16689_1501301420112545_3268951709688221225_n

Fot. Julianna Jonek

Beata Klimowicz: Wiem, że tekst jest ważny dla pana od pierwszego zdania. Zdradzę więc od razu moje pierwsze pytanie: pumeks, najszlachetniejszy z kamieni – o co tu chodzi?

Mariusz Szczygieł: To mój żart. Wydaje mi się, że wymyśliłem to hasło, ale równie dobrze mogłem gdzieś podsłuchać. Lubię się bawić, także głosem.

Tak, pana głos jest znany i lubiany. Ale pana pierwszy reportaż był rzeczywiście jak pierwsze ważne zdanie w PRL-u na temat homoseksualizmu. Czy to wymagało odwagi? Bo nie wierzył pan chyba że w 1985 roku podziała apel zawarty w tytule – Nie róbcie sensacji, a później – Rozgrzeszanie.

Żadnej odwagi. Po prostu w pociągu Środa Śląska – Wrocław spotkałem chłopaka, który był kolegą mojej koleżanki, i zaczął przechwalać się, że jest męską prostytutką. Był rok 1984. Miałem wtedy 17 lat, ale już cechowało mnie to, co dzisiaj: jeśli tylko przydarzy mi się coś ciekawego, natychmiast dzielę się tym z innymi. Jak tylko zobaczę jakiś niezwykły przedmiot na wakacjach, robię fotkę i wysyłam najbliższym. Taki mam charakter. Nie mogłem nie napisać o tym koledze. W ogóle nie zastanawiałem się, czy mam coś do stracenia. Bo też nic nie miałem. Ale wezwała mnie wicedyrektorka mojej szkoły w Legnicy, Stefania Błaszak, i powiedziała: Bardzo dobrze to napisałeś, ale nie jesteś jeszcze dziennikarzem i jak nie zdasz matury z matematyki, nie uda ci się nim zostać.

Ale się udało. Potem studiował pan w UW Dziennikarstwo i Nauki Polityczne. Co dały panu te studia?

Wtedy nic. W latach 1985-1989 były to dość podłe studia, bardzo upolitycznione. Studiowałem półtora semestru i uciekłem. Dostałem etat stażowy w tygodniku „Na przełaj” i dorabiałem jako listonosz. Wróciłem na wydział dopiero po upadku komuny i wtedy było ciekawiej, zaczęły się zajęcia z PR na przykład. Studiowałem bardzo długo – aż do 2001 roku. Jestem rekordzistą wydziału dziennikarstwa UW – 16 lat studiów. Zaraz potem zacząłem tam zajęcia z reportażu.

To rzeczywiście robi wrażenie. Ale przynajmniej rozumiał pan studentów. Czy lubił pan być potem po drugiej stronie, dzielić się z innymi?

Wydaje mi się, że umiem nauczyć podstaw warsztatu. Moim konikiem jest wymyślanie innym reporterom lub studentom formy do ich tekstów. Forma jest dla mnie tak ważna, jak treść i poświęcam jej dużo uwagi. Czasem mi się wydaje, że moje reportaże to są domy: mają fundament, dach, okna, balkony i tak dalej. Czasem, że są to symfonie. Kiedy tak o nich myślę, łatwiej je mi się buduje. Pewnego razu, było to ze sto lat temu, największy czeski kompozytor Antonin Dvořák – psychofan lokomotyw – zaprowadził swoich amerykańskich studentów na Grand Central Station w Nowym Jorku i kazał im się przyglądać lokomotywie. Powiedział mniej więcej coś takiego: ta lokomotywa jest piękna, ale nie ma żadnych ozdób, każda część, najdrobniejsza czemuś służy, i takie powinny być wasze kompozycje. Myślę, że jego zalecenie może dotyczyć też tekstów. Mam tyle pomysłów na to, jak coś napisać, czasem pięć na jeden temat, że chętnie się nimi dzielę.

A czy jest pan czepialski o każde zdanie, którego nie musi mieć lokomotywa?  I co, oprócz formy, jest najważniejszą rzeczą, którą chce pan przekazać adeptom reportażu?

Temat musi być nieoczywisty, a tekst nieprzewidywalny. To jest równorzędna sprawa z formą.

