xyz

Fot. Beata Klimowicz

Beata Klimowicz: Jest pan poetą młodego pokolenia, lecz ma pan już interesujący dorobek literacki i prawdziwy sukces – pozytywny komentarz Adama Zagajewskiego, który osobiście otworzył pana spotkanie autorskie. Kiedy zdał pan sobie sprawę z tego, że pisanie jest dla pana ważne i tym właśnie chce się w życiu zajmować?

Michał Piętniewicz: Jako dziecko dużo czytałem powieści młodzieżowych (Niziurski, Bahdaj, Nienacki). Oprócz tego Rekreacje Mikołajka, Przypadki Robinsona Crusoe – to były lektury. Przez kilka dobrych lat, w szkole podstawowej, przykładałem się bardziej do historii niż do polskiego, bo chciałem studiować prawo, dziadek jest u nas w rodzinie prawnikiem, miałem iść w jego ślady. Potem była siódma klasa szkoły podstawowej i pierwsze, nieco zbuntowane wypracowanie, za które dostałem ocenę dostateczną.

Ale był pan chyba dobry z polskiego?

Przeważnie miałem bardzo dobry stopień z wypracowań, jak to pani od polskiego orzekła, pisałem ładnie, składnie i poprawnie. Pod koniec podstawówki i w liceum miałem stopień celujący, ale uważam, że wtedy na to nie zasługiwałem, poza tym liceum to były w dużej mierze czasy pogubienia. Ale w tej siódmej klasie, po lekturze Mistrza i Małgorzaty, coś we mnie pękło, mówiąc kolokwialnie, „rąbnęło” mnie. Potem napisałem drugie wypracowanie, nieco inne, dłuższe, wypracowanie-reportaż, za które dostałem już ocenę niedostateczną. Wtedy rozpętała się burza. Taki dobry uczeń, prymus i niedostateczny stopień z wypracowania z polskiego! Ujął się za mną pewien doktor z Akademii Pedagogicznej w Krakowie, która miała filię w Tarnowie (wówczas to była jeszcze Akademia Pedagogiczna). Ten doktor miał już trochę lat, zjadł zęby na literaturze i jemu się to wypracowanie bardzo podobało, a później spodobały mu się moje wiersze, chciał je nawet drukować. I tak to się zaczęło: z buntu wobec instytucji, wojsko to szkoła, jak śpiewał Kaczmarski, ja w pewnym momencie po prostu wewnętrznie zdezerterowałem, zacząłem sobie w głowie układać własny świat. I tak już zostało do dzisiaj.

Pierwszy wiersz napisał pan w wieku trzynastu lat. O czym był tamten wiersz?

Nie pamiętam dobrze tamtego wiersza, wiem tylko, że tam był motyw talerza z owsianką i dziecka, które się huśta na huśtawce, a na końcu chciwie wpatruje się w ten talerz z zastygłą owsianką. To w zasadzie była proza poetycka, nieco krótsza jak na moje prozy poetyckie, ale już na początku zdradzałem predylekcję do dłuższych form poetyckich.

Jakie ma pan silne strony, które pomagają pisać, a co działa przeciwko panu?

Obowiązkowość to niewątpliwie silna strona. Poza tym o wiele bardziej lubię czytać, aniżeli pisać.

A czy według pana pisania kreatywnego można się nauczyć?

Jest teoria, że pisania można się nauczyć, że niepotrzebne jest w ogóle ingenium. Konwicki w wywiadzie ze Stanisławem Beresiem mówi, że każdy głupi może się nauczyć dobrze pisać, że to żadna sztuka. Problematyczna staje się wtedy sprawa talentu, o który tak bardzo zabiegają zwłaszcza młodzi twórcy, to w końcu duży komplement usłyszeć, że ma się talent, twórca czuje się wybrany, naznaczony, w pewien sposób wyjątkowy. A może chodzi po prostu o zwykłą, ciężką pracę w słowie? Może wytrwałość w tej pracy powinna nazywać się prawdziwym talentem, może zmarnowany talent to żaden talent, tylko ktoś, kto coś tam pokazał na samym początku, a potem już mu się znudziło. Więc za kryterium talentu przyjmuję wierność i lojalność wobec tej wielkiej, wspaniałej sprawy, jaką jest literatura. Wierność bez względu na okoliczności. Można zarabiać w inny sposób, a być wiernym literaturze, książkom, czytaniu. To wydaje mi się w tym momencie najważniejsze.

Ukończył pan filologię polską – czy zgodziłby się pan z poglądem, że studia na polonistyce potrafią zablokować pisanie twórcze, nawet na długi czas. Jak było w pana przypadku?

