Fot. Marcin Rafał Chwin

Fot. Marcin Rafał Chwin

Beata Klimowicz: Udziela pan wielu wywiadów. Zdarza się, że wypowiada się pan w nich na tematy polityczne. Czy nie ma ryzyka, że może to rzutować na odbiór pana książek, na przykład zniechęcać część czytelników?

Stefan Chwin: Jeśli dziennikarze pytają mnie o rzeczy filozoficzne czy literackie, to mówię o rzeczach filozoficznych czy literackich. Jeśli pytają mnie o rzeczy polityczne, to mówię o politycznych, to znaczy o świecie, który mnie otacza. Czy to może być dla mnie niebezpieczne? Pewnie może, ale cóż, życie ma to do siebie, że jest raczej dość niebezpieczne.

Mickiewicz, Słowacki, Krasiński, Prus, Sienkiewicz, Żeromski, Miłosz, Gombrowicz czy Witkacy też otwarcie wypowiadali się na tematy polityczne. Myśli pan, że nie brali pod uwagę tego niebezpieczeństwa?

Pyta pani, czy im to zaszkodziło? Możliwe, bo są czytelnicy, którzy wolą, żeby pisarz odrywał ich od realnej rzeczywistości i przenosił w krainę fikcji, kiedy więc słyszą jego wypowiedzi na temat realnego świata, to się od niego odwracają, bo realnego świata mocno nie lubią. Ale kto ma czytać moje książki i tak będzie je czytać, obojętne, co ja powiem na temat świata.

Jakiś czas temu pewien wrocławski pisarz powiedział w radiu, że nigdy nie rozmawia na tematy polityczne, bo gdyby ujawnił swoje poglądy, to mógłby stracić część czytelników.

Pięknie! Najlepiej woda w usta, bo wtedy można więcej zarobić. Wygląda to na rodzaj – proszę mi wybaczyć nieeleganckie słowa – literackiej prostytucji. Chytra asekuracja plus finansowe łakomstwo.

Z kolei inny pisarz powiedział niedawno, że jak ktoś ma poglądy polityczne w życiu, to będzie się ich trzymał także w pisaniu. Co pan na to?

Jest w tym gruba przesada. Można pisać powieści z żartobliwym dystansem wobec samego siebie.

Pan powiedział kiedyś, że pana twórczość beletrystyczna ma być niejadalna dla jakiejkolwiek opcji politycznej, jednak właśnie w wywiadach nie ucieka pan od polityki. Czy nie ma w tym pewnego rodzaju sprzeczności?

Ależ to, co ja mówię w wywiadach, też nie do końca smakuje jakiejkolwiek opcji politycznej! Na przykład z mojego wywiadu Gra o krew  z pewnością nie ucieszyli się ani liberalni demokraci ani narodowi konserwatyści, nie mówiąc już o ludziach z radykalnej lewicy czy prawicy.

To jeden z pana ostatnich wywiadów z 2015 roku. Co w nim nie smakowało żadnej opcji?

Między innymi to, że demokracja ma w sobie, niestety, instynkt samozniszczenia. Korzystając z wolności część artystów, żyjących w państwach demokratycznych, lubi tworzyć dzieła, które podważają czy nawet ośmieszają system wartości demokratycznych. A znaczna część widzów i czytelników – co jeszcze gorsze – lubi takie dzieła oglądać i czytać.

Jakby sami zwracali się przeciwko wolności, dzięki której mogą dzisiaj swobodnie tworzyć i odbierać sztukę?

Tak to, niestety, wygląda. Dzisiaj na przykład obserwujemy w kulturze masowej społeczeństw demokratycznych prawdziwą inwazję średniowiecza. Są to filmy i gry komputerowe, które zamiast głosić pochwałę idei głosowania w wyborach, negocjowania z przeciwnikami politycznymi, tolerancji i kompromisu, głoszą kult wodza i mięśniaków, którzy wszystkie sprawy załatwiają za pomocą miecza i karabinu maszynowego. Z perspektywy takich dzieł jak Gladiator czy Gra o tron demokracja wydaje się nudna, mdła i nieciekawa. Niewiele ma do zaoferowania tym, którzy szukają mocnych wrażeń w życiu.

Chyba dotyczy to jednak głównie młodszej generacji, jej części?

Nie tylko młodszej generacji. Kiedy ludzie żyją w państwie demokratycznym, zwykle nie doceniają tego, że są wolni, bo wolność jest niewidoczna jak powietrze, którym oddychają. Budzą się dopiero wtedy, gdy tego powietrza zaczyna brakować. A wtedy jest już za późno. Na przykład spora część ludzi lubi śmiać się i szydzić z instytucji parlamentu, uznając go za miejsce kłótni i niepotrzebnego gadulstwa. Tacy ludzie wolą szukać sobie twardego Wodza oraz drużyny, która będzie w telewizji popisowo rozprawiać się z przeciwnikami politycznymi. Spora część masowej publiczności lubi takie widowiska.

Bardzo to smutna konstatacja.

Proszę pani, człowiek jest, niestety, w przeważającym stopniu istotą emocjonalną. Co jakiś czas, gdy zaczyna nudzić go życie jako współdziałanie, sztuka kompromisu i pomoc wzajemna, woli życie jako emocjonującą, bezwzględną walkę. Odczuwa wtedy irracjonalną przyjemność w prześladowaniu, obrażaniu, biciu i poniżaniu tych, którzy nie są do niego podobni…

Czyli?

Cyganie, Żydzi, imigranci, geje, Rosjanie, Niemcy, Ukraińcy, Arabowie, jehowici, lesbijki, lewacy, liberałowie, socjaldemokraci, inteligenci, bogaci, bezdomni, artyści, księża, aktorzy, ateiści, moherowe berety, feministki, tacy, co się im udało, i tacy, co im się nie udało… Dowalić takim to prawdziwa przyjemność. Kiedy adrenalina uderza do głowy, wtedy ludzie zaczynają pogardzać instytucjami demokratycznymi. Bo instytucje demokratyczne chronią prawa mniejszości i kontrolują władzę. Czyli niepotrzebnie utrudniają życie.

Rzeczywiście, dyktatorzy działają szybciej niż złożone instytucje przestrzegające żmudnych nieraz procedur.

Nie chodzi tylko o dyktatorów, lecz o wszelką władzę autorytarną. Bo takie instytucje stanowią podstawową gwarancję demokracji, ale przez to, że utrudniają szybkie podejmowanie decyzji politycznych i gospodarczych, mogą rozwścieczać ludzi, którzy chcą, żeby wszystko było załatwiane po prostu natychmiast, do razu, jednym uderzeniem pięści w stół. Tymczasem każdy, kto w państwie demokratycznym niszczy procedury spowalniające podejmowanie decyzji i obezwładnia mechanizmy kontrolujące władzę lub ogranicza ich rolę, w istocie rujnuje sam fundament demokracji. Bo tam, gdzie nie ma mocnych, niezależnych instytucji, które kontrolują władzę, demokracja przestaje być demokracją. Jest tylko demokracją z pozoru.

A jednak mówi pan jak polityk…

Nie, proszę pani. Jeśli w wywiadach mówię o takich sprawach, robię to jako pisarz z własnego, osobistego punktu widzenia, a nie jako polityk. Bo polityk wypowiada się po to, żeby poprzeć tę czy inną partię. A ja tego nie robię. Ale rozumiem dlaczego tak wielu ludzi nienawidzi polityki. Czują do niej obrzydzenie, bo polityka jest sztuką zdobywania władzy, a sama władza polega na tym, że jeden człowiek zmusza drugiego człowieka do tego, czego ten drugi nie chce, co z pewnością nie musi wyglądać apetycznie. Łamanie ludzi zgodne z prawem – to istota władzy, co może od polityki odrzucać.

Gdyby jednak przyjąć taki punkt widzenia, trzeba by wyrzucić do kosza prawie wszystkie sztuki Szekspira. Bo prawie wszystkie mówią o polityce, czyli o zdobywaniu i sprawowaniu władzy.

Ależ ma pani najzupełniejszą rację. Szekspir uważnie przyglądał się człowiekowi w różnych sytuacjach społecznych właśnie jako pisarz i chociaż pisał o polityce, sam nie był politykiem. Ja też uważnie przyglądam się naszym zwierzętom politycznym nie jako polityk, lecz jako pisarz, bo nie mam żadnej ochoty brać udziału w ich twardych grach.

Jednak często postrzegany jest pan jako kontrowersyjny, prowokujący. Niełatwo jest pana zaszufladkować, lecz próby są wciąż podejmowane. Na przykład określa się pana mianem rozbijacza polskich stereotypów, artystą prawdy.

Mnie nie interesuje żadne prowokowanie kogokolwiek. Staram się tylko zbliżyć do prawdy, na ile to możliwe. Może czasem mi się udaje.

Mówił pan o wielu trudnych sprawach, również o słabościach polskiej krytyki literackiej, kierującej się według pana mentalnością odciskową, która, inaczej niż literatura – nie podlega ocenie i ma swoją szkołę kiczu. Tak pan to przynajmniej widział kilka lat temu. A jak jest w pana opinii dziś?

Krytyka literacka? Krytyka literacka w Polsce, proszę pani, właściwie już nie istnieje. Mam na myśli krytykę, która rzeczywiście potrafi wpływać na gusty i wybory czytelników, to znaczy jest obecna na łamach dzienników. Otóż takiej krytyki już od dawna w Polsce nie ma. Słyszałem, że ważną rolę odgrywa dzisiaj w życiu literackim zwyczaj kupowania drobnych recenzji przez wydawców, żeby je można było potem wydrukować w magazynach kolorowych dla kobiet, ale tego rodzaju advertising trudno nazwać krytyką literacką. Trochę krytyki literackiej jeszcze uchowało się w prestiżowych tygodnikach opinii. Poważne teksty krytyczne ukazują się w miesięcznikach i kwartalnikach, ale ich wpływ na gusty szerszej publiczności jest prawie żaden, bo to są zwykle pisma niszowe.

