IMG_2186

Fot. z archiwum Piotra Gajdy

Rafał Gawin: Debiutowałeś dość późno – w wieku, nie wypominając, czterdziestu dwóch lat – więc siłą rzeczy dojrzale, a jednak przez nielicznych krytyków, którzy zwrócili uwagę na twoje wiersze, byłeś kojarzony z poezją autorów o co najmniej dziesięć lat młodszych. Ty, wychowany na wierszach Rafała Wojaczka i Nowej Fali, rówieśnik co młodszych brulionowców. Jak z perspektywy czasu oceniasz podobne próby szufladkowania, na dłuższą metę schematyczne, więc daremne?

Piotr Gajda: Zabawne, że to wypominanie rocznika  w kontekście mojego debiutu powtarzane jest przez cały czas aż do znudzenia. Niby masz rację, że generacyjność  to coś istotnego, taki trochę product placement na wyrost, prawda? Natomiast dla kogoś nieprzystającego – w Ludowym Wojsku Polskim mówiono na takiego dzik; był to żołnierz spoza poboru wiosna-jesień, niepodlegający pod tak zwaną falę – usilnie przysposabia się drewnianą protezę generacyjną pod nazwą autor późno debiutujący, ewentualnie debiutujący dojrzale. W tym drugim przypadku to może być równocześnie rodzaj życzliwego komplementu… A sam wiesz z Bursy, że życzliwi to najgorszy gatunek łajdaków (śmiech). Pytanie tylko brzmi, czy rzeczywiście poeta może dojrzeć wyłącznie w generacyjnej otulinie, niejako wraz z wiekiem i poniekąd w ramach wspólnotowego doświadczenia, czy może od razu rodzi się z pewnym talentem i intuicją, potrafiąc wykorzystać to instrumentalnie do doskonalenia poetyckiej profesji na każdym etapie? Jeśli określa go, ale też i przekreśla generacyjne pudło, o którym rozmawiamy, rozumiane jako niecelny strzał, a nie miejsce na podium, to moim zdaniem podobna szufladka  głośno skrzypi.

Nie chcę, by nieliczni krytycy  z poprzedniego pytania zabrzmieli ironicznie czy pejoratywnie w kontekście twojego pisania. Chodzi mi raczej o dość znamienne pomijanie, zarówno przez młodą, jak i starą krytykę literacką autorów, których najciężej zaklasyfikować generacyjnie, a z tego powodu również czysto poetycko, do których nie ma klucza, a wytrychy łamią się w zamkach. Podobny los spotyka Olgerda Dziechciarza, problemy stwarzają również Izabela Kawczyńska czy Marcin Badura. Masz coś na swoje usprawiedliwienie? Nie trafiłeś w swój czas? A może, tak zwyczajnie, grono twoich potencjalnych odbiorców jest wyspecjalizowane, a więc wąskie?

Nie będę się powoływał na wyniki czytelnictwa w Polsce, ponieważ to liczman. Wtrącę jednak uwagę, że grono potencjalnych odbiorców poezji jest samo w sobie nieliczne. Jaki ułamek z niego czyta moje wiersze? Strach o tym nawet myśleć. Mimo wszystko od czasu do czasu docierają do mnie sygnały zwrotne ze strony czytelników. Wspomniani przez ciebie nieliczni krytycy  też w sumie nie są aż tak przetrzebieni. Rzecz w tym, że w naszym kraju jest tak wielu znakomitych poetów, a tak niewiele miejsc, gdzie można o nich napisać – lub te miejsca są na tyle rozproszone, że i tak znikają z oczu – że jest to po prostu kwestia sita. Uwagę i recenzje poświęca się przede wszystkim tym z nazwiskiem, nominowanym i nagradzanym, z rozpoznawalnym dorobkiem. Autorom funkcjonującym w życiu literackim od lat, którzy dopiero stosunkowo od niedawna kolekcjonują należne im hołdy  albo też w odpowiednim czasie zapracowali na swoją pozycję. To zrozumiałe, gdy nie istnieje centrala; na tyle silne opiniotwórczo miejsce, w którym to, co się aktualnie dzieje we współczesnej polskiej poezji, mogłoby zostać odpowiednio skatalogowane i zhierarchizowane przy pomocy wyraźnie zarysowanego autorytetu. Całej reszcie, wywodzącej się z peryferyjnych wydawnictw i środowisk, w tym spóźnionym  jak ja, co już wcześniej ustaliliśmy, jest znacznie trudniej. Poeci z prowincji, ale nie duchowej, nie są zbytnio rozpieszczani, ponieważ kolejka jest długa i uznaniowa.

