Fot. Artur Szlosarek 2016

Fot. Artur Szlosarek

Beata Klimowicz: Może, inaczej niż zazwyczaj, to pan chciałby rozpocząć naszą rozmowę pytaniem? Na przykład o co chodzi z tym wywiadem?

Miłosz Biedrzycki: Właściwie tak. Czy Literacka Polska to jest jakby dalszy ciąg odwrotu czy też rebelii przeciwko modernistycznej koncepcji śmierci autora? Naraz wszyscy chcą poznawać autora. A teksty schodzą na dalszy plan.

Ludzie chcą poznać twórcę, są go ciekawi. Wygląda zwyczajnie, ale ma do zaoferowania coś wyjątkowego.

Ale motorniczy też ma do zaoferowania coś wyjątkowego, każdy z nas ma jakieś unikatowe kompetencje.

Gdybym się interesowała tramwajami, to mógłby mnie zainteresować motorniczy. Mnie jednak interesują wiersze, choć mówi się, że nikt na nie nie czeka.

Może wszechświat czeka. Ale gdybym tak sięgnął do własnej pamięci, to u mnie fascynacja literaturą wzięła się z zachwytu tekstami, a nie ludźmi.

No ale jeśli zachwyci nas tekst, to chcemy poznać człowieka, który za nim stoi. Jest oczywiście tak, że dzieło ma mówić samo za siebie, bez dodatkowych wyjaśnień i interpretacji samego autora, być może właśnie bez tego autorskiego kontekstu, jednak najczęściej chce się coś o autorze wiedzieć.

No tak, spotkanie z drugim człowiekiem. Tylko czy to nie grozi pułapką zawiedzionych oczekiwań? Takim klasycznym krakowskim przykładem jest Andrzej Mleczko, do którego jest niemal uniwersalna pretensja, że chodzi na różne przyjęcia i nie jest dowcipny. Siedzi ponuro w kącie i to się nie podoba. Ta pretensja jest dla mnie niezrozumiała, ponieważ jeżeli zawieram jakiś kontrakt  z twórcą, to jest to kontrakt dotyczący jego prac. Sam nie potrzebuję, żeby Andrzej Mleczko opowiadał mi dowcipy. Ale załóżmy na użytek tej rozmowy, że tak jak istnieją społeczności fetyszystyczne, tak istnieje społeczność zainteresowana twórcą. I jako swojego rodzaju przysługę dla tej społeczności możemy ten wywiad przeprowadzić.

To świetnie, dziękuję. Może tym fetyszem są popularność i sukces.

Tylko że wtedy należałoby rozmawiać, nie wiem, z Magdaleną Cielecką?

Ale ja chciałabym na przykład wiedzieć, co reprezentuje litera L w inicjałach  MLB, których pan używa? Przeszukałam cały Internet w poszukiwaniu tej informacji, bez skutku.

Literka zaginęła w wichrach wojny, w ferworze zmian politycznych w naszej części Europy. Mój dziadek, którego przed tą rozmową wspominaliśmy, miał drugie imię zaczynające się na L. Również mój ojciec miał to samo drugie imię zaczynające się na i również ja dostałem drugie imię rozpoczynające się na L. Przez pierwszych dwadzieścia kilka lat swojego życia byłem obywatelem takiego już nieistniejącego państwa, Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii. I tam faktycznie w kartotece miałem to drugie imię. Pierwsze imię, drugie imię i nazwisko. Natomiast później z takich czy innych przyczyn to państwo się rozpadło. Zostałem obywatelem jednego z państw sukcesorskich, czyli Republiki Słowenii. Na szczęście wojna związana z uzyskaniem niepodległości przez Słowenię była krótka i niezbyt rujnująca, ale taką pomniejszą ofiarą, bardzo znikomą, stało się moje drugie imię, które wpadło w niebyt biurokratyczny, więc na pamiątkę zostawiłem sobie literkę L.

Kiedy przeniósł się pan do Polski?

Od siódmego roku życia mieszkałem z rodzicami w Krakowie, z tym że z różnych względów zachowałem jedno obywatelstwo – kraju swojego urodzenia.

Jest pan bilingualny?

Jako dziecko prawdopodobnie byłem, bo teraz to zatraciłem.

Ale w domu mówiło się w dwóch językach?

Tak, teraz posługuję się w miarę płynnie słoweńskim, ale nie można tego nazwać dwujęzycznością.

W jednym z wierszy wspomniał pan nawet o sytuacji, gdy nie zrozumiał pan, co wykrzykiwał na stacji jakiś słoweński konduktor. Mogłoby się jednak łatwo zdarzyć, że nie wiedzielibyśmy, co dokładnie wykrzykuje konduktor po polsku.

To raz, ale też słoweński jest ciekawym językiem w skali europejskiej, bo jest, pomimo stosunkowo niewielkiej liczby użytkowników – poniżej dwóch milionów – bardzo rozczłonkowany, na wiele dialektów i gwar, i te gwary niekoniecznie są wzajemnie zrozumiałe. Akurat w tym wierszu opisałem coś, co działo się tak daleko, jak się da, od miejscowości mojego urodzenia. Tak więc ta rozpiętość gwar była maksymalna.

Wiersze pisze pan jednak tylko po polsku?

Tak.

Zanim skupimy się na poezji, chciałam jeszcze zapytać pana o upodobanie do rzek. Ostatnio żeglował pan po Wiśle?

To znaczy – bez żagla. Spływałem łodzią drewnianą, flisowałem (śmiech).

To przejaw żądzy przygód, przemieszczania się?

Tak, coś się dzieje z mózgiem, zauważyliśmy to empirycznie, po jednym, a jeszcze lepiej po dwóch tygodniach, ponieważ ta podróż się odbywa mniej więcej z prędkością piechura, około sześciu kilometrów na godzinę.

Ale ma się na to jakiś wpływ? Można to przyspieszyć?

Można, tylko po co? Nie wiezie się nic, co by się mogło zepsuć. Po prostu płynie się tak, jak biegnie nurt i podpowiada rzeka. I po dwóch tygodniach obserwowania krajobrazu przesuwającego się prędkością sześciu kilometrów na godzinę, czyli z prędkością idącego człowieka, coś się dzieje z mózgiem, jestem o tym przekonany.

Reset?