Warsztaty w UW widać nie wyczerpywały chęci dzielenia się z młodymi, bo założył pan Fundację Instytut Reportażu i powołał do życia Polską Szkołę Reportażu oraz kluboksięgarnię z literaturą faktu Wrzenie Świata przy Gałczyńskiego 7 w Warszawie. Pomysł jest świetny, miejsce wrosło w kulturalną mapę Warszawy. Czy można tam pana czasem spotkać?

Można. Kilka razy w tygodniu, jeśli tylko jestem w Warszawie i w Polsce.

Rekrutacja na nowy rok akademicki – już szósty – do Polskiej Szkoły Reportażu została niedawno zakończona. Co decyduje o popularności tej szkoły?

Żadna szkoła nie uczy tylko pracy nad reportażem. Poza tym u nas uczą wyłącznie praktycy, czyli autorzy, których nasi kursanci znają i cenią. Każdy z wykładających ujawnia swój warsztat, nieraz jest to – powiedziałbym – bardzo intymna wiedza.

A czy pan spotkał swojego Mistrza?

Tak, największy wpływ miała na mnie Hanna Krall, ale też Małgorzata Szejnert i Ryszard Kapuściński. Pamiętam, jak w wieku 22 lat marzyłem, żeby zaprzyjaźnić się z Hanną Krall i rozmawiać z nią nie tylko o reportażu. Dziś mam 48, znamy się z panią Hanią 25 i właśnie z Wojtkiem Tochmanem pracujemy nad książką o niej. Wyjdzie na początku września i będzie miała tytuł Krall. Widzę swoje powinowactwo z Krall: wszystko, co ważne, musimy zapisać. Otworzyła przed nami swoje szuflady i notatniki a tam: setki notatek, nigdy niewykorzystanych w książkach. Po prostu jak ktoś coś ciekawego jej powiedział, notowała. Co nie jest zapisane, przepada. Proszę zauważyć jak mało na przykład wiemy o Holokauście Romów, a jak dużo o Holokauście Żydów. Romowie uważali, że nie godzi się pisać, liczyła się opowieść ustna, Żydzi wręcz przeciwnie. Najważniejsza jest „Księga”, czymkolwiek by nie była. Jest taki mały tekścik Hanny Krall o tym, jak dzwoni jej dawna koleżanka z podstawówki. Dzwoni z Izraela, że właśnie ogłoszono alarm bombowy i wszyscy już zeszli do schronu, a ona jedna nie, została na piętrze, bo ma chore nogi i się nie rusza. I co byś teraz zrobiła? – pyta koleżankę z Warszawy. Weź kartkę i długopis i pisz – mówi jej Krall. A co pisać? Podyktuj mi chociaż pierwsze zdanie. I Krall dyktuje: Ogłoszono alarm bombowy.

Pisanie jest ważniejsze od życia. Ktoś ostatnio też tak mi odpowiedział. Książka o Hannie Krall – w jakim trybie powstaje? Jak wygląda praca dwóch pisarzy nad jedną książką – w tym przypadku?

Ja mam najlepiej – zajmuję się tylko archiwum Hanny Krall i opracowałem koncepcję tego, jak ta część książki będzie wyglądała, a Wojtek jeździ z panią Hanią w różne miejsca, które są dla niej ważne, i tam rozmawiają. Rozmawiają nie jak wywiadowana z wywiadowcą, ale reporterka z reporterem i to jest nowa jakość. Ja bym takiej rozmowy nie przeprowadził, bo nie cierpię robić wywiadów. Zawsze odmawiam. Naprawdę nie znoszę…

Ale przez sześć lat współtworzył pan i prowadził pierwszy talk-show w Polsce – Na każdy temat, w którym nie unikał pan kontrowersyjnych tematów. Jak to więc możliwe?