Bywasz mylony z młodszymi, ale również co złośliwsi i mniej domyślni ustawiają cię w jednym szeregu z poetami długiej i skomplikowanej frazy, zwłaszcza Maciejem Meleckim, od czasu do czasu też Krzysztofem Siwczykiem. Pokusiłbyś się o instrukcję obsługi dla recenzentów mylących miejsce wydawania książek – w końcu dwa twoje tomy ukazały się w Mikołowie – z inspiracjami i wpływami?

Kilka lat temu gdzieś napisano, że w Łodzi podobno czczony jest Przemysław Owczarek i wszyscy chcą pisać jak on. To mi zawsze wyglądało na despekt założycielski. Ta opinia w sumie wiąże się z ukutym naprędce pojęciem dykcji łódzkiej, nośnym, ale bezwstydnie obnażającym kompletny brak rozpoznania; dychotomię poznawczą, za którą czaiły się pośpiech i płytkość osądu. Jeżeli próbuje się na siłę łączyć typowo środowiskową konstelację poetów za pomocą jakiejś fantomowej dykcji, to uprawiając ten rodzaj krytyki, można pójść jeszcze dalej. Skoro nie Łódź, to co? Może poeci śląscy?  W ostatecznym rozrachunku chodzi tutaj nie tyle o mnie, ale o powierzchowne i krzywdzące opinie, których potem nikt nie weryfikuje – i w ten sposób koło się zamyka.

W takim razie scharakteryzuj pokrótce swoje dotychczas wydane książki poetyckie i nakreśl ścieżkę, którą zamierzasz się poruszać w poezji w przyszłości. Nie pytam oczywiście o rozpoznania krytycznoliterackie sensu stricto, tylko o to, jak pod wpływem czasu i przestrzeni widzisz swój twórczy dorobek.

No dobrze, ale czynię to bez przyjemności, bo nie taka jest moja rola. Hostel  to późny, ale dojrzały debiut (śmiech). Tak naprawdę ani zbyt późny, ani dojrzały. Razem ze  Zwłoką, moją drugą książką, stanowił owoc tak zwanego nowego otwarcia. Mówię  nowego, bo flirtowałem z poezją mniej więcej od tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego roku, głównie w roli  badacza pisma, pozostawionego potomnym przez niejakiego Rafała Wojaczka. Obie zostały dobrze przyjęte przez środowisko, szczególnie  Zwłoka  spotkała się z dosyć szerokim odbiorem, właściwie najlepszym spośród wszystkich moich tomów. Mimo to uważam ją za najsłabszą rzecz, jaką zdarzyło mi się wydać – jako jej autor mam chyba prawo do zdania odrębnego? Doszedłem wtedy z własną dykcją do ściany, od której szybko musiałem się albo odbić, albo przebić ją głową. Tak powstały Demoludy, pierwszy tom umownej  trylogii, razem z Golemem i wydaną w tym roku Śrubą Archimedesa. Jeśli dzisiaj myślę o swoich książkach, robię to głównie przez pryzmat tych trzech. Co dalej? Nie wiem. W pewnej mierze wszystko zależy od recepcji mojego najnowszego tomu wierszy. Odnośnie czasu i przestrzeni powiem tylko tyle, że wciąż cisną.

