Paweł Podlipniak, fot. Rita Katana

Paweł Podlipniak, fot. Rita Katana

Karol Maliszewski: W wierszu rozpoczynającym nowy tomik (Herzlich Endlösen) ważny jest wątek gadania do siebie, niepotrzebnemu nikomu, chyba że samemu mówiącemu. Czy to oznaka zmęczenia, niedocenienia, niewiary w komunikacyjną siłę poezji?

Paweł Podlipniak: Zdecydowanie tak. Obecnie w poezji, moim zdaniem, dominuje dyskurs polegający na rozdrapywaniu zbanalizowanych, zmatowiałych i wyświechtanych klisz z doświadczeń osobistych peela/autora. Doszliśmy w poezji do stanu, momentu, kiedy wszyscy naraz mówią i nikt już nie słucha. Niestety, większość tego, co się na przykład dzieje w młodej poezji, to takie monologi ponurych dzieci trzymanych w ciemnym pokoju. Czytam tego sporo i naprawdę ciężko z tego wyłowić jakiś istotny przekaz i to pomimo zachwytów krytyków, które swoją treścią przypominają coraz częściej płatne blurby na skrzydełkach tomików. Wygrywa często banalizm. Nie oszukujmy się – ile może być genialnych debiutów dwudziestolatków z dobrą treścią? Bo wiersz musi zawierać wbrew pozorom treść, ta z kolei wynika z doświadczeń, przeżyć, i nie chodzi tu o traumy dojrzewania, postdojrzewania czy dwudziestoletniej albo trzydziestoletniej ciągłej niedojrzałości.

Wtedy pozostają już tylko poszukiwania nowinek brzmieniowych, eksperymenty językowe, a to w sumie kolejna ślepa uliczka. Nie lepiej jest ze starszymi autorami z lat 70. czy początków 80. z tych wszystkich nurtów prywatności. Do tego mamy jeszcze nurt patriotycznej poezji dobrej zmiany – to oczywiście mój ponury dowcip, bo to także ślepa uliczka prowadząca nieuchronnie w stronę polityczno-martyrologicznej pornografii.

Jak oceniłbyś własny rozwój, przyglądając się z dystansu swoim czterem książkom? Jakich złudzeń się pozbyłeś, a czego jesteś coraz bardziej pewien? A może na odwrót…

Przede wszystkim pozbyłem się złudzeń na temat możliwości pozbycia się złudzeń. Jest coś takiego w człowieku, że potrzebuje nadziei. Ja nazywam się dobrze poinformowanym optymistą. To termin zastępczy dla pesymisty. Rozwój – od opisania żałoby i pożegnania z pewnymi rzeczami z własnej przeszłości w pierwszym tomiku, przez narastanie mroku do niezgody na rzeczywistość w kolejnych. Ostatni mój tomik Herzlich Endlösen równie dobrze mógłby nosić tytuł Wściekłość i brud. Czego jestem pewien? Hm, nie w stu procentach, bo tli się jednak jakaś nadzieja, do której się coraz częściej trudno przyznawać, ale jestem pewien – nie będzie lepiej.

Nie byłoby znacznej części twojej wrażliwości, twojej poezji bez literatury – to pewnie frazes, ale nie do końca. Jesteś poetą wyjątkowo często nawiązującym do słów innych poetów, a twój własny głos wydaje się zawieszony między innymi głosami, i do tego stopnia od nich zależny, że twój tekst to coś w rodzaju śródtekstu. Od Larkina do Brodskiego, a po drodze jeszcze kilkanaście nazwisk, kilkadziesiąt nawiązań i cytatów.

Bo ja się z nimi kłócę, spieram, zgadzam, dyskutuję. Czasem wyśmiewam naiwność. To rodzaj mojego dialogu z nimi. Nie porozmawiam z Sexton czy z Brodskim w realu, więc zostaje mi poetycki virtual. Parafrazując słynne powiedzenie – jestem tym, co czytam.  Nie da się od tego uciec. Stąd nawiązania poetyckie, filmowe czy muzyczne. Choć na pewno jest pewne przesunięcie, bo dla mnie klasyka to w muzyce Led Zeppelin czy Depeche Mode, a w filmie i sacrum, Czas Apokalipsy.

