IMG_2501a

Fot. Beata Klimowicz

Beata Klimowicz: Od kiedy pan wie, że jest poetą? I jak do tego doszło?

Roman Honet: Ta osobliwa formuła – bycie poetą – w gruncie rzeczy nic nie wyjawia ani nie objaśnia. Może niektórym ludziom zdaje się sygnalizować osiągnięcie upragnionego stanu intelektualnej oraz duchowej sytości, może dla niektórych sama przez się uchodzi za nobilitującą, w końcu dla niewielu stanowi problem indywidualnej tożsamości, wymagający nieustannego rozstrzygania. Zapewne dlatego warto dbać, aby rozpoznania tego rodzaju znajdowały swoje miejsce na kartach dziennika czy pamiętnika, aby nie należało im świadkować na bieżąco. Kiedy przykładowo człowiek przedstawia mi się jako poeta, co zdarzało się wiele razy, wtedy uznaję go za nadęte monstrum, zazwyczaj przez ciężar własnych deklaracji odwracające uwagę od rzeczywistej wartości tego, co napisało. Tak więc myśl o byciu poetą w pierwszej chwili wydaje mi się niezmiernie nudna. Mgła i muł. Milczenie. Niemniej przypominam sobie pokrzepiający zapis Máraiego, że milczenie również jest nudne, więc wolałbym zachować dystans wobec stwierdzenia jestem poetą w zależności od tego, kto go używa oraz wobec kogo. Jeśli słyszę, że Miłosz czy Szymborska byli poetami w całości czy, powiedzmy, z natury – myślę: w porządku, zresztą w tej sytuacji to właściwie sprawy zamknięte. Jeśli w Dzienniku Lechonia czytam pełne goryczy wyznania, że zmarnował sobie młodość, a potem całe życie, świadomie dokonując całego szeregu niewłaściwych wyborów, że pozostała mu wyłącznie liryka, lecz jej statusu także nie jest pewien, ponieważ pisanie wierszy nie przychodzi mu łatwo – również w porządku, to właśnie wyraz wspomnianych metod diagnozy własnej, i również – sprawa zamknięta. Jeżeli natomiast na przykład podchodzi do mnie mężczyzna i mówi: dzień dobry, Władysiński, jestem poetą, wychwytuję w jego słowach to, czego sam nie widzi, a co utracił. Poczucie miary. Odwagę. Ideę oddania się pisaniu, którą zastąpił piedestałem dla siebie samego. Przede wszystkim stracił czas i na swój zabawny sposób zaburzył jego porządek, poetą bowiem człowiek staje się po śmierci, o ile tak zostanie oszacowane, za życia zaś pozostaje mu pisanie wierszy. Wolę więc mówić, że piszę wiersze. Trwa to od ponad dwudziestu lat, a zaczęło się od przekładów tekstów piosenek zespołów rockowych z angielskiego na polski.

Do tej pory, w opublikowanych sześciu tomach, zawarł pan łącznie dwieście trzydzieści wierszy. Czy zdarza się panu jeszcze czasem napisać wiersz do szuflady, dla siebie?

Dziękuję za tak skrupulatny rachunek. Zdarza się niejednokrotnie. Po napisaniu każdego tomu zostaje co najmniej kilka wierszy. Zachowuję je na dysku, ponieważ zwyczajnie nie pasowały do książki. Czasem napiszę liryk właśnie dla siebie, wyłącznie, tak zupełnie obok tomu. Do tego można dodać niemal tysiąc pozostałych, których nigdzie nie opublikuję. Obecnie wiersze, które uznałem za nieudane, wyrzucam, a właściwie – ponieważ piszę na komputerze – kasuję od razu.

W ocenie niektórych krytyków ma pan obsesję straty. Czy zgadza się pan z takim stwierdzeniem?

Nawet brak mojej zgody nic by nie zmienił. Może krążyłbym po sferach dwuznaczności, nawarstwiając w myślach sytuacje nieposiadające rozsądnego wyjścia, a moje myśli zostałyby zatrute przez konieczność wyboru między katastrofalnym albo-albo. Krytyk powinien być kompetentny, niezależny, powinien umieć dokonać wartościowania, uchwycenia cech jakościowych oraz pozostawać zdolny do reakcji emocjonalnej i myślenia metaforycznego – cóż, wyszedł typ dość idealny (śmiech), lecz moja zgoda czy niezgoda na słowa krytyka i tak pozostaje kwestią drugorzędną.

A czy zdarzyło się panu napisać wiersz beztroski, albo wręcz – radosny?

Pewnie, całkiem sporą liczbę. Ale nie znalazły się w tomikach. Zresztą co właściwie znaczy wiersz beztroski? Napisany bez namysłu? Bez koncentracji? Tak jakby malarz podszedł do płótna, którego nawet nie zamocował na sztaludze, ale beztrosko rzucił na kaloryfer, a następnie beztrosko wlazł w farby bosymi stopami i równie beztrosko zaczął wspomniane płótno kopać, nanosząc kolory i nadając kształty (śmiech), po czym stwierdził: proszę, namalowałem beztroski i radosny obraz. Otóż nie, pisanie to poważne zajęcie. Skądinąd: czy pani zdarzyło się czytać współczesny wiersz, może nawet cały tom, byle nie limeryków, który byłby radosny i beztroski? Dodam szybko: i równocześnie nie nasuwałby żadnych przypuszczeń, że jego autor nigdy niczego w życiu nie dotknął, żeby przypadkiem nie pobrudzić się własnym ani cudzym doświadczeniem.

