Piotr Wojciechowski, fot. Krzysztof Dubiel

Piotr Wojciechowski, fot. Krzysztof Dubiel

Jan Baron: W felietonie opublikowanym w „Wyspie” w 2007 roku pisał pan: groteska podszyta jest nie tylko strachem, ale także przypuszczeniem absurdu. Przedstawia i wyraża wewnętrzny świat przerażonego twórcy. Spogląda ku ludziom, ale widzi wykrzywione maski, nakręcone marionety, potworne pyski. W powieści Strych Świata, która ukazała się w tym roku, sam sięgnął pan po groteskę jako metodę opisu.

Piotr Wojciechowski: Widocznie czegoś się boję i mam trudności z docieczeniem sensu.

Zatem śmiech to forma obrony przed lękiem i rozpaczą, ale też metoda poznawcza?

Myślę, że jakiś sens poznawczy ma taka groteska, która ma cechy karykatury – ona odnajduje i wyolbrzymia to, co złe i brzydkie. Groteska jest jednym ze sposobów pisania nie wprost, pisania z szukaniem formy – a więc takiego, który uruchamia myślenie, poszukujące odpowiedniej formy myślenie.

W dochodzeniu do prawdy o rzeczywistości – może pomóc nie tylko humor, ale i fikcja. Tylko fikcja jest prawdziwa – zwykł pan mawiać…

To znaczy są prawdy, uogólnienia, refleksje, które łatwiej przekazać przez fikcję. A przekazać to mało, trzeba dotknąć strun emocji czytelnika, trzeba wkleić się w jego pamięć. Tu też fikcją można się posłużyć skutecznie, nie nudząc, nie rozwlekając. Prawda reporterska czy plotkarska często rozsypuje się w nieskończonych szczegółach, dosłowność ociera się często o banał.

Wydawnictwo Dowody na Istnienie, założone przez Mariusza Szczygła i Wojciecha Tochmana, reklamowało się za pomocą hasła Chyba wszyscy dziękujemy fikcji. Skąd u wielu ta niechęć do wyobraźni, zmyślenia?

Fachowcy od reportażu muszą bronić swojego gatunku na rynku czytelniczym. Niechęć do zmyślenia czy strach przed wyobraźnią może wynikać z lęku przed odrzuceniem. Jeśli ktoś się boi, że kody, symbole, metafory będą dla niego za trudne, że go wykluczą, odrzuca fikcję. Dziś literatura faktu zwycięża na rynku, i jest to często bardzo dobra literatura. Smutne tylko, że jest źle czytana. Jeśli literatura faktu i literatura piękna nie są w równowadze na półce czytelnika, to czyta on literaturę faktu jak sensacyjną prasę, nie stawia sobie głębszych pytań. Umysł wypłukany w oświeceniowych i neopozytywistycznych mydlinach odrzuca fikcję z lęku przed podejrzeniem o ciemnogród.

Na okładce Strychu Świata  znalazła się fotografia wykonana przez Dianę Debord, której surrealistyczne prace dobrze korespondują z pana twórczością. Miał pan wpływ na ten wybór?

Tak, wybierałem z kilku fotogramów, odrzuciłem je, zażądałem czegoś bardziej dynamicznego, potem jednak wróciłem do tego zdjęcia, które jest na okładce. Takiego trzeba, jest celne, bo gada z podświadomością.

Spotkanie chrześcijaństwa z islamem przedstawił pan w swojej najnowszej książce zgodnie z konwencją świata na opak. W fikcyjnym Dżamijabadzie wyznawcy Koranu ochoczo poddają się chrystianizacji. Czy taka wizja świata – nie takiego, jaki jest, ale jaki mógłby być – wynika z pana sprzeciwu wobec tego, że dziś chrześcijanie często ustępują pola islamowi, kapitulują bez podejmowania próby wypracowania kompromisu?

O tym pisze Jean Raspail w Obozie świętych. Ja przedarłem się do jakichś piwnic podświadomości zbiorowej. Mamy dość kłopotów z islamem, chcielibyśmy, aby ci brodacze po prostu poszli z nami na pasterkę. A kobiety w zasłonach na Wielkanoc święciły z nami pisanki. Jesteśmy gotowi ich kochać jako bliźnich, ale boimy się, że oni nie zrozumieją tej miłości, przyjmą ją jako objaw słabości, głupotę. Miłość zawsze jest marzeniem o wzajemności.