W dużym uproszczeniu rzecz ujmując, żywioł polityczny zagłuszył w twoim nowym tomiku żywioł liryczny. Odnoszę wrażenie, że miały powstać dwie książki, opowieść miłosna obok opowieści obywatelskiej. Tymczasem ta druga wchłonęła pierwszą, rzuciła na nią swój cień. Odebrałem to jako opinię, że nie ma czystej miłości, nasze jej przeżywanie zawsze coś zakłóca, zabarwia, zaciemnia, uspołecznia…

Jest takie przekleństwo – Obyś żył w ciekawych czasach. Na to, jak czujemy i co czujemy, i do kogo czujemy, wpływa to, co się dzieje poza czterema ścianami naszych małych klateczek. Nie da się całkowicie odciąć, zapomnieć. Dlatego cytuję Kasię Nosowską w motcie jednego wierszy – ona w tekście piosenki Historie  trafnie pisze o wnoszeniu do domu brudu – chodzi właśnie o te polityczne i społeczne plotki, nienawiści, wojny, które wchłaniamy mimochodem, które nas zatruwają w mniejszym lub większym stopniu. Już poprzednim tomiku umieściłem rozdział ieszcze bolska, w tym Gaude mater, gdzie piszę o tych społeczno-politycznych przekleństwach, brudzie, podłości, oczywiście metaforyzując to i odnosząc do bardziej generalnych, uniwersalnych rzeczy. To przecież my stanowimy naród, społeczeństwo.

Piekło to też my.

W zamieszczonej na okładce nocie pod zdjęciem czytam, że autor jest laureatem ponad stu najważniejszych ogólnopolskich konkursów poetyckich. Podziw i zmieszanie – tak w skrócie określiłbym swoje odczucia. A co chciał osiągnąć wydawca, zamieszczając tę informację? Czy chodziło o jakieś wstępne ustawienie odbioru tego, co znajdziemy w książce?

Na pewno nie o ustawienie odbioru. To takie pożegnanie z czymś fajnym, bo forma rywalizacji poetyckiej, takiego agonu, jest czymś przyjemnym, dobrym, pozwala się skonfrontować z poezja, innymi, samym sobą. A wynika to też z tego, że po prostu sam tomik, jego wydanie było nagrodą za wygranie konkursu imienia Kazimierza Ratonia.

Chciałbym rozwinąć ten wątek. Jakie są twoje doświadczenia konkursowe? Które wiersze, jaki ich typ konkretnie, zazwyczaj zwyciężały, a które, o dziwo, pozostawały niezauważone? Czy widzisz w tym jakieś prawidłowości, działanie określonych mechanizmów?

W moim przypadku nie widzę. Nie potrafiłem pisać pod konkursy. Jedyna lekka korelacja, jaką zauważyłem, to taka, że najczęściej wygrywałem konkursy jesienno-zimowe. Jak podejrzewam, powodem tego była mroczność i ponurość moich wierszy. To oczywiście żart, choć oparty o obserwacje z natury. A tak mówiąc poważnie, to to, jaki czy który wiersz/zestaw wygrywa, zależy jedynie od gustu osobistego jury – a najczęściej wypadkowej gustów jurorów. W sumie nie ma jakiejś reguły. Choć gust może czasem oznaczać też po prostu niechęć w stosunku do jakiegoś sposobu pisania.

Wracam do istoty, czyli do tego, co mnie uderzyło i co wydaje mi się najważniejszym przesłaniem twojej książki. Opowiadasz o zaangażowaniu jako naturalnym geście w miarę wrażliwego człowieka. Nie da się normalnie żyć i pisać wierszy, jeśli przechodzi się obojętnie obok cierpienia i śmierci innych istot.