Po polonistyce ma się większą świadomość języka, jak mnie się zdaje, większą świadomość literatury, czym jest lub powinna być dobra literatura, dobra książka i tak dalej. Oczywiście to jest również rzecz gustu, ale rzecz w tym, że studia polonistyczne gust ten sublimują, nawet do tego stopnia, że dawne fascynacje z lat szkolnych tracą, zdecydowanie tracą w porównaniu z pisarzami, których nie znało się do tej pory, a którzy wydatnie zyskują. Polonistyka ponadto sprawia, że młody twórca zaczyna mieć własny świat literacki, w sensie literackich wyborów, ponieważ cały czas w zasadzie przeznacza na studiowanie literatury, więc ten świat kształtuje się bardzo powoli, stopniowo, niekiedy z oporami, niektóre osoby przestają widzieć w tym sens, ale kiedy się wytrwa na długim dystansie, wtedy można doświadczyć łaski rozbłysku, rozświetlenia, jak mnie się zdaje, choć droga do tego jest mozolna i, jak każda zresztą droga, jest najeżona przeszkodami i trudnościami; ja wybrałem taką zupełnie świadomie i zgodnie z moimi zainteresowaniami, te studia mi dużo dały, rozwinęły mnie, zwłaszcza doktoranckie studia literaturoznawcze, natomiast tego, czego mi nie dały, to pracy, zarobku, utrzymania. Z tym jest gorzej, ale nie tracę nadziei (śmiech).

No właśnie, podobno lepiej nie liczyć na to, że można żyć z pisania. Jak więc pokonuje pan ten problem?

Wie pani, za teksty krytycznoliterackie mi płacą (śmiech). Nawet zresztą trochę można na tym zarobić, jak się gdzieś wysyła i drukują. W sensie ziarnko do ziarnka i zbierze się miarka. Jako że jestem doktorantem polonistyki, przez pewien czas miałem wypłacane stypendium doktoranckie i z tego głównie żyłem, plus recenzje do pism. Oprócz tego byłem stypendystą miasta Krakowa, dostałem wtedy godziwe pieniądze. Kiedy zabrakło mi dwóch lub trzech punktów, żeby dostać stypendium doktoranckie na kolejny rok, pomogła mi bardzo rodzina, w sensie mama, dziadek, tata, babcia, żebym ten doktorat sfinalizował, ukończył, ta sprawa bowiem powinna zostać zamknięta. Poza tym kiedy wydałem w Zeszytach Literackich mój tom, również mi zapłacono. Aktualnie mam wykłady w Domu Kultury Podgórze o dwudziestowiecznych poetach i poetkach, wykłady skierowane głównie do seniorów, ale przyjść może każdy. Z tego też są jakieś pieniądze. Zresztą ratuje mnie między innymi to, że nie mam kolosalnie dużych opłat za moją kawalerkę (śmiech). Nie żyję ponad stan, nie jadam codziennie obiadów w restauracjach, raczej są to przeważnie bary mleczne albo jadłodajnie, ale coś za coś: zajmuję się tym, co naprawdę lubię.

Pozostańmy jeszcze przez chwilę w zakresie spraw praktycznych. W jakich warunkach najlepiej się panu pisze? Czy jest jakaś ulubiona pora? Jakieś używki? I dlaczego akurat kawka i papierosek (śmiech)?

Rzadko piszę wiersze rano. Raczej są to godziny popołudniowe albo wieczorne. Rano dobrze mi się pracuje nad doktoratem, wykładami, szkicami, redakcją et cetera. Rano jest dobra pora na rzeczy naukowe, nieco bardziej dyskursywne, krytycznoliterackie, po południu następuje kontynuacja z możliwością ewentualnego wypadu w stronę wiersza, natomiast wieczorem jest to miłe odprężenie i zalanie falami nocy, kiedy już nic się nie chce, więc sięgam wtedy po jakiś tomik, czytam wiersze. Ale wiersze, u mnie przynajmniej, były wynikiem często dość intensywnych stanów duchowych albo stanu podgorączkowego, albo też stanu szczególnego skupienia wewnętrznego, w których to okolicznościach mógł powstać wiersz. Były przecież inne stany. Nieszczęśliwa miłość, odtrącone uczucie i tak dalej. Przecież to jest naturalny i konieczny wręcz pretekst, żeby coś napisać. Potem, mam wrażenie, to się wszystko z czasem obiektywizuje i poeta chyba zaczyna bardziej czerpać z czasoprzestrzeni kultury albo po prostu próbuje wciąż możliwości swojego języka, jak Świetlicki.

A kawka i papierosek? Muszą być istotne, skoro umieścił je pan nawet w tytule jednego ze swoich wierszy?

Kawę mam do książek zawsze rano. Papierosy teraz bardzo surowo ograniczyłem, do dwóch-trzech dziennie, więc de facto nie ma mowy o porządnym paleniu, tylko o okolicznościowym popalaniu.

Wiem, że lubił pan spędzać czas przy Gołębiej 3. Zwykł pan nawet nazywać ten lokal biurem. Co teraz – gdy został zamknięty?