W telewizji rozmawiałem tak, jak rozmawiam z ludźmi do reportażu, więc to umiem i lubię. Tylko wolę, żeby z moich rozmów powstał reportaż, a nie wywiad. Czasem żałuję, że nie lubię pisać wywiadów. Myślę, że nie przepadam za nimi z powodu mojego zbyt wybujałego egotyzmu. To kwestia narcyzmu. Wywiad jest dziełem wspólnym: dziennikarza i rozmówcy. Trzeba – pisząc go – ulec rozmówcy, jego językowi, jego rytmowi, jego ego. Mimo że są różne style rozmawiania i łatwo odróżnić rozmowy Teresy Torańskiej od rozmów Katarzyny Bielas. Dziennikarz oczywiście może i często jest satysfakcjonująco widoczny w wywiadzie. Jednak nie chodzi mi o widoczność, po prostu mam wrażenie, że w wywiadzie nigdy w stu procentach nie jest się właścicielem tekstu, właścicielem wizji, właścicielem opowieści. Dla mnie to nie do zniesienia. W reportażu mam poczucie, że to są moje słowa, nawet kiedy cytuję bohatera. Reportażem nie muszę się z nikim dzielić. Jako reporter – mówię za siebie – zawłaszczam w jakiś sposób swoich rozmówców. Oczywiście przy całym dla nich szacunku i wdzięczności za to, że dali mi kawałek siebie. Jednak reportaż to jest moja piosenka, a nie duet.

Jakie słowo trafniej określa pana zawodowo: reporter czy reportażysta? Bo w pana biogramach występują obydwa?

Ja nazywam sam siebie reporterem, inni – reportażystą. W słowie reportażysta jest jakaś pretensja do literackości, która mi nie leży. Ktoś lepszy niż reporter a gorszy niż pisarz. Jeśli ktoś uważa moje teksty za literackie, niech podaje – pisarz. Ja wolę reportera.

Jest pan wymieniany w zagranicznych antologiach poświęconych polskim reportażom. Sam był pan redaktorem Antologii polskiego reportażu XX wieku. A z tekstów 23 autorów ułożył pan zbiór 20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła. Czy Polska to dobry kraj dla reporterów? Czy ciekawy, a ludzie otwarci i skłonni do rozmowy?

Jak każdy kraj, bo wszędzie jest ciekawie. Kwestią ważniejszą jest to, żeby dotrzeć do ludzi, znaleźć sposób na pisanie. Każdego człowieka da się otworzyć, tylko trzeba znaleźć kluczyk do niego. Specyfiką Polski jest to, że połowa z nas wierzy w Boga, połowie jest obojętny. Połowa chce, żeby ich życiem ktoś kierował, na przykład PiS, zasady, prawo, imponderabilia, a połowa chce sama kierować swoim życiem… To dobre pole dla reportażu.

Za Gottland  był pan w 2007 roku finalistą Nagrody Literackiej Nike  Czytelników oraz finalistą Nagrody Literackiej Europy Środkowej Angelus. Jest pan laureatem Europejskiej Nagrody Literackiej 2009, również za Gottland. W Niemczech książkę nazwano wielką literaturą pod płaszczem reportażu, we Francji napisano: To nie jest książka, to klejnot. Pana pozostałe książki również były wielokrotnie nagradzane lub nominowane do ważnych polskich nagród literackich. Więc chyba rzeczywiście parę osób uważa pana teksty za literackie. A jak nagrody wpłynęły na pana? Zmobilizowały, zobowiązały czy uspokoiły?

Przede wszystkim uświadomiły mi, że gdybym znał angielski, mógłbym zrobić karierę za granicą, być w różnych krajach o wiele bardziej rozpoznawalny. Owszem, mam chyba w tej chwili 26 albo 27 wydanych w świecie książek, za chwilę Zrób sobie raj wychodzi w Bułgarii a Gottland w Chinach, ale to nie jest jakaś duża popularność. Niedawno „New York Times” proponował mi stały felieton. Takich ciekawych szans pojawia się sporo i gdybym mógł mówić i pisać po angielsku, na pewno ułatwiłoby to sprawę, zwłaszcza, że jestem bardzo kontaktowy i łatwy w obsłudze. To jednak jest ograniczające – kontaktować się przez moją asystentkę. I co? I nic. Nie uczę się angielskiego. Podejrzewam, że mam bardzo zaspokojone poczucie własnej wartości i stąd ten opór.

Otrzymał pan medal za promocję wizerunku Polski, ale też podobną nagrodę za promocję wizerunku Czech. Czy naprawdę jest pan krypto-Czechem?

Nie odpowiem na to pytanie, ponieważ pojawia się w prawie każdym wywiadzie, a potem czytam w Internecie: Szczygieł ciągle mówi to samo… Już mnie mdli, jak słyszę te dwa słowa: Szczygieł  i Czechy.

