Przemysław Owczarek

Przemysław Owczarek (fot. z prywatnego archiwum)

Rafał Gawin: Zostałeś dyrektorem Domu Literatury w Łodzi. Ma to wpływ na pisanie przez ciebie wierszy? Abstrahuję od oczywistego aspektu czasowego, każdy dyrektor ma niepisane prawo do braku czasu.

Przemysław Owczarek: W tym braku czasu  udaje mi się palnąć jakiś wierszyk w środku nocy, kiedy mnie budzą dyrektorskie lęki. Niestety musiałem odłożyć moje eseistyczne zamierzenia na jakiś nieokreślony margines czasowy. Rwie mnie strasznie do pisania. Po nocach śnią mi się samotne pokoje, gdzie jest tylko notesik, kupa książek i laptopik. Nie ma pieczątek, druków delegacji, korespondencji urzędowej, formularzy grantów, petycji do podpisania i ciągle zmieniających się aparycji na kolejnych spotkaniach. Czuje się jak kasztan posadzony na pustyni, ale jest we mnie upór, żeby dać cień wolnej literaturze w tym neoliberalnym-narodowym skwarze.

Cofnijmy się w czasie. Opowiesz o swoich pisarskich początkach? Poznaliśmy się w 2003 roku na warsztatach organizowanych przez Andrzeja Strąka w Poleskim Ośrodku Sztuki w Łodzi. Z perspektywy twoich dalszych losów to już wydaje się prehistorią, niemniej, jak pamiętam, nie zacząłeś pisać trzynaście lat temu; co więcej – miałeś już w zanadrzu wcale niezgorsze próby poetyckie.

Pisać zacząłem, proszę pana, gdzieś w 1989 roku, kiedy blokowiska były jeszcze całkiem niewinne i się należało do harcerstwa. Zacząłem od piosenek. Było parę obozowych hitów. Gdyby warunkiem dłuższego urlopu od dyrektorowania był pobyt na obozie starszo-harcerskim, to bym się zgodził i popełnił tam wdzięczne samobójstwo, nurkując z kajaka po jakąś zamuloną frazę. A tak na poważnie. Pamiętam scenę pierwotną. Domek na wsi. Ulewa. Błyskawica rozświetlająca szybę. Matka czyta mi kapitalnie wydaną Świrszczyńską, bajka w stylu japońskim o dziewczynce Obie, mądrej osobie. Jakie to miało cudne grafiki rodem z Edo. Oba chciała uratować chorego braciszka i wybrała się w podróż po cudowny lek – zupę z jaskółczych gniazd. Wtedy już w głowie musiałem pisać jakiś wiersz, chociaż stawiałem na razie koślawych rycerzy na jakimś gazetowym papierze. Okej. To scena pierwotna, kiedy myślę o pisaniu. W liceum byłem szkolnym poetą w punkrockowych gaciach. Tam się zaczęła kariera od pierwszych miejsc w konkursach ogólnoszkolnych. Pamiętam jeden z tych wierszy – grafomański erotyk, który kręcił moją zezowatą polonistkę. Niestety za wypracowania dostawałem kiepskie oceny. W którymś napisałem nawet, że bohater to dupa, bo nie dał sobie rady.

A potem ty zająłeś miejsce Andrzeja Strąka jako prowadzący warsztaty. Czułeś odpowiedzialność? Kiedy uświadomiłeś sobie, że w kształtowaniu się młodoliterackiego środowiska w Łodzi możesz odegrać ważniejszą rolę?

Wtedy zastępowanie Andrzeja przebiegało jeszcze w sposób naturalny. Miałem dryg po prowadzeniu zbiórek harcerskich i zajęć na studiach, gdzie zawsze wyłaził ze mnie dobry hermeneuta. Ta predylekcja do liderowania i talenty interpretacyjne jakoś moderowały grupę, chociaż innym silnym ja  może to nie odpowiadało. Ale sialiśmy wszyscy twórczy ferment i tego się raczej nie burzyło. I do dzisiaj, mam nadzieję, nie wychodzę z formy, bo na te warsztaty przyłażę nawet w uniformie dyrektorskiego tytułu. Czasami pewnie jestem zbyt silnym stymulatorem, ale mam wrażenie, że generalnie jestem przydatny.

W 2007 roku, z inicjatywy Andrzeja Strąka i Zdzisława Jaskuły, spotkaliśmy się w tym samym POS-ie w celu sformalizowania naszych literackich działań. Jak z perspektywy czasu wspominasz te wydarzenia? Zrobiliśmy wtedy wszystko, co mogliśmy?