Przecież poezja jest po to, by o czymś mówić. Sporo tych najbardziej znaczących utworów poetyckich była pisana wobec czegoś czy przeciw czemuś. Głos powinno zabierać się z potrzeby, jeśli się uważa, że ma się coś istotnego do powiedzenia. Oczywiście to bardzo subiektywna istotność. Ja piszę przeciw sprawom bolesnym, niekoniecznie na politycznym czy społecznym poziomie, bolesnym i dręczącym dla mnie, obrażającym moje poczucie etyki, przyzwoitości. Poezja sama w sobie już oznacza wrażliwość, inaczej staje się sztuczną grafomanią. Pozą. Termin poezja zaangażowana został skompromitowany w poprzedniej epoce literackiej. Teraz znów pojawiają się niby to dyskusyjne głosy o potrzebie lub nie poezji zaangażowanej, ale moim zdaniem są to takie koniunkturalne bajdurzenia kilku młodocianych krytyków-hohsztaplerów, którzy chcą wypłynąć na fali takiej czy innej ideologii. I nie ma tu znaczenia czy na ustach mieć będą hasło naród, przedmurze, feminizm  czy gender – to dwa końce tego samego zgniłego kija do manipulacji i kariery.

Ja zaangażowanie rozumiem jako sprzeciw przeciw złu. Nieważne, jak ma ono na imię. Jako niezgodę

Odnoszę wrażenie, że wszelkimi dostępnymi środkami, czy to ryzykując, bluźniąc, szarżując, walczysz o posłuchanie. Robisz wszystko, żeby chociaż na moment ktoś przemyślał sobie to, co dotyczy rozgrywających się wydarzeń, wyciągnął samodzielne wnioski i postąpił, jak należy. Na przykład inaczej, niż to forsuje pisowska propaganda, spojrzał na kwestię uchodźców.

Nie tylko pisowska, bo są i inne propagandy. Dlatego piszę między innymi o ludziach ubranych w kody, szaliki oraz rację stanu. Panświnizm niejedno ma imię. Jeśli krytykuję ten kraj i to społeczeństwo, to dlatego, bo widzę wady tu i teraz, żyję tu i teraz z tymi, a nie innymi ludźmi. Stosując środki artystyczne usiłuję dotrzeć do czytelnika i tyle. Nie narzucam swojego zdania, stąd spora doza ironii, sarkazmu, goryczy, rozczarowania, obaw. Widzę regres, oznaki cofania się, powtarzanie niebezpiecznych schematów, które prowadzą nawet nie donikąd, ale w kierunku zadawania innym cierpienia w imię bzdurnych haseł, nawet do zbrodni.

Nie sądzisz, że taka publicystyczność w poezji, taki typ zaangażowania, ma krótkie nogi, że za dwa lata pewne fragmenty twojej książki będą już nieczytelne?

Dlatego właśnie metaforyzuję wiele rzeczy, staram się pokazać powtarzalność schematów zła. Nie piszę po nazwisku, nawet nie po miejscu, stosuję aluzje literackie, żeby było to w jakiejś mierze uniwersalne i do przyjęcia za te ileś tam lat, nawet choć kilka.  To przemawia przeze mnie właśnie ten dobrze poinformowany optymizm, brak zaufania do człowieka i człowieczeństwa, dobrego wychowania, kultury i etyki, które zbyt łatwo zastępujemy pięścią, pałką, kulą. Książki takie jak Szachinszach, Cesarz, Boski Juliusz, Msza za miasto Arras są dalej czytane, bo mówią o powtarzalnych schematach ludzkich zachowań, działań, a nie tylko o konkretnych czasach czy osobach. Podstawiając tam inne czasy i osoby, wciąż uzyskujemy te same ludzkie równania. Z ujemnymi wynikami. Na pewno na ten pesymizm ma wpływ moje wykształcenie historyczne.

To w związku z tym jaka jest, twoim zdaniem, przyszłość poezji? Nawoływanie, zagrzewanie, uświadamianie? Taki rodzaj dydaktycznej zapalczywości?

Poezja niejedno ma imię. Ma tyle imion i kierunków, ilu czytelników czy piszących. Energia i zapalczywość ma też swoje miejsce. Ja napisałem część wierszy nawet brutalniej, bo brzydko mówiąc na wkurwie. Dydaktyzm – on na pewno znajdzie swoją niszę, choć ja raczej wolę wskazywać, nie umiem wprost czegoś zdydaktyzować, bo mnie to nudzi. Poza tym tani dydaktyzm jest nudny i dla czytelnika, tego wyrobionego. Rolą poezji jest po prostu bycie poezją. Dopóki jeszcze ktoś czyta.