Nie, nie reset, raczej jakaś inna fala się włącza, spokojniejsza. Tak że jest to w jakimś sensie wręcz uzależniające. Ze mną było tak, że przepłynąłem w 2011 roku jeden dzień po Krakowie Wisłą. Kraków od strony rzeki jest niebywały, po prostu zupełnie inną twarz odsłania. I po tym jednym dniu to potem dało mi impuls, żeby przepłynąć tydzień od Solca nad Wisłą powyżej Kazimierza Dolnego, do Czerwińska za Warszawą. To mnie tak wciągnęło, że od tamtej pory, kiedy tylko mam okazję, to wsiadam do łodzi i płynę rzeką. My się skupiamy na Wiśle, ale w tym roku byliśmy też na Sanie, towarzysząc tratwie z Ulanowa. W zeszłym roku miałem niewątpliwą przyjemność przepłynąć się po Sekwanie. Natomiast taka nasza przywódczyni, malarka Ewa Ciepielewska, przepłynęła prawie trzy tysiące kilometrów z Krakowa do Orleanu nad Loarą we Francji. Wszystko tylko rzekami, nie trzeba było wpływać na morze, zresztą te łodzie się do tego nie nadają. Jest to niebywała też okazja do poznania kawału Polski, ponieważ w wielu miejscowościach, w których się wysiada na brzeg, prawdopodobnie nie miałbym okazji postawić nogi. I poznania, wejścia w jakiś kontakt z bardzo ciekawym rozdziałem działalności ludzkiej, którym jest regulacja rzek, wznoszenie tak zwanych budowli wodnych, czyli tych wszystkich ostróg, opasek, tam, śluz i tak dalej. No i też wejścia w kontakt z historią. Wisła była przez kilkaset lat wodną autostradą, właściwie cała świetność I RP, na ile jej było, opierała się na spławianiu zboża Wisłą i sprzedawaniu go dalej zbyt tanio, żeby ten model mógł się utrzymać. Jest to też okazja do tego rodzaju refleksji. Bo niektórzy z kolegów podchodzą do tego bardzo afirmatywnie, wręcz uważają, że jesteśmy rodzajem grupy rekonstrukcyjnej załogi flisackiej z okresu I RP i z późniejszych, ale jest też okazja do zastanowienia się, wejścia w jakąś polemikę, przemyślenie pewnych spraw, czasu jest wystarczająco (śmiech).

A w T-shirtach płyniecie czy w żupanach?

W żupanach, w kubrakach, są zdjęcia. To znaczy tak, mamy takie swoje stroje, których ważną częścią są kapelusze. Czasem wystarczy ubrać kapelusz, by stać się trochę kimś innym. Co dwa lata w Orleanie na Loarze jest wielki festiwal rzeczny, byliśmy tam kilka razy, mieliśmy okazję uczestniczyć w tym festiwalu. Raz było tak, że organizatorzy zaspali, a mieliśmy określony termin na rozstawienie jakiegoś takiego naszego małego stoiska. Mieliśmy całą furgonetkę różnych klamotów. Już wjazd był zamknięty na to nabrzeże, a organizatorzy nie dostarczyli nam na czas identyfikatorów, tak że bardzo zasadniczy ochroniarz zastanawiał się, czy może nas wpuścić, ciągle nas pytał, czy mamy plakietkę. A my mu na to, że nie mamy plakietki, ale mamy kapelusze. I on w końcu powiedział: Wjeżdżajcie! (śmiech)

Jak długo pan teraz płynął?

Podróż tratwą trwała niecały miesiąc, dwadzieścia dziewięć dni. Flisacy na tratwie nie mieli żadnego silnika, myśmy płynęli łodzią z silnikiem jako taka trochę eskorta, trochę do podnoszenia na duchu, a trochę do spychania z mielizn. Punktem startowym był Ulanów nad Sanem, a dopłynęliśmy pod Żuraw w Gdańsku, bo tak zawsze kiedyś tam płynęli, żeby rozładować towar.

Mówi się, że pana poezja jest poezją dyslokacji, stałych przemieszczeń i eksperymentów językowych. Skoro pan sam jest często w ruchu, czy oznacza to, że korzysta pan z notesu do zapisywania ciekawych fraz?

Nie, zrezygnowałem z tego. Uważam, że jeżeli nie zdołam czegoś zapamiętać, to nie jest to warte zapamiętania. A jeśli mowa o fetyszach, mam takie dwa swoje osobiste fetysze, w związku z pisaniem wierszy znaczy się, bo o innych nie będę mówił. Pierwszy jest taki, że według mnie jest bardzo dużo powstających niekoniecznych treści. Uważam, że jeżeli w ogóle cokolwiek proponować publiczności, to chciałbym mieć pewność, że jest to konieczne. To znaczy przynajmniej mieć takie przekonanie jednostkowe, że świat bez tego absolutnie nie może się obyć. A drugi taki minifetysz mój jest taki, że poezja – nazwałem to sobie tak dla zapamiętania – jest mową ostatniej szansy. To znaczy, że jeżeli coś może być wyrażone w jakikolwiek inny sposób, za pomocą eseju, powieści, piosenki, rozmowy przy piwie, to niechże tak zostanie wyrażone. Filozof Wittgenstein swojego czasu zapisał taką swoją impresję czy też przekonanie, że cokolwiek da się powiedzieć, da się powiedzieć jasno. Tak, z grubsza biorąc, napisał w Traktacie logiczno-filozoficznym. Dalej napisał, że o czym nie można mówić, o tym należy milczeć. To znaczy, w domyśle tego całego wywodu, że co nie może być powiedziane jasno, o tym należy milczeć. Zmieniłem to trochę na własny użytek i mówię sobie, że cokolwiek da się powiedzieć, da się powiedzieć jasno, a o reszcie możemy próbować pisać wiersze. I tego się trzymam. To oczywiście w bardzo prosty sposób rodzi konieczność stałego eksperymentowania, prób modyfikowania języka po to, żeby dało się właśnie dokonać tego aktu mowy ostatniej szansy. Siłą rzeczy, nie może to być język nietknięty, niewinny, ponieważ inaczej by to już zostało powiedziane jasno wcześniej, korzystając z tych zasobów językowych, które mieliśmy wcześniej. Tak więc za drugie swoje motto przyjąłem, podkradłem hasło Aleksandra Rodczenki, rosyjskiego artysty wizualnego: Naszym obowiązkiem jest eksperymentować.

To dość spójna koncepcja.

No właśnie, troszkę mnie deprymuje to, że jest w naszym kraju, w innych pewnie też, ale w naszym kraju to jest bardzo zauważalne, grupa twórców, którzy chodzą po świecie z szeroko zamkniętymi oczami, jako takie ciołki boże i mówią: ja nic nie wiem, to mi się ino napisało, urodziło, pojawiło. Wydaje mi się, że oszukują.

Bo zawsze jednak pisze się poprzez własne doświadczenie?

I zawsze za tym stoi jakaś wartość perswazyjna. To znaczy zawsze chcemy do czegoś przekonać ludność.

Mówi się też, że pana twórczość bardzo często ma charakter aluzyjny, ironiczny, ale również zmysłowy. Czy w związku z tym, co pan wcześniej powiedział, jest w tym wszystkim właśnie pan sam, czy też pana poezja jest komplementarna względem pana, umieszcza pan w niej rzeczy, których sam pan nie ma?

