Fot. Tomasz Stokowski

Fot. Tomasz Stokowski

Beata Klimowicz: Jest pan poetą i scenarzystą, reżyserem teledysków i reklam, ale kilkakrotnie zdarzyło się, że był pan również aktorem. Czy ta ścieżka pana nie kusiła? Jest pan przecież obciążony dziedzicznie.

Michał Zabłocki: Mam kiepską pamięć. Nie dałbym rady na scenie. Przed kamerą czułem się doskonale. Ale potem na projekcjach gorzej. Nie podobałem się sobie na ekranie.

Ale spotkania autorskie pan lubi? Bo tu umiejętności i doświadczenia aktorskie chyba pomagają?

Kiedy byłem młody, bardzo się bałem. To mnie paraliżowało. Spalałem się. Ale potem przyszły występy w kabarecie, konieczność wychodzenia przed ludzi w różnych sytuacjach. I troszkę się podciągnąłem. Ale tylko troszkę.

Skończył pan polonistykę na UW i reżyserię w Łodzi. Pana dokumentalny film – Styk klingi – otrzymał nagrodę na festiwalu w Turynie. Kiedy więc pojawiło się pisanie poezji?

W podstawówce. Rozkręciłem się w liceum. Wtedy pisałem bardzo dużo. O wiele za dużo. Ale są takie okresy, kiedy trzeba pisać i pisać, żeby się rozpisać.

Za dużo – jak na młodego mistrza szermierki, który musi trenować?

Jak człowiek jest bardzo młody, to robi bardzo wiele rzeczy naraz. I wszystko można. I wszystko się udaje. Z czasem to się zmienia. Trzeba dokonywać selekcji.

Czy był wtedy ktoś, kto pana wspierał w pisaniu, inspirował, prowadził?

Tak! I podcinał skrzydła. Najpierw kazał mi pisać, potem zabraniał. Najpierw kazał się rozpisywać, potem pisać w punktach. Mój wspaniały nauczyciel i wychowawca z liceum Lelewela, Stanisław Falkowski. Teraz jesteśmy przyjaciółmi. Do dzieła literackiego podchodzi jak do zagadki kryminalnej. Każda analiza to dreszczyk emocji. Trzeba odkryć coś ukrytego, coś tajemniczego. Coś fascynującego. To pierwszorzędna wskazówka dla poety. W wierszu musi być haczyk na czytelnika. Przynęta.

Czyje wiersze lubi pan więc czytać?

Mało czytam. O wiele za mało. Powinienem czytać o wiele więcej. Ale wolę życie od czytania. Zawsze wolę spotkać się, pogadać. Wolę żywego człowieka od jego literatury. Szczególnie że w wierszach innych poetów widzę drogi, których nie podjąłem i nigdy bym nie podjął, czyli takie, które mi się nie podobają, albo drogi, które podjąłem i które wydają mi się zbyt swojskie, jakby dublowały moje spojrzenia. To jest jakieś schorzenie, przyznaję. Nie wiem tylko, na ile powszechne wśród pisarzy. Nigdy tego z nikim nie skonfrontowałem. Ale mam swoich ulubieńców. Straszliwie, przeraźliwie odległe światy. Na przykład z polskich poetów Roman Brandstaetter (najstarsza moja fascynacja) i Justyna Bargielska (najnowsza).

Wydał pan osiem tomików wierszy, ostatnio Blogostan_02. Czy pisze pan wiersze, by móc pisać piosenki, czy odwrotnie?

Szczerze mówiąc, to w ogóle nie wiem, po co piszę wiersze. Chyba po to, żeby nie stracić szansy. Czuję, że mogę pisać lepiej, z dnia na dzień lepiej. A gdybym przestał, to bym się nie przekonał, czy tak jest naprawdę.

Ma pan do siebie – jako do poety – dość duży dystans. Mówi pan o sobie poecina – to tak na serio?

To nie jest poważne zajęcie. W większości krajów świata poetów traktuje się jak nieudaczników. I najczęściej słusznie.

Słusznie – bo?

Bo nie potrafią na siebie zarobić.

Za sprawą piosenek wykonywanych przez Grzegorza Turnaua i w związku ze współpracą z Piwnicą pod Baranami jest pan kojarzony z Krakowem. Mieszkał pan też jednak w Warszawie. Jak pan godził te dwa żywioły?