Jeśli chodzi o Gołębią 3, to jest to dla mnie katastrofa geograficzna. Ja tam naprawdę miałem swój azyl, kiedy nie miałem gdzie pójść, szedłem właśnie tam i długie godziny siedziałem z kawą i papierosem nad książką, i czytałem. Bardzo pomogła mi ta knajpa w różnych życiowych kryzysach i upadkach. Teraz chodzę Pod Gruszkę, nieco inna atmosfera, też fajna, poza tym jest widok na Rynek, można też palić do kawy, dobrze to i źle, bo papierosy chciałbym po prostu ograniczyć. Lecz mam jednak wrażenie, że żadna knajpa tak naprawdę nie zastąpi mi biura, mojej Gołębiej 3.

Ale czasem wena nie przychodzi mimo dobrego czasu i miejsca. Czy pan się jakoś dyscyplinuje?

Trudno w moim wypadku przymusić się do napisania wiersza. To coś bardzo intymnego, swojego, coś jak modlitwa, to się przeżywa w samotności, w głębokim skupieniu, to chwila łaski, szczęścia, błogości, zachwytu, kontemplacji, radości z tego, że się żyje, albo też głębokiego smutku, wzruszenia, moment, kiedy ma się szczególny, intymny wgląd w swoje życie. Niemożliwe jest przeżywanie takich stanów codziennie. Natomiast przy pisaniu tekstów, dajmy na to, bardziej „obiektywnych”, jak właśnie szkice, recenzje, praca naukowa, wykłady czy nawet zwykła proza, no to tutaj już potrzeba dyscypliny. Trzeba codziennie rano siadać i pisać, nawet kiedy nic nie przychodzi, trzeba po prostu siedzieć, pić kawę i czytać, może pomysł jakiś wpadnie, a wtedy trzeba pisać. I tak codziennie. Nie mówię, że ja tak dokładnie robię, może robię podobnie z pewnymi modyfikacjami, ale wystarczy przeczytać taką piękną książkę Jana Parandowskiego Alchemia słowa, z której się można dowiedzieć, co trzeba robić, żeby zostać pisarzem. Stephen King ma na to prostą receptę: trzeba dużo czytać i dużo pisać.

A co jeśli owa wena spada znienacka? Czy notuje pan pomysły w podręcznym notatniku? Na obrusach i serwetkach?

Ja jestem przeważnie ubezpieczony (śmiech). Mam zeszyt w kratkę, w którym sobie to i owo przy różnych okazjach zapisuję.

I jeszcze jedno pytanie techniczne: od kiedy korzysta pan przy pisaniu z komputera? Czy pisze pan na nim od razu, czy przepisuje z brudnopisu?

Wiersze piszę zawsze na papierze. Natomiast na komputerze szkice, recenzje, teksty bardziej, dajmy na to, użytkowe, czy też lepiej, bardziej użyteczne poznawczo, właśnie obiektywne czy intersubiektywne, do których jednak przywiązuję również bardzo dużą wagę; one są dla mnie bardzo ważne, ponieważ poprzez pisanie o innych pisarzach również wypowiadam swoją wrażliwość, widzenie świata i literatury, więc to dla mnie również istotne. Komputera używam od dziecka, ale nie znam się specjalnie na komputerach, można powiedzieć, że jestem trochę noga, jeżeli chodzi o obsługę komputera.

Mówiąc o innych pisarzach: czy napotkał pan na swej drodze Mistrza?

Spotkałem mnóstwo ludzi, którzy mnie jakoś ukształtowali i nadal kształtują, inspirują, wiele udało mi się wyciągnąć również z książek. Ale nie mogę w tym momencie powiedzieć o głównym i jedynym przewodniku czy mistrzu literackim.

Jak udało się panu zainteresować swoimi wierszami Adama Zagajewskiego, który zgodził się opatrzyć swoim komentarzem najnowszy tom pana wierszy Na oścież, a także otworzyć spotkanie promujące ten tom?