Ale są jeszcze publikacje w Internecie.

Z pewnością. Ale i w czasopismach o większym zasięgu, i w Internecie, pojawiło się – i utrwala się! – zjawisko pisarza bez książek. Na przykład dziennikarze, którzy przeprowadzają wywiad z pisarzem, pytają go o wszystko, tylko nie o to, co on naprawdę napisał w swoich książkach. Pisarz jest ważny jako osoba publiczna, pan występujący w telewizji, fotografowany, nagrywany, udzielający wywiadów. Pyta się o jego życie, rodzinę, żonę, dzieci, podróże, hobby, ale – broń Boże! – nie o jego twórczość.

A więc pisarz jako celebryta?

Nie, proszę pani. Celebryta to jest ktoś, kto nie ma nic oprócz tego, że jest znany. A pisarz oprócz tego, że może być znany, jednak coś napisał i czasem nawet coś bardzo istotnego. Ale dzisiaj bywa tak, że dla dziennikarzy i publiczności ważniejsze od tego, co pisarz napisał, jest to, co można na temat jego osoby znaleźć w Internecie. Tak właśnie powstaje fenomen pisarza bez książek. Twórczość jest traktowana jako drugorzędny dodatek do publicznej kariery pisarza jako człowieka sukcesu.

Chyba czytelnicy na spotkania autorskie przychodzą jednak do pisarza z książkami?

Różnie to bywa. Ale bardzo sobie cenię na przykład spotkania w Dyskusyjnych Klubach Książki. Dlatego nigdy nie odmawiam, nawet jeśli zaproszenia napływają do mnie z dalekich stron. Bo gdy przyjeżdżam do jakiegoś małego ośrodka, a czeka tam na mnie w bibliotece trzydzieści osób, które naprawdę znają moje książki i jeszcze zadają mi sensowne pytania na ich temat, to sytuacja jest po prostu znakomita. Członkowie klubów książki sami zresztą wybierają pisarza, którego chcą zaprosić. Nikt im niczego nie narzuca. Po prostu z własnej woli decydują, z kim chcą porozmawiać.

Pana spotkania autorskie często prowadzi żona, dużo państwo razem podróżują. Żona jest również, jak pan mówi – pańską muzą. Ale jest też kierowcą, wydawczynią, organizatorką życia. To bardzo praktyczna wartość, posiadanie tak zaradnej muzy. Jak te sprawy miały się jednak wcześniej, gdy żona zajmowała się wychowywaniem dzieci?

Były takie okresy w naszym życiu, kiedy to ja zajmowałem się wychowywaniem dzieci. Nieźle poznałem kobiece zajęcia od środka, więc wiem, jaka to poważna sprawa. Bardzo to zmieniło mój stosunek do kobiet a także wpłynęło na to, jak piszę o kobietach. Jednym ze świadectw tej zmiany jest moja powieść Esther. Ile mogłem, pomagałem żonie, ale do końca życia będę miał wyrzuty sumienia, że główny ciężar wychowania synów wzięła jednak na siebie ona. Przez wiele lat nie mieliśmy łatwego życia. Poświęcałem bardzo wiele czasu na pracę naukową i literacką, często kosztem spraw rodzinnych, w sumie jednak – mimo kłopotów – okazało się to słuszne.

Poświęcenie?

Decyzja, którą podjęła żona, by założyć własne wydawnictwo, w którym by ukazywały się prawie wszystkie moje książki, była jedną z najtrafniejszych w naszym życiu. Od dwudziestu lat – to znaczy od czasu publikacji Hanemanna – ściśle współpracujemy ze sobą. Żona jest pierwszym recenzentem, redaktorem, wydawcą moich książek, planuje też różne formy naszego udziału w życiu literackim. Prawie wszędzie jeździmy razem. Promując moje książki za granicą, przejechaliśmy ładny kawałek świata. Prawdziwie piękna Ziemia jest wtedy, gdy widzą ją cztery źrenice.

Jednak chyba nawet wtedy nie przepada pan za podróżami, podobno źle pan wtedy sypia, zdarzało się, że zmieniał pan hotel kilkakrotnie podczas jednego wyjazdu. Jest pan bardzo zakorzeniony w Gdańsku. Z drugiej strony w Hanemannie pisze pan: Życie jest wszędzie, co jest raczej pochwałą mobilności. Jak pan to godzi?

Ileż to spraw w jednym pytaniu! Podróżować zawsze bardzo lubiłem, musiałem się tylko przestawić na nocowanie w pociągach czy hotelach, co nie było łatwe, ale z czasem się udało. Nauczyłem się pisać nawet w pociągu i samolocie. Co jakiś czas wyruszam w dłuższe tournée po świecie, zmieniając miejsca noclegowania parokrotnie w ciągu tygodnia, ale zmiana miejsca i krajobrazu za oknem działa na mnie pobudzająco. Sprzyja rodzeniu się pomysłów. Kiedy opuszczam moje miejsce zamieszkania, dusza się otwiera na nowe możliwości. Szczególnego sensu nabierają też powroty. Właśnie podróże po świecie upewniły mnie w przekonaniu, że żyję w miejscu szczególnym, którego bym nie zamienił na żadne inne.

Podobnie jak pejzażu Gdańska widzianego z okna pana mieszkania? Często pojawia się w pana książkach.

Z okna widzę morze i ogrom północnego nieba, mewy, jaskółki, potężne zorze o wschodzie słońca, okręty wpływające i wypływające z portu. Dom stoi na pasmie morenowych wzgórz porośniętych wspaniałym lasem sosnowo-świerkowo-bukowym, są też miejsca, gdzie las się urywa i z wysokości paru pięter widać Zatokę Gdańską z półwyspem na horyzoncie. Krajobraz jest surowy, ale ja nawet wolę tę surowość od żółtobrązowych krajobrazów Południa. Samo miasto zostało zbudowane na rozległej, dawnej plaży, między morzem a morenowymi wzgórzami. Krajobrazy są tutaj nie tak jednostajne jak na Żuławach, zielonej równinie, która też ma swoje – dość posępne – piękno.

To jest pana mała ojczyzna?

Pojęcia literatura małych ojczyzn nie lubię, bo mnie ono ogranicza, a ponadto mocno pachnie polityką. Nie miałem nigdy żadnego sentymentalnego kultu własnego, regionalnego małego kącika. Gdańsk jest oczywiście dla mnie ważny jako punkt wyjścia dla wyobraźni, ale nie przesadzajmy. Ja nie jestem żadnym niewolnikiem miejsca, choć bardzo lubię powracać do Gdańska z dalekich podróży. Kiedy widzę z okna pociągu, jak nad równiną Żuław zbliżają się dalekie wieże ratusza i Bazyliki Mariackiej, czuję prawdziwe wzruszenie. Zawsze tak było.

Uczynił pan jednak z Gdańska, podobnie jak Grass czy Huelle, wielki temat literacki. A co z Gdynią? Ją też pan widzi z okien swojego gabinetu, ale nigdy nie umiejscowił pan tam akcji żadnej ze swoich książek. Czy kiedyś pan to zrobi?

Gdynianie mnie czasem o to pytają, co oczywiście jest miłe. Ale ja o Gdyni trochę napisałem, przede wszystkim w Krótkiej historii pewnego żartu, a w Kartkach z dziennika sporo o Gdyni-Orłowo, gdzie chodziłem do słynnej szkoły plastycznej. Ostatnie strony Dziennika dla dorosłych dzieją się pod klifem orłowskim, podobnie jak finałowa scena ze Złotego pelikana. W Krótkiej historii opisałem na wielu stronach stalinowski pochód pierwszomajowy, w którym uczestniczyłem jako dziecko w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku właśnie na ulicach Gdyni. Drugiego takiego opisu w polskiej literaturze nie ma.

Podobnie jak nie ma – i chyba w polskiej literaturze nie było – pisarza, który tak wielką sprawiedliwość oddaje małżonce. Kobiety odegrały – i nadal odgrywają – ważną rolę w pana życiu. Dzieli je pan na wygnanki – skłócone z materią, nienawistne, nieszczęśliwe. Wypędzone z istnienia – i pomocnice w istnieniu – silne emocjonalnie i stabilne, zręcznie radzące sobie z materią, niedopuszczające do siebie nawet myśli o złu. Pana babcia była pomocnicą, żona z pewnością też nią jest. No ale co z wygnanką? Nie kusiło pana czasem, by którejś z nich pomóc pogodzić się ze światem?

Nie wierzę, by komukolwiek udało się pomóc komuś pogodzić się ze światem. To są rzeczy nienaprawialne. Nasza postawa wobec świata kształtuje się już w chwili urodzenia, a może nawet jeszcze wcześniej, w życiu prenatalnym. Na przykład słynny psychoanalityk, polemista Freuda, Otto Rank mówił o szoku narodzin, z którego część ludzi nie może się otrząsnąć do końca życia. Są ludzie, którzy czują, że świat ich w naturalny sposób przyciąga, i tacy, których świat odpycha.

Brzmi to trochę jak wymówka.