Jest gdzieś na skraju, tak to odczuwam. Innym z moich mott jest zawołanie Artura Rimbauda, który wykrzykiwał, a właściwie zapisał: je est un autre, czyli specjalnie niezbyt gramatycznie po francusku: ja to ktoś inny. I to jest troszkę jak z kapeluszem flisackim. Kiedy podejmujemy się tego aktu performatywnego, mowy ostatniej szansy, wkładamy sobie właśnie ten kapelusz i pojawia się wtedy ten un autre, jakiś trochę inny gość.

Czyli pisząc wiersze, jesteśmy kimś innym?

Tak uważam. Jest to kwestia wyboru i nie chciałbym się dać zwieść tym, którzy mówią, że jest inaczej. Wkraczamy też do pewnej rzeki czasu. W ogóle każda twórczość artystyczna, także wierszowana, to jest w olbrzymiej mierze rozmowa z duchami. Rozmowa z tymi, którzy działali w podobnej dziedzinie przed nami. Od tego nie da się odejść. I to jest też wielka siła, wielka moc, potęga i byłoby nierozsądne z tego rezygnować czy zamykać się na to. I nie wiem, nie potrafię sobie nawet zacząć wyobrażać, kto by mógł na poważnie przypuszczać, że głos autorski w twórczości jest tożsamy z osobą autora. To jest chyba nieporozumienie.

To jednak pogląd dość rozpowszechniony.

No właśnie, nie potrafię sobie wyobrazić, skąd to się wzięło w dwudziestym pierwszym wieku.

W jednym z pana wierszy podmiotem lirycznym jest kobieta.

Zgadza się, zresztą absolutnie nie jest to mój wynalazek czy moja inwencja, nie tak dawno w poezji polskiej Rafał Wojaczek stosował to z dużym efektem artystycznym.

W dodatku często komplikuje pan życie czytelnikowi nie tylko przez przedłużanie procesu percepcji samej treści, lecz na przykład komplikując kwestie spisu treści, w których w kilku pana tomach tytuły wierszy zostały całkowicie zmienione. Tak jest w  * i…

I w drugiej książce też, i w trzeciej. W czwartej miało w ogóle nie być spisu treści.

Ale w Sofostrofie  nie ma tych utrudnień, tam jest grzecznie.

Tam jest grzecznie, bo to było w takim grzecznym wydawnictwie wydane. Tam i tak już toczyliśmy bój o inne rzeczy, tak więc już został taki zwykły spis treści.

Ale właściwie czemu to ma służyć? Dlaczego nie ma możliwości prostego wyszukiwania?

Dlatego, że wtedy, jako młodzieńcowi, wydawało mi się ważne, żeby przypomnieć ludności, że etykietki, jakie nadajemy rzeczom czy wrażeniom, czy zespołom wrażeń, nie są tożsame z tym, do czego są przypisane. To znaczy, że etykietka nie jest tożsama ze słoikiem dżemu. Tytuł jest rodzajem etykietki, a etykietki oczywiście ułatwiają życie. Gdyby wszystko miało się nazywać codziennie inaczej lub co pół godziny inaczej, to oczywiście skutkowałoby to życiem nie do zniesienia. Niektórzy ludzie, czy to z afazją, czy to z jakimiś innymi uszkodzeniami żyją w takim świecie i to nie jest łatwe ani proste życie, natomiast korzystając z tego jakiegoś ułatwienia, na początku mówimy, że to (bierze do ręki poduszkę)  jest na przykład poduszka, natomiast po pewnym czasie za bardzo się do tego przyzwyczajamy i przestajemy odbierać poszczególne aspekty tego przedmiotu, tylko sprowadzamy go do etykietki: poduszka.

Robi się klisza?

Klisza, ale też można tak uczenie, pseudouczenie czy parauczenie powiedzieć mem kodujący. Świat jest bardzo różnorodny i bogaty w tej swojej różnorodności i żeby w ogóle móc przeżyć z dnia na dzień, musimy tę różnorodność upraszczać. Natomiast warto sobie od czasu do czasu przypomnieć, że jednak jest to uproszczenie i że przez to uproszczenie pewne aspekty rzeczywistości wypychamy poza pole obrazowania, czyli coś tracimy. I wydaje mi się, że jak już jesteśmy w tym polu mowy ostatniej szansy, to nie wszystko musi być tak zupełnie łatwe. Możemy tę mowę wykorzystać do tego, żeby przypomnieć sobie o kilku rzeczach, które niekoniecznie są miłe, łatwe i przyjemne.

Na przykład o polityce? Poezja powinna być w nią zaangażowana?

To nie jest kwestia, czy powinna. Jest. Po prostu jest. Jeżeli ktoś mówi, że jego na przykład albo czyjeś wiersze takie nie są – po prostu kłamie.

Ale w okresie „brulionu” autorzy związani z tą formacją odchodzili jednak często od koncepcji wyrażania w swojej twórczości jakichś szerszych, polityczno-społecznych aspektów. Zaczęło przeważać myślenie, że lepiej zająć się sobą, swoimi osobistymi przeżyciami i odczuciami, swoim ciałem…

Jak to mówi lud polski, jedno drugiemu nie wyklucza. Prywatne jest polityczne jak najbardziej.

Są autorzy, którzy nie kryją swojego światopoglądu, sympatii politycznych. Pan ostatnio powiedział, że zaangażował się politycznie po stronie Partii Razem.

Tak, taką znalazłem dla siebie możliwość, paradoksalnie jest to partia o bardzo potulnym, takim można powiedzieć mdłym  programie. Ale pomyślałem sobie, że przez tę mdłość  czy umiarkowanie ma jakieś minimalne szanse powodzenia. Program polityczny, z którym utożsamiam się w pełni, nie ma w Polsce żadnych szans powodzenia.

Nie obawia się pan, że polityczne deklaracje mogą rzutować na odbiór pana wierszy przez czytelników?

Zawsze rzutują, to jest nieuniknione. W tej chwili kłamstwem założycielskim ideologii, która jest chyba hegemoniczna w naszym kraju, czyli jakiegoś odcienia liberalizmu, jest teza, że idea liberalizmu nie jest ideologią. Otóż jest.

Pan jest z wykształcenia…

Geofizykiem. I nawet czasem udaje mi się popracować w tym zawodzie.

A swoje wiersze udostępnia pan przez Internet.

Te, które się ukazały w książkach, tak.

Czyli niespecjalnie pan dba o wynik sprzedaży tych książek, bo takie działanie nie służy mu zbyt dobrze. Choć ja kupuję książki, bo wolę papier.

No właśnie, niektórzy lubią, to tacy sobie kupią.

To jednak bardzo szczodre z pana strony. I nie zdarza się zbyt często.