Oczywiście, że tak. To przy takim poziomie indywidualności jednak było twórczym i spajającym doświadczeniem. Wspominam to jako czterdziestolatek, z rosnącą melancholią, kiedy patrzę na swoje dzieciaki, które tak szybko rosną. A córa uparcie twierdzi, że będzie bajkopisarką. Na razie coś sobie twórczo ględzi, ale nie umie jeszcze pisać, więc nie interweniuje. Za to młodszy rozkręca wszystkie długopisy i chowa mi pendrajwy.

W tym samym roku powstały „Arterie”, stanąłeś na ich czele. Jakie widziałeś wtedy szanse dla młodoliterackiego pisma w Łodzi, ba, w Polsce? Liczba wydawanych tytułów w tej niszy już wtedy powoli się kurczyła, granty zmniejszały się. „Tygiel Kultury” co dopiero stracił stałą dotację od miasta.

Byłem po doktoracie, poza uczelnią, więc wydawało mi się, że mogę rozkręcić z paroma fantastycznymi osobami pismo. Zaczęło się od koślawego pisma i jakoś się toczy. Od grantu do grantu – ale świat się zmienia i kto wie, czy nie trzeba będzie zejść do formuły kontrkultury. Ty się tak nie nadymaj naszymi „Arteriami”, bo ja jednak mam niedosyt. A „Tygiel” jest stary i, mam nadzieję, będzie jary. Niech Polska się wypowie w postach pod tym wywiadem, czy nasze „Arterie” są dobre. Chętnie poczytam o niedostatkach.

Czujesz się łowcą młodych talentów? Kto w ostatnich latach szczególnie pod tym względem zwrócił twoja uwagę? Nie pytam jedynie o uczestników różnego rodzaju warsztatów, jakie prowadzisz.

Szymon Domagała-Jakuć przebywający aktualnie na jakimś słupie, Kacper Płusa wchodzący w zawadiacką dykcję, Janek Rojewski czasami niemogący godnie udźwignąć ciężaru swojej przyszłej legendy. Dziewczyny robiące wstępną furorę teraz: Agnieszka Tarnowska, Martyna Łogin… Oczywiście nazwisk jest więcej.

W różnych obiegach, nie tylko krytycznoliterackich, zaczął krążyć termin dykcja łódzka. Prawdopodobnie impulsem do jego uwolnienia się była nasza mała antologia Na grani  (2008). Nie wnikając w dociekanie, kto jest winny tego zamieszania – lubiący wygodne szufladki Karol Maliszewski czy może kolektywnie myślący o swoim pisaniu Robert Miniak – ponawiam to pytanie do ciebie, zwolennika tego pojęcia: czym mogła lub wciąż może charakteryzować się dykcja łódzka?

Dykcja łódzka jest nierozerwalnie związana ze swoim biotopem – Łodzią, miastem-Wielkim Nowoczesnym Postindustrialnym Podupadłym Innym polskiej historii. Zgadzam się z Pawłem Kaczmarskim, że możemy ją wyizolować na podstawie konkretnych miejsc, niezależnie od interpretacji danego wiersza, bytujących w tekście na zasadzie samodzielnie aktywnej obcości, którą się próbuje przeniknąć poezją. To się czuje u paru łodzian: Maćka Roberta, Szymona Domagały-Jakucia, u mnie, a nawet, jak twierdzi Paweł, u Kacpra Bartczaka. Potraktujmy to jako pewną intuicję, która domaga się przemiany w jakieś porządne krytyczne memłanie.

Czułeś się liderem łódzkiego środowiska literackiego? Nadal się nim czujesz? Pytam niezależnie od pełnionej przez ciebie funkcji.

Jako Papież Dykcji Łódzkiej wybaczam ci to pytanie, synu, który kiedyś podźwigniesz ten krzyż poetyckiego dyskursu. Oczywiście drażnię się z poręczną inwektywą Michała Kasprzaka. Wydaje mi się, że po pierwszych debiutach osób ze środowiska warsztatów i „Arterii” zwyczajnie poczułem, że siedzę na własnej dupie, a nie na tronie, więc nie ma o czym gadać. Moim zadaniem jako animatora, a dzisiaj – nie mogę się przyzwyczaić do tego tytułu – dyrektora – jest wytwarzanie dogodnych warunków dla rozwoju środowiska literackiego w Łodzi. Nie jest to łatwe, bo nie są łatwe wymagania stawiane nam przez rozmaite odgórne wizje, ale widzę na przykład sens poszerzania Domu Literatury w Łodzi o mediatekę, bo ona będzie stanowić dogodną platformę do promocji tego środowiska i najlepszych tradycji miasta w tak zwanej kulturze szerokopasmowej. A że jestem teraz poniekąd urzędnikiem, to mogę sobie w ten sposób popaplać, byle wyszła z tego rzeczywistość, która ludziom pomoże w ich twórczych działaniach.