Proszę pani, albo się rodzimy tacy, albo tacy. Nie wierzę w żadne terapie, które mogłyby to zmienić. Przychodzimy na świat w jakiejś określonej formie istnienia, której nigdy nie przeskoczymy, choćbyśmy stawali na głowie. Zbyt dużo się napatrzyłem na ludzi, by mieć jakieś złudzenia. Na przykład uważam, że są ludzie, którzy przychodzą na świat jako urodzeni samobójcy. Nie ma dla nich żadnego ratunku.

Skrajnie pesymistyczny pogląd.

Jest to oczywiście tajemnica, dlaczego Bóg daje każdemu z nas w chwili poczęcia taką czy inną formę istnienia, skazując tym samym na życie przyciągające albo odpychające. Są ludzie, którym świat nie smakuje od urodzenia i nie da się tego zmienić. Może to jest uwarunkowane genetycznie, może środowiskowo, może rodzinnie, może kulturowo. Wiem, że nie powinienem mówić takich rzeczy, gdyż może to zniechęcić do mnie jakichś czytelników, bo teraz wszyscy chcą, żeby pisarz czarował ich rozmaitymi obietnicami nadziei. Ale ja nie mam ochoty na okłamywanie ludzi po to, żeby wkraść się w ich łaski.

O samobójstwie pisze pan od dawna. Poświęcił mu pan dwie książki: Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni oraz Samobójstwo i grzech istnienia. Jednak pisze pan też dzienniki, a ta forma ma według pana funkcję ocalającą. Czyli jest nadzieja?

Tylko nadzieja – na co? Widzi pani, Tadeusz Borowski uważał na przykład, że właśnie nadzieja jest źródłem największego zła. I dawał taki oto przykład. W Auschwitz tysiące ludzi szły spokojnie, bez żadnego protestu, prosto do komór gazowych. Czasem pilnowało ich tylko dziesięciu, piętnastu uzbrojonych strażników! A ludzie szli, szli, szli tysiącami spokojnie prosto do komory gazowej, właśnie dlatego, że do ostatniej chwili mieli nadzieję, że jeśli będą grzeczni, jeśli nie ruszą palcem, jeśli nie wykonają jakiegoś niewłaściwego gestu, to może ocaleją. Przecież takie dziesięć tysięcy ludzi mogłoby – jak Borowski pisał – rozpędzić wszystkich tych strażników w parę chwil! Pewnie trochę ludzi by przy tym zginęło czy odniosło rany, ale reszta mogłaby jednak ocaleć, albo przynajmniej poniosłaby śmierć w walce, a nie zginęła – jak to określał Różewicz w wierszu Ocalony – niczym zwierzęta rzeźne. Ale nikt do samego końca nie ruszał nawet palcem, bo każdy miał nadzieję. To właśnie nadzieja na przeżycie prowadziła ich prosto w śmierć. Dlatego Borowski uważał, że w niej bije źródło zła.

No, ale Auschwitz to jednak była sytuacja ekstremalna. A w zwykłym życiu nadzieja ma sens.

Ja myślę, że można to odnieść do różnych sytuacji w życiu, nie tylko do obozu w Auschwitz. Zwykle człowiek w trudnych sytuacjach mówi sobie: jak nie będę się narażał, to mam nadzieję, może mi się uda. Tymczasem nie narażając się na mniejsze niebezpieczeństwo, zwykle pakujemy się w dużo większe. W tym sensie nadzieja jest przeciwieństwem odwagi. Jak ktoś ma nadzieję, to zwykle liczy, że brak odważnych decyzji go ocali. Tak zachowuje się wielu ludzi.

Rzeczywiście, tak często jest.

Tak było na przykład w Niemczech, kiedy naziści dochodzili do władzy. Ludzie widzieli, że zaczyna się coś niedobrego, ale mówili sobie: miejmy nadzieję, że to tylko chwilowe. Nic nie róbmy, siedźmy cicho, przeczekamy zły czas, a zło minie samo, bo przecież nie może trwać wiecznie. Kiedy widzieli, że rząd zaczyna prześladować opozycję, mówili sobie: to źle, że oni są prześladowani, ale miejmy nadzieję, że nas samych partia rządząca zostawi w spokoju.

Bo nas to nie dotyczy?

Bo nas to na szczęście nie dotyczy. To innych, nie nas, prześladują, więc jak będziemy siedzieć cicho, nie mówiąc nic przeciwko partii rządzącej, to miejmy nadzieję, nic nam się nie stanie. Kiedy tajna policja przychodziła w nocy aresztować sąsiadów, ludzie mówili sobie: miejmy nadzieję, że wezmą tylko ich. Nie ruszajmy się, nie róbmy nic, siedźmy cicho, może nam się uda. I tak właśnie zwykła ludzka nadzieja umacniała władzę nazistów, odbierając ludziom wszelką wolę oporu.

Jednak nadzieja trzyma ludzi przy życiu. Na przykład w ciężkiej chorobie, z tym chyba pan się zgodzi?

Nie wiem, czy sensowna jest nadzieja w przypadku nieuleczalnie chorych. Dawniej ludzie potrafili pogodzić się z nieuniknionym i umierali w spokoju. Teraz nadzieja sprawia, że ludzie umierają w przerażeniu, bo nie potrafią pogodzić się z tym, że to już koniec. Do ostatnich chwil rozpaczliwie karmią się nadzieją, co zmienia ich ostatnie godziny w udrękę.
A co do samobójstwa… Nieprawdą jest, że depresja jest jego jedyną przyczyną. To stereotyp. Są różne rodzaje samobójstw, które nie mają niczego wspólnego z depresją. Na przykład tak zwane samobójstwa altruistyczne. Pisałem o tym w książce Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni.

Ale też opublikował pan swoje dwa dzienniki. Czy pisanie dziennika może mieć funkcję ocalającą?

Nie wierzę w żadną ocalającą funkcję dziennika. Życie jest silniejsze od wszystkiego i nie da się obłaskawić żadnym pisaniem. Ale z całą pewnością pisanie Kartek z dziennika i Dziennika dla dorosłych bardzo mnie wzmocniło. Zawsze miałem wrażenie niepełnej realności własnego życia. Kiedy zapisuję to, co mi się przydarzyło, moje życie nabiera realności jakby mocniejszej niż życie przeżyte. Zresztą chyba wielu ludzi postępuje podobnie. Opowiadają swoje życie innym, żeby się upewnić, że mają życie rzeczywiste.

Sam fakt przemiany zdarzenia w opowieść ma aż takie znaczenie?

Jak przeżyte zdarzenie zostanie opowiedziane koleżance czy przyjacielowi, to ono dopiero wtedy staje się naprawdę realne i ważne. Mnie wystarczy sam zapis. Widzialność życia wewnętrznego, zapisanego na białej kartce, jest bardzo krzepiąca. Ale wszystko to daleko odbiega od jakichkolwiek nadmiernych nadziei. Z nadzieją w moim życiu postępowałem zawsze bardzo ostrożnie. Zwykle dziwiłem się, że coś mi się udało, bo uważałem, że życie nas raczej nie rozpieszcza. I jeśli czasem obdaruje nas jakąś łaską, to przez czysty przypadek. Miałem zresztą takich przypadków w życiu całkiem sporo, ale mimo to nigdy nie liczyłem na jakąś gruntowniejszą odmianę losu.

Myślałam, że według pana na pisanie można patrzeć jako na sposób na mrok życia – to tytuł artykułu podsumowującego jedną z audycji w radiowej dwójce z pana udziałem, choć – sprawdziłam – sam pan tych słów nie użył.

Nie ma żadnego sposobu na mrok życia, może poza fanatyzmem religijnym. Fanatyk religijny tym się różni od normalnego człowieka, że potrafi patrzeć na potworności, jakie dzieją się na świecie, ze spokojnym uśmiechem na twarzy, powtarzając sobie, że świat jest piękny a dobry Bóg wszystkich nas kocha. Fanatyzm religijny pozwala nie widzieć świata. W tym sensie daje szczęście. Oczywiście daje je fanatykowi religijnemu, a nie tym, których fanatyk religijny na przykład prześladuje. Ale umieć nie widzieć świata i wmawiać sobie, że wszystko jest okej, to jest duża sprawa. W tym sensie fanatykom religijnym można pozazdrościć. Bo fanatyk religijny nie ma żadnych wątpliwości, że wszystko na świecie jest okej, nawet jeśli widzi wokół siebie straszne rzeczy. Wie, że jest posiadaczem zbawczej Prawdy, która wszystko wyjaśnia, i koniec.

A co z tymi, którzy nie są fanatykami religijnymi?

Jeśli człowiek nie jest fanatykiem religijnym, to niestety ma rozmaite wątpliwości i kłopoty wewnętrzne. Pisanie nie jest żadnym sposobem na mrok życia, ma jednak ważną funkcję wspólnotową. Kiedy na przykład czytam czyjś dziennik, to odkrywam, że jego autor miał podobne kłopoty co ja, więc – i to jest ten moment krzepiąco-wspólnotowy – nie jestem ze swoimi kłopotami na świecie zupełnie sam.

Bo pociesza nas to, że wszyscy jakoś dzielimy tę samą ludzką dolę na Ziemi?