Który ze swoich wierszy lubi pan najbardziej?

Może ten, który dopiero napiszę (śmiech). Mówiąc poważnie, nie mam preferencji tego rodzaju, żeby lubić określone wiersze. Jeśli już, zdarzyło mi się opublikować kilka, za którymi nie przepadam, ale tytuły zostawię przy sobie. To jakby zapytać dyrygenta, który instrument lubi w szczególności. Pewnie padłyby rozmaite odpowiedzi, niemniej ma pod swoją batutą całą orkiestrę symfoniczną, więc trąbkę może przedkładać nad fortepian wyłącznie na własny użytek. Może również zdecydowanie wskazać na kotły, kupić kilka i walić w nie jak afrykański czarownik w tam-tamy, ale w domu, nie w trakcie kierowania orkiestrą symfoniczną. Żeby nie latać tak wysoko, można podać przykład z odmiennego zakresu: weźmy pytanie do trenera drużyny piłki nożnej, dotyczące tego, która pozycja na boisku jest najważniejsza. Nieważne, co odpowie, nieważne, jaką wybrał taktykę – wszystkie pozycje są równie istotne. Prywatnie może lubić na przykład zwłaszcza Dawidka, prawego obrońcę, bo Dawidek szybko dochodzi do siebie po nocnym balowaniu w dyskotece. Ale sam nie mam żadnego Dawidka, więc nie mogę tak powiedzieć (śmiech).

Spotkałam się ze sformułowaniem, że krytycy próbują pana oswoić. Tymczasem niektórzy z nich sami stają się liryczni: język Honeta (…) stanowi akt własności świata, posterunek umożliwiający schronienie, w pożodze czasu nieważnego, w całej jego totalności. Ktoś inny czuje powinność, by nieustannie rozdrapywać ranę zrozumienia. Jak udaje się panu pozostawać człowiekiem skromnym?

Dziękuję za przyjemne słowo, ale nie należę do ludzi skromnych. Owszem, nigdy nie obnosiłem się z własną liryką, ale jestem popędliwy, gorliwy, zapamiętały w pisaniu i emocjach. Niech sobie krytycy rozdrapują ranę zrozumienia, niech odczuwają powinności, możliwie zróżnicowane. Wolę się w to nie mieszać. Zresztą kiedy czytałem omówienia własnych tomików autorstwa – przykładowo – Mariana Stali czy Karola Maliszewskiego, Pauliny Małochleb, Marcina Palika, nie zauważyłem żadnych prób oswojenia, które mógłby powstać w efekcie przewagi wahania czy niepewności nad możliwością wydania własnego osądu. Przeciwnie: pisali w sposób klarowny, zrozumiały i pewny na tyle, by zdolności do pojmowania rzeczy przyznać pierwszeństwo przed własnymi wątpliwościami, które – owszem – także się pojawiały.

Z całym szacunkiem, ale wymienione przez pana cechy nie przeczą skromności. Ale tak, Karol Maliszewski bardzo klarownie mówi o linii Honeta, a Marian Stala o tym, że prezentuje pan nurt wyobraźni ośmielonej. Jak osiągnął pan ten etap twórczego rozwoju, od chłopaka, który przekładał teksty piosenek – do poziomu, który najznamienitsi krytycy określają w taki sposób?

Pisanie wierszy zawsze zaczyna się od pewnego zajęcia, czasem zbliżonego, czasem całkiem odmiennego. Mogą to być tak samo przekłady, niekoniecznie wprawne, piosenek, jak malowanie obrazów, tworzenie komiksów czy zwyczajne rozpoczęcie pisania wierszy. Dla mnie pisanie liryki można zacząć nawet od układania w lesie szyszek na piasku. Niewytłumaczalna przemoc początków, może tak. Nie przepadam za chrzanieniem w stylu: w domu regały pełne książek piętrzyły się po sam sufit, między nimi była oczywiście liryka, także poezje wieszczów wydane w skórzanych oprawach, więc już w wieku pięciu lat pisałem rymowanki, a czytać umiałem jako plemnik. Zresztą niewielu poetów – niezależnie od sposobu, który sprawił, że zaczęli pisać i pozostali przy pisaniu wierszy – ma skłonność do wydawania juweniliów. Tak więc: może po prostu piszę dość długo i na tyle regularnie, że dalsze trwanie przy przekładach mogłoby okazać się nudne. Niemniej zachowałbym ostrożność przed wskazywaniem na to, co pani określiła jako etap twórczego rozwoju. Kojarzy mi się z wpisem na dyplomie pt. Z okazji dwudziestopięciolecia pracy twórczej. Brzmi tak arcyformalnie, tak biurokratycznie. Jeśli zaś precyzyjniej przyjrzeć się temu stwierdzeniu, można zadać pytanie: czy to nie jest tautologia? Czy w literaturze na pewno może istnieć rozwój nietwórczy? Może to moje wątpliwości, własne patrzenie, nie wykluczam, że wadliwe, więc w efekcie nie osądzam, czy jest trafne. Karol Maliszewski napisał omówienia moich pierwszych tomików, potem jeszcze wielokrotnie o nich wspominał, napisał esej o moich wierszach na tle sytuacji debiutanta – ogólnie zrobił dla mnie mnóstwo dobrego i jestem mu za to wdzięczny. Z kolei Marian Stala po raz pierwszy użył terminu ośmielona wyobraźnia około piętnastu lat temu i zasadniczo – sądzę, że świadomie – niezupełnie go zdefiniował, nie dopowiedział, pozostawił pewną lukę interpretacyjną. Otworzyło to interesujący punkt wyjścia dla badaczy literatury, traktujących ową formułę poważnie, usiłujących ją zgłębić, a równocześnie uchyliło furtkę dla rozmaitych mistyków krytycznych, którzy odwołują się do tego terminu w przypadku problemów z wyrażeniem własnych myśli.