Skoro jest takie narzędzie… Trzeba sobie zadać pytanie, jaki jest cel. Celem jest, żeby odbiorcy, czytelnicy mieli szansę zapoznać się z tymi tekstami. W sytuacji polskiego, tu cisną się na usta słowa: rynku książki, ale to nie jest rynek, to jakaś parodia rynku książki, tomów poetyckich nie da się po prostu kupić. Tomy poetyckie stały się odpowiednikami takich naszyjników z muszli, które na wyspach mórz południowych są przekazywane od jednego klanu do drugiego jako wyraz dobrej woli i ten sam naszyjnik na przykład może zatoczyć koło i po dwudziestu kilku latach pojawić się z powrotem na tej pierwszej wyspie, skąd został podarowany. Pisał o tym w ciekawy sposób Bronisław Malinowski. Jest to tak zwany rytuał kula, jeśli dobrze pamiętam. I książeczki z wierszami w Polsce pełnią mniej więcej tę rolę. To znaczy ja ci dam swoją książkę, ty mi dasz swoją książkę, ewentualnie możemy do tego zaangażować jeszcze Pocztę Polską, żeby sobie przesłać. Natomiast nie ma czegoś takiego jak możliwość pójścia sobie do sklepu i kupienia, przynajmniej jeśli chodzi o tę poetykę, która mnie interesuje. Gdybym nie miał właśnie tych partnerów, tego rytuału kula, no to bym nie poczytał takich polskich wierszy, jakie mnie interesują.

Ale to też oznacza, że nie można żyć z poezji. Trzeba mieć jakąś inną pracę, szczególnie jeśli chce się udostępniać bezpłatnie to, co się napisało.

To znaczy, że jeśli ktoś chciałby się utrzymać w polu literatury, w szczególności literatury wierszowanej, no to na pewno nie z tantiem od sprzedaży książek. Jest cały system jakichś innych źródeł dochodu, ale to na pewno nie jest taka sytuacja, jak w sklepie warzywnym, że kupuję ziemniory po trzydzieści groszy, sprzedam po sześćdziesiąt dwa grosze i z tego potem utrzymuję siebie i rodzinę. Książki poetyckie są takim artefaktem, właśnie takim przedmiotem rytualnym, obrzędowym, a nie przedmiotem kupna i sprzedaży, to na pewno. Przecież nawet dla moich wydawców sprawa sprzedaży i nakładu jest wtórna, właściwie podejrzewam, że główną kwestią, czy się nakład sprzeda, czy nie sprzeda jest potem koszt zmielenia tego, co się nie sprzedało. Natomiast koszty produkcji książki są pokrywane w inny sposób. Mam niewątpliwy zaszczyt poruszać się w polu kultury dotowanej.

Tak też się dzieje w innych krajach, nawet jeśli nie zawsze wprost.

Nie, bardziej wprost, to tylko w Polsce daliśmy sobie wmówić jakąś bajkę, że wolny rynek jest lekiem na całe zło i sposobem wytłumaczenia całego świata. W krajach tak zwanych cywilizowanych jest zupełnie jasne, że czy to państwo, czy organy samorządowe dają pieniądze twórcom po prostu na zasadzie umowy społecznej – że to, co twórcy proponują, ma jakieś dobroczynne znaczenie dla odbiorców. Mówiąc brutalnie, pozwala im łatwiej wstawać rano do roboty przy taśmie. I z tego powodu aparat przemocy, czyli państwo, jest zdolny dystrybuować środki, którymi zarządza, na te właśnie kwiatki do kożucha, którymi jesteśmy jako wytwórcy treści artystycznych. Natomiast w Polsce państwo cały czas się szamoce ze szkodliwą bajką o gospodarce rynkowej, ale tak się nie da. Produkcja kultury nie jest częścią gospodarki rynkowej, nigdy nie była i nie będzie.

Ukończenie AGH to nie jest chyba najbardziej oczywista ścieżka dla poety?

Nie najgorsza uczelnia.

Zgoda, ale kiedy w takim razie pojawiło się pisanie?

Swoje przygody z systemem zorganizowanego terroryzmu umysłowego, czyli ze szkolnictwem wyższym, rozpocząłem w ten sposób, że podjąłem studia fizyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Niestety podjąłem je od niewłaściwego końca, to znaczy zbyt wcześnie zacząłem się zastanawiać nad tym, jak zorganizowany jest wszechświat. To jest dopuszczalne w tym środowisku, ale gdzieś tak na czwartym roku, a najlepiej na piątym. Natomiast ja zacząłem to angażujące moją energię zastanawianie się na pierwszym roku i nie byłem dość dobrze zorganizowany, żeby mi jeszcze starczyło czasu na rozwiązywanie zadań rachunkowych. Wobec tego byłem studentem niespełniającym wymagań i zostałem poproszony o usunięcie się. I już byłem tak tym wszystkim zmęczony, że chciałem po prostu ukończyć studia jakiekolwiek. Przejście z fizyki na geofizykę, o ulicę dalej w Krakowie, było jednym z akceptowalnych sposobów poradzenia sobie w tej sytuacji. Nie miałem pojęcia, to znaczy nie myślałem o tym, że będę pracował w tej dziedzinie. Po prostu zadaniem, które sobie postawiłem, czy zostało przede mną postawione przez sytuację, było uzyskanie dyplomu ukończenia studiów.

A pisanie?

Pisanie było w trakcie. Zarówno mowa wierszowana, jak i, powiedzmy, równanie funkcji falowej Schrödingera to były dla mnie jakby dwa równoprawne instrumenty poznawcze do wspólnego celu, czyli zastanawiania się nad sposobem organizacji wszechświata. Natomiast jednak sposób organizacji współczesnego społeczeństwa wymusza pewne etykietki, że to jest poduszka, a nie kowadło na przykład. Więc ty będziesz artystą, a ty będziesz naukowcem. Oczywiście osoby, które odnoszą sukcesy w swoich dziedzinach, wykraczają poza te granice. Każdy sensowny naukowiec jest twórcą, twierdzę, a każda osoba tworząca istotne propozycje artystyczne jest badaczem.

W domu rodzinnym książki piętrzyły się pod sufit?