Jest takie ładne określenie chrześcijańskie: Wygnańcy Ewy. My wszyscy na Ziemi jesteśmy wygnańcami Ewy. Literatura jest formą wymiany doświadczeń między wygnańcami Ewy. Oczywiście mówię o tak zwanej poważnej literaturze, a nie o na przykład romansach kolejowych, kryminałach czy powieściach sensacyjnych. Czasem przypomina ona rozmowę żebraków. Siedzą żebracy pod murem kościoła i opowiadają sobie o życiu. I jeśli nawet opowieści nie są pogodne, sam fakt opowiadania umacnia ich w przekonaniu, że wszyscy jesteśmy zanurzeni po uszy w tej samej materii istnienia. Tak powstaje wielka wspólnota opowiadania, która łączy ludzi ponad czasem. Dostojewski opowiada swoją historię Kafce, Kafka opowiada Albertowi Camus, Albert Camus opowiada Mrożkowi, Mrożek opowiada Gombrowiczowi, Prus Sienkiewiczowi, a Houellebecq mnie…

No właśnie – pomaga nam świadomość, że inni mają równie źle. Bardzo ludzkie, lecz jednak nadal pesymistyczne.

Proszę pani, przecież wszyscy wiemy, że większość ludzi ma znacznie mocniejsze sposoby na mrok życia niż jakieś tam pisanie czegokolwiek czy religijne obietnice. Gdyby na przykład na całym świecie pewnego dnia nagle, w ciągu jednej sekundy, zniknęły ze wszystkich półek sklepowych wszystkie butelki wódki, można sobie tylko wyobrazić, jak wzrosłaby natychmiast liczba samobójstw.

Czyli moc ocalającą ma alkohol?

Podobnie, gdyby zniknęły wszystkie narkotyki. Dlatego państwa na całym świecie bardzo niekonsekwentnie walczą z alkoholem i narkotykami. To znaczy walczą tak, by nie zwyciężyć do końca, bo wszyscy wiemy, że ludzkość po prostu nie przetrwałaby bez nich na Ziemi. Dlatego zresztą na alkoholu i narkotykach można tyle zarobić. Tak to wygląda. Główną przyczyną alkoholizmu i narkomanii jest, niestety, ludzka rozpacz w obliczu okropności życia. Opinia taka nie podoba się jednak bardzo wielu ludziom.

No tak, bo raczej uważa się, że alkoholizm jest po prostu efektem moralnej słabości.

Ale pani zupełnie nie wspomina o humorze, który jest ważnym elementem mojego pisania właśnie jako jeden ze sposobów na mrok życia. Cała Krótka historia pewnego żartu utrzymana jest w tonacji humorystyczno-ironicznej, bo ja bardzo lubię zderzać w moich książkach poważny temat z ujęciami humorystycznymi. Najsilniej to występuje w Złotym pelikanie, który jest rodzajem powieściowej tragikomedii. Pamiętam, jak na spotkaniu autorskim w Monachium niemiecka publiczność zaśmiewała się ze scen i metafor, które występują w tej powieści. Niemcy tę ironiczną tonację chwytali błyskawicznie, ale czytelnicy w Polsce – już raczej nie. Można zastanawiać się nad tym, dlaczego nie chwytali. Kiedyś nawet napisałem parodię Lalki Prusa, nieźle się przy tym bawiąc. Opowiadanie Wiedeńska miłość Stacha W. ukazało się drukiem w tomie Wakacyjna miłość.

Przepraszam, wydawali mi się państwo rzeczywiście dość poważni.

Ależ my razem z żoną potrafimy się zaśmiewać do łez, opowiadając sobie rozmaite historie, jakie nam się przydarzyły, z których część trafia potem do moich tekstów! A już prawdziwe ataki śmiechu dopadają mnie na filmach Woody Allena, którego poczucie humoru jest mi bliskie. Przy czym ja potrafię śmiać się z rzeczy, z których większość ludzi raczej śmiać się nie chce albo nie potrafi. To znaczy także z rzeczy ostatecznych. Kiedyś bardzo bawiłem się na czarnych sztukach Witkacego czy Mrożka…

A więc mrok da się jednak pokonać. Powiedział pan też kiedyś: wielkim szczęściem jest mieć takie dzieciństwo, chwile ocalające. To wielki posag na życie, siła do radzenia sobie z jego okropnościami. Chciałabym jednak zadać panu inne pytanie dotyczące dzieciństwa: czy pana rodzinny dom, babcia, rodzice – był środowiskiem inspirującym dla przyszłego pisarza?

Powtórzę: nie miałem łatwego życia. A niełatwe życie bardzo sprzyja twórczości, bo zaostrza wrażliwość, pomaga widzieć rzeczy, których inni ludzie nie widzą albo nie chcą widzieć. Wyrabia także skłonność do ironii i humorystycznego dystansu wobec tego, co się nam przydarza. Tak sobie myślę. Może nawet takie życie jest w ogóle warunkiem twórczości. Pod wpływem rozmaitych dobrych i niedobrych doświadczeń, które mnie kształtowały, w pewnym momencie – było to jeszcze w dzieciństwie – doznałem dziwnego wrażenia, że jestem starszy od moich rówieśników. Pamiętam, że to było niesamowite.

Na czym dokładnie to polegało?

Coś mnie wyrzuciło poza ich świat, który nagle wydał mi się płaski i nieciekawy. Moją rodzinę przecinały rozmaite napięcia uczuciowe, religijne, intelektualne, światopoglądowe, regionalne, nawet językowe. Była to sytuacja wyzwalająca potrzebę napiętej obserwacji i samodzielnego myślenia, co sprzyja tworzeniu. Bardzo wcześnie zacząłem malować, rysować i pisać. Sprawiało mi to większą przyjemność niż przebywanie z chłopcami z sąsiedztwa, których życie duchowe wydawało mi się banalne i puste. Nuda do kwadratu.

Wasze ścieżki musiały się więc znacznie rozejść?

Pamiętam, jak zdumiało mnie, że oni nie potrafią czegoś narysować tak jak ja. Myślałem, że każdy to potrafi, tylko nikomu się nie chce. I nagle spostrzegłem – przerażony i zachwycony – że mam rękę inną niż oni, bo moja dłoń potrafi coś, czego oni nie zdołają zrobić nawet wtedy, gdyby stanęli na głowie. Znalazłem się we własnej strefie, do której oni właściwie nie mieli żadnego wstępu.

Poczuł się pan wtedy samotny?

Bardzo wcześnie pojąłem, że żyjąc tak, będę musiał zapłacić za to jakąś dość nieprzyjemną cenę, bo każda Różnica, która nas wyodrębnia, wiąże się z jakimś rodzajem zagrożenia. Zbiorowość z pewnością podziwia utalentowanych ludzi, ale też ma ochotę ich znormalizować i robi to czasem dość brutalnie.

Co sprawiało, że, jak pan mówi, nie miał pan łatwego życia?

Nie chciałbym się nad tym rozwodzić.

A czy brak szczęścia dobrze służy sztuce?

Tu zdania są podzielone. Generalnie katolicy uważają, że cierpienie uszlachetnia i wzbogaca. Ale sporo ludzi jest innego zdania – że cierpienie dołuje, upadla i niszczy duszę. Bo przecież chodzi przede wszystkim o to, jakie to cierpienie mamy na myśli: ekstremalne, które sięga ostateczności, czy może takie, które jakoś można znieść. Ja się skłaniam raczej do opinii katolików, którzy uważają, że z cierpienia mogą wyrastać wartościowe rzeczy, chociaż czasem mam wątpliwości, kiedy widzę na własne oczy, do jakiego stopnia cierpienie może zrujnować człowieka, wyniszczyć go fizycznie i psychicznie. Sporo wielkich dzieł zrodziło się z cierpienia, ale na przykład Miłosz wierzył do końca, że najlepsza sztuka rodzi się ze szczęścia, czyli upojenia radością życia.

Pana sztuka miała początkowo rodzić się z talentu plastycznego. Chciał pan studiować na ASP, lecz za namową ojca zdecydował się pan ostatecznie na polonistykę, by zostać nauczycielem. Potem wybrał pan karierę naukową i został nauczycielem akademickim. Czy lubi pan zajęcia ze studentami?

Czasem tak, czasem nie.

Podobno na pierwszych swoich zajęciach na uczelni był pan tak zestresowany, że poprosił pan jednego ze studentów o pomoc? Ten student, dziś pisarz, wspomniał o tym w jednym z wywiadów.

Niestety, nie pamiętam tego epizodu. Nie wiem też, o jakiego pisarza chodzi.

O Aleksandra Jurewicza.

Aha. No tak.

Jednak jak to się stało, że w jakimś momencie przestała panu wystarczać rola historyka literatury i zaczął pan sam tworzyć literaturę piękną?

Było odwrotnie. Ja pisałem już w liceum. Historykiem literatury stałem się dopiero po studiach, żeby pracować na uniwersytecie. Zresztą to nie najgorsze miejsce dla pisarza. Miłosz mówił mi, że widzi tę sprawę podobnie.

Nie we wszystkim jednak się zgadzaliście.

Sporo rzeczy nas łączyło, ale i sporo dzieliło.

Mówi pan o tym, że prowadził pan otwarty spór z Miłoszem, nie zgadzał się pan z jego obrazem człowieka. Lecz można chyba powiedzieć, że relację panów cechowała jednak pewna zażyłość?

Łączyła nas trochę podobna wizja świata, a także zainteresowania filozoficzne i przekonanie, że literatura jest wtedy ważna, kiedy zagląda na terytorium teologii. Odrzucałem jednak antropologię Miłosza.

Dlaczego?

Jego wizja natury była przekonująca, opierała się w dużym stopniu na Darwinie. Akcentowała – jak to Miłosz przedstawiał – bezlitosną walkę o byt między wszystkimi istotami żyjącymi na Ziemi. Ja też, kiedy patrzę na świat, mam podobne wrażenie horroru rzeczy dziejących się w naturze, co psuje mi estetyczną kontemplację jej cudów. Bo rzeczywiście wszystkie istoty żywe pożerają się wzajemnie od setek tysięcy lat. Taka jest struktura świata. Miłosz w swoich wierszach pytał: czy to możliwe, żeby dobry Bozia stworzył coś tak straszliwego?