Jako redaktor książek poetyckich stykałeś się z bardzo różnymi osobowościami i temperamentami. Z kim najszybciej znalazłeś wspólny język, a z kim toczyłeś największe boje?

Jakoś nie toczyłem bojów, starałem się otworzyć autora na jego własny świat nieco szerzej, pomóc mu odkryć rozmaite możliwości, które w moim przekonaniu warto było wykorzystać. Na przykład Szymon Jakuć był z początku prawdziwym świętym osiołkiem, ale jak się pokręcił i zidentyfikował ogon, i stwierdził, że rzeczywiście można zrobić fajne przemeblowanie, to się zgodził. Dzisiaj się nieco czuję skopany przez osiołka, ale nie rezygnuję z naczelnej zasady: wio, osiołku ze stajenki, bądź wielkim rumakiem.

Jako prowadzący spotkania literackie lubisz przejmować inicjatywę, stawać się niejako kolejnym gościem wydarzenia, na co niewątpliwie pozwala ci spora erudycja. Co według ciebie jest istota spotkania pisarza z czytelnikami?

Elektryczność. Takie idą prądy, że czytelnik i autor coś ważnego dla siebie odkrywają i to ich pozytywnie pieści.

Dlaczego do tej pory nie zebrałeś swoich tekstów prozatorskich w książkę? Mam na myśli przede wszystkim opowiadania, choć przecież publikowałeś też sporo esejów, również w pismach bardziej trudnodostępnych niż „Arterie”.

Marzę o takiej książeczce, którą się opatrzy tytułem:  Trzy opowiadania o miłości, w różnych konwencjach gatunkowych. Chciałbym usiąść i napisać opowiadanie o moim kocie, któremu niedawno na zawsze zgasły oczy i ryczałem nad nim jak mały chłopiec. Ten kot jest bardziej wart upamiętnienia niż wszystkie moje wielkie miłości, poza oczywiście Agnieszką, z którą się hajtnąłem i z którą wypasam dzieci, a to jest relacja znosząca pisarski dystans.

Jak bardzo tęsknisz za karierą akademicką, z przyczyn od ciebie niezależnych przerwaną już prawie dziesięć lat temu?

Na konferencjach się pojawiam. Duże teksty naukowe z literackim sznytem piszę. Mam swój projekt badawczy, który natychmiast zakończę, jak przestanę nosić ten smoking o nazwie „dyrektor”. Mogę wtedy do wieczora machać  łopatą, ale głowa będzie czysta od procedur i dozoru pracowników – a że paru z nich to poeci i pisarze, no to, państwo, wiecie, że czasami trzeba być jak niańka, tym bardziej że samemu jest się poetą.

Praktycznie już skończyłeś pracować nad swoim kolejnym zbiorem wierszy, tym razem pod tytułem Jarzmo, który pewnie ukaże się drukiem w roku 2017. Możesz go zapowiedzieć potencjalnym czytelnikom?

Jeśli lubicie whisky, konie, dzicz albo ulicę Włókienniczą w Łodzi, takie lumpen-zaświaty i coś, co zajeżdża dziewiętnastowieczną gorączką przygody stopowaną przez melancholijny ibuprom, to kibicujcie. Generalnie to jest chyba bardzo męska, mocno natchnięta etnograficznym etosem próba dźwigania tego kieratu, który nazywamy światem.

Masz czterdzieści jeden lat, żonę, dwójkę dzieci, stanowisko, kilka książek, nie tylko poetyckich, a co w efekcie – nagrody i nominacje do nagród literackich. Czy na tym etapie życia i życia literackiego czujesz się spełniony?

Czuję się zmęczony, do połowy pełny, i odlałbym się na parę rzeczy w życiu, ale trzeba solidnie zapieprzać, żeby nie wyjść z formy. Normalka. Wszyscy to mamy w naszym kochanym systemie, który coraz bardziej łysieje.

