Fot. Adam Badura

Fot. Adam Badura

Rafał Gawin: Trzymasz się na uboczu. Trudno cię poznać, złapać, doświadczyć, inaczej niż przez twoje teksty: głównie wiersze, ale i prozy, z którymi coraz częściej wychodzisz z szafy. Przedstaw się więc grzecznie: kim jest Marcin Badura, gdy pisze i gdy nie pisze?

Marcin Badura: Wszystko to prawda, choć wydaje mi się, że odwrotna sytuacja wcale nie musi być lepsza, zwłaszcza jeżeli chodzi o kogoś, kto zajmuje się pisaniem. Im dłużej znam siebie, tym lepiej wiem, kim nie jestem – chciałoby się rzec – ale nawet to nie takie proste, bo skąd w ogóle wiem, że nie jestem? Czy jeżeli powiem, że nie jestem, a ktoś inny oceni, że jestem, to jestem czy nie jestem? A ty chcesz, abym od rozważań na temat swojego niebycia przeszedł do jakichś konkretów na temat bycia. Przecież obiektywnie możemy próbować ustalić tylko jakieś gatunkowe, fizjologiczne czy zawodowe przynależności, a i to niezbyt precyzyjnie. Cała reszta jest przecież konfabulacją. Naszą lub cudzą.

Zatem grzeczna garść suchych faktów: poeta, prozaik, ojciec, mąż, syn, wnuk, nauczyciel, Polak, katolik.

Jesteś wręcz wzorcowym przykładem poety nieuczestniczącego. W życiu literackim, w środowiskowych gierkach i koteriach. Jak je widzisz nieco z dystansu, niekiedy w ogóle egzystując, jeśli o nie chodzi, w błogiej niewiedzy? Jest ci żal czy raczej oddychasz z ulgą?

Więc jednak ma być o niebyciu. Możemy zacząć – choć nie o to pytałeś, ale co tam, mam wreszcie swoje pięć minut – od mojej nieobecności w Internecie, w końcu to też jakiś brak. Rzeczywiście, nie ma mnie tam zbyt wiele. Można znaleźć niektóre moje teksty, zwłaszcza w archiwalnych numerach „sZAFy” – à propos pierwszego pytania i wychodzenia z szafy. Ale moich profili na portalach już nie znajdziesz. Jestem ultrakonserwatywny, stronię od ludzi, nie ufam technologii, boję się – nie wiem, jaka może być tego przyczyna. Tu docieramy do pewnego paradoksu – przez to, że trzymam się tego, co niewirtualne, moje królestwo nie jest z tego świata; za to o wszystkich, którzy znaczną część dnia poświęcają na konstruowanie samych siebie i byciu w przestrzeni wirtualnej, powiemy, że ich królestwo jest z tego świata, nawet nazwiemy ich twardo stąpającymi po ziemi realistami.

Moi Niemcy mają swój profil na fejsie, ale to nie ja go zakładałem. A tyle się nachwaliłem, jak to mnie tam nie ma. Ale za to nigdy nie byłem w internacie, a to też jest coś.

A teraz do rzeczy. Jeżeli chodzi o moje nieuczestniczenie, niebycie w środowisku – tu się zgadzam. Środowiskowość jest chyba nieuchronna, co nie znaczy, że jest dobra. W sposób naturalny powstają środowiska i kontrśrodowiska, a wszystko to niestety ciągnie nieraz literaturę w dół. I widziane z dystansu irytuje bardziej. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że ktoś może zarzucić mi, że jestem niechciany przez żadne ze środowisk, że nikt nie chce mnie kupić, że to jakiś resentyment. Mogę tylko mieć nadzieję, że naprawdę tak nie jest. Nawet w moim mieście, o ile się orientuję, działają dwa stroniące od siebie ośrodki, a to jest, przyznasz, sytuacja nieco patologiczna. Na początku swojej drogi, po pierwszej publikacji prasowej, byłem kuszony przez jeden z nich, bym określił się jako piszący nauczyciel. Mało nie zostałem wtedy zgwałcony górniczą lampką. Może moja nieśrodowiskowość to wynik tamtej traumy.