To dość ryzykowne pytanie, szczególnie w Polsce, choć oczywiście horror, o którym pan mówi, ma miejsce pod każdą szerokością geograficzną.

Może dlatego lubię pustynie środkowego zachodu Stanów Zjednoczonych, bo to są miejsca, gdzie jest bardzo mało istot żywych, które mogłyby się wzajemnie pożerać. Skaliste pustynie Ameryki zachwyciły mnie jako wspaniałe rzeźby wykonane ręką Boga, a że na dodatek nie ma tam prawie życia, więc nie muszę kontemplować tych cudów z zatruwającą duszę świadomością wiecznej walki, jaka się toczy w świecie.

Jednak surowość takich krajobrazów, mimo ich majestatycznego piękna, jest przerażająca.

Bardzo lubię okolice Wielkiego Kanionu i przyległe krainy, gdzie jakiś czas temu byłem, chociaż są to właściwie krajobrazy śmierci. Miłosz był raczej nimi przerażony, ale ja te krajobrazy śmierci oglądam z prawdziwym upodobaniem, bo tam prawie nie ma cierpienia istot żywych, które wypełnia cały świat. Jest tylko wspaniała dekoracja skał o najbardziej fantastycznych kształtach, które wspaniale grają kolorami o zmierzchu.

Już więc chyba rozumiem pańskie upodobanie do minerałów.

Być może dlatego lubię być także blisko minerałów, kryształów, rud metali, kamieni, skał, bo – jak chcę wierzyć – nie ma w nich życia, czyli cierpienia. Są tylko wspaniałe formy geometryczne, jakich nie wymyśliłby nawet największy Leonardo da Vinci. Znam jednak ludzi, którzy uważają, że także sam proces krystalizacji minerałów w głębi Ziemi mógł być bardzo bolesny… Żar, ogień, wysokie ciśnienia, miażdżenie mas skalnych, zgniatanie, gwałtowne różnice temperatur, zderzanie się gorąca z lodowatym zimnem, pękanie, kruszenie się…

Wracając do Miłosza, jakie konkretnie różnice was dzieliły?

W jednym punkcie mocno się nie zgadzaliśmy. Miłosz uważał, że człowiek współczesny jest rozdarty między nauką i religią, bo nie może pogodzić w sobie sprzeczności między tym, co mówi o świecie nauka, a tym, co mówi o świecie religia. Wedle religii świat powinien opierać się na miłości, nauka zaś mówi, że struktura wszechświata jest całkowitym zaprzeczeniem miłości, bo nie ma żadnej miłości w prawach fizyki, chemii czy biologii, jest tylko bezlitosna konieczność przyrodnicza. Miłosz uważał, że ludzie w dwudziestym wieku przeżywają tę sprzeczność boleśnie. Źródłem ich cierpień jest to, że nie potrafią uzgodnić tego, czego dowiadują się na lekcjach biologii, z tym, czego dowiadują się na lekcjach religii.

I z tym właśnie się pan nie zgadzał?

Uważałem, że Miłosz mylił się w tym punkcie zupełnie. On upierał się, że człowiek w naturalny sposób dąży do spójności wewnętrznej i kiedy tej spójności nie może osiągnąć, to bardzo się męczy.

Czyż tak nie jest?

Ależ przeciwnie! Człowiek wcale nie jest istotą z natury ciążącą do wewnętrznej spójności. Potrafimy zupełnie spokojnie wierzyć w dwie albo nawet trzy całkowicie sprzeczne ze sobą prawdy.

To znaczy?

Na przykład ludzie oglądają sobie rano przy śniadaniu w telewizji film przyrodniczy, który pokazuje świat jako okropne miejsce, gdzie wszystkie istoty żywe cały czas mordują się i pożerają wzajemnie, a potem ci sami ludzie wstają od stołu i spokojnie idą sobie do kościoła na mszę świętą, gdzie ksiądz im mówi z ambony, że dobry Bóg stworzył baranka, lwa, myszkę, biedronkę, ptaszki i rybki i że to wszystko jest niezmiernie piękne oraz absolutnie dobre i cudowne. Jakaż w tym wszystkim spójność ludzkiej duszy! Ludzka dusza – jak napisałem kiedyś w Kartkach z dziennika – jest trochę podobna do komody z setką szufladek, a w każdej z tych szufladek osobna myśl i osobne uczucie, więc żadnej palącej sprzeczności między tym, co jest w jednej szufladce, i tym, co jest w drugiej, człowiek w ogóle nie odczuwa, bo raz otwiera jedną szufladkę i wyjmuje z niej, co chce, a raz drugą, zapominając zupełnie o tym, co było w pierwszej.

Czyli widzimy rzeczy osobno?

Tuwim mocno szydził z tego w sławnym wierszu o strasznych mieszczanach, ale nie miał racji. Na zdolności do osobnego widzenia polega nasza sztuka przetrwania na Ziemi. Bez niej byśmy zginęli.

A Miłosz?

Trochę o takich sprawach rozmawialiśmy, ale często żartobliwie, z dystansem. Miłosz bardzo się starał być zwyczajnym, wewnętrznie spójnym katolikiem, a nie było to dla niego łatwe, zważywszy na sprzeczności w jego obrazie natury i pytania teologiczne, które stawiał. Odnosiliśmy się do siebie z szacunkiem i sympatią, uznając różnice między nami za oczywiste, ale nie przesadzajmy, nie była to relacja bliska, raczej po prostu przyjacielska znajomość. Podtrzymywała ją pięknie moja żona, bo czasem ja sam jestem trochę jak ten litewski mruk, który żadnego towarzystwa nie potrzebuje. Mam to po ojcu, starym Wilniuku z dawnej, polskiej Litwy, bo ojciec urodził się pod Wilnem i spędził tam swoją młodość.

Przyjaźnił się pan też z Wisławą Szymborską. Jak się zaczęła ta przyjaźń?

Po śmierci wielkich pisarzy zwykle mnożą się zastępy ich prawdziwych przyjaciół. Nasza – moja i mojej żony – znajomość z Wisławą Szymborską była miłą, przychylną znajomością.

Tym razem zastępy przyjaciół najwyraźniej pomnożyła pewna gazeta w wersji elektronicznej, gdzie można znaleźć informację o tej przyjaźni. Wracając jeszcze na chwilę do początków: dlaczego pierwsze książki opublikował pan pod pseudonimem?

Byłem młody, kruchy i niepewny siebie, dlatego wziąłem sobie skandynawskie słowo Lars, bo było ono zupełną odwrotności mnie samego. Oznaczało: strong man. Trochę to był żart, a trochę zasłona przed życiem. Poza tym to obce imię pasowało do niezwykłych książek, jakie wtedy pisałem. Nikt takich książek wtedy nie pisał.

Tak, to były rzeczywiście dziwne książki, szczególnie chyba w tamtych latach.

Niby to były książki przygodowe, których akcja rozgrywała się na Karaibach, ale napisałem je w silnym stresie po wprowadzeniu stanu wojennego i zduszeniu buntu ludowego w Polsce w 1981 roku. Fabuła przygodowa była w nich tylko wehikułem służącym do symbolizacji stanu wewnętrznego, w jakim się wtedy znalazłem, a nie był to stan dobry. Powieściową akcję umieściłem na fantastycznym archipelagu San Juan de la Cruz, co miało swoje znaczenie, bo chodziło o św. Jana od Krzyża. I tam właśnie – na karaibską wyspę – przeniosłem moje polskie niepokoje. Pierwsza książka miała tytuł Ludzie-Skorpiony (główną sprawą była w niej sytuacja ludzi w sytuacji bez wyjścia, ocierających się o samobójstwo), druga Człowiek-Litera (główną sprawą było tu pytanie, czy warto umierać za słowa, z których ulepiona jest narodowa tożsamość).

Wystąpił pan w tych książkach pod własnym nazwiskiem jako autor ilustracji, winiet i przerywników, to znaczy, że jako grafik czuł się pan od dawna w miarę pewnie.

Rysowanie odczuwałem jako coś dużo bardziej konkretnego niż pisanie.

Jednak trzymając się tematów literackich: wiem, że swoich mistrzów nie traktował pan jako wzorów, w każdym razie nie w całości byli nimi dla pana, podobnie jak osoby stanowiące autorytet w innych dziedzinach. Który z nich miał na pana największy wpływ, był punktem odniesienia?

Największy wpływ miała na mnie Biblia i język Kościoła. Przecież w Polsce najwcześniejsze wtajemniczenia w tak zwaną literaturę wysoką daje nam niedzielne czytanie Pisma Świętego na mszy. To wtedy słyszymy po raz pierwszy w życiu język inny od tego, którym mówimy na co dzień. Przynajmniej tak było w moim pokoleniu, może teraz jest inaczej. Opowieści i sceny biblijne zapadły w moją pamięć na zawsze.

Dobrze czy źle?

Niektóre z nich już w dzieciństwie budziły mój sprzeciw. Przeraziła mnie na przykład opowieść o Abrahamie, do którego Bóg któregoś dnia mówi: Masz zabić własne dziecko, bo ja tak chcę. Udowodnij mi swoją wiarę, wyrażając zgodę na jego zabicie. Księgi Hioba nie umiałem słuchać spokojnie. Wszystko się we mnie burzyło.

Ale dziś, szczególnie dla młodych ludzi, Biblia rzadko stanowi punkt odniesienia, po prostu najczęściej niewiele o niej wiedzą, mało ich to zajmuje.