Tak, piętrzyły się, czasem spadały ze stosów. Miałem taką sympatyczną przygodę ze Zbigniewem Herbertem. W latach osiemdziesiątych z wierszami Zbigniewa Herberta – właśnie na zasadzie tych etykietek – było tak, że one były (chwyta poduszkę, o której już wspominano)  pomarańczowe, szorstkie, pomięte, natomiast ogólnie uzgodniona etykietka była taka, że to są właśnie wyrazy walki ze znienawidzonym reżimem komunistycznym. I ludność dosyć łatwowiernie poddała się pięknym kłamstwom poety, który utrzymywał, że jego język jest jak sucha kołatka, kołacząca tak-tak, nie-nie, i sugerował, czy wręcz otwartym tekstem twierdził, że w poezji opowiada się za językiem transparentnym, przeźroczystym, wręcz nieobecnym, co oczywiście było kłamstwem i Zbigniew Herbert zarówno jako istotny artystycznie twórca, jak i jako osoba inteligentna zdawał sobie, jestem tego pewien, doskonale sprawę z tego, że mówi nieprawdę. Być może nie zdawał sobie sprawy, że ludność będzie łykała jego kłamstwa jak młody pelikan ryby. To przydługa dygresja. W każdym razie byłem gotów zapisać się do Ligi Obrony Poezji Polskiej przed Zbigniewem Herbertem, którą powołał w tamtych latach krytyk Tadeusz Komendant. I byłem przekonany, że nie ma u Herberta nic, co by mogło mnie zainteresować. Do momentu, kiedy właśnie z jednego z tych stosów książek spadł tom Herberta, jeden z wcześniejszych, pod tytułem Napis  i puknął mnie w głowę. Uznałem, że jak już puknął mnie w głowę, to zobaczę, co tam jest napisane, że jest to jakiś sygnał od wszechświata. I muszę powiedzieć, że się zachwyciłem. Odkryłem dla siebie Herberta w serduszku i w głowie jako poetę surrealistycznego w typie Maxa Jacoba. I myślałem, że to jest jakieś takie moje jednostkowe, ale okazało się niedawno, że Jakub Kornhauser, na co dzień badacz awangardy dwudziestego wieku, też wypowiedział właściwie tożsamy pogląd, że jeśli chodzi o recepcję i twórcze przekształcenie surrealizmu na gruncie polskim, to Zbigniew Herbert jest jednym z wybitnych przykładów. Ten sam, który utrzymywał, że jest surowym piewcą wartości narodowo- jakichś tam.

Czyli Herbert ostatecznie okazał się dla pana ważny. A Miłosz? W jednym z wierszy dość zdecydowanie go pan odbrązowił?

On się sam odbrązawiał. Mógłby sobie drugą karierę wybrać malarza pokojowego, bo jednego dnia się malował na brązowo, drugiego się odbrązawiał i tak w kółko.

A inni ważni dla pana autorzy?

Ach, to są dziesiątki. Ale jeśli chodzi o kluczowych, to na pewno dla mnie bardzo ważnym autorem jest Tomaž Šalamun, zmarły niedawno poeta słoweński.

Tłumaczył pan jego wiersze.

Tak. Uważam go za swojego mistrza w takim sensie średniowiecznym, jak w cechach rzemieślniczych. To znaczy uważam się za jego czeladnika. Trzeba sobie też przypomnieć, że w czasach tych cechów był taki moment, że aby czeladnik mógł przystąpić do samodzielnej pracy, musiał się wyzwolić. Teraz jest pytanie, czy już się wyzwoliłem od swojego mistrza, Tomaža Šalamuna, czy jeszcze nie. Być może jestem w trakcie.

Debiutował pan *. Na początku tom nosił tytuł gwiazdka, dopiero potem pojawił się sam znak gwiazdki, trochę czupurny, co było podobno wyrazem czyjejś irytacji, że trzeba było zmieniać tytuł. Ale samo wydanie tego tomu w tym, a nie innym wydawnictwie było dziełem trafu, a mianowicie przypadkowego spotkania na ulicy Tadeusza Sławka, czy tak?

Nie, to nie był Tadeusz Sławek. To był pan Sławek.

Ach, a więc to był po prostu pan Sławek?

No nie tak po prostu. Jest to bardzo ciekawa postać, z tym że on się raczej woli trzymać w cieniu. Z panem Sławkiem studiowałem fizykę, długo i nieskutecznie, i kiedy po raz czwarty znaleźliśmy się na tym samym roku, pomimo że numerycznie był to rok zaledwie drugi w kolejności, to znaczy najpierw byliśmy raz na pierwszym roku, później drugi raz na pierwszym roku, później udało się nam być na drugim roku, a jak już byliśmy drugi raz na drugim roku, to zaczęliśmy tak troszkę ku sobie grawitować, po prostu sytuacyjnie. Pan Sławek bardzo umiejętnie utrzymywał na tej fizyce na UJ wizerunek człowieka troszkę zagubionego w życiu, wybitnie inteligentnego, ale może takiego niezaradnego życiowo. Natomiast już po zmianie ustroju w naszym kraju wyjawił przede mną fakt, że przez te wszystkie lata osiemdziesiąte sam osobiście w garażu w domku jednorodzinnym, gdzie mieszkał, drukował co najmniej połowę nielegalnych druków, które były produkowane w Krakowie. I wydaje mi się, że nigdy nie został zdekonspirowany, nie podległ tak zwanej wsypie. To jest jeden z moich bohaterów, jeśli ta walka współfinansowana przez CIA w latach osiemdziesiątych miała jakichś bohaterów, to pan Sławek jest dla mnie jednym z nich.

Byliście kolegami, ale obowiązywała was forma per pan?

Tak, ponieważ on był troszkę starszy od nas wszystkich szczeniaków pozostałych, ponieważ wcześniej już miał jakąś historię życia, może parę lat, nie wiem zresztą. Ale też miał taki sposób bycia, właśnie z zachowaniem form grzecznościowych i tak dalej.

I nawet w obecnych czasach woli pan nie podawać jego nazwiska?

Raczej nie, ponieważ to jest osoba, która ma też jakąś formę fobii społecznej i praktycznie teraz nie wychodzi ze swojej dziupli już w ogóle.

Ale wtedy spotkał go pan na ulicy?

Tak, wtedy jeszcze wychodził na miasto.

I to spotkanie skierowało sprawy pana tomu na inne tory. Bo trzymało go w tamtym czasie, jak pan to kiedyś określił, badziewne wydawnictwo.

Nie, nie badziewne, bardzo nawet zasłużone, tylko że funkcjonujące w pewnym matriksie.

Więc to może było odnośnie do innego wydawnictwa?

Nie, to było odnośnie do tego, po prostu się wyzłośliwiałem. Szło o podziemno-naziemne wydawnictwo Oficyna Literacka, z dużymi zasługami, dużo pięknych książek tam się ukazało po polsku. Ale jednak moje propozycje były zbyt mało przystające do ich ówczesnych oczekiwań.

Pomiędzy okresem „brulionu” i debiutancką a Porumbem upłynęły dwie dekady.

Tak.

Widać, że w tym czasie miało miejsce pana przejście do niezależności twórczej, ale i środowiskowej. Wojciech Bonowicz powiedział, że pan jest nie tylko z dala od mainstreamu, ale od jakiegokolwiek streamu.

To jest zbyt daleko posunięte. Oczywiście mam swój stream, nie wypuszczam sam z siebie żadnych soków ani strumieni. Jest strumień, który płynie i w którym, jak to się mówiło dawniej, z lubością zanurzam stopę. Oczywiście, że jest. Może jest rzeczywiście mniej widoczny, może pani Grażyna Torbicka rzadziej go zaprasza na scenę w telewizji, ale jest.