Była taka gospoda w Krakowie, nazywała się Kurant. Ona była tuż przy Plantach, mówię o tej części Plant blisko ulicy Grodzkiej i Wawelu, nie pamiętam w tej chwili nazwy tej ulicy. W każdym razie ja tam chodziłem często z moim kolegą na piwo, bo tam był duży spokój, nikt tam nie chodził, w lecie był cień, można się było ochłodzić i napić zimnego piwa, zapalić papierosa, pogadać, pośmiać się. Uwielbiałem to miejsce. Zaprzyjaźniłem się również z właścicielem tego lokalu. On mnie pytał, co robię w życiu, więc mu powiedziałem, że doktorat, a oprócz tego piszę wiersze. Wtedy Jarek, bo tak ma na imię były właściciel Kuranta, powiedział, że Zagajewski do niego przychodzi. Na to ja palnąłem, że chętnie bym się z nim spotkał i wręczył mu swoje wiersze. Mijały dni, tygodnie, miesiące, aż nagle słyszę telefon, dzwoni Jarek, mówi, że Zagajewski jest w Kurancie i że chce mnie poznać. Tak się złożyło, że wtedy do Krakowa przyjechała Marta Podgórnik na pogrzeb Pawła Targiela na cmentarzu Rakowickim. Było już po pogrzebie, szliśmy wzdłuż Wisły (Marta redagowała wtedy mój tom poetycki), a potem wylądowaliśmy na spotkaniu z Adamem Zagajewskim, które było krótkie. Po prostu dałem mu swoje wiersze, porozmawialiśmy chwilę, on wziął teczkę z wierszami, podpisaną, z napisanym na dole numerem telefonu i poszedł. Mijały dni, tygodnie, miesiące, coś tam dłubię przy moim tomiku, dzwoni nieznany numer. Nieznany rozmówca w słuchawce przedstawia się: Dzień dobry, tu Adam Zagajewski, bardzo podobają mi się pana wiersze. Oniemiałem i oszalałem. Ale potem znowu: mijają dni, tygodnie, miesiące, lata. Kontakt z Adamem Zagajewskim urwał się całkowicie. Wtedy pojawił się na scenie krakowskiej pewien Włoch, Marco Bruno, poeta, poliglota, tłumacz, doktor nauk humanistycznych Uniwersytetu w Bari, który na nowo mnie, można powiedzieć, poznał z Zagajewskim. To było podczas spotkania Zagajewskiego na Uniwersytecie Pedagogicznym. Po spotkaniu podszedłem z Marco do głównego bohatera i mu się przypomniałem. Potem umówiliśmy się, spotkaliśmy i wręczyłem mu mój tom poetycki. Potem spotkałem się z nim po raz kolejny i wręczyłem mu drugą wersję. No i tak to się zaczęło kręcić, ale zanim tom ujrzał światło dzienne, jak to się mówi potocznie, minęły prawie dwa lata. No potem już pracowałem nad tomem z redaktorami z Zeszytów Literackich, co było bardzo miłym i przyjemnym doświadczeniem.

A czy to złagodziło pana nastawienie do zagajewszczyzny?

Nie wiem, czemu się używa takiego sformułowania, niewiele ono mówi. Z każdym poetą można zrobić podobny numer. Mało to odkrywcze. Ja zawsze miałem dobry stosunek do wierszy Zagajewskiego; na jego wierszach między innymi wzrastała moja wrażliwość w okresie szkolnym i wczesno studenckim. Więc dla mnie to po prostu ważny poeta. Miałem delikatny okres buntu wobec takiej dykcji, kiedy zauroczony byłem sosnowszczyzną i całym tym pokładem Biura Literackiego. Dobrze, że mi minęło i odzyskałem zdrowy rozsądek.

Rozumiem więc, że to właśnie z tamtego okresu pochodzi pana wypowiedź zawierająca odniesienie do zagajewszczyzny? Znalazłam ją na stronach Portu Literackiego z końca 2008 roku.

Zapewne tak, teraz już bym tego nie powiedział, ale cóż, łatwo urobić młodego i niedoświadczonego (śmiech). Andrzeja Sosnowskiego również uważam za wybitnego poetę, myślę, że można by z powodzeniem napisać pracę komparatystyczną porównującą te dwie dykcje: Zagajewskiego i Sosnowskiego, moja Ewelinka miała taki projekt kiedyś. Obu tym poetom towarzyszy jedno: poczucie ogromnej wagi tego, czym jest poezja, czym jest sprawa poezji. U Sosnowskiego paradoksalnie poprzez gęstą ironię i programową ucieczkę od powagi jest to potraktowane śmiertelnie serio. U Zagajewskiego jest z kolei przywiązanie do tematów ważnych i uniwersalnych, wiecznych, ale towarzyszy temu lekkość, humor, ironia, dowcip.

Więc oni się spotykają na jednej monecie, jak awers i rewers. I mówię o tym nieprzypadkowo, bo to właśnie Andrzej Sosnowski wybrał moje wiersze w tym konkursie Biura Literackiego, Połów, a potem przygotował do druku mój pierwszy arkusz poetycki, Oddział otwarty, wydany przez BL w 2008 roku.

Wspomniał pan o Ewelince, której imię pojawia się też w pana wierszach i prozie. To muza, osoba bliska, czy też magiczne połączenie obydwu?

To najbliższa dla mnie teraz osoba w życiu, moja narzeczona. Myślę, że bez niej bym się posypał w drobniutki piasek. Ona mnie zwiera i konsoliduje, i to nawet wtedy, kiedy między nami zdarzają się gorsze momenty: jest niezbędna mi do życia jak tlen, jedzenie i książki.

Po książki których autorów chętnie Pan sięga?