To prawda. Czuję przepaść między moją wyobraźnią a wyobraźnią części młodych ludzi, także katolików, bo Biblia jest dzisiaj chyba jedną z najmniej znanych książek w Polsce. Mało kto – poza kapłanami – przeczytał ją w całości. Sporo ludzi wypowiada się o Biblii, nie mając pojęcia o jej treści, co zupełnie im nie przeszkadza. Trafiałem nawet na księży, którzy całej Biblii nigdy nie przeczytali. Tajemnicą Biblii jest jej wysoka jakość artystyczna, która się zupełnie nie starzeje. Można się z Biblią nie zgadzać, ale trudno zaprzeczyć, że jest literackim arcydziełem. Ja mam w głowie biblijne sceny zawsze. Kain i Abel, potop, spalenie Sodomy i Gomory, Abraham i Izaak, droga do Emaus… To jest tło, na które nanoszę mój obraz świata, co wcale nie znaczy, że jestem jakimś pisarzem religijnym.

Mimo że stale odnosi się pan do Biblii…

Jeśli miałbym wybierać, wolałbym określenie: pisarz teologiczny, bo to nie jest to samo. Pisarz teologiczny to pisarz, który porusza się w przestrzeni wyobrażeń religijnych nawet wtedy, gdy nie wierzy w Boga, bo wyobrażenia te traktuje jako materiał twórczości i podstawowy układ odniesienia. Ważne odniesienia biblijne występują i w Złotym pelikanie, i w Dolinie Radości, i przede wszystkim w Pannie Ferbelin. Ale można te powieści czytać także bez takiego tła, choć ono – jak myślę – znaczeniowo te książki wzbogaca.

Chodzi jednak nie o same odniesienia. Powiedział pan kiedyś, że ważna jest tylko taka literatura, która stawia niebezpieczne pytania, teologiczne i inne. Czy mamy dziś w Polsce taką literaturę?

Nie wiem. Z pewnością są pisarze, którzy takie pytania stawiają. Od tej strony mało znana jest na przykład Olga Tokarczuk, która bardzo przejmuje się gnozą i judaizmem. Ale czy to jest dominująca tendencja, nie mam pewności. Pisarzem teologicznym jest niewątpliwie Jarosław Marek Rymkiewicz, tyle że on uprawia teologię krwi ofiarnej narodu polskiego, która jest mi zupełnie obca.

Czytał pan też Koran, choć go pan nie skończył. Czy jest też tak wartościowym artystycznie dziełem, jak Biblia?

Biblia jest mi bliższa jako typ wyobraźni. Koran w wielu miejscach rozwija i modyfikuje jej wątki. Są w nim te same postacie, ale znacznie słabszy jest żywioł epicki, który w Biblii dominuje. Biblia lubi opowiadać historie. Koran – nie. Duża jego część to zalecenia moralne w formie religijnych przepisów.

Podobno ma pan stały wyrzut sumienia dotyczący książek, których pan nie przeczytał, a powinien był to zrobić. Chyba każdy z nas zna to uczucie. Ale dlaczego chciałby pan przeczytać Młot na czarownice?

Proszę pani, nikt nie przeczytał tego, co powinien przeczytać. Tak wygląda nasza sytuacja. Bo nie zdołamy zjeść tortu literatury w całości. Za duży. Więc ja sobie co jakiś czas obiecuję, że jak będę na emeryturze, to nadrobię zaległości. Oczywiście nic z tego nie będzie, ale czasami się łudzę.

A Młot na czarownice?

Polowania na czarownice co jakiś czas powtarzają się na świecie i będą się powtarzać. Warto, by studenci na uniwersytetach studiowali teksty, które dostarczały paliwa ideologicznego dla tego rodzaju straszliwych prześladowań. Należy czytać takie książki jak Młot na czarownice – oczywiście w naukowym opracowaniu – żeby poznać sposoby myślenia strasznych ludzi, którzy tępią, dręczą, prześladują i mordują wszelką Odmienność. To będą książki zawsze aktualne. Młot na czarownice, złowieszczy podręcznik polowań na czarownice, napisany w piętnastym wieku przez katolickich inkwizytorów, Heinricha Kramera i Jakoba Sprengera, zatwierdzony przez papieża Innocentego VIII, był źródłem nieszczęść tysięcy niewinnych kobiet i będzie, niestety, książką zawsze aktualną. Bo na jego podstawie możemy analizować strukturę wciąż powtarzających się przesądów, jakie tkwią u podstaw wielu ideologii represyjnych, a także praktyk śledczych, włącznie z wymuszaniem zeznań torturami.

W rozmowie z panem rysuje się świat pełen okropieństw, cierpienia, gdzie ludzie nie zmieniają się – nawet w ciągu setek lat – na lepsze, gdzie nadzieja jest złudna, a nawet zgubna. Jednak z pana książek wynika, że można się trochę od tego świata i jego zawieruch odgrodzić, poprzez piękny, inteligentny, harmonijny detal, materialne oznaki dbałości – a nawet wręcz czułości – względem drugiego człowieka. Widać, jak ceni pan kulturę pieczołowitości dla szczegółu. Precyzyjne, plastyczne opisy elementów architektonicznych, mebli i innych przedmiotów, ekfrazy odnoszące się do nich jak do dzieł sztuki – czy pisząc je opiera się pan o wcześniejsze notatki, czy też potrafi przywołać je pan z pamięci?

Ja mam fotograficzną pamięć szczegółu. Dobrze się czuję w bogatej w ornamenty i detale architekturze dawnego czasu. Bardzo mnie wzmacnia duchowo obecność w pięknych miastach, szczególnie kiedy jest to obecność we dwoje. Bo zupełnie nie mówimy o tym, że właśnie bycie we dwoje osłania nas przed mrokiem życia najmocniej. Ważniejszej rzeczy nie ma. Wszystko inne – pisanie, sztuka, minerały – to są drugorzędne dodatki. I ja dużo piszę w moich książkach o tym, co to znaczy być naprawdę we dwoje. Jakie to ma znaczenie w spotkaniu ze światem, który nie lubi się z nami cackać.
Ale potrafię zobaczyć wyobraźnią w najdrobniejszych szczegółach także przedmioty, których nigdy na jawie nie widziałem. W moich pierwszych powieściach Ludzie-skorpiony czy Człowiek-litera zbudowałem świat z przedmiotów, które nigdy nie miały własnej nazwy: stroje, rośliny, broń, pojazdy, miejsca, krajobrazy, minerały…

Tak, to trochę jak w Silmarillionie Tolkiena. A minerałów mających nazwy ma pan imponującą kolekcję. Prawdę mówiąc, na pana biurku jest ich tyle, że zostawiają mało miejsca na cokolwiek innego, widać to na jednym z materiałów filmowych z Państwa mieszkania. Są też pięknie eksponowane w gablotach.

Już trochę mówiłem o tym, co mnie przyciągnęło do minerałów, kryształów, opali i agatów. Zbieram też muszle, skamieniałości i kule z przezroczystego szkła. Minerały interesują mnie wyłącznie jako piękno doskonałe, w którym nie ma bolesnych śladów życia. Jest tylko czysta forma, jakimś cudem utworzona w mrocznych głębinach ziemi, co zawsze mnie fascynowało. Do tych zainteresowań popchnęły mnie fantastyczne powieści Juliusza Verne’a, przede wszystkim Podróż do wnętrza ziemi, które czytałem w dzieciństwie.

Kiedyś powiedział pan nawet, że czuje się człowiekiem Ziemi.

Są różne typy wyobraźni. Kiedyś poklasyfikował je wielki francuski myśliciel, Gaston Bachelard. Wyróżnił rodzaje wyobraźni ze względu na skłonność artysty do jakiegoś żywiołu. Są pisarze, których wyobraźnia krąży wokół Ognia, Powietrza, Metali, Wody, Ziemi…

A pan?

Zawsze pobudzał moją wyobraźnię podziemny świat: jaskinie, groty, podziemne tunele, labirynty, przejścia w skałach i to, w jaki sposób w świecie podziemnego chaosu tworzą się formy tak doskonale regularne, jak kryształy górskie czy kryształy ametystu.

Widzi pan w nich talizmany?

Nigdy nie miałem takich skłonności. Czułem jednak wiele razy – pewnie to było złudzenie – że minerały, szczególnie ametysty – dobrze na mnie działają. Jak – nie potrafię powiedzieć. Lubię mieć je zawsze w pobliżu, pod ręką. Moje oko odpoczywa, kiedy na nie patrzę. Możliwe, że właśnie nieobecność życia i bólu w ich doskonałych kształtach uwalnia mnie na moment od świata, który jest przepełniony bólem ludzi i zwierząt. Czasami zresztą skłaniam się do naiwnej wiary, że ból odczuwają nie tylko ludzie i zwierzęta, lecz także rośliny.

Może to wcale nie jest takie naiwne, ale na razie nauka nie ma co do tego pewności.

Pewnie nie ma, a może nawet odrzuca taki obraz natury, ale ja już w dzieciństwie miałem wrażenie, że cały świat jest przepełniony bólem. Wierzyłem nawet, że kamienie odczuwają ból i rosną w ziemi. A ścinane piłą drzewo płacze.

