Maja Staśko

Maja Staśko

Rafał Gawin: Jesteś najbardziej wyrazistą postacią krytyki. Nie powiem – literackiej, bo twoje teksty i działania daleko poza literaturę wykroczyły. Krytyki jako takiej – kultury, rzeczywistości, systemów ustrojowych, ale i prawa, wartości. Twoje teksty są szeroko komentowane, wywołują kontrowersje, żywe reakcje i protesty. Masz głos, mówiąc w skrócie. O co tak naprawdę walczysz?

Maja Staśko: Walczę o to, by głos miało jak najwięcej osób, które nie są do niego dopuszczane bądź mają do niego utrudniony dostęp. By nie musiały w tym celu stawać się najbardziej wyrazistą postacią krytyki  i przyjmować na siebie morza hejtu. By mogły mieć głos na równych zasadach i bez niekończącej się o niego walki.

Na szczęście moja walka jest częścią walki, którą toczą kobiety w całej Polsce i w bardzo różnych przestrzeniach. Czarny Protest pokazał, że jest nas mnóstwo i solidarnie domagamy się swoich praw. Wszystkie – przemawiające, wrzucające swoje selfie na Fejsie, piszące teksty, posty i twitty, ubierające się na czarno, skandujące na manifestacjach. Mamy głos. Nasze masowe zaangażowanie to nowa wspaniała wartość w polityce, kulturze i mediach. To wyrazistość, jakiej ci wielcy panowie, mimo usilnych starań, nigdy nie osiągnęli i nie osiągną. To my jesteśmy najbardziej wyrazistym ruchem z najbardziej wyrazistymi postaciami.

Można powiedzieć, że niedawno w młodej polskiej krytyce literackiej silnie ujawnił się nurt krytyki zaangażowanej. Niejako ukonstytuowaniem takiego stanu rzeczy była publikacja antologii Zebrało się śliny, w której znaleźli się autorzy uznani za zaangażowanych. Brałaś udział w powstawaniu tej publikacji, przynajmniej na początku, napisałaś kilka tekstów krytycznych. Czy tę antologię można uznać za moment przełomowy w polskiej poezji?

Z momentami przełomowymi jest ten problem, że to zwykle nie są momenty, tylko procesy, z których potem jeden element zostaje wybrany jako przełom i sprzedawany pod tą postacią. Wybiera oczywiście wygrany i on też zbiera z tego zyski. Tymczasem ten przełom  to długotrwała praca wielu ludzi, która wywołała bardzo konkretne konsekwencje. Można je pokierować w różne strony. Uznanie wydarzenia za  przełom  pokazuje raczej, kto obecnie ustawia historię i o niej decyduje, niż to, w jaki sposób ten proces się kształtował.

Zebrało się śliny to książka, która była efektem dłuższych i szerzej zakrojonych działań poetek, poetów oraz krytyczek i krytyków. One zachodziły od pewnego czasu w bardzo konkretnych warunkach – neoliberalnej hegemonii, ale i powolnej kompromitacji jej najntisowej wersji. Ta książka jest efektem tych działań i ich częścią – odpowiada na neoliberalne pierdololo, pokazując: jesteśmy polityczne i polityczni, istniejemy w konkretnych warunkach, nie jako samodzielne indywidualne człowieczki sukcesu, tylko grupa, która pracuje tu i teraz. I dość mamy momentów przełomowych, które służą przełomowym ludziom do budowania swojej dominacji. Chcemy procesów i zmian, które wpłyną na wszystkie i wszystkich. I na które my możemy wpływać.

Jak więc zdefiniowałabyś poezję zaangażowaną, która ciebie jako krytyczkę, a nawet po prostu jako czytelniczkę, interesuje?

Nie wiem, czy w tej chwili ta kategoria już nie zrobiła swojego. Z pewnością jest czym innym, niż była na początku. Po antologii zaczęto kojarzyć konkretnych autorów jako zaangażowanych. Tak jakby inni nie byli zaangażowani, a zaangażowanie było osobnym rodzajem poezji. Oto mamy poezję normalną  i zaangażowaną. Oto mamy poezję normalną  i kobiecą. To oczywiście powoduje raczej stygmatyzację tak umieszczanych autorek niż traktowanie ich na równych zasadach. Ujawnia też, jak bardzo zinternalizowany został model poezji niezaangażowanej  i męskiej. Jako neutralna  norma.

W demokracji liberalnej istnieje założenie – wsparte na Fukuyamowskim końcu historii – że oto najlepszy możliwy system. Lepszego nie będzie. A skoro lepszego nie będzie, to poezja nie musi być zaangażowana, nie musi wpływać na rzeczywistość i jej formować, bo żadna zmiana na lepsze nie jest tu możliwa. Dlatego poezja, która nie mieści się w zarysowanych przez krytyków granicach, uznana zostaje za polityczną. Polityczną – więc mogącą wywołać zmianę. A że zmiana jest zawsze na gorsze – to polityczną, więc złą.

Gdy mówisz jestem niezaangażowany, to mówisz: jestem po stronie tych, którzy trzymają władzę, ustawiają dominującą narrację i mają przywilej nazywania ją niezaangażowaną. I okej, jak chcesz się angażować we wspieranie obecnego stanu i obecnej władzy, rób to, ale nie wmawiaj innym, że to jakiś niezaangażowany  naturalny czy obiektywny  porządek. Albo że to w ogóle poza porządkami, bo jesteś taki osobny i przeklęty.

Sama koncepcja niezaangażowanej  literatury jest więc już na wskroś zaangażowana – prowadzi ją neoliberalne założenie o apolityczności. Konsekwencje takiego podejścia z całą mocą pokazuje pozorność no logo. Oto idziemy na apolityczną, koniecznie bezpartyjną imprezę, ale ze sceny wypowiadają się konkretne osoby, mówią konkretnym językiem i postulują konkretne zmiany. To są polityczne zmiany, bo polegają na zajmowaniu stanowiska i podejmowaniu decyzji. Śpiewamy Jacka Kaczmarskiego, hymn Polski, Unii Europejskiej, Chór Czarownic albo Międzynarodówkę – i to również wiąże się przecież z konkretnymi wartościami. To nie są wybory wyłącznie estetyczne, to wybory jak najbardziej polityczne. One ustawiają poetykę wspólnoty i reguły, które ją napędzają, oraz mechanizmy włączania pewnych grup i wartości oraz wykluczania innych. A wraz z tym idą założenia ideowe i postulaty.

