę,
by życie w atmosferze blisko absolutu
rozrzedzone rozcieńczyć porcją bladolicych
w wielopiętrowych, ogniem ziejących stolicach.
Wsiąść tam do mercedesa i w równinnym mieście
momentalnie zapomnieć o najkrwawszej zemście.
Jedna rzecz spływająca z biodra, jak widzimy,
to czadra.. A w ogóle wszystkie ibrahimy,

góry od Everestu aż do Araratu,
to jest najlepszy pokarm fotoaparatów.
Winien zająć wierzchołek śnieżny i dal sina
poczesne miejsce w linii lotniczych witrynach.
Zależnym od pejzażu nie może być detal.
Wszystko to psu na buty. Pejzaż jest tam, gdzie ta
praworządność, gorsety itp… Tam lepiej
niż pod władcą – to konus. Tam nic nie poklepiesz,
nie ma nic do głaskania, chyba tylko szyjka
kolby i to w prostackiej, grubej dłoni szejka.

Orzeł z chmur rzuca pełne wyrzutu spojrzenie
na wężowe podpisy pod porozumieniem
między wami, kozłami biegłymi w Islamie,
a w stroje z gabardyny wbitymi posłami,
którzy się uśmiechają w obiektyw z obłudną
miną. Więcej niczego już nie widać. Trudno.
Prócz tego, że nic nie ma, nic nie widać wokół.
Może dzięki jaglicy, albo temu oku,
które właśnie wyłupił zacięty wróg w złości.
Niczego nie ma. Tylko mroki i ciemności.

(1992)

.

Wykład na Sorbonie

Studiować filozofię można w najlepszym wypadku
po pięćdziesiątce. A konstruować model
społeczeństwa – tym bardziej. Na wstępie należy
nauczyć się ugotować zupę, usmażyć – jeśli nie złowić –
rybę, zaparzyć wyśmienitą kawę.
W przeciwnym wypadku prawa moralne
pachną ojcowskim pasem, albo po prostu przekładem
z niemieckiego. Wcześniej niż zdobywać
trzeba nauczyć się gubić,
nienawidzić siebie bardziej niż tyrana,
latami usuwać z mieszkania połowę
nędznych dochodów  – wcześniej niż wyrokować
o triumfie sprawiedliwości. Który zresztą następuje
zawsze z opóźnieniem o co najmniej ćwierć wieku.

Studiować dzieło filozofa wypada przez pryzmat
doświadczenia, albo w okularach co na jedno wychodzi,
kiedy litery się zlewają i kiedy
naga kobieta na zmiętej pościeli znów
jest dla was fotografią, albo reprodukcją
obrazu artysty. Prawdziwa miłość
od mądrości nie domaga się wzajemności
i przeradza się nie w związek
w rodzaju wydanej w Getyndze cegły,
ale w obojętność w stosunku do samego siebie,
w rumieniec wstydu, a niekiedy w elegię.
(Gdzieś dzwoni tramwaj, oczy się kleją,
żołnierze ze śpiewem wracają z burdelu,
deszcz  – to jedyne co przypomina Hegla).

Prawdą jest, że prawdy
nie ma. Co nie zwalnia od
odpowiedzialności, ale wręcz przeciwnie:
etyka, to właśnie próżnia wypełniana ludzkim
postępowaniem praktycznie stale;
tak samo – jak kto woli – kosmos.
Nawet bogowie lubią dobro nie na piękne oczy,
ale dlatego, że bez dobra by nie istnieli.
I oni z kolei zapełniają próżnię.
Być może nawet bardziej systematycznie,
niż my; na nas bowiem nie można
liczyć. Chociaż nas jest znacznie więcej,
niż kiedykolwiek było, my nie jesteśmy w Grecji:
nas gubi niski pułap chmur i jak wyżej wspomniano – deszcz

Studiować filozofię trzeba wtedy, kiedy ona
nie jest wam potrzebna. Kiedy pomyślicie,
że krzesła w waszym salonie i Droga Mleczna
są ze sobą związane ściślej,
niż przyczyny i skutki, niż wy sami
z waszymi krewnymi. To, co mają wspólnego
gwiazdozbiory z krzesłami, to jest bezduszność i nieludzkość.
A to zbliża mocniej niż kopulacja,
czy więzy krwi. Oczywiście nie trzeba
dążyć do upodobnienia się do przedmiotów. Z drugiej strony

kiedy chorujecie nie macie obowiązku zdrowieć
i denerwować się swym wyglądem. Ale to wiedzą
ludzie po pięćdziesiątce. Właśnie dlatego oni czasem
patrząc w lustro mylą estetykę z metafizyką.