Ale dosyć tego ironizowania, bo przecież nie wiem, kim będę za lat kilka lub kilkanaście. Może właśnie, bowiem los bywa przewrotny, stanę się częścią jakiegoś środowiska, może powołam trzeci ośrodek w moim mieście i stanę na jego czele. Wszak gra toczy się o kobiety, wielkie pieniądze i nieśmiertelność.

Wydałeś do tej pory trzy książki poetyckie, trudno dostępne, których nakłady powoli się wyczerpują – mówię to z pełną świadomością wydawcy trzeciej. Mógłbyś je pokrótce scharakteryzować? Gdzie ich szukać? Jak cię ugryźć, byś mógł smakować?

Można je znaleźć w moim mieszkaniu na półce, ale to autorskie egzemplarze, więc ich nie oddam. Nie lubię mówić o swojej poezji. Debiutancka Bliźnia ukazała się w krakowskiej Miniaturze w zasadzie bez redakcji. O dziwo, źle to nie wyszło. Te wiersze wcześniej zdobyły nagrodę specjalną w konkursie im. Jacka Bierezina, później długo szukałem dla nich wydawcy. Wtedy dowiedziałem się między innymi, że epatują obrazoburczym, tanim erotyzmem. Wyjaśniam: nie epatują. Nie są również przykładem poezji zaangażowanej, co też im zarzucano. Druga książka – Dospowiadane – została opublikowana w łódzkiej Kwadraturze, z ilustracjami Jana „Jubaala” Wasińskiego. I tu z kolei dostało mi się za obrazki, więc może nikt jej nie przeczytał. Niemcy  ukazali się przy „Arteriach” i od wcześniejszych książek odróżnia ich to, że wiersze mocno korespondują ze sobą. Niemców  pisałem od początku do końca jako spójną książkę. Blisko im chyba do poematu, choć i o pierwszej swojej książce usłyszałem kiedyś, że to mikropoemat.

Jak mnie ugryźć, żebym mógł smakować? W ogóle ugryźć. No i tak, żeby nie bolało.

A co w takim razie z bólami twórczymi? W ogóle są ci obce?

Nie są mi obce, ale dystans, jaki udało mi się przez te kilkanaście lat złapać, pozwala mi wyraźnie dostrzegać, że to są bóle fantomowe, bóle nogi, której nie ma. Może nigdy nie było? Dlatego idę w takiej sytuacji na spacer na tych nogach, które mam. Lub wydaje mi się, że mam. Kariery w ten sposób nie zrobię, ale może do czegoś uda mi się dojść.

Wróćmy do wierszy in spe. W twojej poetyce wyróżniłbym dwa nurty, nieco naiwnie, zważywszy na ogólne i ponadczasowe zanurzenie twoich wierszy w dwudziestowiecznych filozofiach: wiersze długie, bardziej narracyjne (jak w Niemcach) i wiersze krótkie, skondensowane, grające na przerzutniach (jak głównie w debiutanckiej Bliźni).

Podział na wiersze krótkie i długie jest okej. Ja używam podziału na wiersze, które mi się podobają, i na takie, które nie. Grochowiak chyba o takim wspominał. Ten podział jest mało obiektywny, ale w zupełności wystarcza. Jeżeli już przy nim jesteśmy, to Niemcy  podobają mi się bardziej, co nie znaczy, że rozwlekłe formy uważam za lepsze.

W odniesieniu do wierszy z twoich dotychczasowych książek zastosowałbym jeszcze jeden zero-jedynkowy podział: na teksty obliczone na natychmiastową reakcję i teksty do dłuższej kontemplacji. Co ciekawe, często ze sobą sąsiadują i nie tworzą jakichś szczególnych całości i cykli. I takie żonglowanie głębokością przekazu jest dla ciebie bardzo charakterystyczne. Zgodzisz się ze mną?