Można go jakoś określić?

Tak, jest to niewielka, nieformalna organizacja ludzi, często się wręcz nieznających, która na poważnie traktuje właśnie wezwanie Rodczenki, że eksperyment jest naszym obowiązkiem.

Kilka dni temu otrzymał pan ważną nagrodę poetycką jako tłumacz.

No właśnie, to już jakoś tak jest, że dostaję nagrody szewskie jako krawiec, a nagrody pływackie jako kolarz.

W tym roku po raz kolejny Nagroda im. Wisławy Szymborskiej została przyznana ex aequo dwóm autorom, lecz po raz pierwszy jeden z nich to twórca zagraniczny. To bardzo interesujące rozwiązanie.

Zdaje się, że zmieniono regulamin pod tym kątem. Regulamin zawsze można zmienić, ale wydaje mi się to ważne i istotne: docenienie przekładu literackiego, przekładu poetyckiego.

I tłumaczy, również w wymiarze finansowym.

Właśnie, to mnie przyjemnie zaskoczyło.

Nie spodziewał się pan tego?

Nie, no oczywiście, że się nie spodziewałem. Natomiast to, że ta nagroda jest dzielona po równo… Jak wiadomo w naszym przodującym ustroju aspekt finansowy wartościuje pozostałe aspekty, więc to jest również docenienie roli tłumacza, który nie zawsze jest doceniony. Na przykład jest inna duża nagroda literacka w Polsce, w Gdańsku, nazwana bezpretensjonalnie  Europejski Poeta Wolności. W tym roku została uhonorowana taka zasłużona antykomunistka z Rumunii, Ana Blandiana, to jest pseudonim literacki. Ta nagroda jest niebagatelna, bo wynosi sto tysięcy złotych. Natomiast tłumacz, czy w tym przypadku tłumaczka z rumuńskiego, dostała dziesięć procent tej sumy. Zatem gdyby to nie było tak powszechne, powiedziałbym, że jest oburzające. Ale tutaj nie można się oburzać, ponieważ takie jest mniej więcej pojęcie o roli tłumacza w naszym matriksie kulturowym, który wziął sobie do serca dziewiętnastowieczne pomysły o autorze wieszczu i niewiele więcej sobie wziął do serca od tamtej pory.

Przekładu nagrodzonego tomu Uroša Zupana Niespieszna żegluga dokonał pan wspólnie ze swoją mamą.

Nie, to było trochę inaczej i jest może okazja, żeby to naprostować. Przekładu dokonała moja mama. My różnimy się metodologicznie, jeśli chodzi o przekłady poezji, i nie będę w to wchodził teraz szczegółowo. Moja mama, wybitna tłumaczka, Katarina Šalamun Biedrzycka, ma swoją własną teorię przekładu, którą stosuje w praktyce. Ta teoria nadaje się do pewnych rodzajów wierszy lepiej, do innych gorzej. Natomiast jeśli chodzi konkretnie o Niespieszną żeglugę, to w moim przekonaniu nadawała się gorzej. Przy tym mama chętnie konsultuje się z różnymi osobami i byłem właśnie jedną z osób zaproszonych do takich konsultacji. Moje zdanie na temat tych przekładów w ich pierwotnej formie było takie, że nie są szczytowe. Na co spotkałem się z hipotezą, że się nie znam, oraz z propozycją, że jak jestem taki mądry, to żebym zrobił lepiej. Zaproponowałem pewne zmiany, po których de facto tłumaczka tego tomu, Katarina Šalamun Biedrzycka, powiedziała: Może i masz rację, ale tyle jest tych zmian, że chyba będę cię musiała dopisać jako współtłumacza. Na co ja mówię: Be my guest, Mamo. Byłem przekonany, że to jest po prostu kolejna praca w paradygmacie Syzyfa, książka, która przejdzie bez echa i pies z kulawą nogą nie zwróci na nią uwagi. Podobnie jak się stało z moim zdaniem nawet lepszym wyborem wierszy Uroša Zupana z roku 2001, który się ukazał chyba w wydawnictwie Zielona Sowa pod tytułem Przygotowania do nadejścia kwietnia, również w przekładzie Katariny Šalamun-Biedrzyckiej. I właśnie ten nasz emblematyczny pies z kulawą nogą nawet nie ziewnął przy tamtej okazji, więc byłem przekonany, że teraz też będzie podobnie.

Jednak gdy autor dostaje nagrodę, często zostają docenione również jego wcześniejsze książki.

Być może, tyle że tych Przygotowań do nadejścia kwietnia  nie da się już nigdzie kupić.

Więc pewnie będzie dodruk.

Nie wiem, ponieważ właściciel tego wydawnictwa wyjechał do Kostaryki i tam uprawia palmę kauczukową czy coś takiego.

Pan kiedyś mówił o leżakowaniu własnych tomów. Było też pewne wydawnictwo, prowadzone przez trzy panie, które wydało pana książkę, ale zbankrutowało.

Tak, było.

To bardzo zaszkodziło promocji tej książki.

To znaczy tamta książka nie miała żadnej promocji, ale nie sądzę, żeby to sprawiało jakąś różnicę, bo kiedy wydawnictwa usiłowały jakoś wypromować moją książkę, jak na przykład szacowne wydawnictwo a5 z Krakowa, to też kończyło się to jakąś katastrofą. Mimo że próbowali. Natomiast wydaje mi się, że jest jakiś rozdźwięk czy rozjazd, po prostu nie są to takie buty, te, które szyję, jakie ludność tego kraju byłaby skłonna nosić. I żaden rodzaj wysiłków promocyjnych nie zdoła tego zmienić.

Jeśli chodzi jeszcze o tłumaczenia, to przełożył pan też wiersze Jorie Graham, które ukazały się w tomie Prześwity.

Wspólnie z Ewą Chruściel.

I o to chciałam właśnie zapytać – jak w tym przypadku wyglądała współpraca, bo wiersze nie są osobno przypisane żadnemu tłumaczowi.

Nie, nie są. Wydaje mi się, że szczęśliwie dobraliśmy się z Ewą Chruściel, dopełniająco pod względem podejścia do języka, i po prostu nawzajem poprawiamy swoje przekłady aż do momentu, kiedy uznajemy konsensualnie, że dalsze poprawki już nie poprawiają sytuacji. To znaczy w przypadku przekładu wierszy Jorie Graham to wyglądało tak, że rozdzieliliśmy między siebie wiersze mniej więcej po połowie i jedna osoba robiła pierwotną formę tłumaczenia, proponowała, a druga osoba wprowadzała poprawki. Wtedy pierwsza osoba się odnosiła, a następnie druga osoba się odnosiła do tych odniesień. W takim cyklu, można powiedzieć szumnie – w takiej pętli hermeneutycznej – pracowaliśmy, dopóki nie uznaliśmy, że przekład danego wiersza osiągnął taką formę, że można go pokazać ludności.