Bohaterkami Strychu Świata  są silne i zaradne kobiety – Glorenda, Blandi, siostra przełożona Plusquamperfekta. Otaczający je mężczyźni, może z wyjątkiem – co znaczące – księdza Władeczka Dopucha i wyznawców islamu, są safandułami. Kryzys męskości to jeden z problemów współczesnej kultury?

Pewnie tak. Mężczyźni z lenistwa wynaleźli technikę. I teraz nudzi ich doglądanie maszyn, nie wiedzą, co ze sobą zrobić, jak okazać się godnymi kobiet. Nie ma już szans, aby przywlec do domu upolowaną zwierzynę i być wspaniałym. Ale w Strychu… stary montażysta – Żmudzin jest okej.

Uczciwy i jednocześnie chytry. Wielu pana bohaterów ma swoje pierwowzory w rzeczywistości. Czy tak jest i w tym wypadku?

Wszystko ma swoje pierwowzory – księgi objawione mają pierwowzory w Absolucie, pozostałe w rzeczywistości. Rzeczywistość nie może jednak pojawić się na kartkach in crudo, zawsze podlega mechanizmom postrzegania selektywnego, pamiętania, intelektualnej i intencjonalnej analizy, twórczej rekonstrukcji, podświadomej cenzury, mitologizacji, preparowania dla manipulacji i tak dalej. Pisarz nie zawsze zdaje sobie sprawę, jakimi drogami dochodzi do tego, co czytelnik znajdzie potem w tekście. Zmienia i poprawia, aż jest zadowolony. Nie obchodzą go nazbyt źródła zadowolenia.

Blandi na początku powieści jest przedstawiona jako nieprzeciętnie bystra, ale rozpieszczona i zblazowana smarkula. Bohaterka znika z pola widzenia czytelnika. Kiedy pojawia się ponownie – pod zakonnym imieniem Perfekta – jest rezolutną prenowicjuszką, poświęcającą się dla innych. Czy w rzeczywistości taka przemiana skupionej na sobie Blandi w uczynną Perfektę byłaby możliwa?

Oczywiście. Mój wuj Wacek, ułan 7 Pułku Ułanów Lubelskich, mawiał – w cyrku Durowa świnie chodziły po drucie. Wszystkiego można się nauczyć.

Tylko trzeba chcieć. Egoizm jest łatwiejszy i bardziej się opłaca?

Wydałem kiedyś tom esejów Czy się opłaca mieć duszę?… – tam próbowałem opisać styk tego, co opłacalne, z tym, co zbawienne. Jak się żyje, to się widzi coraz więcej żałosnych skutków egoizmu. Egoizm siedzi głęboko w mechanizmach instynktu samozachowawczego. Ale paleta instynktów ma i inne kolory.

W 2004 roku na łamach „Lampy” opowiadał pan Pawłowi Dunin-Wąsowiczowi o swoich studentach. Czy dzisiejsi młodzi ludzie bardzo różnią się od ówczesnych?

Na tyle, na ile ulegają pokusom i naciskom społeczeństwa spektaklu  (Guy Debord) – a są to naciski coraz mocniejsze, pokusy coraz bardziej prymitywne i sprytnie serwowane.

Jak się przed nimi bronić?

Jak zawsze – trzymając się wiary ojców, uczestnicząc twórczo w kulturze i trzymając pełen humoru dystans w stosunku do surogatów, jakimi nowoczesność zastawia stół. Nie mieć czasu na bzdury, mieć go na przyjaźń.

W wielu swoich książkach wykorzystał pan wzorzec powieści o formowaniu się Bildungsroman. Z czego wynika pana zainteresowanie właśnie tym gatunkiem powieściowym?

Tak wyszło, nie marudziłem nad wyborem formy, treść się cisnęła do bytu! Niepokoje wychowanka Törlessa, Kamienie na szaniec, Syzyfowe prace, Tristram Shandy, Stalky i Spółka…. Ładne książki.

Łączy je przeświadczenie, że dzięki literaturze człowiek może stać się lepszy. Rzeczywiście?