I taki Rozpoznawalny Polityk też przychodzi sobie bez przypinki czy flagi. Bo wszyscy jesteśmy równi i w ogóle to nie obnośmy się z przynależnością, flagi precz, czysta zajebista wolność. Ale przychodzi ze swoją twarzą. I nagle – ojej, co za zbieg okoliczności – to przy nim pojawiają się media. To on się wypowiada. To jego nazwisko pojawia się w medialnej relacji, koniecznie z przynależnością polityczną, mimo że wszystkie protestujące osoby też miały twarze, nazwiska, a część także przynależność. I z apolitycznej demonstracji robi się wybieg dla najbardziej rozpoznawalnych polityków. Znów narzucają swoją narrację – bo organizatorzy próbowali udawać, że istnieje działanie poza politycznością. Nie istnieje. A skoro nie istnieje, to weźmy politykę w swoje ręce i uprawiajmy ją jawnie, z wyraźnym podkreślaniem swoich pozycji i postulatów. Tylko w ten sposób możemy świadomie wybierać stronę, po której stajemy, i wizję świata, który chcemy budować. Ścierajmy się wartościami, a nie chochołami w postaci zarzutów o polityczność. Bądźmy zaangażowane. Inaczej pracujemy na rzecz najsilniejszych.

Czy w jakiś sposób poezja zaangażowana mogłaby się stać forpocztą rewolucji kulturowej?

Oczywiście. Widzimy to zresztą na własnych oczach. Wojciech Wencel otrzymuje nagrodę Zasłużony dla Polszczyzny, następnie pojawia się w kanonie lektur, a jego nowy tom, Epigonia, leci na targi książki we Frankfurcie reprezentować Polskę. Poezja prawicowo zaangażowana już współtworzy nowy porządek, nie musimy czekać, by stała się forpocztą zmian, bo po prostu nią jest. To jasno pokazuje, że poezja uczestniczy w ruchach społeczno-politycznych, towarzyszy budowaniu narracji jawnie politycznych. Bo to jest rola kultury. Podobnie towarzyszyła po transformacji – cały ten kult indywidualizmu i pogarda dla tłumu, buchający seksizm, pozorna niepolityczność i jakże nieposkromiona buntowniczość. Coś, co liberalne elity ukrywały pod przykrywką apolityczności poezji czy rozstrzygającej o wszystkim Wartości Poetyckiej, okazało się na wskroś polityczne. I teraz zdmuchuje to inna polityka. To nie walka strasznej prawicowej polityczności i słusznej liberalnej apolityczności – to walka dwóch wizji świata, dwóch polityk: prawicy liberalnej i autorytarnej. Nie jedynych możliwych, ale najsilniejszych.

Czy Marcin Świetlicki poetycko w żadnym stopniu nie wpisuje ci się w jakiś model poezji zaangażowanej?

Wpisuje się nad wyraz mocno – o tym w końcu był mój tekst w Krytyce Politycznej. Marcin Świetlicki to poeta na wskroś zaangażowany, tyle że po złej stronie – neoliberalnej, wspierającej wyzysk, a obecnie – faszyzujące zjawiska.

Zresztą postrzeganie Świetlickiego jako poety zaangażowanego to nic nowego czy kontrowersyjnego. W podręczniku Literatura polska 1976-1998 z 1999 roku poeta nazwany zostaje poetą uczestniczącym  i outsiderem zaangażowanym. I tu pełna zgoda. Różnica między mną a autorem tego rozdziału nie dotyczy tu zatem samego faktu zaangażowania, tylko jego oceny. O ile w podręczniku krytyk opisuje to zaangażowanie w pełni afirmatywnie, współwytwarzając je, o tyle ja uznaję je za złe i szkodliwe. To ujawnia nasze pozycje jako krytyków. Bo też nie tylko poezja jest zaangażowana, ale i krytyka. I właśnie te różnice poglądów powinny stać się podstawą do dyskusji. Szkoda, że takiej dyskusji po prostu nie ma.

A Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, na temat którego pisałaś pracę magisterską?

Też. I Wisława Szymborska, Roman Honet, Joanna Roszak, Natalia Malek, Justyna Bargielska, Jarosław Marek Rymkiewicz, Maciej Taranek, Ewa Sonnenberg, Zbigniew Herbert, Joanna Mueller, Adam Mickiewicz, Kamila Janiak i Maria Konopnicka. A nawet Rafał Gawin.

Jakich jeszcze, nieodkrytych w kategorii zaangażowania, autorów można czytać przez pryzmat polityczności?

Wszystkich. A nawet wszystkie autorki.

Bo też polityczność to nie pryzmat. To nie jest tak, że istnieje sobie taki obiekt, wiersz, ty bierzesz takie szkiełko śmieszne i na niego przez nie patrzysz, i nagle pojawiają się efekty specjalne: relacje społeczno-polityczne. Taki superdodatek, dzięki któremu świetnie się bawisz i miło spędzasz te godziny przy wierszu, żeby trochę odpocząć od życia. Albo taka przyprawa, którą dodają sobie poeci do wierszy, żeby lepiej smakowały. Tak nie jest. Gdy ten wiersz sobie istnieje, gdy leży samotnie na stronie tomu i na niego patrzysz, jakby był wyizolowanym obiektem, on już podlega procesom politycznym: był wytworzony w konkretnych warunkach, w jakiś sposób znalazł się w twoim pokoju, odpowiada na istniejące reguły poetyckie i je przełamuje (bądź podtrzymuje) i tak dalej. Coś z warunkami, w których czytasz, robi. Każdy wiersz jest polityczny, to nie efekty specjalne ani przyprawa. Pryzmat neoliberalny z całych sił dążył, by tego nie dostrzegać – łatwiej sprzedawać unieruchomione fantazmaty i łatwiej mieć nad nimi kontrolę. Na alienacji w końcu wybudowany jest cały ten system.

Czy spór, który prowadzisz, nazwijmy to w pewnym uproszczeniu, z pokoleniem „Brulionu”, można odczytywać jako swoistą grę obliczoną na śmierć pewnego literackiego paradygmatu? Czy chodzi, jak zwykle, gdy w literaturze do końca nie wiadomo o co, o uśmiercenie ojców (chciałbym napisać też: matek, ale nie było ich zbyt wielu), tudzież autorytetów (jeśli nie swoich, to przynajmniej takich powszechnie uznawanych), by zrobić miejsce dla nowego pokolenia, nowych dykcji, nowych głosów?

Te rodzinne metafory są dość męczące, ale akurat w przypadku poezji – ze względu na bardzo specyficzne warunki i relacje pracy – okazują się nieprzyjemnie znajome. Poezja działa trochę jak rodzina: bardziej tu się liczą kontakty i prywatne więzi niż wartości i autonomiczne wybory. Zamiast konfliktów wartości mamy więc konflikty osobiste, a zamiast argumentów – powoływanie się na pozycję.

Przy rodzinnym stole z alkoholem nie wypada więc rozmawiać o polityce, bo zaczyna się jatka pełna prywatnych animozji i osobistych zarzutów,  zarówno z przeszłości, jak i na przyszłość, którą i tak rozstrzyga ten, kto ma najwyższą pozycję w rodzinie. Lepiej po prostu w drażliwych kwestiach milczeć i pozwolić trochę się pośmiać z naszego weganizmu czy wytrzymać komentarze o szkodliwości socjalu, feminizmu i ogólnym „preczu” z komuną, niż wystawiać się na dyscyplinowanie i przywoływanie do porządku. Taka to rodzinna apolityczność.