Czy trzeba być poetą, by tłumaczyć poezję?

Tego nie wiem.

Ale trzeba poezję przynajmniej rozumieć.

Tak, trzeba być zaznajomionym z tą formą mówienia.

Gdy tłumaczy pan innego poetę, czy odczuwa pan tę sytuację jako ograniczającą, czy wręcz przeciwnie – wygodną, zwalniającą w jakimś sensie z odpowiedzialności?

Nie, to jest właśnie przyjęcie na siebie dodatkowej odpowiedzialności. Trzeba powstrzymywać się od własnych nawyków językowych, trzeba zrobić jakiś krok w tył, trzeba próbować dojść do pewnego stopnia empatii z wyobrażonym głosem mówiącym w tak zwanym oryginale wiersza. Mnie być może troszkę ułatwia sprawę, że nawet wiersze, które podpisuję własnym nazwiskiem czy inicjałami, też traktuję jako przekłady na język polski z jakiegoś języka kosmicznego czy z jakichś poruszeń czułków mrówek, nie wiem, jak to nazwać.

A gdy dostaje się nagrodę, jest to z pewnością bardzo miłe, ale czy oprócz tego dla samej twórczości ma to jakieś znaczenie?

Dziełu to może pomóc. Wiadomo, że każdy z nas ma dużo rzeczy do zrobienia, a doba nie jest z gumy, więc trzeba sobie ustalać priorytety. Mam taką koleżankę, która prosi mnie, żebym jej mówił, co warto zobaczyć, co warto przeczytać, i dodaje: ale wiesz, ja nie chcę tracić czasu. Czyli w naszym ustroju, tak jak już wspomniałem, sygnał finansowy może być taką informacją, że to może nie będzie strata czasu.

Nagroda może też pomóc dziełom przyszłym, bo twórca ma więcej czasu, niezależności.

To znaczy, ile razy spotkam osobę z tego mojego niewidocznego streamu, jak powiedział Wojciech Bonowicz, a akurat tak się składa, że wiele z tych osób ma nieustabilizowaną sytuację życiową, czy wręcz walczy o byt, za każdym razem utwierdzam się w przekonaniu, że należy wprowadzić jakąś formę dochodu gwarantowanego dla członków społeczeństwa. Trzeba powiedzieć sobie jasno: praca większości z nas nie ma sensu. I to jest tylko skutek szkodliwych bajek, że ludzie siedzą całymi dniami i dzwonią do nieznajomych osób, proponując im cudowne garnki. Nie ma z tego pożytku dla nikogo, lecz spełnia to szkodliwe moim zdaniem ideologiczne przekonanie, że coś należy robić, aby była nam udostępniona możliwość przeżycia do następnego dnia. Nie, praca osiemdziesięciu procent z nas, może nawet większej liczby, nie ma sensu. Należy się zorganizować w ten sposób, żeby korzyści z tej pracy, która ma sens, były rozdzielane między wszystkich. Takie jest moje stanowisko w tej sprawie.

Mówi pan tylko o pisarzach czy o wszystkich?

Mówię o wszystkich, bo gdyby był, powiedzmy, taki dochód gwarantowany, to ludzie nie musieliby tracić tyle energii i zasobów mentalnych i fizycznych na zorganizowanie sobie czegoś do jedzenia i miejsca, gdzie można przespać kolejną noc. Na pewno umożliwiłoby im to twórczość na wyższym poziomie, jeżeli mają takie skłonności.

Jeśli jednak chodzi o nagrody i ich wpływ na samego autora?

Ja akurat nie jestem dobrą osobą, żeby o tym rozmawiać. Załóżmy, że czyimś marzeniem było wziąć udział w zawodach kolarskich i ciągle próbował jeździć na rowerze na miarę swoich możliwości. Natomiast kiedyś, wracając z roweru, poślizgnął się i wpadł do rzeki. Zaczął więc w tej rzece przebierać rękami i nogami i przyszli naraz jacyś państwo, i wręczyli tej osobie medal, że tak ładnie pływa. To jest moja sytuacja w tej chwili.

Mówi pan o tej ostatniej nagrodzie?

Ostatniej i jedynej tak naprawdę od dwudziestu paru lat.

No ale jednak ta nagroda za debiut też miała wielkie znaczenie. Oprócz tego był pan wielokrotnie nominowany, a przecież to jest ogromne wyróżnienie, oznacza, że jest pan w gronie najlepszych.

Tak, ale przecież chyba nie ma sensu przystępowanie do takiej działalności jak pisanie wierszy, jeśli te wiersze nie miałyby być jednymi z najlepszych. W innym przypadku oznacza to, że zajmujemy się nadprodukcją treści niekoniecznych.

A czy patrząc z obecnej perspektywy na lata minione, jest coś, co zrobiłby pan inaczej?

Nie wiem, trudno mi powiedzieć. Być może jedną rzecz. Myślę, że byłbym milszy dla ludzi. Zawsze towarzyszyła mi niepewność co do wartości moich propozycji wierszowanych i chyba jakoś nie do końca świadomie starałem się uciec od takiej sytuacji, że na przykład ktoś docenia te propozycje, bo lubi mnie jako człowieka. Myślę, że zrobiłem dużo, żeby być nielubianym przez osoby decyzyjne w tym polu, być może za dużo.

Powiedział pan kiedyś, że musi się pan trochę naginać do oczekiwań, że autor nie umarł. Chciałabym więc wiedzieć, czy lubi pan wieczory autorskie?

Nie znoszę. To znaczy w tej nieprzyjemnej czynności miałem swoje drobne pocieszenia – zdarzyło mi się częściej niż raz, że już po tym niesympatycznym rytuale odklejała się od ściany jakaś postać młodzieńca albo młodej kobiety, podchodzili do mnie i mówili, że właściwie nie lubią współczesnej poezji, nie znają się, właściwie przyszli, żeby przeczekać deszcz albo żeby zrobić przyjemność chłopakowi czy dziewczynie, ale to, co usłyszeli, jakoś ich zastanowiło czy też przyciągnęło. Takie drobne momenty pocieszenia i satysfakcji. Nawet może mógłbym w ten sposób zebrać grupę czytelników, ale musiałbym, skoro jedna taka osoba przypada na spotkanie, realistycznie rzecz biorąc i przy założeniu, że miałbym jedno takie spotkanie w ciągu miesiąca – gdybym się w to angażował – żeby zebrać grupę odbiorców na przykład przeciętnego nakładu tomu poezji, no to trwałoby to pewnie ze trzydzieści lat.

Dziś wieczorem poprowadzi pan spotkanie autorskie z Ewą Chruściel.

Tak, dostałem zamówienie, żeby było miło. Zgodziłem się na prowadzenie spotkania, przygotowałem pytania, ale autorka, a ona jest dość dobrze zorganizowaną życiowo osobą, była na tyle zapobiegliwa, żeby je wybadać, zrobiła taką sondę, jakiego rodzaju to mogą być pytania, no więc teraz tych pytań już nie zadam.