Masz jeszcze jakieś marzenia? Oprócz Nobla i gromadki wnuków?

Żeby wszystkie armie świata porzuciły broń i poszły się pieprzyć.

Z Przemysławem Owczarkiem rozmawiał Rafał Gawin, Łódź, 9 listopada 2016.

 

 

pantomima przed wyjazdem do betel

 

ściszam cię bananem, telewizorku,

siadły ci aktywa. obserwuję przez lufcik,

jak sąsiadom umierają psy i kredyty.

 

to fakt maskowany przez nowe bryki,

ale niejeden człowiek odkłada twarz i znosi ją

do piwnicy. stary klawikord to tamta chmara wróbli

 

nad filią banku. mógłbyś odwrócić spojrzenie i wskoczyć

pod kołdrę, gdzie smażysz się w świergocie. ściszam cię

bananem, gierkowski bloku chorych na kapitalizm.

 

awaria rolety – co za okropieństwo! bananem cię ściszam,

 

panno ikono. kto wierzy, usłyszy krzyżowane łono?

nie miaucz, ściszam cię, kocie, wyspałeś dziurę

w moim łóżku.

 

was też ściszam bananem, bo jesteście jak hemoroidy.

 

biorę się w sobie i odkładam na lepsze miejsce.

jest potrzebny śrubokręt, jestem śrubokrętem.

jest potrzebna siekiera, jestem siekierą,

 

chcesz serce? bije po lewej stronie.

wątrobę wzdęło i prawi morały. sedno

to kręgosłup. powinien obracać się wokół

 

osi w każdym znaczeniu.

ściszam cię, bananie.

wokamgnieniuj się,

 

wsio, rzeko. i ty, letni domie.

 

(Z tomu Stojąc na jednej nodze, Dom Literatury w Łodzi, SPP Oddział w Łodzi, Łódź 2016).

 

Przemysław Owczarek (ur. 1975) – poeta, redaktor naczelny Kwartalnika Artystyczno-Literackiego „Arterie”, z zawodu antropolog kultury. Wiersze publikował w „Twórczości”, „Tyglu Kultury”, „Wakacie”, „Studium”, „Odrze”, „Toposie”, „Red.”, „Cegle”, „Wyspie”, „Nowej Okolicy Poetów” i „Gazecie Wyborczej”. Prozę – w „Kresach”, „Tyglu Kultury”, „Ricie Baum” i „Słowie Żydowskim”. Laureat Nagrody im. Jacka Bierezina za debiut książkowy (2006). W 2007 wydawnictwo Zielona Sowa opublikowało jego debiutancki tom poetycki Rdza, za który otrzymał III nagrodę na IV Festiwalu Złoty Środek Poezji (Kutno 2008) i Nagrodę im. Kazimiery Iłłakowiczówny za najlepszy debiut poetycki (Poznań 2008). Rok później opublikował tom prozy poetyckiej pt. Cyklist (Wydawnictwo Kwadratura), który w 2010 został nominowany Nagrody Literackiej Gdynia i uhonorowany nagrodą Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek w kategorii książki poetyckiej. W 2011 wydał tom wierszy pt. Pasja (Wydawnictwo WBPiCAK). W 2013 opublikował tom prozy poetyckiej i poematów Miasto do zjedzenia (Instytut Mikołowski), zaś w 2015 książkę dla dzieci Baśnie Eliany  (Dom Literatury w Łodzi). Laureat Nagrody Otoczaka, przyznawanej przez Jerzego Suchanka (2012). Stypendysta Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Urzędu Miasta Łodzi. Mieszka w Łodzi.

13620203_10210322266234776_3469220340291311559_nRafał Gawin (ur. 1984) – poeta, okazjonalnie krytyk, redaktor, korektor i sekretarka „Arterii”, konferansjer i reanimator kultury. Wydał arkusz Przymiarki (2009) oraz książki poetyckie Wycieczki osobiste / Code of change (2011) i Zachód słońca w Kurwidołach (2016). Tłumaczony również na język bułgarski i rosyjski. Publikował w prasie literackiej i kulturalnej oraz w antologiach, ostatnio w Co piłka robi z człowiekiem? Młodość, futbol i literatura (2012) i Przewodniku po zaminowanym terenie (2016). Mieszka w Łodzi, gdzie pracuje jako instruktor w dziale imprez Domu Literatury. Prowadzi blog gawin.liberte.pl.