Zgodzę się, bo co mi pozostaje? Podoba mi się sformułowanie żonglowanie głębokością przekazu. Zostałem pięknie zaszufladkowany. Co nie znaczy, że jestem zwolennikiem takich zabiegów. Ale taka już niewdzięczna twoja rola, że musisz znaleźć coś, co będzie dla moich wierszy w miarę reprezentatywne, a przy tym jeszcze odpowiednio zabrzmi.

Niemniej zbytnie zaufanie podobnym podziałom w przypadku twoich tekstów prowadzi czytelnika na manowce, poza granice poznania. Albo w ogóle mu to poznanie zawęża. Uparliśmy się, by cię w jakiś sposób zaszufladkować, a nam to zdecydowanie nie wychodzi.

Nie wiem, czy nie jest jednak tak, że każdy chce zostać zaszufladkowany, bo to jednak jakiś rodzaj powtórnego stworzenia. Tylko każdy chciałby spocząć w jakiejś szufladzie ekstra, skrojonej na swoją miarę, a tak się nie da. Tak można sobie zamawiać trumnę, a ją sobie mało kto zamawia. Być może to jakaś taka perwersyjna potrzeba, do której przyznaje się niewielu.

Pozostając w tematyce pogrzebowej, zdradź, proszę, nazwiska swoich literackich mistrzów. Kogo czytasz w wolnych chwilach i jakie proporcje w tej lekturze stanowi poezja, zwłaszcza najnowsza?

Cioran napisał, że podstawowym błędem kiepskich poetów jest to, że czytają oni głównie innych poetów, a powinni sięgnąć po botanikę czy geologię. W wolnych chwilach czytuję głównie fantastykę. Od czasu do czasu również poezję, i to przede wszystkim najnowszą. Trochę filozofii, ewangelie, nie ma tu jakiegoś klucza. Czytam, co mi wpadnie w ręce. Mało czasu mam na to, bo w roku szkolnym do domu przynoszę pracę. Czytanie jest ciekawsze niż praca, więc zmuszam się do pracy. Czytam głównie w wakacje, ale polskiej średniej przeczytanych książek nie zaniżam. Ostatnio czytałem prozę Podsiadły, Rekordy  Tomka Pietrzaka, Philipa Dicka. Ciorana też – O niedogodności narodzin. I teraz będę musiał sięgnąć po bo botanikę czy geologię. Może jakiś zielnik trzasnę.

No właśnie, zielniki  w najnowszej polskiej literaturze, kulturze, sztuce i krytyce wszelakiej są coraz mocniej obecne. Jak się zapatrujesz na tego rodzaju ruchy eko? Na ochronę tego pozaliterackiego środowiska? Mięso i skóry, i przyjazne dla drzew fury, i komóry?

To proste i skomplikowane. Ekologia jest niby trendy, ale w ekologicznym podejściu jest sporo zdrowego egoizmu. Bo w gruncie rzeczy chodzi o to, by jeść ciastko w taki sposób, aby jak najwięcej zostało na później, o takie perfekcyjne wyważenie proporcji. Pewnie, że chodzi o przyszłe pokolenia, ale nie wiem, czy mówiąc o przyszłych pokoleniach, nie mamy na myśli swojego potomstwa czy nawet kogoś w rodzaju uogólnionego siebie. Popieram rozsądne ekologiczne podejście, ale nie jestem pewien swoich prawdziwych pobudek. W temacie mięsa jest u mnie odwrotnie – jem, choć czuję, że uczciwiej byłoby nie jeść. Żeby zjeść, trzeba najpierw zadać ból, choć z drugiej strony w naturze jakoś się tym nie przejmują.

Opowiedziałeś swoją historię w sposób mało pedagogiczny, żeby nie powiedzieć – antyszkolny. Tymczasem jako nauczycielowi uczniowie i uczenie się towarzyszą ci zawodowo już na poziomie elementarnym. Masz na to receptę? Propozycję czegoś na kształt polityki nauczania? Wiedza o społeczeństwie, twój bazowy przedmiot, jest bardzo blisko kontrowersyjnej  historii.