Zauroczenie Hrabalem, ogromne. Poza tym Bruno Schulz oczywiście, Tadeusz Nowak, Wiesław Myśliwski. Odojewski, Buczkowski, Haupt, Kuśniewicz, Konwicki, Vincenz, Miłosz, Herbert, Kawalec, Redliński. Lubię także pisarstwo Andrzeja Stasiuka, Kazimierza Orłosia, niektóre książki Pilcha, niektóre książki Pawła Huelle. Ponadto już dawno temu zauroczyło mnie pisarstwo Guntera Grassa, jeżeli już jesteśmy przy temacie Gdańska. Ostatnio kupiłem sobie Hertę Müller, czytam i bardzo mi się podoba, zresztą urodziła się w Rumunii, jak Cioran, Eliade i Noica, o których zaraz powiem. Na osobną uwagę zasługuje pewien chłopski autentyk, który kiedyś w sumie przypadkiem odkryłem, a mianowicie książka Franciszka Zabielskiego Z życia i pamięci – wciągnęła mnie od pierwszej do ostatniej strony, co w czasie studiów doktoranckich nie jest zbyt częste, kiedy pewne rzeczy są po prostu łatwe do przewidzenia. A ta pozycja miała swój szczególny urok, do druku przygotował ją Wiesław Myśliwski, bohater mojego doktoratu. Poza tym książki filozoficzne: Gadamer, Ricoeur, Levinas, Buber, Heidegger, Derrida, Foucault. Książki naukowe polskich antropologów: Tischner, Kępiński, Dybel, Bielik-Robson. Generalnie czytam dużo książek naukowych. Za wielkiego geniusza literaturoznawstwa uważam Michała Bachtina i do jego dzieł często wracam, szczególnie jeśli chodzi o Problemy literatury i estetyki, Problemy twórczości Dostojewskiego. Do tego dodałbym Twórczość Franciszka Rabelais’go a kultura ludowa średniowiecza i renesansu dotyczącą zagadnienia karnawału w kulturze ludowej i literaturze. Wszystko to wielkie książki, tę pierwszą mam w domu i często do niej wracam, drugą mam we fragmentach w zbiorze pism Bachtina, na tę trzecią bezskutecznie poluję po różnych antykwariatach od wielu lat, czytałem ją w trakcie studiów do pracy magisterskiej, przeżyłem wielkie zauroczenie. Zdaje się, że Adam Zagajewski kiedyś poświęcił tej książce swój szkic.

Lubię też bardzo filozofię religii w wydaniu między innymi Eliadego, którego czytam pasjami. Z wielkich Rumunów to oczywiście Emil Cioran. Pamiętam też, że duże wrażenie wywarła na mnie książka Karola Wojtyły Miłość i odpowiedzialność, wracam w tym momencie meandrycznie do książek z zakresu filozofii religii, bardzo mi się podobała, została do dzisiaj w mojej pamięci, a o niektórych książkach po prostu zapominam. Ekspertem w dziedzinie literatury stricte religijnej jest mój kolega, Kuba, więc do niego się zwracam, co warto czytać w tym zakresie, ale jak powiadam, mnie bardziej interesuje filozofia religii. Cenię bardzo pisarstwo Andrzeja Zawadzkiego, które szuka punktów wspólnych między religią a ponowoczesnością na przykładach filozofów takich jak Gianni Vattimo czy Constantin Noica, w książkach takich jak Literatura a myśl słaba, czy najnowsza, bardzo dobra, Obraz i ślad. Oprócz tego ciekawe lektury podsyła mi ostatnio Instytut Mikołowski, między innymi świetną książkę o Bataille’u Inwokacje zatraty  Krzysztofa Matuszewskiego czy Cioran, czyli ostatni człowiek Sylvie Jaudeau to znakomita literatura eseistyczna. Oprócz tego przymierzam się od dłuższego czasu do wycieczki do wydawnictwa Miniatura, aby kupić sobie książkę Leszka Kozika Pasja według chama galicyjskiego – to bardzo gruba książka, napisana fantastycznym językiem poetyckim, proza poetycka, taka galicyjska, pisarza spod Lanckorony, muszę ją kupić, bo już trzy lata temu miałem ją kupić, a ciągle jakoś nie miałem dostatecznej ilości gotówki, no ale może to się zmieni szybko, bo książkę uważam za genialną.

Prócz poezji pisze pan prozę poetycką, ale jest też krytykiem literackim. Rozumie więc pan każdą ze stron.