Mieszkam w Krakowie od tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego roku. W Warszawie co najwyżej bywam z uwagi na obowiązki rodzinne. Ale czuję się dobrze w obu miastach. Jestem trochę w rozkroku. To mi daje dystans. Lubię dystans.

Ale dlaczego pan – urodzony warszawiak, studiujący w Warszawie – przeprowadził się do Krakowa?

Uciekłem od pieniędzy. Od reklamy, w której utknąłem. Od innej wizji siebie. Może też od zawodu, w którym się nie czułem dobrze, czyli od reżyserii. Przyjechałem do pisania. I przy pisaniu pozostałem.

Chyba wszyscy znają Bracką, wiedzą, gdzie sprawy się kołyszą, jaki jest krajobraz bez Miłosza i że Naprawdę nie dzieje się nic. Często jednak te piosenki, również ich teksty, przypisywane są Grzegorzowi Turnauowi. Czy to nie jest trochę frustrujące dla autora-tekściarza?

Przyzwyczaiłem się.

To znaczy, że da się żyć z pisania?

To znaczy, że się da. Żyję wyłącznie z pisania.

A więc nie jest pan jednak poeciną. Pisze pan tylko dla gwiazd, czy też szary obywatel również mógłby zamówić sobie u pana tekst piosenki?

Mógłby, ale po co tekst piosenki szaremu obywatelowi? Piszę dla tych, którzy mnie interesują, którzy są dla mnie wyzwaniem. Szary obywatel w swej szarości mógłby mnie nie zainspirować.

Łatwiej pisze się panu tekst do muzyki, czy woli pan sytuację, gdy najpierw powstaje tekst, który wprawdzie nie musi dostosowywać się wtedy do zadanych przez muzykę ram, lecz jednocześnie nie może liczyć na to, że muzyka go poprowadzi?

Bywa bardzo różnie. To zależy od muzyki – czy mnie inspiruje, czy nie. Bywa, że muzyka prowadzi, ale bywa, że przeraża, odstrasza, budzi wątpliwości.

Czy więc zdarzyło się, że po namyśle nie podejmował się pan jakiegoś zadania, nawet, powiedzmy, intratnego?

Nie, zawsze próbuję, chociaż z tą intratnością to jest tak, że nie zarabia się nigdy od razu. Nie wiadomo, czy i kiedy piosenka się sprawdzi i rozbłyśnie. Więc nie można stawiać barier honoraryjnych. Zarabia się często po wielu latach, kiedy wreszcie spłyną z różnych stron jakieś pieniądze za wyemitowane utwory.

Który swój tekst – piosenkę lub wiersz – uważa pan za najlepszy lub najbardziej pan lubi?

Nie wiem. Kocha się wszystkie dzieci jednakowo. Może ostatnio Nienawidzę cię Polsko  Czesław Śpiewa.

Czy temat był zadany?

Pisałem cały album o emigrantach. Z perspektywy różnych osób. To było założenie projektowe, które wyszło od Czesława. Czasami podsyłał mi konkretne tematy. Ta piosenka powstała z inspiracji napisu na murze, jaki Czesław gdzieś zobaczył, bodajże w Danii.

Współpraca z którym artystą muzykiem, piosenkarzem była dla pana największym wyzwaniem?

Każda współpraca to wielkie wyzwanie. Ludzie są tak różni, że z każdym jakby się zaczynało od zera. Zero rutyny, zero przewidywalności. Za każdym razem trzeba obmyślić nowe reguły. Jedno jest pewne – nie lubię pisać pojedynczych piosenek. Wolę obmyślać założenia i realizować od razu całe albumy, żeby był czytelny pomysł na większą całość.

Jakie ma pan zwyczaje, jeśli chodzi o pisanie – czy czeka pan na natchnienie, czy też pracuje systematycznie?

Pracuję systematycznie. Codziennie. Ale piszę nie więcej niż dwie-trzy godziny. Jeśli coś nie jest gotowe – odkładam i wracam nazajutrz albo za tydzień. W zależności od czasowych uwarunkowań.

Musi mieć pan spokój, czy niekoniecznie?