Jest też ten obleśny wujek, co komentuje nasze cycki, a my z zażenowanym uśmiechem nie odzywamy się, żeby nie psuć atmosfery przy stole.

Na szczęście coraz częściej się odzywamy. I świetnie, jest nas coraz więcej. Szkoda, że potem cała rozmowa staje się niepowstrzymaną beką z feminizmu albo w najlepszym razie dyskusją o tym, czy słusznie się odezwałyśmy – zamiast uznania, że nasze poczucie komfortu może być jednak trochę ważniejsze niż wolność słowa  i prawo jakichś gości do uprzedmiotawiających komentarzy. Część z autorek nie ma na to ochoty i po prostu odchodzi. Inne walczą. Inne milczą, co nie oznacza, że dobrze się z tym czują. Oznacza raczej, że samotne poskramianie tego typu zachowań to ciężka i wyczerpująca praca. I nie ma za nią żadnych pieniędzy, żadnego prestiżu, żadnych przyjemności, wręcz przeciwnie – hejty i stygmatyzacja.

Większość z nas uczy się, kiedy lepiej milczeć, a kiedy się odzywać. O co warto walczyć, a co lepiej odpuścić. Gryziemy się w język, rozważamy, czy warto znosić to upokorzenie i nie reagować, czy lepiej zareagować i znosić upokorzenie, które pojawi się w reakcji na naszą niezgodę. Czy ten idiotyczny komentarz na temat kobiet tego zadowolonego z siebie pana jest wart wystawiania się na komentarze dotyczące już bezpośrednio i osobiście nas – przewrażliwionych feministek, nadambitnych rewolucjonistek czy tych waszych śmiesznych problemów, dziewczyny. Czy warto nie tylko psuć atmosferę, ale i poświęcać swoją środowiskową pozycję, kontakty, możliwość bycia docenioną. Czy to wszystko warto kłaść na szali w imię swojego dobrego samopoczucia.

To nieustanna praca, dwadzieścia cztery godziny na dobę – na uczelni, na festiwalach, na bankietach i imprezach: bo to tu rozstrzygają się relacje pracy w tym polu. Poetki i doktorantki nie są zatrudniane, nie mają poetyckich pracodawców, etatów, o ich zarobkach rozstrzygają bardzo sporadyczne publikacje, stypendia i ewentualne nagrody, o których decydują uprzywilejowani. To jak kieszonkowe od ojca, nagroda za dobre oceny. Panowie robią nam łaskę, gdy płacą za coś, za co systemowo nie należy nam się podstawowe wynagrodzenie. W dawnej polszczyźnie słowo prekaryjny oznaczało właśnie zależny od czyjejś łaski.

W polu poezji relacje pracy pojawiają się często w przestrzeniach, które zwykle przypisuje się relacjom osobistym. Stąd ta rodzinna  atmosfera. I stąd ta rodzinna  przemoc. Nie traktujemy się jak pracownice i pracownicy – raczej jak jedna wielka rodzina (można to też czasem usłyszeć od pracownic gastronomii, mediów i innych dziedzin sztuk). To bardzo szkodliwe założenie, bo maksymalnie zaburza granicę między pracą a przestrzenią prywatną, co pozwala na bezproblemowe wyzyskiwanie pracy innych osób, skoro właściwie nie jest pewne, czy to jeszcze praca, czy już czas wolny. Kochaj to, co robisz, i rób to, co kochasz  to w istocie bardzo antypracownicze założenie, co świetnie opisała Miya Tokumitsu.

W rodzinnych relacjach świadomie ukrywane są także relacje władzy wynikające z relacji pracy. Bo też to uprzywilejowani – ojcowie – mają władzę i mogą decydować o losie autorek czy doktorantek, niezależnie od tego, jak bardzo po ojcowsku czy bratersku je traktują. Rozmywanie tych relacji tworzy pozorną równość, której zwyczajnie nie ma. Prawa i interesy decydujących i zależnych od decyzji nie są takie same. Gdy stwarza się taki pozór, wygrywają w oczywisty sposób ci, którzy mają władzę – bo to oni tu decydują. Ukrywanie relacji władzy pod hasłami wspólnoty czy rodziny zamiast konfliktu i różnicy gra wyłącznie w imię uprzywilejowanych.

Stąd też moja walka o zmianę. To walka wizji rzeczywistości. Ale te wizje nie są bezosobowe, nie są cudem, który nagle się pojawił i tak już musi być: ktoś je wytwarza i wspiera. Podobnie ich konsekwencje – działają na konkretne osoby i grupy. Dlatego ten kompromitujący się powoli literacki paradygmat i wytwarzające go osoby – ojcowie – to nie dwie odrębne kwestie.

To paradygmat, który ustawił obecne warunki funkcjonowania poezji: z jej elitarnością, mocną hierarchicznością, skrajnie nierówną dystrybucją dóbr, dyskryminacją, konkurencyjnością i alienacją artystek oraz etatowością decydujących krytyków. W oczywisty sposób walka z tymi warunkami i napędzającymi je poetykami to walka także z osobami, które je wytwarzają, wzmacniają i napędzają. Nie dwadzieścia osiem lat temu, ale właśnie teraz – bo to teraz możemy je zmienić i na nie wpłynąć. Tutaj, przy tym stole z alkoholem. To nie tak, że oto straszny system schwytał tego oto genialnego mężczyznę w swoje łapy, więc on nie może decydować inaczej, tylko musi dyskryminować poetki czy promować alienujące, wyzyskujące poetyki i takie wartości. To są konkretne odpowiedzialne osoby, które współtworzą obecne warunki i czerpią z nich korzyści. I można to zmienić, choćby oddolnym naciskiem i niezgodą.

To, że zajmujemy się poezją, nie oznacza, że zajmujemy się taką bagatelką dla wybranych, a walki w tym polu to histeria (kobieca oczywiście), dziwaczność jakaś albo przesada w kontekście innych – poważniejszych, oddziałujących na więcej osób – walk. Otóż nie, walki w tej przestrzeni towarzyszą innym walkom, w innych przestrzeniach. Są ich częścią. I razem budują pewną całość. Chcę równościowego świata z równościową poezją – i o to walczę.

Prowadzisz dział poezji na stronach Korporacji Ha!art Wiersz nie jest cudem. Jak głosi wprowadzenie do niej (nie wiem tylko, czy twojego autorstwa) – zamieszczasz w niej wiersze codzienne, zwykłe i dostępne, polityczno-estetyczne. Jak mogłabyś ją scharakteryzować, a może nawet zareklamować?