Nie wiem, czy to przeświadczenie można wyczytać z kart wyżej wzmiankowanych książek, nie wiem, czy towarzyszyło autorom przy pisaniu. Biblia jest po to, aby człowiek stawał się lepszy. Niektóre książki są jak dopływy tej wielkiej rzeki. Inne kończą swój bieg w bagnach lub piaskach pustyń. Trzeba uważać, jak się pisze.

W Kamiennych pszczołach  uczeni z Podhalańskiej Akademii Wiedzy zgłębiają korespondencję Witkacego z Leonem Chwistkiem i rozwijają z ducha witkacowską Hipotezę Migusa o Dziewczynie Totalnej, a sama akcja powieści toczy się chwilę po – bliżej nieokreślonej – katastrofie, która zburzyła wcześniejszy porządek świata. Te tropy prowokują do zapytania o pana stosunek do Witkacego jako historiozofa.

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem głębiej – ale i u niego szukanie groteskowej formy łączy się z szukaniem osłony przed katastrofą historyczną.

Witkacy był przekonany o jej nieuchronności. Pan pozostawia czytelnikowi nadzieję. Tak jest uczciwiej?

Odbieranie nadziei jest równie niegodziwe, jak dręczenie zwierząt czy poniżanie aktorów lub żołnierzy.

W prozie chętnie posługuje się pan środkami poetyckimi – metaforą czy rozbudowanym porównaniem. Czasem wręcz przechodzi pan na mowę wiązaną, wplatając w opowiadanie czy powieść utwory poetyckie. Jest pan również autorem wierszy publikowanych w prasie. A jednak dopiero ostatnio zdecydował się pan na wydanie książki poetyckiej.

Zdecydowałem się. Jakoś dziwnie. Zawsze czytywałem poezję, zachwycali mnie poeci. Lorca, Leśmian, Błok, Bagrickij, Twardowski, Pasierb. Wiedziałem, kim są, przez to wiedziałem, że nie jestem poetą. Dlatego bez kompleksów bawiłem się swoimi wierszykami, tym bardziej że wierszowane teksty były od zawsze obyczajem inteligenckiej ekspresji, codziennością komunikacji, tak jak wpisy do sztambuchów, maskarady czy żywe obrazy. Opublikowanie Poczty świątecznej  wprawiło mnie w konfuzję, jakbym siadał na cudzym krześle. Opublikowałem wiersze, jakie były pisane prywatnie, do użytku rodzinnego. Wiersze dla żony, dla córki, dla przyjaciół. Zadecydowałem, aby to zrobić w nadziei, że może to umocni zagrożoną inteligencką tradycję, ocali obyczaje czasu świątecznego w inteligenckich domach. Miałem też nadzieję, że czytelnicy poczują, że traktuję ich jak przyjaciół, że jesteśmy rodziną – my czytający wiersze.

Czytelników poezji jest coraz mniej. Czytają ją głównie sami poeci. Dlaczego tak się stało? Jak można by temu zaradzić?

Rys. Piotr Wojciechowski

Rys. Piotr Wojciechowski

Bożyszczami społeczeństwa spektaklu są następujący: Dochód Netto, Innowacja Technologiczna, Orgazm, Oglądalność, Gol Futbolowy. To wszystko bałwany religii Oświecenia. Poezja nie bardzo potrafi wpisać się w liturgię tego kultu. Erving Goffman powiedziałby, że nie ma dla poetów miejsca ani na scenie, ani za kulisami, ani na widowni. Ten spektakl ich wyklucza. Można próbować kłaniać się nowym bożyszczom. Można stawiać własny teatr w zaułkach nowoczesności.

Czuje się pan związany z Lublinem i Wielkopolską. Wielkopolanom zawsze było po drodze ze Ślązakami. Panu również Śląsk jest bliski?