Rozwój twórczy – w sensie rozwoju literackiego, proszę pozwolić mi się nieco obronić. A rozwój nieliteracki też może czasem się przytrafić. Jeśli jednak chodzi o krytykę – czy zdarzało się, że coś pana zabolało, albo zirytowało?

Pewnie, zresztą dajmy już spokój roztrząsaniu tego tematu. Osobiście jestem dość mocno zaimpregnowany krytycznie, w efekcie zachowuję umiar i wobec pochwały, i wobec potępienia. Ponieważ pytanie ma szerszy wymiar, więc pozwolę sobie skorzystać: irytuje mnie, że wiele znakomitych tomików – mogę tu przywołać lirykę Piotra Maura czy świetny tom Marcina Zegadły pt. Cały w słońcu, w każdym razie to zaledwie przykłady; tu chodzi o znacznie obszerniejszy fragment liryki współczesnej – nie zostało wystarczająco docenionych przez krytyków. Bywają także interesujące tomiki, które są niemal zupełnie przemilczane. Nie mówię o nagrodach, ale o recenzjach w pismach literackich, choćby krótkich wzmiankach. Ten brak doskwiera.

Wtedy, kilkanaście lat temu, jakich poetów czytał pan najczęściej?

Mnie współczesnych, jak choćby poetów z kręgu pisma „Brulion, chociaż wymienienie wszystkich nazwisk i książek leży poza zasięgiem moich możliwości, może nawet chęci. A czytałem często, niemal zawsze. Zachłannie. Niemal wszystkich. W połowie lat dziewięćdziesiątych tomiki były powszechnie dostępne w krakowskich księgarniach, nie tak jak teraz, że można kupić publikacje trzech lub czterech wydawnictw i koniec. Wtedy po wejściu do księgarni widziałem szeroki wybór liryki współczesnej, więc tomiki kupowałem czasem intencjonalnie, a czasem przypadkowo. Potem, kiedy jeździłem na rozstrzygnięcia konkursów poetyckich, i jeszcze później, gdy zacząłem brać udział w nielicznych spotkaniach autorskich, miałem do czynienia z jeszcze większą liczbą książek, a ponieważ w międzyczasie zacząłem redagować „Studium, gdzie nadsyłano pisma literackie i tomiki, więc chyba mogę powiedzieć, że czytałem prawie wszystko, co wówczas na bieżąco wydawano.

A po jaką lekturę najchętniej sięga pan dziś?

Może powinienem zaznaczyć to w poprzedniej odpowiedzi, więc teraz nieco klasycznie. Zawsze – i tak zostało do dzisiaj – lubiłem czytać Lechonia, Rilkego, Nerudę, Brodskiego, Miłosza, Szymborską, Świrszczyńską, Bursę, Gajcego, Baczyńskiego, Grochowiaka, Słowackiego, Ratonia i polskich metafizyków barokowych, na przykład Sebastiana Grabowieckiego. Ajgi Genadij – to także poeta dla mnie istotny. O, jeszcze Tuwim (śmiech). Iwaszkiewicz. Norwid. Wielu więc było i jest obecnych w moich lekturach, Brecht, Marie Luise Kaschnitz, Tranströmer, Seamus Heaney – również nie sposób wymienić wszystkich, zresztą chyba nie w tym rzecz. Zwłaszcza że właśnie przypomniał mi się Leśmian. A została jeszcze proza, ten temat także mógłby zakończyć się wyliczaniem w nieskończoność, więc tak – na bezludną wyspę zabrałbym wszystkie powieści i opowiadania Ernsta Wiecherta, Emila Zoli, Amosa Oza, Leo Lipskiego, Jaroslava Haška, Williama Faulknera, Louisa-Ferdinanda Céline’a, Hermanna Hessego, Alberta Camusa. A każdy pominięty byłby moją stratą (śmiech).

Dariusz Sośnicki napisał o fragmencie pana wiersza: Nic, tylko wpisać tych 13 słów na listę lektur z poetyki. Czy pamięta pan, o jakie słowa chodzi? Przepraszam, za quizowy charakter pytania, nie jest ono jednak, jak myślę, podchwytliwe.

Jeśli dobrze pamiętam, chodzi o drugi wiersz bez tytułu z alicji. Pamiętam jeszcze, że znajduje się na jedenastej stronie i że jest jednym z najkrótszych wierszy w tomie: liczy caaałe cztery wersy (śmiech). Zacytowany tekst Dariusza Sośnickiego dotyczy pierwszych dwóch. To przyjemność czytać tak dobre słowa, ale nie powód do skakania pod sufit. Zresztą lista lektur z poetyki nie musi wywoływać sympatycznych skojarzeń, podobnie sama poetyka jako przedmiot może okazać się utrapieniem.

Tak, to te dwa wersy:

przyciśnięta do poduszki głowa pęcznieje

jak guz. chciałoby się zgasić, stłamsić tę noc.

 

Ale wtedy nie było jeszcze tych:

 

w sprawie zapomnienia nic nie wiem.

moje ciało rzuca twój cień

 

To z najnowszego tomu świat był mój, który jest nominowany do tegorocznego Silesiusa w kategorii Książka roku, a ostatnio – do Nagrody Poetyckiej im. Wisławy Szymborskiej. Ta podwójność nominacji wyróżnia go spośród pana wcześniejszych tomów. Czy jest on dla pana szczególnie ważny?