Czyli jednak czujesz upływający czas coraz dobitniej? Odbije się to jeszcze bardziej w twojej twórczości?

Tak, dokuczają mi zwłaszcza stawy (śmiech). Jeśli zaś chodzi o drugą część pytania, po prostu musi, to nieuniknione. Choćby z powodu doświadczenia, które – ujmując to w sposób maksymalnie uproszczony – zmienia pogląd na poetyckie toposy. Miłość nie jest już taka gorąca, za to śmierć zamieszkała nieomal po sąsiedzku (śmiech).

Zdradź mniej wtajemniczonym i słabiej posługującym się Google genezę tytułu oraz schemat konstrukcyjny samej śruby Archimedesa.

Śruba Archimedesa to rodzaj maszyny o bardzo prostej konstrukcji, której wynalezienie przypisuje się Archimedesowi. To podnośnik składający się z ze śruby umieszczonej w rurze ustawionej skośnie do poziomu. Jego działanie polega na tym, że koniec śruby zanurzony jest w wodzie, a jej obrót wymusza ruch wody do góry. W czasach starożytnych używano go do nawadniania kanałów irygacyjnych, a niegdyś – w Holandii – do osuszania depresji, co już samo w sobie tworzy metaforę do wykorzystania. Ze względu na prostotę konstrukcji i niezawodność działania śrubę Archimedesa wykorzystuje się do podnoszenia ścieków. I to jest właśnie clue historii opowiedzianej na kartach książki, której streszczenie czytelnik łatwo odnajdzie choćby w wierszu Piana złudzeń.

Czy rzeczywiście najnowszą książką udało ci się coś – poetycko lub pozapoetycko – domknąć? Z czymś się zmierzyć i od czegoś uciec?

DemoludyGolemŚruba Archimedesa  to oś wytyczająca kierunek: od debiutu, według moich doznań lekturowych najprawdopodobniej skażonego pewną dozą poetyckiego odtwórstwa, ku autonomii. Śruba Archimedesa  jest więc najsprawniejszą wersją dykcji, jaka pojawiła się już w Demoludach.

W wierszach opiewasz i analizujesz rozkład i zniszczenie, żeby nie nazwać wartości granicznej na sześć liter, od „ś” do „ć”, po imieniu. Możemy, jako czytelnicy, liczyć na twoje zdroworozsądkowe podejście do tematu poza rzeczywistością tekstu?

Od dawna towarzyszy mi przekonanie, że żyjemy w czasach preapokaliptycznych. Zmierzamy w stronę schyłku cywilizacji, traktowanej przez Lewisa Morgana jako trzeci i ostatni etap rozwoju ludzkości. Paradoksalnie to, co wydawało się nam zbawienne, okazało się dla nas zgubne. Coraz bardziej widoczna niewydolność współczesnych systemów społeczno-gospodarczych cofnie nas znowu do czasów barbarzyństwa. Czyż to samo w sobie nie stanowi już odpowiedniego motta? Koniecznie trzeba dalej objaśniać ten rozkład: demokrację odartą z wartości, postęp technologiczny kosztem środowiska naturalnego, niesprawiedliwy podział dóbr, światowy terroryzm? Wkładając w to wszystko palec, czyli indywidualną egzystencję, tworzę zmetaforyzowaną diagnozę – wieszczę zarówno własny, jak i zbiorowy koniec, zmagam się z poszukiwaniem w tym wszystkim jakiegoś sensu, wyższego porządku. Zdroworozsądkowo dodam, że mimo wszystko nie należę do ludzi, którzy – jak określał to Friedrich Hebbel – cieszyliby się nawet z końca świata, gdyby go przewidzieli. Ja się nie cieszę. Jest mi naprawdę przykro.

A jeśli świat już się skończył, a my jedynie dogorywamy: wygaszamy zgliszcza i ciągniemy słomki, kto zgasi światło? Czy w takich warunkach literatura ma jeszcze jakikolwiek sens, o samej poezji nie wspominając?