Cuda w ogóle są totalnie idiotycznym wymysłem. Każą nam spoglądać na jakieś zjawy i pozaziemskie siły zamiast na realnych ludzi wykonujących pracę. Fajnie, że Jezus Chrystus cudami leczył, rozmnażał ryby i chleb, ale prawda jest taka, że to jednak lekarze leczą, ryby rozmnażają się płciowo, tak jak ludzie, a chleb produkują pracownicy i pracownice w piekarni. Gdybyśmy czekali z wyleczeniem i produkcją chleba na cud, poumieralibyśmy w mig; gdyby ryby czekały z rozmnażaniem na jakiegoś człowieka, co zrobi magiczne hokus-pokus i je rozmnoży, dość szybko nie byłoby ryb.

W tej chwili odbywa się ogólnopolski strajk głodowy lekarek i lekarzy rezydentów – bo to nie cuda leczą ludzi, lecz pracownice i pracownicy medyczni. Za niewystarczające wynagrodzenie w ramach etatu podstawowego, które zmusza ich do brania kolejnych dyżurów i pracy czasem po kilkanaście godzin dziennie. I to nie cud, to codzienna wykańczająca praca.

No więc nie ma cudów, jesteśmy my i nasza praca. Cudem – ani powołaniem – się nie najem.

Dlaczego zatem mamy czekać z produkcją wiersza na cud? Dlaczego mamy czekać na wielki festiwal, w którym te cuda się mnożą? Na jakąś wielką nagrodę dla wybranego cudotwórcy? Po co nam te święta, które sprawiają, że poezja jest czymś usakralnionym, niecodziennym i totalnie niepotrzebnym – zamiast codziennej praktyki? To my możemy zmienić prawo, literaturę, kulturę – nie cud. My – razem, solidarnie, przeciw zakusom na władzę ważnych panów i ich chęci narzucania narracji przez kolejne dwa tysiące lat za pomocą idiotycznych i infantylizujących nasze działania narracji o cudach. To nie cuda tworzą teksty – to my. I to my jesteśmy za nie odpowiedzialne, to nasze winy i zasługi.

Dlatego wiersz – w kształcie, w którym funkcjonuje – nie jest cudem. Jest wytworem pracy poetki i wielu osób zamieszanych w powstanie tomu: redaktorki, korektorki, graficzki, wydawcy. To też nie cud tworzy seksistowskie teksty, to nie cud wspiera seksistowski system, to nie cud publikuje seksistowskie teksty na swoich łamach lub w swoich wydawnictwach, tylko konkretne osoby – seksiści. I powinni ponieść za to konsekwencje: to ich decyzje, nie cuda. Dość już mamy wokół cudów seksizmu, gdy gwałt jest porównywany do wypadku samochodowego albo katastrofy, przed którą skrzywdzona się nie zabezpieczyła. Czas je wreszcie zacząć zwalczać i przestać osłaniać sprawcę.

Wiersz jest społecznie istotny i zacznijmy go wreszcie traktować poważnie.

Jarosław Mikołajewski w „Świątecznej” odpowiadał za rubrykę Wiersz jest cudem, do której nazwą swojego działu pewnie nawiązujesz. Czy obecnie w poezji możemy mieć do czynienia tylko z tak skrajnymi postawami? Na jakich prawach mogłoby się w niej znaleźć miejsce dla wierszy wynikających z postaw pośrednich, mniej radykalnych?

Jeśli traktować te dwie nazwy jak takie zabawki, którymi można się pobawić, to jasne – mamy dwie skrajności i nic poza tym. I możemy się oskarżać o skrajne postawy. Gdyby jednak włączyć w to kontekst społeczno-polityczny, sprawa okazuje się znacznie bardziej złożona.

Wiersz jest cudem to założenie, które towarzyszyło krytyce literackiej III RP, rozgrywanej między barbarzyńcami  i klasycystami. To były skrajności, a konflikt między nimi wyznaczał normę. W przypadku sztuki byli zadziwiająco zgodni: sztuka była konsekwentnie usakralniana, odłączana od polityki, traktowana metafizycznie, w absolutnych kategoriach dobrego wiersza  i indywidualnego, nieprzysiadalnego  geniusza, który tworzy niepowtarzalne dzieło z ponadczasową zawartością. Zero myślenia wspólnotowego, równościowego, pracowniczego czy związkowego. Podobną zgodność prezentowali zresztą politycy konserwatywni i liberalni, co obecnie bardzo trafnie opisywane jest jako symetryzm. Wiersz nie jest cudem  jest odpowiedzią na ten szantaż – jest wyjściem z dwuwymiarowego impasu. Przełamaniem tych dwóch skrajności. Lewicową alternatywą.

Splot skonfliktowanych nacjonalistów i neoliberałów jest kapitalizmowi potrzebny, by nie przenieść konfliktu na pole, które pozwalałoby go obalić. To w istocie bardzo ścisły i przyjacielski splot – w poezji widać to jak na dłoni. Przepychanki Polkowskiego ze Świetlickim, Świetlickiego z Wenclem są potrzebne, żeby to działało – w kanonie lektur i tak pojawiają się przecież wszyscy trzej. Nie pojawia się już za to na przykład Inga Iwasiów. Albo Izabela Filipiak. One są poza tym sporem, uderzają w niego od zewnątrz. Jako alternatywa. I tej alternatywy teraz potrzeba: musimy ją wspólnie poszerzyć, inaczej rozdmuchiwany spór nacjonalistów z neoliberałami będzie prowadził politykę, również kultury.

Z tego układu wynika także nieustanne przerzucanie się zarzutami o skrajność i poszukiwanie postawy pośredniej. Postawy pośrednie  jako racjonalna  odpowiedź na te radykalne  od lat napędzają liberalny dyskurs prawdopośrodkistycznymi hasłami. Budowa tego mechanizmu jest bardzo prosta: mamy dwie skrajności, obydwie równie niebezpieczne, a pośrodku centrum: to racjonalne, obiektywne, bezpieczne. Dzięki temu system zwalcza jakiekolwiek możliwości zmiany, nadając im łatkę radykalnych czy niebezpiecznych, a faszyzm i antyfaszyzm czy seksizm i feminizm okazują się równie szkodliwe. Bieguny skrajności mogą się dowolnie zmieniać w zależności od tego, kto jest aktualnie u władzy i wyznacza prawdośrodek. Kiedy problemem jest radykalizm, okazuje się, że walczymy o to, co nie jest radykalne – więc o to, co jest. Stajemy w obronie status quo.

Tymczasem problemem faszyzmu nie jest radykalizm, tylko faszyzm – i tylko tak można go zwalczyć. Bo też faszyzm z łatwością może stać się tą racjonalną  normą, dla której zarówno liberalizm, jak i lewica będą radykalizmami. Rzucanie hasłami radykalizmu  zwyczajnie już tu nie działa. Bo dla drugiej strony to my jesteśmy radykalni.