Jeszcze jak bliski! Fedrowałem jako praktykant z łopatą w kopalni Rydułtowy, mieszkałem w Domu Górnika, uczyłem się śląskiej godki i grania w skata. W niedzielę w Raciborzu grała orkiestra, chodziło się tam na piechotę. Mam wielu przyjaciół z Rudy, Bytomia, Sosnowca. Mam rodzinę w Katowicach Ligocie, wspaniałą Ciocię Lidzię. Korespondowałem z siostrami Nawrat, nadzwyczajnymi katechetkami z Rudy, daremnie próbowałem wydać ich wspomnienia. Był tam kawał śląskiego losu. Jako geolog z wykształcenia świętuję Barbórkę. Bardzo silne więzy łączą mnie też z Dolnym Śląskiem – w latach 1955-1961 studiowałem tam geologię na uniwersytecie, rok pracowałem jako asystent, do dziś związany jestem ze środowiskiem Sekcji Grotołazów Akademickiego Klubu Turystycznego, bardzo wiele zawdzięczam przyjaciołom z gór i jaskiń.

Niedawno skończył pan pracę nad kolejną powieścią. Czy może pan powiedzieć o niej coś więcej?

Wnuczka Jałty  ma trzy części. Ma też trzy warstwy fabularne. To romans, powieść katastroficzna, utopia polityczna. Boję się, że nie znajdzie wydawcy. Opowiada o kwartecie smyczkowym, o Teatrze Wiecznym Slobodana Vukadinowicza, o pięknej Emmie, która nie zna się na muzyce i dużo kłamie, o rodzinie włoskich krawców z Toskanii, którzy szyją fraki muzykom, o hakerach i żołnierzach tajnej jednostki likwidującej niebezpiecznych hakerów. Opowiada o cyfrowym tsunami, które powoduje klęskę większą niż wojna światowa, o próbach odbudowy cywilizacji Zachodu po tej klęsce. Emma jest postacią zwornikową, przyjaciółką i menadżerem kwartetu, córką żołnierza jednostki antyhakerskiej, u Domenico Castellominerva zamawia cztery smokingi, próbuje zrozumieć, co się stało, pojąć, czy wszystko wiąże się z tym, że zdradziła Serża, który miał być dyplomatą, a został tancerzem. Na podstawie tych dyspozycji każdy może sobie napisać Wnuczkę Jałty. Ale, o ile się orientuję, tylko mnie się chciało.

Z Piotrem Wojciechowskim rozmawiał Jan Baron, 7 grudnia 2016.

 .

Piotr Wojciechowski (ur. w 1938 r.) – taternik, narciarz i grotołaz, prozaik, poeta, reżyser filmowy, scenarzysta, rysownik, krytyk filmowy, publicysta. Jego debiut Kamienne pszczoły  (1967) oraz druga książka Czaszka w czaszce  (1970) stały się powieściami kultowymi, potem opublikował jeszcze kolejne powieści i zbiory opowiadań, między innymi Ulewa, kometa, świński targ   (1974), Wysokie pokoje  (1977), Półtora królestwa. (Opowiadania beskidzkie)   (1984), Obraz napowietrzny  (1988), Harpunnik otchłani   (1996), ostatnio zaś: Doczekaj nowiu   (2007), Serce do gry  (2010), Tratwa manekina   (2013), Strych Świata  (2016). Autor zbiorów esejów oraz opowiadań dla dzieci. Wydał również tom wierszy Poczta świąteczna  (2016). Jego utwory były tłumaczone na niemiecki, angielski, czeski, węgierski i słoweński. Jest laureatem kilku nagród literackich, między innymi Nagrody Fundacji im Kościelskich (1978) i Nagrody im. Kornela Makuszyńskiego (1994). Uczy pisania scenariuszy w Szkole Filmowej w Łodzi, jest także wykładowcą Pracowni Prozy w Laboratorium Reportażu UW. Jest społecznym promotorem Polski dla Romantyków – szlaku rowerowego wzdłuż wschodniej granicy Polski.

Jan Baron, fot. Zuzanna Baron

Jan Baron, fot. Zuzanna Baron

Jan Baron (ur. w 1985 r.) – autor dwóch książek poetyckich: Korekta  (2010) i Układ scalony  (2015). Jego wiersze ukazywały się w prasie (między innymi w „Odrze”, „Gazecie Wyborczej”, „Toposie” i „Śląsku”), a także w antologiach – ostatnio w  Przewodniku po zaminowanym terenie  (2016). Absolwent edytorstwa UJ, doktorant Wydziału Filologicznego UŚ. Pracuje w Bibliotece Śląskiej w Katowicach.