Nie wiem, nie posiadam do tego stopnia zaawansowanych zdolności profetycznych. Przeczuwam nadejście hekatomby po omacku jak ślepiec, / kiedy rozpoznaje rysy obcej twarzy i nagle wzdraga się, / bo to nie jest twarz człowieka (to fragment wiersza Klątwa). Kto zgasi światło? Gdybym zajmował się literaturą fantastyczno-naukową, odpowiedziałbym, że kosmici (śmiech). Niestety, twoje pytanie jest śmiertelnie poważne, a w dodatku w moich uszach brzmi jak echo słynnego dylematu Adorno: Czy po Auschwitz da się jeszcze pisać wiersze?  Widać stąd, że nie ma takiej katastrofy, której ludzkość, jeśli zdoła się podnieść, nie potrafiłaby przemienić w dobrą literaturę, sztukę, czego znakomitym przykładem niech będzie fragment wypowiedzi z filmu Big Bang  w reżyserii nieodżałowanego Andrzeja Kondratiuka: Człowiek z człowieka mydło wyprodukował i tym mydłem oblicze swoje obmył. Jest się czym pochwalić przed gośćmi z kosmosu? Hiroszima, Oświęcim, Nagasaki…

Jeśli anarchia, to co może być punktem odniesienia i bezpieczna przystanią? Jeśli bunt, to gdzie najskuteczniej szukać spokoju? Scharakteryzuj, proszę, jak wygląda niezgoda na niesprawiedliwą rzeczywistość w okolicach pięćdziesiątki.

Anarchię, pojmowaną jako skrajny indywidualizm, Polacy wyssali z mlekiem matki. To zdumiewające, że jako nacja absolutnie nieracjonalna, składająca się w znacznej części z malkontentów, hejterów i adwersarzy przetrwaliśmy jako zbiorowość, co wydaje się zupełnie irracjonalne, zwłaszcza że nadal tkwimy w mentalności liberum veto. Z kolei bunt to domena młodości. Niestety, im dalej w las, tym więcej drzew. Wraz z wiekiem, a co się z tym wiąże – z koniecznością przyjmowania na siebie odpowiedzialności za życie innych ludzi i różnego rodzaju złożonych obowiązków – pozostaje już tylko zgoda na mniejsze lub większe kompromisy. A potem rozczarowanie, że się je zawarło. Wartość dodana okolic pięćdziesiątki  to poczucie, że wciąż posiada się wolę odrzucania propozycji, za którymi kryje się ewidentna uległość wobec ludzi, rzeczy, poglądów i spraw, które są sprzeczne z wyznawanymi wartościami.

Ale czy ty się w ogóle buntujesz? Z twoich tekstów przeziera dramatyczna zgoda na taki układ rzeczy. Sami sobie zgotowaliśmy ten los, a przecież – pełni dumy i papierowej godności – po sobie, a zwłaszcza innych, nie posprzątamy.

W ogóle mi nie uwierzyłeś, skoro zadałeś takie pytanie. Doskonale rozumiem, że te dwadzieścia lat różnicy wieku między nami to są oczywiste zakłócenia w komunikacji. Pomyśl jednak, w jaki sposób wyraża się zgodę? Wypowiada się grzecznie tak, potakuje głową, wzrusza bezradnie ramionami, milczy… Tymczasem ja staram się obnażyć tę fikcję! Babram się w ściekach! Zawijam w papierek z wierszem to gówno, które mnie zewsząd otacza! Sprzątam…

Okej, sprzątasz, ale mam wrażenie, że tylko po sobie. Nie angażujesz się w spory literackie i krytycznoliterackie. W związku z bardziej kontrowersyjnymi wydarzeniami naszego poetyckiego półświatka zwykle – cytując odżałowanego Grabaża – stoisz trochę z boku