Tak, jest taka szuflada, myślałam jednak, że ją pan lubi. Sięgnijmy więc do zestawu spoza szuflad: czy istnieją jakieś słabości i bariery, które musiał pan – lub nadal musi – przełamywać?

Pisać lubię, pisanie przeżywam, mimo że nie sprawia mi specjalnych trudności, a jeśli czasem sprawia – uwielbiam to. Jestem wtedy masochistą pisania. Słabością moją jest niedostateczne wykształcenie. Czytam dużo, pamiętam dużo, ale wciąż jest to za mało. Słabością jest na przykład to, że dziś kupiłem antologię esejów filozofów o Kafce i one mnie nudzą. A nie powinny.

A co pan lubi czytać?

Lubię rzucać się na chwilę, z doskoku na książki, których nie trzeba czytać w całości, na przykład ostatnio Kroniki  Prusa albo dzienniki Dostojewskiego. Łapię, pożeram przez chwilę do momentu, aż znajdę coś ciekawego i odkładam. Pisarze, których cenię, ale sobie ich dawkuję, to Sándor Márai i Haruki Murakami. Na stałe czytam jedną książkę, teraz Åsne Seierstad o Breiviku, a z doskoku siedem różnych.

Jak organizuje pan sobie miejsce i czas poświęcone na pisanie? Czy notuje pan myśli, pomysły?

Notuję w iPhonie, ale jak chcę tam za chwilę zajrzeć, to już tej notatki nie ma, bo on sam mi to wysyła na mój adres mejlowy. Najczęściej notuję zasłyszane zdania albo dialogi. Miejsce do pisania mam zorganizowane – u mnie w domu. Mam gabinet z długim burkiem, z biblioteką, z dwoma oknami, w tym jednym ogromnym trzydrzwiowym, wychodzącym na balkon. A ten balkon jest cały w drzewie. Teraz, gdy jest lato, to wychodzę na ten balkon coś doczytać. Mam też w tym gabinecie dwa miejsca do leżenia: długą kanapę i szezlong. Dziesięć lat temu go urządziłem, kiedy miałem 38 lat. Było to moje wielkie marzenie: mieć swój gabinet. Teraz podłoga jest zawalona setkami książek, bo kończę pracę nad trzecim tomem antologii reportażu XX wieku.

Wiele osób czeka na ten trzeci tom. Jak wielu z 118 ważnych reporterów, o których mówił pan, że nie zmieścili się w dwóch pierwszych tomach, teraz zostanie włączonych do antologii? Czy kolejnych pięćdziesięciu? To chyba trudny wybór.

Niestety, z tych 118, którzy nie weszli, wejdzie może 25. A 25 następnych to są moje nowe odkrycia. Wybór bardzo trudny, bo każdy ma jakieś dokonanie, które by go do tej antologii kwalifikowało. W trzecim tomie będą reporterzy jednej książki, jak na przykład minister Radosław Sikorski, który pisał świetnie i szkoda, że reportaż porzucił, czy też ludzie w ogóle nieznani z tego, że pisali reportaże, jak choćby prof. Wiktor Osiatyński.

Czy pisząc, skupia się pan na jednej książce, czy ma pan dar podzielnej uwagi? Bo tak czy tak, publikuje pan jeszcze reportaże i felietony w „Dużym Formacie” GW.

Na jednej plus felietony. One są dla mnie jak narkotyk.

Czy ma pan już pomysł na kolejne książki po ukończeniu Krall  i trzeciego tomu antologii?

Mam.

Czy mógłby pan powiedzieć na ten temat coś więcej?

Nie. Jestem zmienny. Opowiedziałem już kilka razy publicznie o kilku moich planach. Nic z nich nie wyszło, a potem czytelnicy piszą, dopytują. Ja czuję się w obowiązku odpowiadać na te pytania i tracę niepotrzebnie czas. Nie opowiadaj, że jesteś w ciąży, jeśli jeszcze nie wiesz, czy tego dziecka nie usuniesz!

A czy patrząc wstecz, zrobiłby pan coś inaczej, napisał coś innego? 

Nie, nic bym nie zmieniał. Może angielskiego bym się nauczył.

Dwa lata temu przestał pan prowadzić blog. Czy brakuje panu czasu, czy też ten projekt się wypalił?