Wolałbym mówić, że jest mi bliski, mocno osobisty. Tyle. Ważny również, owszem, traktuję pisanie poważnie, więc wiersze są dla mnie ważne. Kiedy je piszę, przykładowo dążę do tego, żeby były piękne. Wtedy wyłącznie to się liczy, a potem nie trzymam tomiku w szklanej gablocie, by podkreślić jego ważność. Sam również nie czuję się ani odrobinę ważniejszy z tego powodu, że piszę wiersze. Warto zauważyć dwie rzeczy. Po pierwsze ważność nie jest kategorią niezmienną ani wymierną, stąd tomik, teraz oszacowany jako szczególnie ważny, po roku czy kilkunastu latach może zostać uznany za nieszczególny, a po drugie nadmierna powaga w traktowaniu własnych książek, właściwie nadmierna powaga w podejściu do wszelkich przejawów ludzkiej aktywności, może łatwo przeistoczyć się w rytuał komicznej celebracji. Albo zwykłej rutyny. Nie lubię ani celebracji, ani rutyny: ta pierwsza zmienia ludzi w nieomylnych kapłanów własnego ja, ta druga – w smutasów przyjmujących z okazji wydania trzydziestego trzeciego tomu wierszy dyplom w ramce i róży pąk. Nominacje na nic tu nie wpływają, podwójna nominacja przytrafiła się również pewnemu mojemu wcześniejszemu tomikowi, więc: da się to przeżyć (śmiech). Wydałem także tomiki, które nie otrzymały żadnych nominacji i wcale nie czułem się przez to pokrzywdzony. Spójrzmy prawdzie w oczy: nominacja to dobra rzecz, nagroda zapewne jeszcze lepsza, ale pisanie dla nominacji i nagród – to rzecz obrzydliwa. Skądinąd: okaleczające jest patrzenie na literaturę wyłącznie przez pryzmat nominacji i nagród.

Ale to chyba nie jest możliwe przy tych najważniejszych konkursach, w rodzaju Nagrody Poetyckiej im. Wisławy Szymborskiej. Nie da się przewidzieć takiej nominacji, grać na nią?

Chciałbym tak myśleć. Niemniej to kwestia cudzej psychiki, nieprzenikniona. Ale wyczuwalna. Chociaż bez pewności. Intuicyjnie. Na przykład okazuje się, że poeta, który wydawał tomy rzadko, zaczyna wydawać je częściej, nawet: nieznacznie, wszelako nie potrafi uszanować zasady, że frazy zbyt łatwe do zapisania nie muszą zostać zapisane właśnie dlatego, że są łatwe. Więc jeśli gra, to w rzeczywistości chyba ze sobą i o nic, ale w przekonaniu gracza – z innymi ludźmi o wyznaczoną stawkę (śmiech).

Luigi Marinelli, Członek Kapituły Nagrody, powiedział o autorach nominowanych tytułów: ci poeci pochodzą z małych miasteczek. A przecież pan od wielu lat jest związany z Krakowem?

Większość życia spędziłem w małym miasteczku i obecnie mieszkam tam nadal. Przez kilka lat pobytu w Krakowie nie wyhodowałem w sobie szczególnego zamiłowania do tego miasta. W ogóle nie lubię dużych miast, kojarzą mi się z wszędobylskimi turystami, roznosicielami ulotek, galeriami handlowymi, tłumem i hałasem. Unosi się nad nimi apokaliptyczna smuga cienia rodem z Metropolis Langa. Zresztą czy to wielka frajda, że aby sobie kupić jabłko w warzywniaku czy mydło w kiosku, trzeba trzy razy zatrzymywać się na światłach? Związany z Krakowem mogę być o tyle, że prowadzę zajęcia w SLA, więc tak sobie trzymamy nitkę tego połączenia – jeden koniec ma UJ, drugi tkwi w moich rękach. Owszem, lubię spokój dziedzińca Kolegium Języków Obcych między ulicami św. Anny a Gołębią, przestrzenie Łąk Nowohuckich, Cichy Kącik: cóż, mało.

Pana wiersze są tłumaczone na wiele języków. Jak pan się czuje, czytając je na przykład po angielsku, przefiltrowane przez umiejętności i wrażliwość innego poety?

Czuję się obojętnie. Tak jakbym oglądał je napisane po litewsku czy norwesku (śmiech).

A czy zdarzało się, że tłumacz prosił pana o pomoc, pytał o zdanie lub wręcz – o radę?

Kilka pytań zadał mi Marek Kazmierski, który parę lat temu przyczynił się do wydania w Londynie antologii polskiej poezji współczesnej Free Over Blood. Niemniej chodziło o szczegóły; jestem pewny, że równie dobrze poradziłby sobie bez mojej pomocy. Swojego czasu na warsztatach w Berlinie Steffen Popp przekładał moje wiersze na niemiecki, a ja tłumaczyłem jego utwory na polski, więc mogliśmy na bieżąco eliminować rozbieżności. Rozmawialiśmy po angielsku, ponieważ nie znam niemieckiego, a Steffen polskiego, więc było nieco śmiesznie, ale ostatecznie podołaliśmy temu wyzwaniu. Oprócz tego nie przypominam sobie, by tłumacz czy tłumaczka prosili mnie o pomoc lub pytali o zdanie. Zresztą w podobnych sytuacjach tłumaczowi po prostu trzeba zawierzyć: jeśli założę, że przekładu dokonuje Hiszpan czy Rosjanka, naturalnie możemy się porozumiewać, ale ile byśmy nie gadali czy korespondowali, to, co zapiszą w ostatecznej formie, jest wyłącznie ich decyzją, której efekt pozostanie poza moim dostępem z powodu – dziś to się tak ślicznie ujmuje – braku kompetencji językowych i kulturowych.