Nie jestem przeciwnikiem patriotycznego wychowywania młodzieży, uważam, że należy podtrzymywać narodową tożsamość, a Europa powinna odwoływać się do swoich chrześcijańskich korzeni, ale nie lubię historii. Nie interesuje mnie. Zresztą zmęczony jestem tą obserwowaną od lat przepychanką, tym ścieraniem się paradygmatów, zawłaszczaniem historii i manipulowaniem nią. I końca historii nie widać.

Niektórzy już ogłaszali koniec historii, również w wierszach. Twoje, zgodnie z najnowszą modą krytycznoliteracką, dałoby się wykorzystać w kontekście poezji zaangażowanej. Masz coś na swoją obronę?

Nie mam nic na swoją obronę, ale zawsze, gdy tak się dzieje, czuję się krzywdzony…

Przygotowujesz nową książkę, prawdopodobnie zaryzykujesz wydanie hybrydy. Możesz zdradzić więcej szczegółów?

Planowałem wydanie hybrydy, ale nie wiedziałem, że to ryzykowne. A poważnie – rzeczywiście, mam takie plany. Część miałyby stanowić prozy poetyckie, a część nowe wiersze. Prozy mają już kilka lat, ale żal mi je zostawić bez publikacji książkowej, bo ukazywały się w pismach „Wyspa”, „Red.” czy „Arterie”, a więc można powiedzieć, że był na nie symboliczny popyt. Wiersze są nowe, krótkie i myślę, że nie jest ich wystarczająco dużo, aby ukazały się jako odrębna książka. Co będzie, zobaczymy.

Już widzę, znajdując na skrzynce hybrydalny projekt. Ale o tym innym razem, w innym miejscu i okolicznościach przyrody. Czy tak sobie wyobrażałeś tę rozmowę?

W czasie rozmowy rekrutacyjnej do urzędu miasta zostałem zapytany, jak wyobrażam sobie pracę w urzędzie; możliwe, że przy okienku. Nie wyobrażałem sobie tamtej pracy ani tej rozmowy. A ty? Czy tak ją sobie wyobrażałeś?

Ja, jako ktoś inny, nie jestem istotny. Co na to cała literacka Polska?

Z Marcinem Badurą rozmawiał Rafał Gawin, październik 2016.

 

HAPPY END

mam trzydzieści siedem lat
i nigdy nie byłem w Niemczech

ocalałem choć przez całe życie mieszkałem
o rzut kamieniem od ulicy Oświęcimskiej

ocalałem choć ledwo udaje mi się wiązać
miłe złego początki ze szczęśliwym końcem

 

Marcin Badura (ur. 1978) – poeta i prozaik. Wydał trzy książki poetyckie: Bliźnia (Miniatura, Kraków 2010), Dospowiadane (Kwadratura, Łódź 2010) i Niemcy  (Biblioteka Arterii, Łódź 2014). Wiersze publikował między innymi w pismach: „fo:pa”, „Tyglu Kultury”, „Red.”, „Arteriach” i „Wyspie”. Otrzymał Nagrodę Specjalną Jury XIII Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina i wyróżnienie w III Ogólnopolskim Konkursie na Prozę Poetycką im. Witolda Sułkowskiego. Mieszka w Rudzie Śląskiej.

13620203_10210322266234776_3469220340291311559_nRafał Gawin (ur. 1984) – poeta, okazjonalnie krytyk, redaktor, korektor i sekretarka „Arterii”, konferansjer i reanimator kultury. Ostatnio wydał tom Zachód słońca w Kurwidołach (2016). Tłumaczony również na język bułgarski i rosyjski. Publikował w prasie literackiej i kulturalnej oraz w antologiach, ostatnio w Co piłka robi z człowiekiem? Młodość, futbol i literatura (2012) i Przewodniku po zaminowanym terenie (2016). Mieszka w Łodzi, gdzie pracuje jako instruktor w dziale imprez Domu Literatury. Prowadzi blog gawin.liberte.pl.