To znów mocno pesymistyczna wizja…

Wcale nie pesymistyczna, tylko empatyczna, proszę pani. Ja uważam, że właśnie zdolność do empatii czyni nas ludźmi. Kto nie ma zdolności do empatii, jest tylko ćwierćczłowiekiem. Ale wcale się nie dziwię ludziom, że takich rzeczy nie chcą słuchać, chociaż buddyzm mówi dokładnie to samo, i to najzupełniej serio, bo postawa empatyczna utrudnia życie, a wielu ludzi chce mieć łatwe życie za każdą cenę. Na przykład za cenę obojętności na cierpienie pozaludzkie. Niemało ludzi dobrze się czuje w skórze nosorożca. Za nic nie chcą dopuścić do siebie myśli, że na przykład to, co ich otacza, może być wrażliwe na ból. Bardzo to wygodne, mieć poczucie zupełnej bezbolesności roślin i rzeczy. Byli zresztą filozofowie, którzy uważali, że zwierzęta nie odczuwają żadnego bólu, bo są tylko maszynami biologicznymi, więc można je nawet kroić żywcem bez znieczulenia.

No tak, choćby Kartezjusz.

Nie wiem, jak Bóg chrześcijan może się wytłumaczyć z tej straszliwej ilości bólu, jaka istnieje na ziemi od początku świata do dzisiaj. I do czego ten ból – ludzi, zwierząt i roślin, a może nawet kamieni – jest Mu potrzebny, skoro jednak istnieje za Jego przyzwoleniem. Czasem przychodzi mi do głowy, że może ból odczuwają też gwiazdy i planety, że jednym wielkim bólem jest cały wszechświat. Są w tym pewnie jakieś odległe echa dawnej wiary dziecięcej, naiwnej, ale ośmielę się twierdzić, że ta wiara niepozbawiona była pewnej dozy szlachetności, której byłbym skłonny nawet bronić.

Wracając do zwyczajnych, codziennych przedmiotów – pana rodzice, jak wielu Polaków z ich pokolenia, utraciło swoje rodzinne domy. Czy ocalały z nich jednak jakieś pamiątki, które ma pan do dziś, stare przedmioty, których nie są zaprogramowane na zniszczenie, lecz których intencją jest przetrwać i służyć dzieciom i wnukom?

To są zupełne resztki. Parę fotografii i podartych, nadpalonych dokumentów. Poza tym nic. Mam trochę takich rzeczy po matce, po ojcu nie mam prawie niczego. Ja myślę, że moja filozofia wszechobecności bólu też jakoś rzutuje na mój stosunek do przedmiotów. Mam czułość szczególnie do tych, które przeszły przez próbę jakiegoś strasznego kataklizmu i cudem ocalały. Dawniej je zbierałem, mam całą kolekcję, teraz już nie zbieram.

Dlaczego je pan gromadził?

Podniecała mnie tajemnica ich przetrwania. Że miliony takich przedmiotów zmieniło się w garść popiołu, a im udało się jakoś przeżyć najgorsze. Jak, dlaczego, w jakim celu, po co, z jakiej przyczyny? Nie wierzę w istnienie przedmiotów, których intencją jest przetrwanie. Wszystko, co istnieje, rozsypie się w proch. Jeśli się rozczulam nad przedmiotami, to także dlatego, że biorąc je do ręki, mam wrażenie, że za chwilę rozsypią mi się w palcach i znikną. Że nawet żelazo jest ulepione z mgły. To jest zresztą zgodne ze współczesną fizyką, która mówi, że cząstki elementarne istnieją tak, jakby ich nie było, bo nie można ich dostrzec i ustalić ich położenia. A z przekazywaniem dzieciom i wnukom mam problem. Bo jeśli ja im coś przekażę, to gdzie oni to zmieszczą w swoim mieszkaniu? Pewnie będą musiały się tego wszystkiego jakoś pozbyć. Żadnej więc ciągłości raczej nie przewiduję. Ale ja się tym nie martwię. Może znikanie bez śladu jest piękne? Mówią o tym wszystkie baśnie, a baśnie są zwykle mądre.

W Dzienniku dla dorosłych wspomina pan o pewnym czarnym, dębowym stole. Czy wciąż jest w pana posiadaniu? To przedmiot, który zdecydowanie powinien przetrwać.

Właśnie w tej chwili autoryzuję nasz wywiad przy tym sławnym stole. Jest prostokątny, bez żadnych gwoździ i śrub. Samo drewno. Na jego czarnym blacie są ślady farb i nacięć. To na nim Jerzy Janiszewski i Krystyna Janiszewska zaprojektowali najsłynniejszy polski znak XX wieku: napisane czerwoną farbą słowo SOLIDARNOŚĆ z małą chorągiewką nad literą N. A ja na tym stole napisałem mojego Hanemanna.

Czy gdy pisał pan tę powieść – lub gdy pisze pan inne książki – ma pan gotowy plan dzieła, czy też zostawia pan miejsce na pewną niewiadomą?

Nigdy nie piszę od początku do końca. Pracuję raczej fragmentami, tak jakbym z gotowej, wyobrażonej całości wyjmował po kawałku cząstki mozaiki do ułożenia. Czasem zaczynam od jednego z ostatnich rozdziałów, czasem od pierwszego – tak było na przykład w przypadku Hanemanna. Nie sporządzam też na początku spisu osób, życiorysów postaci i szkicu fabuły, tak jak to robił Andrzejewski. Najlepiej, jeśli powieść zaskakuje mnie podczas pisania.

Jako osoba poważnie traktująca swoją pracę, obowiązkowa – czy pisze pan systematycznie?

Przede wszystkim ja mam kilka osobowości, które sobie wzajemnie nie przeszkadzają. Jestem zrównoważonym pracownikiem i obywatelem, który płaci podatki i wywiązuje się z obowiązków zawodowych z należytym staraniem. Ale jestem też pisarzem, który działa w innych zakresach. Nigdy nie zmuszam się do pisania rzeczy literackich. Jeśli nie ma naporu wewnętrznego, to po prostu nie piszę i tyle.

Słyszy się czasem, że pisarze skarżą się na kryzysy twórcze. Czy i pana to dotyka?

Nie przeżywam żadnych kryzysów twórczych, bo kryzysy twórcze przeżywają pisarze, którzy żarłocznie chcą pisać, dręczą się więc, jeśli im pisanie nie idzie. Kiedy nie czuję naporu wewnętrznego, zajmuję się czymś innym: studiuję, piszę poważne artykuły naukowe, przygotowuję wykłady, biorę się do spraw domowych. Powtórzę to, co już kilka razy powtarzałem. Nie należy ciągnąć Pana Boga za rękaw, domagając się łaski natchnienia. Jak łaska nie spływa, nie należy pisać i tyle. Jest to niewyobrażalne dla ludzi, którzy zasmakowali w roli pisarza. Lubią być pisarzami, dlatego stan niepisania wprawia ich w panikę. Mnie nie wprawia. Czekam sobie spokojnie na przypływ i na razie przypływy zdarzają się stosunkowo często. Nie narzekam. A kiedy przypływy ustaną zupełnie, to wezmę się intensywniej na przykład do moich prac graficznych. Ja nie uważam, że pisarz to jest zawód, profesja, stała umiejętność. To przychodzi i odchodzi, potem znowu przychodzi i znowu odchodzi.

Jak więc wygląda pana dzień?

Mój dzień wyznaczają obowiązki zawodowe i to, jak śpię. Często budzę się o trzeciej nad ranem, wtedy pracuję do szóstej, potem odsypiam do dziewiątej. Czasem pracuję cały dzień od szóstej rano do dwunastej wieczór. Nigdy nie pracowałem jak w zegarku – od ósmej do trzeciej. Czasem jakiś pomysł budzi mnie w środku nocy, wtedy zapalam światło i sięgam po ołówek. Bo ja piszę moje książki ołówkiem albo miękką stalówką pióra marki Parker. I to najlepiej zielonym atramentem. Jestem ostatnim pisarzem polskim z dziewiętnastego wieku.

Widzę w tym względzie pewne podobieństwo pomiędzy panem i, również pochodzącym z Gdańska-Oliwy, Jackiem Dehnelem. Czarująco staroświecki styl, który nie jest stylizacją, a wyrażeniem siebie, przywiązanie do dobrych obyczajów, miłość do starych przedmiotów, a nawet antydatowanie własnych utworów. Jacek Dehnel łączy to jednak z zainteresowaniem Internetem. A jaki pan ma stosunek do publikowania w sieci tekstów literackich, ale też do kontaktów z czytelnikami i ze znajomymi poprzez Internet?

Internet mnie zachwyca i przeraża. Zachwyca, bo daje nieskończone możliwości poznawania świata. Przeraża, bo jest kloaką naszych czasów. Oczywiście są w Internecie rzeczy dobre, na przykład poważne portale cenionych uniwersytetów, repozytoria ze świetnymi tekstami, mądre fora dyskusyjne. Ale ludzka wolność w Internecie często polega na tym, że człowiek może pokazać, jaką to jest jednak istotą ohydną. Właśnie anonimowość wyzwala w ludziach najgorsze instynkty. Jeśli ja coś publikuję, to robię to pod swoim własnym imieniem i nazwiskiem, bo należę jeszcze do cywilizacji dziewiętnastego wieku, kiedy liczyła się osoba. Oni tylko tchórzliwie opluwają z ukrycia. Coś obrzydliwego. To tchórze, którzy nie mają odwagi podpisać swoim imieniem i nazwiskiem tego, co wypisują. Ale już się uodporniłem. Chcą na mnie napadać, niech napadają. Najgorsze, że część z tych osobników to są podobno prawdziwi katolicy z medalikiem na szyi, którzy nienawidzą wszystkich ludzi myślących inaczej niż oni, dlatego chcą ich zabić obrzydliwymi słowami.

Czy nie niepokoi pana też częste lekceważenie praw autorskich w mediach elektronicznych?