Powiedział pan, że pisze od razu na komputerze. Ale nieoczekiwane myśli, słowa, inspiracje zapisuje pan na bieżąco na jakimś papierze?

Tak, na papierze i choćby dlatego zawsze mam przy sobie notatnik. Przy sposobności: mnie nawet przez myśl nie przeszło, żeby potępiać papier, żeby go wrzucać do wartościującego młynka: lepszy-gorszy i tak dalej. Zwyczajnie przyzwyczaiłem się do pisania na komputerze, a używam go od ponad dwudziestu lat, więc powstały pewne nawyki: na przykład szybciej piszę na klawiaturze niż ręcznie. Nie wspominając nawet, że znacznie wyraźniej (śmiech). Niech każdy pisze tak, jak mu wygodnie: rylcem na glinianej tabliczce, gęsim piórem, wiecznym piórem, długopisem albo na tradycyjnej maszynie do pisania. W ostatnim przypadku należy piszącemu życzyć sąsiadów albo wyrozumiałych, albo mieszkających w odpowiedniej odległości.

Czy – aby pisać – musi mieć pan jakieś konkretne warunki? Chodzi mi o porę, miejsce, nawyki, może jakieś zasady.

Czasem lubię pisać w ciszy, czasem przy muzyce. Na pewno nie w hałasie. Przeważnie wieczorem lub w nocy, zresztą na ogół właśnie wtedy mam czas, chociaż jeśli ów czas zdarzy się w biały dzień, nie sprawia mi to różnicy. Miejsce do pisania mam zawsze jedno – fotel przy biurku, chyba że – choć to zdarza się rzadko – wyjadę gdzieś lub pójdę. Z nawyków nikotyna i kofeina. Zasada, właściwie życzenie, również jest jedna: żeby w trakcie pisania nikt mi nie zawracał głowy (śmiech).

Pana wiersze publikowało wiele znanych czasopism literackich. Przez trzynaście lat, do dwa tysiące ósmego roku, był pan redaktorem dwumiesięcznika literackiego, wspomnianego już przez pana „Studium” oraz książek wydawanych przez to czasopismo. Dlaczego ta współpraca się zakończyła?

Nie mieliśmy pieniędzy na dalsze wydawanie pisma, czyli środków na honoraria czy korektę. Druk i dystrybucję zapewniało nam wydawnictwo Zielona Sowa, w jego budynku mieściła się także siedziba redakcji, lecz od pewnego czasu ta oficyna dawała nam odczuć swoją niechęć i uznawać za zbędnych – to również było powodem.

Zasiada pan w jury wielu konkursów poetyckich. Ludzie wiersze piszą chyba coraz częściej. Czy również coraz lepiej?

Wcale nie bywam w jury tak często, żeby zasiadać (śmiech), w dodatku w jury wielu konkursów, ale również nie ukrywam, że zdarzały mi się przygody tego rodzaju. Myślę, że wszystko zależy od wartości zestawów nadesłanych na konkurs: raz są lepsze, raz gorsze, niezależnie od liczby. Nie widzę tu żadnego jakościowego wykresu, a wyłącznie czystą przypadkowość. Czasem może się zdarzyć, że – powiedzmy – dziewięćdziesiąt procent zestawów jest kiepskich, za to pozostałe dziesięć stawia jurorów przed naprawdę trudnym wyborem. Ale bywam jurorem z doskoku, nie z zawodu, więc nie odważyłbym się na oszacowanie, czy ludzie piszą coraz lepiej, czy coraz gorzej. Może oceny tego zjawiska może mógłby podjąć się człowiek, który rok w rok zasiada w jury określonego konkursu, swoisty juror-statystyk (śmiech). Niemniej wynik konkursu zawsze jest między innymi wypadkową gustu jurorów, więc należy zapytać, ile warte i na ile miarodajne byłoby to przedsięwzięcie.

A jednak jest pan nazbyt skromny – tych konkursów było co najmniej piętnaście.

A co powiedzieć o ludziach, którym zdarzyło się to pięćset razy? (śmiech)

Może to, że pewnie muszą być dość sędziwi? Pan za to wspiera też debiutantów: brał pan udział w Połowach Biura Literackiego i właśnie – prowadzi pan warsztaty poetyckie na UJ, cenione i lubiane przez uczestników, co wiem z wiarygodnego źródła. Kiedy zaczął pan pomagać innym osobom piszącym – lub chcącym pisać – wiersze?

Wspomniana pomoc często jest właściwie formą przykładu. Wskazania, porównania na zasadzie: patrz – tak o śniegu czy kwiatku, czy miłości piszesz ty, a tak pisał Miłosz, a tak Świetlicki i tak dalej. Mam tu na myśli głównie zajęcia w SLA, które prowadzę od dziewięciu lat. Przedtem bywało różnie: właściwie zaczęło się od redagowania książek. W pewnym momencie rozmaite osoby zaczęły mi przysyłać swoje tomiki do redakcji. Chyba wtedy się zaczęło, około piętnastu lat temu, chyba tak.

Czy panu też ktoś kiedyś pomógł, wsparł, był dla pana Mistrzem?