Nie wiem, czy piszę prozę poetycką, czy po prostu usiłowałem bądź usiłuję pisać prozę. Myślę, że kiedy człowiek jest młody, to próbuje wszystkiego po trochu, różnych form, w którejś powinien szczególnie się sprawdzić i wtedy już idzie jedną drogą, tak mi się wydaje. U mnie jest pewna różnokierunkowość, przejawiająca się choćby w tym, że piszę i krytykę literacką, i wiersze. Pewien pan na spotkaniu autorskim zasugerował, że to niemożliwe, że nie da się napisać spontanicznego wiersza, bo krytyk wszystko wie o poezji, język nie ma dla niego tajemnic, więc poezja, którą pisze krytyk, jest aż do bólu świadoma, odarta z życia i spontaniczności. No ja mu odpowiedziałem wtedy, że rozdzielam te dwie dziedziny: krytykę literacką i poezję, że to są dwa odrębne języki; jeden racjonalizuje, porządkuje i obiektywizuje świat, a drugi wręcz przeciwnie: zaciemnia go, czyni nieprzejrzystym, dynamicznym, spontanicznym, czasami nawet chaotycznym, rozedrganym, dziwnym, nieco magicznym. Innymi słowy, że jestem podzielony, że poezja to jeden z moich obszarów, ale trudno mi teraz powiedzieć, czy najważniejszy i kluczowy z punktu widzenia bycia człowiekiem. Na pewno najbardziej intymny, wyrastający z milczenia i samotności.

Dodam, że nie da się do końca, jednoznacznym cięciem, tych dwóch obszarów: krytyki literackiej i pisania wierszy, od siebie oddzielić, te języki jakoś subtelnie się przenikają. Jako krytyk jestem bardzo ekstrawertyczny, rozmowny, otwarty i łaknę ludzi, rozmowy, spotkań. Dodam jeszcze, że kiedy piszę wiersze, często są one opowieścią o innych ludziach, moich przyjaciołach, mojej miłości, moich dawnych zauroczeniach, ludziach, których kiedyś spotkałem na swojej drodze i oni zostawili na niej swój ślad. Więc kiedy jestem poetą, też mam wektor skierowany na zewnątrz, ale to chyba mimo wszystko bardziej rozmowa z samym sobą niż z drugim człowiekiem. Żeby rozmawiać z drugim człowiekiem, trzeba z nim uzgodnić wspólny świat, mówić o rzeczach mniej lub bardziej obiektywnych: pogodzie, wakacjach i tak dalej. Dobra rozmowa to taka, w której się iskrzy od fermentów, czyli dajmy na to, mamy wspólny temat, który nas obydwu pochłania. Tak na przykład rozmawiają literaturoznawcy czy krytycy literaccy. Poeci natomiast moim zdaniem kompletnie się nie umieją ze sobą dogadać, albo udają, że umieją, brak im właśnie tego obiektywnego profilu, o którym między innymi pisał Karol Wojtyła; poeci mierzą innych poetów, swoich rywali, bardzo często własną miarą, chcą, żeby każdy był wyznawcą ich szkoły, a to jest dla poezji zabójcze, bo ginie wielość. Poeci są często bezprawnymi uzurpatorami, mówię bezprawnymi, bo nie mają obiektywnych podstaw, żeby narzucać swoją dykcję komuś innemu. Jednemu się podoba fraza rozlewna i szeroka, drugi lubi wiersze krótkie i lapidarne, ale właśnie przez tę wielość jest teoretycznie w czym wybierać. To byłoby straszne nieszczęście, gdyby wszyscy pisali tak samo.

Co innego poniekąd jest z krytyką literacką, która jest również odmianą literatury, pisarstwa. Krytyka literacka ma swoje obiektywne narzędzia, za pomocą których bada tekst, ale również krytyk może być i czasem jest wielkim artystą (na przykład Brzozowski, Kijowski, Błoński), więc krytyka literacka jest naprawdę dużym i bardzo ciekawym wyzwaniem intelektualnym, w którym dochodzi do głosu indywidualna wrażliwość, a ta jest w zasadzie najważniejsza, resztę można wypracować, można się tego nauczyć, ale wrażliwość oraz intuicję do pisania o literaturze po prostu się posiada. Dodam, że wielu wybitnych teraz pisarzy jest prawdopodobnie zmarnowanymi krytykami literackimi, bo im się po prostu nie chciało tego wszystkiego uczyć, nie chciało im się wypracować języka, który, fakt, czasem jest nudny i przewidywalny, ale i tak można w obrębie tego języka sporo ciekawych rzeczy powiedzieć, zwłaszcza że jeśli się człowiek mocno w tym języku zagnieździ, to on naprawdę staje się coraz ciekawszy, fascynuje.

Jednak dla poety krytyka czasami bywa bolesna. Czy można się na nią uodpornić?