Z Pawłem Podlipniakiem rozmawiał Karol Maliszewski, 15 stycznia 2018.

 

Słowo na trzy

bóg. zmienił się po auschwitz – stał się niemożliwy
i nie do wytrzymania, pociera nerwowo
tatuaż na lewej ręce, z wyblakłym numerem,
a pod nim czarna rzeka płynąca od serca
i wszystko co najgorsze (cóżeś mi uczynił).

kiedy ustawia czajnik na palniku kuchni,
to gaz się mu kojarzy z małym ciemnym wnętrzem,
w którym oddech zamiera ze strachu, że może
już nie będzie oddechu tylko zwykły strach,
a po nim piach i brzozy (spielt auf nun zum Tanz).

a w radio pound nadaje, że już dawno umarł
i nikt go nie widuje, w tle źle słychać paryż
lub każde inne miasto, gdzie wiara się szerzy
po ludzku, jak zaraza, śmiertelnie poważnie,
z trybuny, z minaretu (ein führer, allah, volk).

i w co się zmienia wino? w najciemniejsze rzeczy,
w niemożliwie okrutną żądzę cudzej krwi. bóg.

 

Gaude mater

nie pytaj mnie za co jestem gotów umrzeć
spytaj raczej za co jestem gotów żyć
bo przecież są dwie ciemności
a każda ważniejsza i głośniejsza od siebie samej

mieszkanie w ciemnym ogniu ma swoje zalety
bo mogę stanąć obok i nie bywać z wami
na samotnym swoim w przycichłym pokoju
w granicach upadłego miasta gdzieś hen na mazowszu

od kiedy odciąłem kablówkę wymieniłem okna
rozróżniam coraz więcej odmian tego mroku
który spowija matczyznę tak jak dym pasiekę
tuż przed rabunkiem uli nim odejdą pszczoły

nie pytaj mnie bo odpowiedź może cię obrazić

 

Martwa natura z literą „P” [rwany]

to jest krajobraz z widokiem na kościół
– w tle jakieś dymy i zmętniała rzeka,
a za nią drzewa leżące pokotem
wzdłuż linii prawa (polski w to nie mieszaj).

tam jedzie pociąg do umarłych stacji
z palcem na wargach, przez wymowną ciszę,
bo lepiej milczeć pośród słów wytartych
(nie mieszaj polski) lub zgubionych liter.

siny krajobraz i dymy jak kreski,
więc się nie mieszaj w zupę pełną krzyku,
(nie tykaj polski) tajemnic bolesnych
w różańcu z ostów i bryłek bursztynu.

tu tkwi madonna z grudą ziemi w ustach,
z kościelnych wieży spływa w dół muzyka
i dal się szczerzy, tnie się w drzewie pustka
– dziura po sęku (polski tam nie wtykaj).

 

O Herzlich Endlösen, nowej książce Pawła Podlipniaka

GSW BWA Ol­kusz 2014

GSW BWA Ol­kusz 2014

Można sobie wyobrazić sytuację niezrozumienia niektórych wierszy Pawła Podlipniaka z powodu ich nadmiernego zaangażowania. Wprawdzie zaangażowanie zostało ostatnio tak sformatowane, że tacy odmieńcy jak Podlipniak, w antologiach owego, ujętego w ścisłe rygory zaangażowania zdecydowanie się nie mieszczą, wystarczy jednak popatrzeć szerzej i dojrzeć otwartość postawy, by nie mieć żadnych wątpliwości. Tu monolog liryczny tworzy się w zwarciu z materią publicystyczną. Problem w miarę racjonalnego odbioru (bo z żadnym mistycyzmem czy rozdętym symbolizmem nie mamy do czynienia) polega na liczbie bodźców płynących w stronę odbiorcy i na stopniu ich zagęszczenia. To nie zarzut, lecz próba scharakteryzowania poetyki, która sprawia wrażenie, że w takiej postaci może zaistnieć tylko na szczególnie wysokich obrotach. A obroty oprócz intensywnego zagęszczania obrazów społecznej uwagi dotyczą ludzkiej odwagi, a także dykcji opartej na silnym i zmiennym rytmizowaniu wypowiedzi. Wiersz Podlipniaka działa wielostronnie, jest niezwykle bogaty w nawiązania i aluzje literackie, muzyczne, historyczne, ciągnie za sobą długi sznur uruchamianych na chwilę epizodów tradycji – słowem, robi wszystko, by zamazać, misternie zorkiestrować i rozpisać, publicystyczną powierzchnię. Z drugiej strony patrząc, wydaje się, że nie o zamazywanie tu chodzi, lecz uwydatnianie wyraziście określonego gestu politycznego, opowiadanie się po stronie.