Dziś tak się podziało, że wiele się mówi o wspieraniu czy pomocy przy pisaniu literatury; i pracuje się w ten sposób, jakby zanadto nadopiekuńczy. Tomasz Cieślak, redaktor mojego pierwszego tomiku, pomógł mi i wsparł mnie tak, jak robiło się to dawniej. Jak należało. Napisał, aby ten i ten wiersz wyrzucić, a wskazane słowo zmienić. Konkretnie, bez żadnych ceregieli i bez obłego słownictwa, żeby przypadkiem piszącego biedactwa nie dotknąć. Uznałem jego wskazówki za zupełnie naturalne, a częściowo – za słuszne. Może to kwestia charakteru; sam mam stanowczy, więc znoszę podobne. Nawet lubię. Szanuję. Jeśli chodzi o mistrzów, można by szukać wśród poetek i poetów, o których już wspomniałem.

Czy lubi pan spotkania z czytelnikami?

Jak przebiegło spotkanie, zawsze okazuje się dopiero po zakończeniu. Ogólnie lubię, ale nie nabrałem tak znacznego pędu ku publiczności, żeby o spotkania zabiegać czy przyspawać się do jakiegoś domu lub ośrodka kultury i tam regularnie, powiedzmy co miesiąc, masakrować czytelników własnym istnieniem i wierszami.

A czytać innym swoje wiersze – czy łatwo to panu przychodzi?

Jeśli chodzi o spotkania autorskie, zawsze pojawia się trema. Mniejsza lub większa, więc wtedy czytanie przychodzi łatwiej lub trudniej. Banał. Jeśli zaś mowa o czytaniu wierszy ludziom poza spotkaniami – nigdy nikomu nie czytam. Z całą prostotą. Owszem, jest kilka osób, których zdanie wysoko cenię i którym ufam na tyle, że przesyłam im czy daję niepublikowane wiersze. Ale czytać? W życiu! Skoro ufam określonym osobom, więc mam także pewność, że potrafią czytać i że czytania nie definiują jako umiejętności składania na głos liter. Autorów, którzy chodzą i czytają własne wiersze – czy ja wiem? w kinie po cichu, może nawet na głos, na przyjęciu, w tramwajach, na ulicy – zwyczajnie się boję.

No tak, to zrozumiałe, podzielałabym ten lęk. A mówiąc serio: rzeczywiście, myślałam raczej o spotkaniach autorskich. Ale też czytał pan nie tak dawno swój wiersz z tomu świat był mój w TVP Kultura, w poświęconym panu odcinku z cyklu Poeci. Nie dostrzegłam tremy i wiersz miał się w pana wykonaniu dobrze. Telewizja służy poezji?

Oglądałem w sieci. Nieco tremy musiało się pojawić, ponieważ niemal cały czas machałem nogą (śmiech). To truizm, ale nagrania dla telewizji to odmienne sytuacje niż spotkania na żywo: przed kamerą można pomylić się siedem razy z rzędu, za ostatnim przeklinając w żywy kamień. Nic się nie stanie – wytnie się, co trzeba, potem zmontuje i nagranie gotowe. Jak jest na żywo – wiadomo. Telewizja zaś służy wyłącznie opakowaniu poezji. Taka ciotka, co przychodzi – a pokaźna jest, wybrylantowana i jej kroków nie sposób nie słyszeć – i woła: zaraz zabiorę ten obraz i zmienię mu ramę na grubszą, bo w tej cienkiej za słabo go widać! Krzycząca ramiara. Tak mi się wydaje. Nie mam telewizora, więc może wydaje mi się niedobrze, za to mam wrażenie, że zdarzają się sytuacje, kiedy to poezja zaczyna służyć telewizji. Tak zwyczajnie: czyści jej buty, zmienia się w teledysk, słowem: wkłada czapkę błazna.

Wracając jeszcze do spotkań na żywo – jakie było najbardziej oryginalne pytanie skierowane do pana przez czytelnika?

Co lubisz robić? – zapytał mnie pewien człowiek na spotkaniu w Jaśle. Świetne pytanie, całkowicie naturalne. W dodatku krótkie, więc odległe od pseudointelektualnego majaczenia, które czasami towarzyszy sytuacjom spotkaniowym – tak je nazwijmy, choć tendencje do wspomnianego majaczenia częściej wykazują osoby prowadzące spotkanie niż zadający pytania czytelnicy.

A co lubi pan robić?

Lubię oglądać mecze futbolowe i piłki ręcznej, uwielbiam góry i spacery z psem po lasach, lubię uczucie, kiedy zdołam napisać wiersz, z którego jestem zadowolony. Lubię słuchać muzyki, czasem poważnej, ale głównie rockowej z lat 70. Lubię czytać dobre wiersze i dobrą prozę. Lubię moich nielicznych przyjaciół (śmiech).

Niektóre pana wiersze podlegały pewnym zmianom, widać to w zbiorze moja. Wiersze żyją razem z panem?

Wydawca zaproponował mi wznowienie trzech moich pierwszych tomików w jednej książce, zgodziłem się i tak powstała moja. Zmiany wzięły się stąd, że poniekąd nękało mnie przeświadczenie, że to czy tamto mogłem napisać odmiennie, a poniekąd z chęci eksperymentowania. Ciekawe pytanie, jeśli bowiem dokonuje się w zmian w wierszach napisanych przez laty, to żyją czy może umierają?

Pana przed-debiutancki tom z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego roku – czy ma go pan? Wart jest chyba majątek.