Jeżeli chodzi o krytykę w Internecie, trudno nie być odpornym, tam w sumie dzieje się mało co interesującego. Mało jest ciekawych komentarzy, kiedyś pisałem o tym artykuł zresztą, o krytyce literackiej w Internecie. Mam wrażenie, że teraz kolejne portale poetyckie umierają i to się przenosi gdzieś wyżej albo do bardziej wyrafinowanych pism i portali literackich, albo po prostu przenosi się to na papier. Papier w dalszym ciągu jest największą nobilitacją, papier, druk. Internet jest dobry do ćwiczeń, ale czasem takie ćwiczenia mogą do niczego nie doprowadzić. Jestem przewodniczącym Koła Młodych przy Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich, którego opiekunem jest prof. Bogusław Żurakowski. Spotkania odbywają się w każdy drugi poniedziałek miesiąca, o godzinie osiemnastej przy ulicy Kanoniczej 7, w siedzibie SPP (pierwsze piętro po schodkach). Spotkania te mają charakter warsztatowy i ściśle merytoryczny, uczymy się przede wszystkim tego, jak poważnie, z namysłem i refleksją podchodzić do tak wielkiego i ważnego zagadnienia, jakim jest literatura. Ten poważny, filozoficzny namysł odbija się później na tekstach uczestników Koła. Każdy zestaw tekstów jest recenzowany. Literatura jest bowiem sprawą poważną, o czym młodzi ludzie często nie wiedzą, my uczymy poważnego podejścia do literatury. Natomiast w Internecie można opublikować wszystko, teksty nie przechodzą przez żadne sita redaktorskie i recenzenckie, to żadna wolność, tylko dowolność, już bym chciał powiedzieć, że strata czasu, ale jednak się wstrzymam. Bo jak ktoś już długo jest na jakimś portalu poetyckim, stoi za tym autentyczne zaangażowanie i pasja, ma swoje grono czytelników, poza tym gromadzi teksty w jednym miejscu, w tej wirtualnej spiżarni, to też ma swoje walory i ma swoją wartość. Więc Internet tak, ale z zastrzeżeniem, że trzeba być świadomym tego, co tam się często dzieje.

Marta Podgórnik określiła pana wiersze jako oldschoolowe, wydźwięk całej wypowiedzi był pozytywny, więc myślę, że i to określenie należy tak odbierać. Jednak – czy i pan widzi taką cechę swojej poezji?

Nie za bardzo wiem, co to znaczy: istnieje poezja newschoolowa? Nie wiem, a jednocześnie wiem. Pokład Biura Literackiego unosi się na wodach dzięki swojej programowej antypoetyckości, mój arkusz gdzieś tam się mieścił na tych wodach, przy czym istniało realne niebezpieczeństwo, że się wkrótce przestanie mieścić, dlatego się pożegnałem z tym całym Biurem, a ono się pożegnało ze mną, czego w ogóle nie żałuję.

Oczywiście zdaje sobie sprawę, co Marta Podgórnik miała na myśli, i wiem jednocześnie, że musiała tak napisać. Zamiast napisać dobre wiersze, napisała oldschoolowe, żeby nie było wątpliwości, że mamy do czynienia z jednak podejrzanym, poetyckim rewizjonizmem (śmiech).
A poważniej, czy widzę tę cechę w moich wierszach? Otóż zupełnie jej nie widzę. Ja lubię dobrą literaturę, na takiej się wychowałem, każdy dobry poeta wychował się na dobrej literaturze. Widzę natomiast dużo niezrozumialstwa w tym, co wyprawiają młodsi i starsi ode mnie koledzy i koleżanki, niezrozumialstwa, które ja zacząłem rozumieć trochę więcej i trochę je nawet cenię, choć nie wszystko. Dużo bowiem w tym wszystkim jest po prostu rzeczy bardzo słabych, niezależnie od tego, jak wielką gębę nowatorstwa przypniemy jakiemuś przygodnemu poecie, który akurat posłuży za wygodną ilustrację ideolo młodych krytyków.

Czy jest jednak w pana wcześniejszych publikacjach coś, co obecnie napisałby pan zupełnie inaczej?

Niczego nie żałuję. Może czasem w niektórych teksach krytycznoliterackich za bardzo skoczyło mi ciśnienie, ale i tak lepiej mówić szczerze w nerwach, aniżeli na spokojnie kłamać. Choć najlepsze rozwiązanie jest takie: mówić prawdę w bardzo spokojny sposób. Mówiąc jednak niczego nie żałuję, nie mam na myśli tego, że przez cały czas pisałem dobrze, bardzo dobrze czy znakomicie. Miałem z całą pewnością wiele słabszych i trochę lepszych momentów, zwłaszcza w prozie, choć te Tarnowskie baśnie i mity, pewnie mają swój urok, ale zastanawiam się, czy teraz bym napisał tak samo o miejscu, z którego wyrosłem? Zapewne nie. Poszukałbym innego języka, żeby to wszystko oddać. Wydaje mi się, że język w moim wypadku raczej się dzieje, wydarza, jest w rozwoju, a książki, które wydałem, to takie talerze z zastygłą owsianką, w które chciwie się wpatruję. A ja, by użyć metafory z mojego pierwszego wiersza w życiu, dalej się huśtam na huśtawce i muszę dotknąć stopami ziemi, nie mogę ciągle fruwać, bo od tego się w końcu zrobi niedobrze. Więc trochę się huśtam i trochę dotykam ziemi, bytuję w takim pomiędzy.