Problem z takim ustawieniem dyskursu jest taki, że nie pozostawia wyboru. Promuje dwie możliwości: prawicę liberalną i autorytarną i – w zależności od koniunktury i pozycji – jedna jest normą, a druga radykalizmem. Nie ma trzeciej możliwości: wszystko inne to radykalizm. W takich warunkach dyskusję o wartościach zastępuje oranie pozycją – instytucjonalną, towarzyską, społeczną, płciową. A gdy to pozycja rozstrzyga, co jest lepsze, wygrywa zawsze ten, kto jest w pozycji władzy. Ten, kto wyznacza prawdośrodek. Dla większości społeczeństwa, która jednak nie znajduje się w pozycji władzy, jest to wyraźnie nie na korzyść.

Ale już założenie, że Wiersz nie jest cudem, więc że nie jest uzależniony od kaprysów jakiegoś ważnego pana, tylko od naszej codziennej wspólnej pracy – jak najbardziej. To założenie działające na rzecz egalitaryzacji, bardziej równościowego myślenia i powszechnego dostępu do kultury. Czyli absolutnej podstawy do tworzenia demokratycznej literatury.

Jakim młodym poetkom lub poetom chcesz – jako krytyczka – towarzyszyć i w jakiś sposób już towarzyszysz? Pytam również o autorki i autorów przed debiutem, może zupełnie początkujących.

Uwielbiam mnóstwo świetnych poetek, bardzo je wspieram i im kibicuję. Niezwykle cieszę się z coraz szerszego oddziaływania wspaniałych Alex Freiheit (Siksy) i Dominiki Dymińskiej. Bardzo liczę i czekam na kolejne wiersze Hanny Marii Zagulskiej, Karoliny Kani, Pawła Bąkowskiego i Klaudii Wiercigroch-Woźniak. Rudka Zydel jest prześwietną slamerką. Justyna Kulikowska w niezwykły sposób wykorzystuje poetyki-polityki nowomedialne. Radosław Jurczak ma bardzo przemyślany i konsekwentny pomysł na swoją poezję. Z wielką radością czytam też kolejne tomy Natalii Malek, Ilony Witkowskiej, Kiry Pietrek, Kamili Janiak, Szczepana Kopyta, Zofii Bałdygi, Tomasza Bąka, Małgorzaty Lebdy, Rafała Krausego, Joanny Roszak, Dawida Mateusza czy Urszuli Zajączkowskiej. I mnóstwa, mnóstwa innych poetek. Śledzę również młode poetki i poetów pojawiających się we Wspólnym Pokoju i prowadzonym przez Monikę Glosowitz dziale poezji w „ArtPapierze”. Wierzę, że razem możemy wszystko. I że nam się uda.

Walczysz o udział kobiet w kulturze, a w szczególności w literaturze. Masz jakieś konkretne pomysły, jak ten udział zwiększać? Czy tutaj w grę mogą wchodzić parytety bądź inne rozwiązania systemowe?

Bez rozwiązań systemowych zmian nie będzie. Istniejemy w patriarchalnym kapitalizmie i wymaganie od kobiet, żeby same walczyły o swoją partykularną pozycję zawodową, bez systemowego wsparcia, to liczenie, że dyskryminujący i obleśny system stanie się nagle milszy, bo oto jedna kobieta wspina się po szczeblach kariery. Bo wykonuje dwa albo trzy razy więcej pracy niż mężczyzna w tej samej pozycji: za to samo bądź niższe wynagrodzenie. To ta szczęściara, kobieta sukcesu, która stanowi szantaż wobec wszystkich innych kobiet – widzicie, mogłyście być na jej miejscu, nie jesteście, to wasza wina, że nie macie czego włożyć do garnka albo za co zapłacić za żłobek. Nie bądźcie roszczeniowe, kariera jest w waszych rękach, po prostu zacznijcie działać.

To jawnie neoliberalne założenie, które działa wbrew interesom większości kobiet. I większości pracowników w ogóle. Napędza rywalizację zamiast solidarności, a w miejsce zmian dla wszystkich oferuje przywileje dla wybranych, zwykle i tak już wystarczająco uprzywilejowanych.

Podobne podłoże ma paniczny wręcz strach przed parytetami. To bardzo znamienne, że mężczyźni nie mają problemu z tym, że swoją pozycję osiągają w dużej mierze dlatego, że są mężczyznami – bo system ich uprzywilejowuje, bo obracają się w środowisku zdominowanym przez mężczyzn na stanowiskach, bo są inaczej wychowywani i traktowani. Chełpią się sukcesami, zupełnie jakby fakt, że są białymi heteroseksualnymi gośćmi, nie miał w ich karierze żadnego znaczenia. No po prostu sama czysta zajebistość zadecydowała o miejscu, w którym się znajdują. Natomiast w momencie, gdy to kobieta ma być wyróżniona z uwzględnieniem płci, pojawia się wstyd, poczucie upokorzenia i wieczne oskarżenia. Zamiast radości z wypracowanych solidarnie – a nie w ramach jednostkowych interesów – praw. Przecież parytet wreszcie sprawia, że kobiety są równo – nie lepiej, lecz właśnie równo – traktowane w świecie, gdzie to mężczyźni z założenia są traktowani lepiej. Stwierdzenie nie chcę dostać nagrody z parytetu  to jak nie chcę być równo traktowana. I – tu istota problemu: nie chcę, by inne kobiety były równo traktowane. Bo to, co dla osoby w nie najgorszym położeniu może być pogardy godnym wymysłem, dla innej osoby jest jedyną szansą na równiejsze traktowanie.

Rozwiązania systemowe mogą być dla kobiety porażką tylko w momencie, gdy założymy, że cała kariera jest absolutnie w rękach danej osoby. Że nie była wychowywana, nie miała rodziny, nie chodziła do szkoły, nie czytała książek i nie oglądała filmów. Że nie podlega społecznym procesom. Self-made man sam z siebie się urodził i czym prędzej pobiegł na rynek pracy, by z własnej woli podporządkować się kapitalistycznej maszynie i tym samym zdobywać szczyty. Co sekundę kasuje mu się świadomość, by codziennie rodził się nietknięty warunkami, w których żyje i pracuje: by był ponad nimi, totalnie indywidualny i samowystarczalny. Tylko w takiej sytuacji byłaby możliwa jego samodzielność w stopniu, w jakim jest nam wmawiana.

Poetki nie są dryfującymi w próżni bytami: zderzają się z podobnymi problemami, z którymi zderzają się inne kobiety w Polsce. Nie mogą dokonać legalnej aborcji, podlegają nieustannej kontroli i widzimisię sumienia  lekarzy czy aptekarzy w dostępie do antykoncepcji, mają niższe wynagrodzenia w pracy zarobkowej, częściej są zatrudniane na śmieciówkach, a w polu poezji są rzadziej nagradzane i recenzowane. Doświadczają molestowania, na które jest powszechne przyzwolenie – na ulicach, w szkole, w parku, w domu, na uczelni, w środowisku literackim. Rozwiązania systemowe, które poprawią sytuację kobiet, poprawią także sytuację pracownic sztuki, a zwykle i większości pracowników. To zmiana nie tylko naszej pozycji w systemie, ale i całego systemu.