Nie wydałem przed-debiutanckiego tomu. Chyba że ma Pani na myśli wiersze ze zbiorowego almanachu właśnie wówczas wydanego w Płocku. Tak, mam, ale nie oddam za żaden majątek, ponieważ tamtych wierszy nie przeczytałbym dziś inaczej niż w masce na twarzy i na drugiej półkuli.

Tak, tom nazwano konkursowym i białym krukiem, nie udało mi się nic więcej na jego temat dowiedzieć. Ale to i tak bardzo ciekawe. I rozumiem, że równie osobiste. Ale jeśli mógłby pan powiedzieć coś sobie samemu sprzed lat, gdy zaczynał pan pisać – co by pan poradził temu młodemu człowiekowi?

Tamten młody człowiek nie znosił, kiedy mu się radziło, a ten teraz, który jest starszy, ale wcale się tak nie czuje, nie znosi dawania rad.

Więc jaką metodę stosuje pan wobec swoich studentów?

Konsekwentnie wolałbym mówić, że zalecam czy pokazuję. Opowiadam. Zresztą sama pani wie, że na zajęciach unikam wyrażania się w sposób kategoryczny. Absolutyzujący. Owszem, trafiają się pewne kwestie, głównie techniczne, jak choćby obecność w wierszach rymów przypadkowych i przez to komicznych, czemu jestem zdecydowanie przeciwny, więc podobne ekscesy zdecydowanie odradzam. Na ogół mówię do studentów na zasadzie: warto – nie warto. Decyzję – ostateczną czy sytuacyjną – niech podejmą na własny rachunek, to dojrzali ludzie. Tak więc mówię im przykładowo, by traktowali własne pisanie poważnie, ale wyznaczyli sobie granice tej powagi. Równocześnie opowiadam, jak oddzielić się od własnego utworu, by umieć przyjmować krytykę i mieć dystans do siebie i swojego pisania. Pokazuję im wiersze współczesnych i dawniejszych poetów, niekoniecznie polskich – to ostatnie czasem odbywa się na zajęciach, a czasem przesyłam listę wierszy wartych uwagi na skrzynkę e-mailową, którą ma każda grupa. Tu dodam, że na pewno namawiam do czytania liryki innych autorów współczesnych. Na zajęciach nakłaniam do szczerych wypowiedzi na temat twórczości koleżanek i kolegów. Wiem, że studenci w trakcie uczęszczania do SLA zapoznają się ze sobą, zaczynają chodzić na piwo i w lokalu klepią się po plecach, mówiąc: stary, doskonały wiersz!  To całkowicie naturalne zachowanie, lecz dla mnie szczerość stanowi zbyt istotny aspekt wzajemnej oceny, bym mógł przystać wyłącznie na wartościowanie tego typu. Ta wzajemna uczciwość w warunkach warsztatowych niekiedy bywa naprawdę trudna do osiągnięcia. Koleżanka arcymiła, świetny kumpel – a tu muszą sobie głośno powiedzieć parę słów prawdy w obecności pozostałych studentów, ponieważ znajomości znajomościami, ale napisali wiersze nieszczególne. Owszem, może czasem zdarza mi zadeklarować pewne rzeczy głosem zbyt zdecydowanym, ale tyran ze mnie marny. Kiedy na przykład słuchacze otrzymują zadanie – sam mówię, że to wyzwanie – napisania wiersza na określony temat czy wiersza korespondującego z utworem innego poety, nie stoję nad nimi i nie wołam: musi być sylabotoniczny, stopą metryczną musi być trochej, wersów ma być dwanaście, aha, i jeszcze pod żadnym pozorem nie wolno używać wyrazu „chodnik”! Jestem głęboko przeświadczony, że studentom wystarczy na początku unaocznić ewidentne błędy, które mogą popełnić, oraz to, co dla odmiany warto wykorzystać w wierszu, potem wskazać im pewne kierunki, a następnie powierzyć swobodę i świadomość, że w razie wszelkich wątpliwości mogą się zwrócić do prowadzącego. Ci, którzy mają talent, pasję oraz wykazują się pewną elastycznością myślenia, niewątpliwie to wykorzystają, pozostali – bywają również tacy – od początku wiedzą wszystko o wszystkim, więc opuszczą SLA tak, jak do niego przyszli. A może: jakby nie przyszli wcale?

Ale większość jest rzeczywiście otwarta na pana uwagi, w zaleceniach i pokazywaniu znajduje dla siebie ważne – jednak! – rady. Zajęcia biją rekordy popularności, czy będzie pan nadal je prowadził?