Niekoniecznie jest to prawda. Mam za sobą pewne próby (śmiech). Wystarczy wspomnieć rozmowę z Maćkiem Meleckim, opublikowaną na moim blogu, jako reakcję na głośny tekst Andrzeja Franaszka Dlaczego nikt nie lubi nowej poezji?, tam też umieszczony cykl wywiadów z kilkunastoma poetami pod hasłem Siedem grzechów głównych, felietony i recenzje, które od dwóch lat regularnie publikuję na łamach „Migotań”. Skromny to wkład, niemniej aktywniejszy udział w literackich dyskursach pozostawiam osobom bardziej przenikliwym ode mnie.

No właśnie… prowadzisz bloga i pisujesz felietony. To swoista wartość dodana do twojej działalności twórczej. Możesz przy jej sprytnym wykorzystaniu komuś, a przez to także sobie, pomóc. Jak w ogóle odnosisz się do podobnych środowiskowych przysług, zależności i układów, mniej lub bardziej scalonych?

To prawda: prowadzę i pisuję. Nie ma to jednak absolutnie żadnego przełożenia na myślenie kunktatorskie. Jest zaledwie bardziej opisową próbą wyrażenia tego, co interesuje mnie jako odbiorcę poezji, ale również twórcę. Oczywiście mam pełną świadomość, że wszyscy obracamy się poniekąd we wsobnym środowisku. Po kilku latach literackiej działalności można poznać wszystkich poetów, których chce się poznać, albo nauczyć się unikać tych, na których ponowny widok nie ma się ochoty. Tak samo jest z krytykami. Całe to nasze towarzystwo  najprawdopodobniej zmieściłoby się w takim miasteczku, jak na przykład Nowe Miasto nad Pilicą. Niekiedy trudno więc udawać, że się kogoś nie zna, z kimś tam nie przyjaźni. Gdzie byłbym dzisiaj, gdybym nie skorzystał z pomocy ludzi działających w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich, a obecnie w łódzkim Domu Literatury, jak również ze wsparcia Instytutu Mikołowskiego? Na szczęście wszystko i tak zweryfikuje cezura czasowa. Zbyt entuzjastyczne sądy, jak i z góry błędne przekonania. Określonego rodzaju całkiem już bezwstydne koleżeńskie przysługi. Triumf czy też upadek danego poety to w końcu tylko działalność bieżąca. Zdecydowana większość z nas i tak pozostanie w poetyckim czyśćcu, skąd będzie się zżymać na to, że znowu nagrodzono słabą książkę znanego poety.

Pracujesz w urzędzie, gdzie zmagasz się z mało literacką papierologią, biurokracją i schematyzmem myślenia. Czy twoja strategia poetycka nie została poniekąd wymuszona przez pracę w warunkach dla literatury i zdrowia psychicznego jednak szkodliwych?

W warunkach gospodarki rynkowej w mieście takim jak moje (i tysiącu innych miejscowości w tym kraju) nikogo nie obchodzi, czy wykonywane zajęcie sprawia ci przyjemność. Albo czy coś utrudnia. Komfort pracy już dawno temu został zastąpiony przez ustawiczny stres. W związku z czym moja działalność zawodowa wymusza u mnie potrzebę resetu. Wracam do domu i się resetuję. Można więc powiedzieć, że moje wiersze powstają po restarcie (śmiech).

Uchylisz rąbka tajemnicy i opowiesz, jak zaczęła się twoja przygoda z literaturą, a potem poezją? I dlaczego ważną rolę odegrała w niej rodzina – wspomnianego już w tej rozmowie – Rafała Wojaczka, a także wojsko?