Przepis na lepszą poezję jest więc następujący: bezwarunkowy dochód podstawowy, powszechny zasiłek wychowawczy, emerytura obywatelska, mieszkania komunalne, socjalne i spółdzielnie mieszkaniowe, zakaz eksmisji na bruk, parytety i kwoty, legalizacja małżeństw jednopłciowych, szeroka dostępność środków antykoncepcyjnych (w tym antykoncepcji awaryjnej), prawo do aborcji, powszechna edukacja seksualna i równościowa, podniesienie kwoty wolnej od podatku i podatku dla najbogatszych, zniesienie śmieciówek, jawność płac, 35-godzinny tydzień pracy, zakaz darmowych staży, wynagrodzenia dla doktorantek za prowadzone zajęcia na uniwersytecie, większe nakłady na kulturę,  promocja równościowej i feministycznej kultury, system stypendiów dla pisarek i pisarzy oraz przejrzysty system wynagrodzeń dla pracownic i pracowników sztuki.

I to już naprawdę czas, żeby zacząć walczyć o lepszą, bardziej równościową poezję. Razem, solidarnie.

Dostrzegasz, że twoje teksty wpływają na coś czy to wciąż tylko wołanie na puszczy?

Oczywiście, że wpływają. Już te najgłośniejsze reakcje – wkurwione, niechętne, półironiczne – panów, którzy mają pozycję w polu, świadczą o tym, jak silnie. Ten backlash pokazuje, że oto pojawiło się niebezpieczeństwo i należy je zwalczyć.

Adam Poprawa nazywa mnie parytetową dzierlatką. Marcin Sendecki określa mnie jako radykalnie niemądrą i wściekle agresywną, po czym upomina: Biuro Literackie, opamiętajcie się, bo BL napisało, że moja obecność w literaturze polskiej jest cenna i potrzebna. Adam Wiedemann pisze o mnie jako o policji menstruacyjnej. Leszek Szaruga z prawdopośrodkistycznym zapałem sugeruje, że moje feministyczne myślenie jest równie niebezpieczne, jak aktualna faszyzująca władza. Podobnie Piotr Śliwiński w rozmowie radiowej opowiada o działaniach feministek, które potrafią być równie wykluczające, jak działania szowinistów; poza tym zarzuca nam przesadę i dziwaczność. Marcin Świetlicki oskarża mnie o to, że nie szanuję podstawowych wartości: ironii, dystansu, poczucia humoru, wyobraźni i elegancji. Janusz Rudnicki zaleca mi z kolei: trochę luzu, Majka Śtaśko. Rozepnij przyciasny kołnierzyk, uśmiechnij się. Jutro będzie lepiej. Radosław Wiśniewski opowiada, że nie traktuje poważnie moich tekstów, bo pojawia się w nich słowo seks, więc się promuję; i w ogóle to są ważniejsze sprawy niż prawa kobiet, w których lewica mogłaby ryknąć jak lwica, a seksizmem zajmujemy się z nudów. Bo przecież nie z braku podstawowych praw. I ciągłe, jakże oryginalne, porównywanie do Melanii Kierczyńskiej.

Zamiast walczyć o wartości, zamiast się spierać, panowie próbują mnie deprecjonować absurdalnymi argumentami dotyczącymi płci, elegancji, poczucia humoru czy analogii z tymi, z którymi walczę. Nie ma dyskusji i nie ma szans na dyskusję. Bo dyskusja ustawiałaby nas w równej pozycji i kazała bronić swoich wartości, a uczestnikom sporu pozwalałaby świadomie wybrać stronę, po której chcą stanąć. A to niekoniecznie musiałaby być akurat pozycja decydujących – bo na tym polega wybór.

Z czego może to twoim zdaniem wynikać?

W kulturze gwałtu nasze ciała to narzędzia. Tuba do przechowywania płodu, ozdoba do sycenia oczu, poduszka do przytulenia, mop do czyszczenia podłóg i robot kuchenny. Trofeum. Jesteśmy uprzedmiotowiane, nasze ciała są narodowym dobrem. Głośne komentarze, poklepywania, śliskie spojrzenia, dowcipy – panowie nadają lub odbierają nam wartość. Oni tu decydują, oni mają kontrolę. To oni są twórcami.

Dlatego gdy to my zostajemy autorkami, gdy to my podejmujemy działanie, wyznaczamy wartości i aktywnie tworzymy – prawo, ruchy społeczne, sztukę, literaturę, krytykę – słyszymy nagle: #nieruchałbym. W komentarzach pod tekstami czytam o sobie hejty typu: Wśród hien panuje matriarchat. Rządzą najgłośniejsze, najbardziej brutalne samice. Wypisz, wymaluj Maja; epitety jak: idiotka, głupia pizda, pogięta cipa, niedopchnięta. Podobne reakcje wysypały się z sieci, gdy kobiety z całego świata zaczęły solidarnie opowiadać o sytuacjach molestowania, z którymi codziennie się spotykają, pod hasztagiem #MeToo. Gdy to my zaczynamy mówić o sobie, gdy krytycznie i solidarnie walczymy, panowie atakują nas, przekierowują uwagę na siebie, rzucają oskarżeniami, w skrócie: bronią swojej pozycji. Bo w patriarchacie to oni podejmują działanie i wyznaczają wartości. To oni są twórcami. I nie wyobrażają sobie, żeby było inaczej. Żeby coś się zmieniło.

Jeden z zatrudnionych na uniwersytecie kolegów jakiś czas temu z dobrego serca doradzał mi, żebym stonowała z tą krytyką, bo uczelnia to feudalna instytucja i trzeba się z tym pogodzić. I że krytyka to, jasne, fajna sprawa, ale najlepiej po doktoracie, a najbezpieczniej to w ogóle po habilitacji. Otóż ja nie mogę się z tym pogodzić. I uważam, że krytyka i dyskusja robią tej instytucji i polu literatury lepiej niż niechętne poddawanie się ich wykluczającym mechanizmom. A na pewno robią lepiej większości działających w nim osób. Jestem krytyczką i nie mam zamiaru rezygnować z krytyki po to, żeby koniecznie nic się nie zmieniało i żebym w nagrodę mogła próbować być tą jedną wybraną, która zostanie obdarzona tytułami i splendorami. Nie chcę funkcjonować w seksistowskiej, klasistowskiej i homofobicznej przestrzeni, niezależnie od tego, za jak niezwykle elitarną czy prestiżową jest uznawana. Chcę ją zmienić. Myślenie krytyczne pozwala nam działać, a krytyka umożliwia zmiany. I to jest społecznie ważne i potrzebne, a nie napawanie się swoją superpozycją.