(Marzec 1989)

 

Robionsonada

Nowe niebo za siedmioma górami.
Dzieci piszczą, by zwrócić uwagę bociana.
Staruszkowie chowają głowy pod skrzydłami
tak jak strusie, a przy tym swoimi dziobami
wbijają się nie w pióra, lecz we własne pachy.
Można niemal oślepnąć z nadmiaru błękitu
obcego parowcowi. A zwinna piroga
kojarzy się z doszczętnie obgryzioną rybą.
Sterczący z niej wioślarze mogą zdradzić wiele
różnych tajemnic ruchu. Ja, będąc rozbitkiem,
zagospodarowałem w ciągu lat dwudziestu
wystarczająco wyspę (chociaż to kontynent)
i wargi same szepczą, jak w czasie czytania
„tropikalna roślinność, roślinność tropików”.
Może to jednak bryza. A szczególnie w drugiej
połowie dnia, to znaczy wtedy, kiedy oko
zmęczone i zmartwiałe nie może odróżnić
odcisku własnej pięty od pięty Piętaszka.
To jest początek pisma.
Albo jego koniec.
Zwłaszcza z punktu widzenia oceanu w mroku.

(1994)

 

Wszystkie wiersze nieopatrzone nazwiskiem tłumacza zostały przełożone przez Katarzynę Krzyżewską. Jest ona również autorką wykorzystanych w wywiadzie zdjęć Josifa Brodskiego, które zostały wykonane podczas ceremonii wręczenia mu Doktoratu Honoris Causa na Uniwersytecie Śląskim w 1993 roku.

.

Katarzyna Krzyżewska – tłumaczka z języka rosyjskiego, głównie poezji Josifa Brodskiego. Jedna z pierwszych tłumaczek tego poety na język polski. Wśród jej przekładów znajdują się także utwory Jerofiejewa, Mandelsztama czy tekstów filozofów rosyjskich oraz tłumaczenia z litewskiego. Debiutowała w latach osiemdziesiątych jako autorka przekładów i eseistka. Ukończyła rusycystykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Kasia_fotkaPracę magisterską  Josif Brodski – poeta biografii obroniła, jeszcze zanim poeta otrzymał Nagrodę Nobla. Nad adaptacjami teatralnymi przekładów współpracowała z wybitnymi reżyserami (Z. Jarema, R. Bobrowska). Tłumaczyła dla telewizji i radia. Publikowała na łamach „Kultury Niezależnej”, „Brulionu”, „Świata”, „Odry”, „Znaku”, „Tygodnika Powszechnego”, „Więzi”, „Arki”, „Arcanów”, „Didaskaliów”, „Zeszytów Literackich”, „Kresów”, „Dekady Literackiej”, „Przekroju”, „Na Głosu” oraz w wielu innych pismach. Przełożyła dzieła Brodskiego zebrane między innymi w następujących tomach:  Wiersze i poematy (1991), Lustro weneckie (1993), Zamieć w Massachusetts (1994), Fin de siècle (1996), Poezje wybrane (1996, tłumaczenie wraz z Stanisławem Barańczakiem), Wiersze ostatnie (1998, tłumaczenie wraz z Stanisławem Barańczakiem, Tym tylko byłem… (2006, tłumaczenie między innymi wraz ze Stanisławem Barańczakiem), Wiersze bożonarodzeniowe (2006, tłumaczenie wraz ze Stanisławem Barańczakiem), Znak wodny (2010, tłumaczenie poezji wraz z Stanisławem Barańczakiem – eseje), Urania (2016, kilkadziesiąt przekładów).