Tak, przez najbliższy rok na pewno. Przy sposobności dziękuję za dobre słowo, choć nie zrobiłem nic ponad to, by przychodzić na zajęcia przygotowany i nie robić tego, czego sam nie znosiłem: nie czytać studentom przez dwie godziny książek, jak gdyby sami tego nie potrafili, ani nie urządzać im widowiska ze slajdów, mgły i fonemów, czyli nie odstawiać cyrku – kto tak woli, niech idzie na dyskotekę czy chociaż do salonu gier – na pewno wróci z lepszymi wrażeniami. Oprócz tego sądzę, że warto wskazywać na eksperymenty poetyckie jako możliwość, lecz nie punkt ciężkości. Pamiętam, że na ćwiczeniach pewien doktor opowiadał nam o starym komputerze na taśmy perforowane. Od lat trwała dominacja maszyn typu PC, a ten nadal tłukł swoje zakurzone wywody, zanudził wszystkich, siebie najwyraźniej również, kiedy bowiem mówił, miał zamknięte oczy i mimikę krowy ciągnącej karawan. W końcu kolega nie wytrzymał, wstał i zawołał – zresztą świetnie podsumował to bełkotanie: i potem ten komputer, kurwa, wysłali na Księżyc! Rzeczowej odpowiedzi nie było; ten komputer, o którym mowa, łączyły połączenia, które to połączenia… – tyleśmy usłyszeli. Ów człowiek po prostu uparł się przy własnej fiksacji albo własnym lenistwie. Patrzył nie na całość zagadnienia, lecz na wybrany epizod, czyli właśnie punkt. Niebawem upłynie dziesięć lat od czasu, gdy zacząłem drakę z SLA (śmiech), więc rozważę argumenty i za zakończeniem, i za kontynuowaniem zajęć. Cieszy mnie, jeśli ktokolwiek na wspomnianych zajęciach znajduje coś dla siebie, może nawet znajduje cząstkę siebie. Jeśli nie – cóż zrobić? Nic. Prowadzę warsztaty poetyckie, więc na przykład dla osób, które piszą prozę czy dramat, mogą okazać się z założenia nieinteresujące. Rozumiem w zupełności.

Ale też zdarza się, że te osoby, pod wpływem zajęć z panem – zaczynają pisać wiersze lub wracają do pisania wierszy. To jest z pewnością znajdowanie cząstki siebie. Proszę jeszcze powiedzieć, jakie ma pan plany na najbliższą przyszłość? Nie zawężając odpowiedzi do literatury.

Pisać wiersze – muszę zawęzić odpowiedź. Mnie nie interesują, załóżmy, egzotyczne kraje, więc tam się nie wybieram.

Nie spodziewałam się ucieczki od jesiennych klimatów, ale naprawdę nic, tylko wiersze? Czy to oznacza, że planuje pan niedługo wydać nowy tom?

Wyłącznie wiersze oraz małe przyjemności, jak wspomniane spacery z psem czy wyjazdy w Tatry lub Pieniny, oraz przykre konieczności, jak regularnie płacenie za to, żeby żyć w miarę znośnie i nie zejść do kanałów. W przypadku przyszłości przeważnie zdaję się na kaprys, nie na przewidywanie, może dlatego nie wygląda to tak, jak zaplanowana podróż młodej aktorki na Malediwy. Ale właśnie tak ma być. Tak więc piszę wiersze, a tom planuję. Ale czy planuję wydać? Nie, nie w najbliższym czasie. Muszę najpierw doprowadzić do zgody między pisaniem a planowaniem.

Dziękuję panu za czas i uwagę. Czy jest coś, czego mogłabym panu życzyć?

Dziękuję również. Pasji w pisaniu, życia w spokoju, miłości – tego bym pragnął i tego życzę też pani.

Bardzo dziękuję. Niech się spełni. Na zakończenie – fragment jednego z wierszy z pana tomu świat był mój, nominowanego do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej. 25 października zostanie ogłoszone nazwisko laureata, a więc – mocno trzymam kciuki!

 

Z Romanem Honetem rozmawiała Beata Klimowicz, 16 października 2015.

 

 

rozmowa trwa dalej (fragment)

 

(a może przejdę obok twojego domu, może

pójdę do parku wzdłuż rzeki, zabiorę

chleb dla kaczek, zastygających

na wodzie jak krople wosku)

 

                   *

 

więc: ciągle mi się zdaje,

że znowu się spotkamy,

że cię zobaczę – wieczorem

obok kapliczki pod twoją obroną, pod gałęziami

okrytymi szronem

 

                   *

 

moje ręce, większe już teraz,

pewnie nie pasowałyby do twojej

twarzy

pewnie odwykły,

lecz nie wielkość miary

i przyzwyczajenie, ale czas trwania ciszy

poświadcza rozstanie

 

                   *

więc:

co zostało przerwane, to zaledwie życie.

rozmowa trwa dalej

Roman Honet (ur. w 1974 r. w Krakowie) – polski poeta, w latach 1995-2008 redaktor dwumiesięcznika „Studium” oraz książek publikowanych w bibliotece tego pisma przez wydawnictwo Zielona Sowa. Wydał tomy: alicja (1996), pójdziesz synu do piekła (1998), „serce” (2002), baw się (2008), moja (wiersze wybrane, 2008), piąte królestwo (2011), świat był mój  (2014), rozmowa trwa dalej (wiersze wybrane, 2016). Redaktor antologii Poeci na nowy wiek (2010) i Połów. Poetyckie debiuty. Współredaktor Antologii nowej poezji polskiej 1990-2000 (2004). Nominowany do Nagrody Literackiej Nike 2009 za tom baw się, Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius 2009 za tom baw się i 2015 za tom świat był mój, Nagrody Literackiej Gdynia 2012 za tom piąte królestwo oraz do Nagrody Poetyckiej im. Wisławy Szymborskiej 2015 za tom świat był mój  [w rezultacie został laureatem tej nagrody, ex aequo z Jackiem Podsiadłą za Przez sen – przyp. B.K, 14.06.2016]. Jego wiersze były tłumaczone na angielski, duński, hiszpański, litewski, niemiecki, norweski, rosyjski, słoweński, ukraiński, słowacki, włoski. Prowadzi zajęcia w SLA na Wydziale Polonistyki UJ.

 

Tekst ukazał się na blogu Beaty Klimowicz ponad cztery miesiące przed powstaniem portalu Literacka Polska. Beata Klimowicz dziękuje Romanowi Honetowi za zgodę na ponowną publikację.