Znajomy z uczelni niedawno postanowił mi pokazać, jak bardzo powinnam żałować, że jednak nie zrezygnowałam z krytyki. Zapytał mnie, czy zdaję sobie sprawę, że możliwe, że niedługo będę mu podawała makaron. Pan na etacie i jego służąca. Tak, nie mam pojęcia, czy po doktoracie znajdę zatrudnienie na uczelni, bo to nie zależy ani od mojej pracy, ani od osiągnięć. Tak, możliwe, że będę pracowała w zawodzie niezwiązanym z moim wykształceniem, na przykład w gastronomii. To sytuacja wszystkich doktorantek i doktorantów. Większość z nas nie otrzyma zatrudnienia na uczelni.

W gastronomii pracują tysiące studentek i studentów, także doktorantek i doktorantów. A często i doktorów, i doktorek. Poetów i poetek, pracownic i pracowników sztuki. Stoję po ich – naszej – stronie, a nie zadufanych w sobie i swojej superprestiżowej pozycji typów. Traktuję uczelnię i literaturę jako przestrzeń kształtowania wspólnych wartości, na które możemy wpływać, a nie miejsce do robienia kariery, zbierania prestiżu i podbijania swojego nadmuchanego ego. I dlatego chcę, żeby uniwersytet i pole literatury działały odpowiedzialnie, równościowo i sprawiedliwie. Na rzecz nas wszystkich: nieuprzywilejowanej większości, a nie karierowiczów i koniunkturalistów.

Więc albo robimy dym w poezji, albo zaorajmy ten skansen.

Ale są też wspaniałe konsekwencje, często nie tak głośne i agresywne, więc też nie tak widoczne – wśród poetek i poetów, czytelniczek i czytelników. Po tekstach o feminizmie i klasizmie pola otrzymałam mnóstwo prywatnych wiadomości, często od nieznajomych, z wyrazami solidarności. To nie jest samotna walka – podejmuję ją obok innych feministek w poezji, które często toczą ją już od lat, i razem z nimi. Zmieniamy warunki, w których funkcjonujemy: w różnych przestrzeniach i na różne sposoby, ale we wspólnym celu.

Poetki coraz częściej opowiadają o dyskryminacjach, których doświadczają, jak Joanna Lech w nagraniu Wyliczanki. Także w reportażu Światowy Dzień Pracownic i Pracowników poezji poetki i krytyczki – Joanna Mueller, Joanna Lech, Kira Pietrek, Monika Glosowitz, Alex Freiheit, Dominika Dymińska, Beata Gula i Beata Patrycja Klary – opowiedziały o warunkach, w jakich pracują, oraz traktowaniu, z jakim się spotykają. Po liście otwartym do kapituły Nagrody im. Wisławy Szymborskiej, do której w finale nominowani byli wyłącznie mężczyźni, redakcja „Małego Formatu” wymyśliła świetną akcję krytyczną i opublikowała laudacje dla nienominowanych w ścisłej piątce autorek. Podczas festiwalu w Stroniu Śląskim kilka młodych krytyczek, między innymi Weronika Janeczko i Zuzanna Sala, miało koszulki z napisem parytetowe dzierlatki. Do poetyckich rubryk w „Ha!arcie” i „eleWatorze”, które redaguję, swoje wiersze przesyła coraz więcej poetek. Redaktorzy coraz częściej deklarują, że utrzymują w redagowanych przez siebie czasopismach parytet. W tekstach formy w dwóch rodzajach – męskim i żeńskim: poetki i poeci, krytyczki i krytycy, autorzy i autorki – przestają już stanowić feministyczny wymysł, wchodzą na równych prawach do użytku. Coraz częściej też o autorkach i autorach mówi się jako o pracownicach i pracownikach literatury. Dyskusja o zaangażowaniu stała się realną, oddziałującą dyskusją – w większości wywiadów pytanie o zaangażowanie czy o feminizm jest czymś oczywistym.

Seksistowskie wypowiedzi, na które jeszcze niedawno było przyzwolenie, coraz częściej spotykają się z publiczną krytyką. „Wakat” niedawno usunął ze swoich łamów wiersze jawnie seksistowskiego poety. Na festiwalu Poznań Poetów cały jeden dzień poświęcony został poetkom i nazwany czarnym dniem – od Czarnego Protestu. Dość dodać, że cztery lata temu na tym samym festiwalu kobiece  spotkanie było jedno – pod nazwą Poetki. Wprawdzie podczas tegorocznego czarnego dnia występował także Piotr Macierzyński, wokół którego wcześniej odbyła się afera o seksistowski fragment wiersza, ale dziewczyny związane z poezją – Joanna Mueller, Beata Gula, Ola Wasilewska, Sylwia Głuszak i Laura Balcerek – solidarnie przyszły na to spotkanie i wyraziły swój sprzeciw. Właściwie całe spotkanie zostało przez nas przejęte.

Jarosław Lipszyc zarzucił mi ostatnio, że sytuacja ciut  się zmieniła, problemu już nie ma i walczę bez sensu. Słyszę to właściwie od początku, dlatego myślę, że póki panowie będą nam tłumaczyć, czy dyskryminacja jest, czy jej nie ma i czy walczymy z sensem, czy bez sensu, to problem będzie. Niemniej samo stwierdzenie, że sytuacja ciut  się zmieniła, pokazuje, jak wiele zrobiłyśmy. Bo ta zmiana nie nastąpiła dlatego, że oto decydujący panowie stwierdzili, że czas odświeżyć to niewietrzone pole i niech to będzie feminizm, tylko dlatego, że działamy – pisarki, krytyczki, redaktorki, feministki. I ta zmiana to dowód na to, że nasza walka i nasze naciski odnoszą skutek, mimo nieustannych przestróg i niechęci panów. To nasza zasługa, nie jakichś magicznych mocy, które odwróciły nagle bieguny wykluczenia w środowisku i zmieniły epokę. Zrezygnowanie z walki w momencie, gdy naocznie się przekonujemy, że możemy zmieniać rzeczywistość na lepsze, byłoby spełnieniem marzenia szowinistów. Cóż, to nie do końca nasz cel. Mamy wpływ, więc tym bardziej działamy dalej.

Czuję, że jest nas coraz więcej, czujemy też, że to wspólna sprawa. Warunki ustawione są tak, żeby nas alienować, ustawiać w pozycji konkurentek i totalnie uzależniać od decyzji panów. To relacje pracownicze w tym polu, część szerszych relacji pracy w późnym kapitalizmie. Ale jest nas więcej i solidarnie walczymy o swoje interesy. To my jesteśmy autorkami. #CzarnyProtest, #MeToo – mówimy głośno, pokazujemy się, przejmujemy działanie. To my jesteśmy pisarkami i krytyczkami. Tworzymy nową rzeczywistość. I wygramy.

Przedstawiasz się często również jako aktywistka. Możesz przybliżyć swoją działalność na tym polu?