Wydaje mi się, że nigdy nie traktowałem tego w kategoriach przygody, co brzmi niepoważnie, ale jako coś konstytuującego mnie jako człowieka. Od dziecka nie chciałem, jak niektórzy, zostać strażakiem, policjantem albo żołnierzem, zawsze pragnąłem być poetą czy pisarzem. Życie jest jednak przewrotne i surowe; najprawdopodobniej to moje marzenie wydało mu się na tyle niepoważne, że przez długie lata robiło wszystko, aby nie mogło się spełnić. Poetą przezwał mnie w roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym siódmym świętej pamięci Marek Garbala, wrocławski poeta i krytyk, który na warsztatach literackich skierowanych do żołnierzy służby zasadniczej, pełnionej przeze mnie po przerwanych studiach na UMCS-ie, po przeczytaniu mojego tekstu zakomunikował: No to, drodzy moi, mamy wreszcie wiersz!  Jeśli dodam, że kilka lat wcześniej poezją zaraził mnie śmiertelnie inny wrocławianin z doskoku – Rafał Wojaczek, a jego brat Andrzej był pewnego razu gościem naszych cyklicznych warsztatów, na które dojeżdżałem do wrocławskiego Klubu Garnizonowego „Oko” (ale też do Żagania i Biedruska pod Poznaniem) raz w miesiącu z jednostki wojskowej z Poznania, otrzymasz pełny obraz mojego ówczesnego stanu ducha. Dawne pragnienie powróciło do mnie dopiero kilkanaście lat później po to, aby się wreszcie spełnić. Z czasem wydałem dwie książki w Instytucie Mikołowskim, który, jak wiesz, mieści się w dawnym mieszkaniu Rafała Wojaczka. Możesz sobie wyobrazić, jak wiele to dla mnie znaczy. Tak samo jak bliska znajomość z Maćkiem Meleckim i Krzyśkiem Siwczykiem, współtwórcami filmu Lecha Majewskiego Wojaczek, oraz z innymi poetami z Mikołowa. Co znaczy usiąść na schodach prowadzących do drzwi Instytutu, albo z balkonu spoglądać na podwórze i dwie kościelne wieże ponad dachami kamienic, na które patrzył i które fotografował Rafał Wojaczek. Pić wódkę w  j e g o  mieszkaniu. W tym sensie czuję się spełniony.

Tak się złożyło, że mam twój nigdy niewydany debiut neoklasycystyczny. Na pewno nie żałujesz, że jednak nie ujrzał światła dziennego? Na obecnym etapie pisania chyba już bezpowrotnie straciłeś szanse na jego bezbolesne rozpowszechnienie.

Ten zbiór nigdy nie miał być moim debiutem. Był próbą oderwania się od źródeł, czyli od okresu związanego z intensywną lekturą wierszy Wojaczka, Bursy, Ratonia, Grochowiaka, Babińskiego i Benna. Nawiązywał do kultury rocka…. Dziś to poetycka paleontologia, ale też dowód na to, że Opatrzność czuwała nade mną, skoro nie dopuściła do szerokiego upublicznienia tych wierszy. Przed rokiem dwa tysiące siódmym nie napisałem niczego wartego odnotowania. Zatem i ty wymaż z pamięci istnienie podobnych skamieniałości

Nawiązywał do kultury rocka… Muzyka to równie potężna działka twojej działalności pozazawodowej, może nawet poważniejsza. I masz w niej przewagę nad tą literacką – sam nie grasz (albo przynajmniej nie robisz tego oficjalnie). Zdaję sobie sprawę, że na ten temat moglibyśmy przeprowadzić osobną, znacznie obszerniejszą rozmowę. Opowiedz więc o swoich głównych fascynacjach i najnowszych odkryciach.