Przestałem prowadzić blog wtedy, kiedy zacząłem pisać felietony do „Dużego Formatu”. Tam wkładam rzeczy, które wcześniej pasowały do mojego blogu. Mieć co tydzień nowy, świeży, zaskakujący tekst to świetne wyzwanie. Lubię ten strach, kiedy nie mam żadnego tematu a na rano musi być felieton. I wtedy z rozpaczy wpadam na idealne tematy.

Jakie to są – tematy idealne?

Poprzez temat muszę mieć coś ważnego do powiedzenia. Nawet jeśli piszę o jakiejś głupocie, przesłanie powinno być istotne. I takich tematów szukam.

I na koniec – co mógłby pan poradzić osobom, które marzą o tym, by pisać dobre reportaże, a z różnych powodów nie mogą zapisać się do Polskiej Szkoły Reportażu?

Nie da się odpowiedzieć w jednym zdaniu. Muszą czytać reportaże innych i podglądać: jak autor zaczął, jak skończył, czy charakteryzuje bohaterów, czy nie, jak zbudował tekst, czy całą prawdę ujawnia od razu, jak dawkuje informacje, jakich szczegółów używa w tekście, a jakie pomija i tak dalej. Podglądać, jak inni piszą. Celowo mówię: podglądać. Nie mówię: czytać. To znaczy mówię: czytać badawczo.

A poza tym wszystkie inne rady daję tu: http://www.mariuszszczygiel.com.pl/550,blog/najkrotszy-kurs-swiata,-jak-napisac-reportaz

No tak, zawsze zaczyna się od czytania. Dziękuję panu za wywiad i za poświęcony czas.

Z Mariuszem Szczygłem rozmawiała Beata Klimowicz, 27 lipca 2015.

Mariusz Szczygieł – reporter, felietonista, wydawca, pisarz, dziennikarz prasowy, kiedyś także telewizyjny i radiowy. Urodził się 5 września 1966 roku w Złotoryi. W 1985 ukończył liceum w Legnicy, a w 2000 Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. W 1982 podjął współpracę z czasopismem „Na Przełaj”. Pisał o homoseksualistach, narkomanach i subkulturach. Niektóre jego teksty uznane zostały za przełomowe. W latach 1990-1996 był reporterem „Gazety Wyborczej”. Od 1997 do 1998 prowadził wykłady w Europejskim Studium Dziennikarstwa – École Supérieure de Journalisme de Lille/Uniwersytet Warszawski, a w latach 2000-2008 autorskie seminaria warsztatowe na WDiNP UW. Od 2010 wykłada w Polskiej Szkole Reportażu, której jest współzałożycielem. Był współautorem talk-show Na każdy temat w TV Polsat, a w latach 1995-2001 również prowadził ten program. Po zakończeniu współpracy z TV Polsat głównym tematem jego książek była historia i kultura Czech. Wspólnie z Wojciechem Tochmanem i Jackiem Hugo-Baderem jest wymieniany w antologiach zagranicznych poświęconych współczesnej polskiej sztuce reportażu. Uważany za ucznia Hanny Krall. Od 2002 roku ponownie zaczął pisać reportaże dla „Gazety Wyborczej”. W latach 2004-2012 był zastępcą szefa dodatku „Duży Format” i zastępcą kierownika działu reportażu. Wydał sześć książek: Niedziela, która zdarzyła się w środę, Gottland, antologię 20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła, Kaprysik. Damskie historie, Zrób sobie raj oraz Laska nebeska. Książka Gottland, poświęcona Czechom, była w Czechach bestsellerem 2007 roku. Została przełożona na kilkanaście języków, a autor otrzymał za nią między innymi Nike Czytelników oraz European Book Prize 2009 – nagrodę Unii Europejskiej za najlepszą europejską książkę roku. W 2009 wspólnie z Pawłem Goźlińskim i Wojciechem Tochmanem założył Instytut Reportażu oraz księgarnię reporterów Wrzenie Świata. W 2013 otrzymał tytuł Dziennikarza Roku w konkursie Grand Press. W 2014 prezydent Bronisław Komorowski odznaczył go Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Tekst ukazał się na blogu Beaty Klimowicz oraz na portalu pisarze.pl. Redakcja LP dziękuje Mariuszowi Szczygłowi za zgodę na ponowną publikację.