Jestem aktywistką w tekstach krytycznych, na manifestacjach i we współorganizowanych akcjach. To nie tak, że oto jest przestrzeń poezji, w której ukrywam się przed światem, a oto świat, witajcie, poznajcie się. Dlatego moje krytyczne pisanie oczywiście także jest działalnością społeczną, podobnie wydarzenia poetyckie, które współorganizuję. Niedawno zorganizowałyśmy z „Wakatem” czytanie wierszy ekologicznych w Puszczy Białowieskiej przeciw barbarzyńskiej wycince. Kilka dni temu podczas demonstracji Nacjonalizm nie przejdzie! #2 w Poznaniu razem z poetami i poetkami czytałyśmy antyfaszystowskie wiersze. Wcześniej zrobiłyśmy wydarzenie z przygotowywaniem transparentów na Marsz Antyfaszystowski 11 listopada, które szeroko rozeszły się wśród demonstrujących. W zinie Strony, wspólnie z poetkami i poetami, przygotowujemy hasła na demonstracje. Kolejny szykowany przez nas numer „Wakatu” poświęcony będzie sztuce protestu. 1 Maja ukazał się biuletyn poetycki Wiersze pierwszomajowe, wydany przez „Krytykę Polityczną” i „Wakat”. Tego samego dnia w ramach działań poznańskiej partii Razem współorganizowałam spotkanie Jaką rewolucję zgotuje nam poezja?  z Piotrem Czerniawskim, Dominiką Dymińską, Agnieszką Kozłowską, Igorem Stokfiszewskim, Przemysławem Witkowskim i Hanną Marią Zagulską. W tym roku Ha!wangarda zorganizowana została wokół poezji zaangażowanej. W jej ramach odbyła się świetna debata o klasie i płci poety z Alex Freiheit, Beatą Gulą i Dawidem Kujawą, spotkanie z autorkami i autorem książek – Dominiką Dymińską, Iloną Witkowską, Jasiem Kapelą i Justyną Kulikowską – nowej serii poetyckiej „Ha!art-u” oraz genialny koncert Siksy. Poezja jest społeczno-polityczna i warto, by wreszcie zaczęła działać z tą świadomością.

To zresztą wspólna walka na wielu polach sztuki i warto ją łączyć. Kilka tygodni temu, w rocznicę pierwszego Czarnego Protestu, studentki warszawskiego ASP nadały do Rektora ASP w Warszawie list z postulatem powołania na uczelni osoby ds. równouprawnienia. Na demonstracji w Warszawie niosły transparent z wypisanym postulatem. Za nimi podążał transparent z napisem Idą za nami mężczyźni – w nawiązaniu do hasła Idą za nami kobiety ze strajku głodowego w Łodzi z lipca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego roku.

Właśnie wróciłam z otwartego działania Migracje słów i ciał, które współprowadziłam razem z Yulią Kosterevą, Yuriyem Kruchakiem, Anetą Kamińską i Michałem Kasprzakiem w przestrzeni wystawy Gotong Royong. Rzeczy, które robimy razem w CSW Zamek Ujazdowski. Każdego dnia spotykałyśmy się, by rzeźbić w linoleum strofę wiersza wymyślonego przez grupę z poprzedniego dnia; pod koniec dnia tworzyłyśmy strofę do rzeźbienia na następny dzień dla kolejnej grupy. Strofy w formie linorytu codziennie powielałyśmy za pomocą prasy drukarskiej i wieszałyśmy, by kolejne strofy osadzać w kontekście tych już napisanych. W czasie rzeźbienia rozmawiałyśmy o sytuacji migrantek i migrantów z Ukrainy w Polsce: o ich warunkach pracy, o wyzysku, o dyskryminacji płciowej (oraz pracy reprodukcyjnej i seksualnej), ksenofobii i prekarnym statusie – i z tym też związane były rzeźbione i wymyślane przez nas strofy. Odwiedzający wystawę dołączali, rzeźbili litery w linoleum, dyskutowali, dzielili się swoimi historiami – czasem zostawali na chwilę, a czasem do końca. To była przestrzeń, w której musiałyśmy zderzyć się z pozycją, z której występujemy, ale i dojrzeć ustawiające ją warunki i inne grupy, które na nią wpływają lub są od niej zależne. Posługiwałyśmy się co najmniej trzema językami – ukraińskim, polskim i angielskim. Czytałyśmy reportaże, teksty ukraińskich pracownic i pracowników oraz wiersze polskich poetek i poetów, które ujawniały wspólne interesy w zmianie warunków wyzysku i dyskryminacji, więc i konieczność wspólnej, solidarnej walki. Powstałe wersy można wykorzystać na demonstracjach i transparentach.

To wszystko działania artystyczne, a zatem i społeczno-polityczne. Tworzone ze świadomością znaczenia sztuki i kultury, i wykorzystujące je do wpływania na zmiany. To nasza wspólna walka.

W łódzkich „Arteriach” debiutowałaś prozą. Dobrą, gęstą, obsesyjną. Czy ten etap twórczości definitywnie zamknęłaś czy masz pełną szufladę lub folder podobnych lub zupełnie innych utworów? Jeśli tak, dlaczego ich nie ujawniasz?

Spokojnie, każda forma ma swój czas.

W sieci można znaleźć twoje zdjęcia w tanecznych pozach. Czy można z nich odczytać kolejną działkę twoich zainteresowań, czy to tylko reminiscencje aktywnej fizycznie przeszłości?

To jest ten moment wywiadu, w którym totalnie nie wiesz, o co jeszcze można zapytać, więc przeglądasz Fejsa osoby, z którą robisz wywiad, i trafiasz na zdjęcie w szpagacie. I myślisz: wow, to jest TO pytanie. Umiesz wykonać szpagat?

No więc umiem. Przez lata trenowałam gimnastykę artystyczną, potem tańczyłam. Do dziś robię to w wolnym czasie.

Co jeszcze planujesz? Czym nas jeszcze zaskoczysz?

Rewolucją. Na szczęście nie tylko ja sama.

 

Z Mają Staśko rozmawiał Rafał Gawin, 27 listopada 2017.

 

 

Maja Staśko – krytyczka literacka, doktorantka interdyscyplinarnych studiów w Instytucie Filologii Polskiej UAM.

 

13620203_10210322266234776_3469220340291311559_nRafał Gawin – ur. 1984. Poeta, okazjonalnie krytyk, redaktor, korektor i sekretarka „Arterii”, konferansjer i reanimator kultury. Wydał arkusz Przymiarki  (2009) oraz książki poetyckie  Wycieczki osobiste / Code of change  (2011) i  Zachód słońca w Kurwidołach  (2016). Tłumaczony na język bułgarski i rosyjski. Publikował w prasie literackiej i kulturalnej oraz w antologiach, ostatnio w  Co piłka robi z człowiekiem? Młodość, futbol i literatura  (2012) i  Przewodniku po zaminowanym terenie (2016). Mieszka w Łodzi, gdzie pracuje jako instruktor w dziale imprez Domu Literatury. Prowadzi blog gawin.liberte.pl.