A jeśli miałby pan możliwość poświęcić się w najbliższym czasie jednemu dziełu – co by to było?

Najprawdopodobniej dzieło z pogranicza krytyki literackiej.

Na koniec – jaką radę mógłby pan dać adeptom sztuki pisarskiej?

Niech dużo czytają, dużo się modlą, jedzą pożywne obiady, szanują rodziców i krewnych, niech będą cisi i pokornego serca, ale kiedy ktoś przekroczy granicę, niech się w nich zagotuje krew, niech przestaną uważać i walą, walą literackim prawym i lewym sierpowym, mocno, siarczyście i na odlew.

W razie czego – będzie na pana (śmiech). Bardzo dziękuję za czas i uwagę, które zgodził się pan poświęcić, odpowiadając na moje pytania.

Bardzo pani dziękuję za zainteresowanie i za pytania, było mi bardzo miło i przyjemnie.

Z Michałem Piętniewiczem rozmawiała Beata Klimowicz, 4 maja 2015.

 

Autoportret

zdejmuję i pod nią
tkwi ta jedna najsmutniejsza
najtragiczniejsza i komiczna
ta własna i niezastąpiona
niepowtarzalna i jedyna
której nie mogę wymienić na żadną inną
moja choć wolałbym nie
rozproszona na wiele innych
lecz w samotnym wieczorze
sama i bezbronna
nie oszukująca nie udająca
mająca tylko siebie czyli o wiele za mało
marząca o innych samej siebie nieciekawa
lubiąca gdy ktoś do niej mówi
chętnie się uśmiechająca kiedy widzi inną znajomą
kochająca tę przez siebie kochaną
jedna z wielu podobna do innych a jednak inna
mająca kilka atutów po swojej stronie i tyleż słabości
cierpiąca na siebie i sobą znudzona
troszcząca się o inne ze strachu o siebie
kochająca mocno kiedy tamta obecna a kiedy jej nie ma
przepadająca w inne i w otchłań
której nie rozumie bo jest od otchłani słabsza
i od siebie silniejsza
jak drzewo które przekrzywia się by stać prosto
ta moja i niewymienialna
wolałbym o niej nie mówić kiedy mówię o innej
jako o niej
rośnie pode mną i mnie pożera
całkiem już się zbratałem i nie mogę znieść
od ciemności stroniąca wypełniona ciemnością
Boga szukająca kiedy Mu zaprzecza
chodząca do Kościoła siebie nie widząca
witraże i księży oglądająca trochę głupia
ale nie fałszywa
lubiąca spowiedź i komunię świętą
rozgrzeszenia nie otrzymująca
mająca wiele innych obok siebie
samotną pozostająca
kochająca głęboko tę inną której może braknąć
a wtedy w siebie samą głęboko schodząca
zatapiająca się w niezgłębioną czerń
leżąca na łóżku leniwa i bezwolna
w siebie samą głęboka wątpiąca
chcąca i nie mogąca
wiele treści posiadająca
która jest poza nią
ona
poczciwa szczera dogłębnie tragiczna
śmieszna i komiczna
twarz która się nie buntuje

 

Michał Piętniewicz (ur. 13.01.1984 roku w Tarnowie) – poeta, krytyk, doktor nauk humanistycznych. Prowadził zajęcia na UJ w Krakowie i PWSZ w Tarnowie. Obecnie pracuje jako sekretarz naukowy w ramach uczelnianego grantu. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, a także przewodniczący Koła Młodych przy Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich, Oddział w Krakowie. Wydał Oddział otwarty  jako nagrodę w projekcie Połów (Biuro Literackie, 2008), Odpoczynek po niczym (Miniatura, 2011), zbiór opowiadań Tarnowskie baśnie i mity (Miniatura, 2012), Na oścież (Zeszyty Literackie, 2014). Publikował w „Dekadzie Literackiej”, „Arcanach”, „Arkadii, „Nowym czasie”, „Metaforze”, „Fragile”, „Nowej Dekadzie Krakowskiej”, „Frondzie”, „Odrze”, „Akcencie”, miesięczniku „Kraków”, „Ha!arcie”, „Wyspie”, „Kontekstach Kultury”, „Twórczości”, „Zeszytach Literackich”, w Przystani Biura Literackiego, w internetowej „Szafie”, „PKPzinie”, „Nowej Dekadzie Online”. Redaktor kwartalnika literacko-artystycznego „Metafora” w roku 2012. Wyróżniany w konkursach poetyckich, między innymi im. Zbigniewa Dominiaka Moje świata widzenie i w konkursie im. Witolda Gombrowicza Przeciw poetom. Stypendysta Miasta Krakowa w dziedzinie literatury w roku 2012. Tłumaczony na język rumuński i włoski.

Tekst ukazał się na blogu Beaty Klimowicz oraz na portalu pisarze.pl. Redakcja LP dziękuje Michałowi Piętniewiczowi za zgodę na ponowną publikację.