Przy pisaniu wierszy muszę mieć spokój. Ale przy niektórych rodzajach piosenek – nie. Nawet przeciwnie, szukam niejakiego rozgardiaszu, piszę na stojąco, w przejściu. Niektóre piosenki muszą być lekkie, a niewysiedziane i wymęczone.

W ramach projektu Multipoezja zrealizował pan program telewizyjny Telepoemat, w którym pana wiersze zaprezentowali – między innymi – Olbrychski i Holoubek. Program był emitowany przez Canal+. Jak udało się panu zainteresować poezją komercyjną telewizję?

Bardzo prosto. Dałem im filmy za darmo. Z takimi gwiazdami – każdy by chciał… oprócz telewizji publicznej. Oni nie chcieli. Mieli lepsze pomysły.

A pomysł na rzucanie wierszy na mury w Krakowie i chodniki w różnych miastach – czemu to ma służyć?

Ludzie bez poezji marnieją, nawet o tym nie wiedząc. A tomikom poetyckim stawiają opór. Więc pokazuję wiersze tam, gdzie się ich nikt nie spodziewa. To już raczej działania z dziedziny literackiego happeningu czy nawet marketingu. Książka pozostanie książką, ale można też wykreować książkę na murze. I to właśnie udało mi się zrobić. Działa od trzynastu lat. Codziennie.

W ilu miastach do tej pory i czy będzie to kontynuowane?

Tu nie chodzi o liczbę. Kraków wystarczy. Była też Warszawa, ale się wykruszyła. Nie dałem rady działać na dwóch frontach za własne pieniądze. Może teraz, kiedy dołączyło swoimi wierszami dziesięć Miast Literatury UNESCO, zwiększy się też zasięg projekcyjny. Kto wie?

Ale jak to za własne pieniądze?

No a za czyje? Nie sądzi pani chyba, że na takie szalone akcje ktokolwiek w Polsce przeznacza jakieś pieniądze. Wierszy na murach zazdroszczą nam poeci i organizatorzy z wielu krajów. Ale my na nie pieniędzy nie mamy. Jak jesteś szaleniec, to sobie bądź, twoja sprawa.

W tym szaleństwie musi być metoda. Co pan znajduje w tym dla siebie? Samą satysfakcję z niesienia kaganka poezji w nadziei, że naród się zapali?

Też. Ale to po prostu temperament. Nienawidzę niemożności. Wkurza mnie, że poeci nie robią nic albo prawie nic, żeby dorwać się do odbiorców. Straszna bierność i stadność tomików poetyckich, których nikt nie czyta. No, prawie nikt. Jak baranki prowadzone na rzeź. Ze złudzeniami życia wiecznego w historii literatury.

W Internecie stworzył pan z kolei możliwość publikowania wierszy i grania wierszem na emultipoetry.eu. To pana autorski pomysł, ale – z gruntu czy z inspiracji  czymś, co już gdzieś funkcjonuje?

Od początku do końca oryginalny. Są tam między innymi gry poetyckie, których nie ma nigdzie indziej. Dzięki jednej z nich każdy może napisać wiersz, który może być wyświetlony na murach. Warto przynajmniej spróbować. A nuż się uda.

A jak pomóc losowi, by napisać dobry tekst piosenki? Tego można się nauczyć?

Najlepiej wejść na www.emultipoetry.eu i znaleźć grę SONG. Tam napisać wszystkie piosenki jedna po drugiej. I potem już się umie.

Czy pisze tam dużo osób? Bo widziałam, że oceniać teksty będzie teraz też krytyk i poeta – Michał Piętniewicz, więc chyba strona cieszy się popularnością?

Dwa tysiące siedemset sześćdziesiąt osiem osób na dzisiaj.

Prowadzi pan warsztaty poetyckie na UJ. Lubi pan to robić?

Średnio. Nie jestem dobrym pedagogiem. Ograniczam się do jednego: wpuszczam studentów na emultipoetry i zmuszam ich do systematycznego pisania. W ogóle uważam, że systematyczne pisanie jest kluczem do sukcesu. A talent i tak albo jest, albo go nie ma.

A co lubi pan robić w wolnym czasie?

Spędzać czas z żoną na oglądaniu MasterChefa.

Jest pan prezesem oddziału krakowskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Czy współpracujecie ze Związkiem Literatów Polskich, czy robicie coś wspólnie dla środowiska?