Muzyka, w odróżnieniu od poezji, jest moim hobby. Od ponad trzydziestu lat jestem jej fanem. Swoją fascynację rockiem rozpocząłem od płyt grupy Black Sabbath, którą przez całe lata osiemdziesiąte i połowę dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku kochałem platoniczną miłością, aż wreszcie zobaczyłem na żywo w niemal oryginalnym składzie (zabrakło tylko Billa Warda – perkusisty) w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym ósmym na koncercie w katowickim Spodku. Po hard rocku i heavy metalu przyszedł czas na jazz-rock i rock progresywny, a później na rozmaite style muzyczne – od Scotta Walkera, przez Joy Division, po Placebo, jazz, post-punk, stoner rock, doom czy alternatywę. Cały czas zbieram płyty analogowe i kompakty. Specjalizuję się w mało znanych kapelach i wykonawcach w rodzaju Graham Parker & The Rumour, The Motors, Southside Johnny and the Asbury Jukes czy John Watts, tego typu sprawach. Słucham również muzyki poważnej, zwłaszcza z ulubionej epoki – baroku.

Złośliwi mogliby powiedzieć, że twoja długa fraza i jej mechaniczny rytm przynoszą na myśl porównania jedynie z topornym industrialem i mało progresywnymi nurtami post-elektro, które właśnie zdefiniowałem na potrzeby niniejszej rozmowy. Jak mogą najsensowniej i najsprawniej dotrzeć do ich ukrytej, momentami wręcz lirycznej melodii i nostalgicznej linii wokalnej? Jakich słuchawek i sprzętów nagłaśniających, ewentualnie poprawiających słuch, użyć?

Powinni się bardziej skupić.

Dokończ zdanie: Najlepsza puenta to taka…

Która kończy się we właściwym miejscu.

Dziękuję za rozmowę z puentą.

Z Piotrem Gajdą rozmawiał Rafał Gawin, 31 lipca 2016.

 

Piana złudzeń

Lepiej być inżynierem niż poetą, policjantem niż
tancerzem baletu, wykonującym assemblé wobec chromego
ZUS-u. Kimś stałym? Jeżeli chcesz się zabezpieczyć

na przyszłość, uciekaj stąd jak najdalej, ale nie w stronę
ujmujących zachodów słońca, lecz tam, gdzie w ruchomych
piaskach zagrzebano kevlar bądź chrom. Świat zmienia się

na gorsze (chciałem powiedzieć: rozmienia się na grosze).
Ten brzęk na chwilę przerywa cisza wyborcza (wigilia
tryumfalnego ryku). Bo widzisz, dach cywilizacyjnego

rozwoju jest jak zwój znad Morza Martwego, dosyć kruchy,
zwłaszcza że u jego głównej krokwi wiszą barbarzyńcy,
susząc swoje przebranie. Lepiej już było, ale kiedy

dokładnie? Bądź łaskaw coś obiecać, a przynajmniej
objaśnić, gdy wszelki postęp wydaje się obrotem śruby,
wymuszającym ruch do góry. Jako inżynier powinieneś

łatwo wybrnąć ze wszystkich zarzutów nieczystości.
A ja się będę upierał, że jestem spokojny, tylko przeżywam
podwójnie: niegdyś śrubą Archimedesa nawadniano kanały

i osuszano depresje. Dziś, ze względu na nieczułość
na zanieczyszczenia, coraz częściej wykorzystuje się ją
do podnoszenia ścieków w naturalnym środowisku człowieka.

Jak więc widzisz, zawsze mieliśmy wybór, w wyniku którego
na wierzch wypływała piana demokracji. Jej zużyte ciecze,
roztwory, koloidy lub zawiesiny, a także odpadowe ciała stałe.

 

Piotr Gajda (ur. 1966 r.) – poeta. Wydał pięć zbiorów wierszy, ostatnio Śrubę Archimedesa (2016). Mieszka w Tomaszowie Mazowieckim.

Fot. Ewelina Kołodziejczyk

Fot. Ewelina Kołodziejczyk

Rafał Gawin (ur. 1984 r.) – poeta, okazjonalnie krytyk, redaktor, korektor i sekretarka „Arterii”, konferansjer i reanimator kultury. Ostatnio wydał tom wierszy Zachód słońca w Kurwidołach (2016). Mieszka w Łodzi.