I tu może pojawić się ktoś wyobrażony przeze mnie na samym wstępie, ktoś niezainteresowany, nieśledzący tego, co dzieje się w kraju i na świecie, nie miotający się w sieci newsów. Wiem, że trudno sobie to wyobrazić, ale idźmy dalej – ktoś nieprzeżywający tego, co niosą: codzienna piana gazet, bełkot obrazków z telewizorów i komputerów. I właśnie tak można sobie przedstawić sytuację nierozumienia tych wierszy Podlipniaka (a jest ich większość), których cała energia – ironia, wściekłość, szyderstwo, nieraz czułość – bierze się z rozpatrywania bodźców płynących codziennie z publikatorów. Nie tylko rozpatrywania, przede wszystkim przeżywania. To nie jest relacja, lecz demonstracja. Najpierw satyryczna, bezkompromisowa chłosta uderzająca we wszystko, co wydaje się bohaterowi nienaturalne, nieludzkie, zwyrodniałe, a potem deklaracja dotycząca wybranych wartości. Próba ocalenia tego, co w rzeczywistości społecznej i rzeczywistości medialno-wirtualnej permanentnie przegrywa, a co wiąże się z szarym, zagonionym do szeregu lub zgnojonym człowiekiem.

Przecież już sam tytuł nie jest przypadkową grą słów, lecz uderzeniem w naszą codzienną ospałość, nasze domowe ciepełko. Podlipniak krzyczy tym tytułem, jak zresztą wieloma ekspresjonistycznymi fragmentami swoich wierszy. Herzlich Endlösen… Nawiązania do Holokaustu, do ostatecznego rozwiązania przeniesione w nasze tu i teraz, skojarzone z uchodźcami, którym niektóre rządy (i spora część społeczeństw) chcą takie rozwiązanie – wedle cywilizacyjnych reguł, serdecznie, w białych rękawiczkach – urządzić. Ryzykowna analogia, ale jaka może być inna, jeśli dzisiejszy zaangażowany poeta chce nas, czytelników, w krąg swojego zaangażowania wciągnąć?

Podlipniak wydaje się już zniecierpliwiony czy zmęczony retoryką zaangażowania, frazeologicznymi sztuczkami, grami obliczonymi na przypodobanie się akademickim oficjelom poprawnego zaangażowania, i w niektórych wierszach po to przekracza granicę smaku i umiaru, żeby rzeczywiście wstrząsnąć.

Karol Maliszewski  

GSW BWA Ol­kusz 2014

GSW BWA Ol­kusz 2014

Paweł Podlipniak – ur. 1968. Z wykształcenia historyk, z zawodu dziennikarz, autor tomików poetyckich: Aubade Triste (wyd. MBP Radom 2010), Karmageddon (Salon Literacki, Warszawa 2012), Madafakafares

(GWA  BWA Olkusz/Inicjatywa Wydawnicza Pantuniestał Radom 2014), Herzlich Endlösen (GWA  BWA Olkusz 2017). Publikacje wierszy w prasie literackiej: „Arterie”, „Kozirynek”, „Miesięcznik Prowincjonalny”, „Notatnik Satyryczny”, „Topos” , „RED”, „Fraza”, „FA-art”, „Bliza”, „Fragment”, „Helikopter” oraz w tomikach pokonkursowych. Od stycznia tego roku członek SPP.