Nie współpracujemy. Przeciwnie. Jesteśmy konkurencją. Ten polski idealizm jest dobijający. Wszyscy chcą współpracy konkurentów. Tak jak idiotycznej i niemożliwej koalicji PO-PIS. Po co to? Po to są strony, żeby ze sobą rywalizowały. Trzeba tylko pilnować fair play.

Napisał pan dużo znakomitych piosenek, w tym najlepszy tekst roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego. Pracuje pan ze słynnymi artystami, bez pana nie byliby tym, kim są – byliby może równie znani, ale inaczej. Czy ma pan poczucie spełnienia?

Ciągle jeszcze nie. Uważam, że najlepsze przede mną. Przede wszystkim, jeśli chodzi o wiersze. Piosenki są super, ale to jednak działalność usługowa.

A czy jest coś, co zrobiłby pan inaczej?

Ho, ho! Na spowiedź mnie pani nie naciągnie. Ale są takie sprawy. Bardzo wiele takich spraw. Tylko że nigdy nie wiadomo, czym skończyłoby się to inaczej. Więc lepiej już zostańmy przy tym, co jest.

Czy ma pan jakieś plany, którymi mógłby się pan z nami podzielić?

Mam rozliczne plany, ale człowiek planuje, Pan Bóg się śmieje, więc zostawmy to, żebym nie wyszedł na durnia.

Życzę więc pomyślności w ich realizacji i dziękuję panu za rozmowę.

Z Michałem Zabłockim rozmawiała Beata Klimowcz, 26 października 2015. 

Michał Zabłocki – ur. w 1964 roku w Warszawie. Poeta, autor tekstów piosenek, dawniej także scenarzysta, reżyser teledysków i filmów reklamowych. Prezes krakowskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Ukończył Wydział Reżyserii PWSFTviT w Łodzi oraz Wydział Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Na podstawie jego wierszy powstało wiele znanych piosenek w repertuarach Grzegorza Turnaua, Anny Szałapak, Czesława Mozila, Macieja Balcara, Jacka Wójcickiego, Agnieszki Chrzanowskiej, zespołów Dżem, Co-opera, Czarne Korki i wielu innych. Autor librett i tekstów piosenek do spektakli: Bastien i Bastienne W. A. Mozarta, reż. Wacław Jankowski, Krakowska Opera Kameralna 2014, Superciężka papierowa, czyli Szymborska kontra Gołota, Piwnica pod Baranami, Kraków 2013, Dzieje grzechu, reż. Anna Kękuś-Poks, Teatr Muzyczny „Capitol”, Wrocław 2009, pan Kazimierz, reż. Łukasz Czuj, Teatr Piosenki w Centrum, Kraków 2006, Opera Żebracza, reż. Krzysztof Orzechowski, Teatr Ludowy, Kraków 1996. Wydał dwa kalendarze poetyckie (Pośmiewiska 2014 i Pośmiewiska 2015) oraz osiem zbiorów wierszy, w tym Blogostan_01  i Blogostan_02, będące wyborem wierszy z autorskiego blogu poetyckiego Przerzutka na wiersz. Jest pomysłodawcą i twórcą programu Multipoezja, a w jego ramach Projekcji wierszy na murach domów, Wierszy chodnikowych, Wierszy pisanych online i wielu innych poetyckich inicjatyw. Zrealizował projekt wielojęzycznego międzynarodowego portalu poetyckiego emultipoetry.eu według własnego pomysłu. Laureat plebiscytu Muzycznej Jedynki w kategorii najlepszy tekst roku 1993 za piosenkę Cichosza Grzegorza Turnaua. Wielokrotny mistrz i wicemistrz Polski juniorów w szermierce indywidualnie i drużynowo (szabla), zajął szóste miejsce na Mistrzostwach Świata juniorów w Leningradzie w 1984 roku. Prowadzi warsztaty poetyckie w Studium Literacko-Artystycznym na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.

Więcej informacji: http://poemat.com.pl/michal-zablocki/zyciorys/

Tekst ukazał się na blogu Beaty Klimowicz oraz na portalu pisarze.pl. Redakcja LP dziękuje Michałowi Zabłockiemu za zgodę na ponowną publikację.