Z Internetem mam niedobre przygody wydawnicze, bo ktoś umieszcza całe składy moich książek na stronach internetowych, nawet nie pytając mnie o zgodę. Po prostu umieszcza, i tyle. I podobno bierze jeszcze pieniądze za udostępnianie. Podoba mi się to średnio.

A czy warto samemu udostępniać w Internecie własną twórczość? Wielu autorów tak robi, szczególnie gdy nie mogą swoich prac opublikować drukiem.

Wcześniej czy później wszyscy przejdziemy do Internetu. To tylko kwestia czasu. Będzie to miało jedną dobrą stronę: może oszczędzimy życie milionów Bogu ducha winnych sosen. Ale na razie wolę czytać na papierze niż na ekranie.

Powiedział pan wcześniej, że pana książki powstają w tradycyjnym rękopisie. Czy przepisuje je pan potem na komputerze, czy też wydawca, a więc małżonka, otrzymuje je od pana w niezmienionej formie?

Bywa i tak, i tak.

Trzecia w nocy to godzina wilka, tak pan ją nazywa. Czy pisanie jest sposobem na jej oswojenie?

No, trzecia w nocy to jest ciekawa pora. Wszystkie upiory budzą się wtedy, a najgorszym upiorem jest upiór od poprawiania życia. Straszna myśl: przecież mogłem wtedy zrobić coś innego. To jest dopiero upiór. Prawdziwy wampir, wysysający krew z dna duszy. Człowiek rozmyśla nad tym, co kiedyś zrobił, i gryzie się, że nie postąpił inaczej. Nie ma na tę bestię żadnego sposobu. Ani zasnąć, ani wstać. Człowiek leży w kleszczach. I tylko czuje ucisk pod sercem. Bo życie jest niezadowolone i żąda, by coś z nim zrobić. Życie domaga się poprawek. Ale co można zrobić?

Może znów naiwnie, ale zapytam: czy pisanie nie jest dobrym sposobem na oswojenie godziny wilków?

Tym sposobem jest czytanie Biblii. Kiedy się budzę o trzeciej, sięgam po Biblię, otwieram na dowolnej stronie i czytam, ale nie po to, żeby się uspokoić. Czytam i buntuję się. Jak Jakub walczący z aniołem. Bo Biblia wcale nie uspokaja. O, w żadnym wypadku. Tam są rzeczy bardzo trudne do strawienia. Czasem czytam ją i notuję na karteczkach to, co przeczytałem. Z komentarzem gorzkim albo słodkim. Biblia potrafi zmęczyć. To zmęczenie w godzinie wilków jest jakąś formą ocalenia.

Kilka pana książek powstało przy współpracy z innymi autorami, na przykład z prof. Marią Janion, ale także z pana żoną. Wtedy musi być jednak jakiś plan pisania, noc raczej nie jest w nim chyba uwzględniana. Jak pisze się książkę na cztery ręce?

Tego nie zdradzę.

Nie, ja oczywiście nie pytam o sprawy osobiste. Chodzi mi o to, czy pisanie z drugim autorem jest bardziej ograniczające czy bardziej inspirujące? Trzeba uwzględniać, zgrać, dwa rozkłady dnia, brać pod uwagę czyjeś zdanie, ale z drugiej strony z pewnością występuje zjawisko synergii.

Wspólne pisanie pełne jest niespodziewanych atrakcji psychicznych.

Prowadził pan warsztaty literackie dla adeptów twórczego pisania. Czego można nauczyć w trakcie takich warsztatów?

Nie wiem. Warsztaty mogą pomóc tylko ludziom utalentowanym. Ale myślę, że nieutalentowanym nie zaszkodzą.

Otrzymał pan wiele prestiżowych nagród, pana książki są ważne – zarówno w sensie literackim, jak i osobistym, również poza Polską – dla bardzo wielu czytelników; jest Pan członkiem jury liczących się konkursów literackich, o panu i o pana twórczości nakręcono dwa filmy. Czy czuje się pan spełniony jako pisarz, czy też wciąż aktualna jest pana maksyma, że swoje pięć minut ma pan nadal przed sobą?

Tylko dureń może powiedzieć o sobie, że jest spełniony. A Kościół, mądra matka nasza, przypomina nam codziennie, że wszyscy jesteśmy marnymi grzesznikami, więc nasze spełnienie może kiedyś nastąpi, ale najpewniej chyba dopiero w Niebie, o ile tam trafimy.

Jakie są pana dalsze literackie plany?

Moje plany? Przeżyć do następnej Wigilii. Poza tym planuję wydać nowy tom dziennika, który właśnie kończę, oraz nową powieść, którą niedawno skończyłem.

Mówią, że dobrze nie planować nic zbyt dalekosiężnie, ale pan wykazuje w tym zakresie po prostu dobry humor, a on podobno przedłuża życie. A mówiąc całkiem serio, czy może pan powiedzieć coś więcej o tej powieści? I jakiego okresu dotyczyć będą nowe dzienniki?

Po pierwsze: nadmierne przedłużanie życia nie jest zbyt rozsądne, chociaż ludzie bardzo się przy tym upierają. Najstraszniejszą pieśnią, jaka wydobywa się z ludzkich ust w Polsce, jest, niestety, nadzwyczaj popularne Sto lat. Widziałem umieranie ludzi dziewięćdziesięcioparoletnich. Tylko człowiek nieodpowiedzialny, który czegoś takiego nie widział, może życzyć innym stuletniej starości. Należy umierać we względnie dobrym stanie ducha i ciała. To znaczy nie za wcześnie i nie za późno. Niestety, mało komu taki rozsądny plan wychodzi.
Po drugie: będzie to powieść teologiczna, której niepokojąca akcja z udziałem kobiety i mężczyzny dzieje się we współczesnej Polsce.
Po trzecie: najnowszy tom dziennika będzie obejmował ostatnie lata, z pewnymi powrotami w przeszłość. Inaczej niż tomy dziennika, które dotąd wyszły, będzie on miał charakter bardziej osobisty.

Czy jest coś, czego można panu życzyć?

Żebym – póki żyję – mógł na własne oczy oglądać szczęście moich bliskich.

Tego więc serdecznie życzę. Bardzo panu dziękuję za uwagę i poświęcony czas.

Ze Stefanem Chwinem rozmawiała Beata Klimowicz, 16 lutego 2016.

Stefan Chwin (urodzony w 1949 roku w Gdańsku) – prozaik, eseista, historyk i krytyk literatury. W latach 80. był członkiem zespołu redakcyjnego serii Transgresje (Tom Dzieci, wydany pod redakcją Marii Janion i Stefana Chwina, 1988). Do jego najważniejszych publikacji krytycznych i literaturoznawczych należą: Bez autorytetu (wspólnie ze Stanisławem Rośkiem, 1981), Romantyczna przestrzeń wyobraźni (1988), Literatura i zdrada (1993), Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni (2010), Samobójstwo i grzech istnienia (2013), Miłosz. Interpretacje i świadectwa (2012), Miłosz. Gdańsk i okolice. Relacje. Dokumenty. Głosy (2013). Przygotował też Mickiewiczowskiego Konrada Wallenroda we własnym opracowaniu historycznoliterackim w Bibliotece Narodowej (1993). Jako powieściopisarz zadebiutował pod pseudonimem Max Lars powieściami fantastycznymi Ludzie-skorpiony (1984) oraz Człowiek-Litera (1989) (obie z ilustracjami autora).
Wydał autobiograficzny esej o Gdańsku lat pięćdziesiątych Krótka historia pewnego żartu (1991), powieść Hanemann (1995), przetłumaczoną na kilkanaście języków, za którą w 1995 roku otrzymał między innymi Paszport Polityki), powieść Esther (1999), zbiór historii alternatywnych Wspólna kąpiel (2001, wspólnie z Krystyną Lars), powieści: Złoty pelikan (2002), Żona prezydenta (2005), Dolina Radości, Panna Ferbelin (2011). Opublikował również Kartki z dziennika (2004) i Dziennik dla dorosłych. W 2015 wydał w Niemczech Ein Deutsches Tagebuch.
Jest laureatem wielu nagród, zarówno za twórczość naukową (między innymi Nagroda im. Heweliusza, indywidualna Nagroda Ministra Edukacji), jak i literacką (między innymi jedno z najważniejszych niemieckich wyróżnień literackich, nagroda im. Andreasa Gryphiusa, 1999) oraz nagroda im. Ericha Brosta (1997), a także kilkunastu prestiżowych wyróżnień krajowych (Nagroda PEN Clubu, Nagroda im. Samuela Bogumiła Linde, nagroda Splendor Gedanensis).
W latach 1997-2003 był jurorem Literackiej Nagrody Nike, jurorem Konkursu Głównego 37. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, Konkursu Dwa Teatry oraz 49 Krakowskiego Festiwalu Filmowego. Prowadził też w TVP 2 dział literacki w programie Autograf.
Jego książki, artykuły i eseje ukazywały się w Niemczech, Austrii, Anglii, Irlandii, Włoszech, Czechach, Danii, Francji, Szwecji, Słowenii, Serbii, na Ukrainie, Litwie, Węgrzech, w Rumunii, Słowacji, Słowenii, Hiszpanii, Japonii, Szwajcarii, w Rosji, Meksyku, Kanadzie i w USA. Stefan Chwin jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, Gdańskiego Towarzystwa Naukowego (Societas Scientiarum Gedanensis) oraz PEN Clubu. W latach 2007-2014 był członkiem Rady Języka Polskiego przy prezydium Polskiej Akademii Nauk.