Czyli pytania będą nieoczekiwane?

Nie, nie będzie pytań w ogóle. Spróbuję się dostosować do tego dezyderatu, żeby było miło, bo, jak wiadomo, w naszym kraju, a szczególnie tutaj, w Krakowie, postulat żeby było miło, jest jedną z najwyższych wartości artystycznych.

A więc będzie miło?

Raczej nie będzie innego wyjścia.

Zmieniając nieco temat: zdarzało się panu – i zdarza – prowadzić warsztaty poetyckie. Jaki cel stawia pan sobie w trakcie takich zajęć?

Myślę, że ich wartością jest spotkanie z drugim człowiekiem, który może w jakiś sposób zainspirować. Jeśli ktoś już został wdrożony przez zorganizowany system terroru intelektualnego, czyli przez szkołę podstawową, do umiejętności czytania, to o tym, jak pisać wiersze, może sobie doczytać bez większego problemu. Wydaje mi się, że tak zwana nauka pisania artystycznego wzięła się z tego samego szkodliwego mitu, że jakoby nie powinno być kołaczy bez pracy. Pierwsza szkoła pisarzy to był Instytut Maksyma Gorkiego w Moskwie w latach trzydziestych, a później bardzo szybko podchwycili to Amerykanie. Chyba też już od lat trzydziestych w miejscowości Iowa City w stanie Iowa istnieje taka szkoła pisania. A potem to się rozprzestrzeniło. Zapędzanie ludzi piszących wiersze do prac fizycznych działało nie do końca praktycznie, były z tego różnego rodzaju kłopoty, jak na przykład z Josifem Brodskim, gdy kazano mu wykonywać jakieś prace fizyczne w warunkach obozu pracy. Wydaje się, że nakłanianie osób piszących wiersze, żeby pracowały jako nauczyciele pisania jest bardziej akceptowalne społecznie.

Nie zawsze jednak i nie każdego można nauczyć pisania.

Dokładniej mówiąc – nigdy.

Ale może mógłby pan coś poradzić próbującym pisać?

Sprawa banalna, ale warta powtarzania: warto najpierw trochę przeczytać, zanim się zacznie samemu pisać. Miałem rozmowę właśnie z jedną ze słuchaczek tego Studium Literacko-Artystycznego na temat jej wierszy. Rozmowa się nie kleiła. W końcu zapytałem: Czy pani w ogóle czyta jakieś wiersze? A ona mówi: Nie, bo nie chcę się zasugerować, chcę zachować swoją indywidualność. I to jakoś mną wstrząsnęło, szczerze mówiąc. A była to osoba, która miała swoją drugą pracę, czy też podstawową, w dziedzinie sztuk plastycznych. Więc zapytałem ją: A co by pani powiedziała o człowieku, który chce zostać malarzem bez spojrzenia wcześniej na chociaż jeden obraz?  Ona się zastanowiła i mówi: Powiedziałabym, że jest kretynem lub kretynką. No więc właśnie.

Czyli coś się wyjaśniło.

Być może. Gdy chcemy być praktykującym muzykiem, musimy się na ogół nauczyć grać na instrumencie. Jeżeli chcemy być praktykującym malarzem czy malarką, musimy się nauczyć chociażby zagruntować sobie płótno czy później poznać fizyczne aspekty kładzenia farby na to płótno. Wydaje się, że w przypadku pisania wierszy nie ma takich jednoznacznych barier wejścia, materialnych czy fizycznych. Wskutek tego powstaje mylne moim zdaniem wyobrażenie, że jest to w jakiś sposób inne, że operuje się wyłącznie intuicją czy natchnieniem, czymś takim. Oczywiście, że tak, ale oprócz tego jest też praca – normalna, rzemieślnicza, tylko w innym materiale.

Pracuje pan teraz nad czymś, jeśli chodzi o literaturę?

Przywiozłem sobie ciekawe tomy wierszy: waha/mouth  i mātuhi/needle  poetki nowozelandzkiej Hinemoany Baker. Hinemoana Baker, mimo pochodzenia maoryskiego, pisze w języku angielskim i zastanawiam się nad przetłumaczeniem wyboru jej wierszy. No i być może odmrozimy z Ewą Chruściel nasz wcześniejszy pomysł miniantologii, czy wręcz normalnej wielkości antologii nowszej poezji ze Stanów Zjednoczonych. Tak więc są jakieś przymiarki, ale żadne przedsięwzięcie nie jest w konkretnym biegu. Natomiast jeśli chodzi o wiersze sygnowane moim własnym nazwiskiem czy też inicjałami, to w tej chwili nie bardzo widzę sens takiej działalności. Staram się stosować do tytułowej rady z filmu o Jamesie Bondzie, żeby nigdy nie mówić nigdy, ale nie widzę tego w jakimś horyzoncie czasowym, który byłbym w stanie objąć. Cóż mogę powiedzieć. Może powtórzę jeszcze raz na koniec: eksperyment jest naszym obowiązkiem.

Z Miłoszem Biedrzyckim rozmawiała Beata Klimowicz, 30 czerwca 2016.

 

Oburzająco

Oburzająco, bezczelnie podświetlone dziś
niebo, i pysznie, z warstwami chmur waniliowych,
cytrynowych, później truskawkowych, jeszcze później
jagodowych, które tu, niedaleko ujścia Rudawy,
chętniej jednak nazywa się: borówkowymi.
A wszystko to podlane granatowym sosem,
z którego skosem sterczą kreski po odrzutowcach.

Wypiłbym je całe przez taką rurkę, razem z
błyskawicami. Ale co właściwie chce mi powiedzieć,
jaki jest jego przekaz? Czy nie zaszkodzi mu
to wyżywanie się w estetyzujących sztuczkach?
Czy nie zatraci z pola uwagi własnej powagi i wagi?
Mgła do ramion, którą przywiało znad rzeki,
w kącie Błoń, koło boiska Juvenii, wyczynia
dzikie srebrne trawy.

.

Miłosz Biedrzycki (ur. 1967 r.) – poeta, tłumacz, inżynier geofizyk. Jeden z najbardziej znanych autorów tak zwanego pokolenia brulionu. Autor 12 tomów poetyckich, nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia za tom Sofostrofa i inne wiersze, a za tom Porumb  do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius, Nagrody Poetyckiej Orfeusz oraz do Nagrody Poetyckiej im. Krystyny i Czesława Bednarczyków. Tłumacz poezji Tomaža Šalamuna i Mety Kušar (z języka słoweńskiego), Ruth Padel  i Jorie Graham (z języka angielskiego). Nagrodzony w 2016 roku Nagrodą im. Wisławy Szymborskiej za przekład poezji Uroša Zupana.