ja-asiaBeata Klimowicz: Mózg ma płeć. Czy poezja też ją ma?

Joanna Mueller: Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musiałabym przelać morze słów przez sitko pojęć – a czy coś by się na tym sitku ostało? Wątpię! Ja próbuję odpowiadać na to pytanie połowicznie (albo i poćwiertnie): wierszami i esejami, poniekąd także wyborami redaktorskimi, ale od teoretyzowania na ten temat wolałabym się trzymać daleko. Pozwolisz?

Pewnie, skupmy się więc na poetkach. Widzisz w nich Solistki czy lokatorki Wspólnego Pokoju?

To pytanie bardzo na czasie, bo akurat jestem w fazie współtworzenia drugiej – po Solistkach z 2009 roku – antologii poezji kobiet, która ukaże się, tak jak tamta, pod auspicjami warszawskiego Staromiejskiego Domu Kultury. Kiedy wraz z Marią Cyranowicz i Justyną Radczyńską przygotowywałyśmy do druku pierwszą antologię, byłyśmy przekonane, że – w tamtym czasie, w ówczesnej sytuacji literackiej – poetki w Polsce są solistkami: osobnymi i raczej samotnymi głosami, pozostającymi na marginesie męskiego głównego nurtu. Występowanie przez poetki solo stanowiło wtedy, jak myślę, raczej konieczność niż wybór – piszące kobiety były przemilczane i musiały znosić to w pojedynkę, w pojedynkę tworzyły we własnych pokojach  swoje wiersze i książki, nie zrzeszały się ani nie wspierały, nie tworzyły kręgów towarzyskich, a już na pewno nie dialogowały ze sobą w wierszach.
Jednak od 2009 roku minęło trochę czasu i dostrzegam dużą zmianę w tej sferze. Poetki przede wszystkim stały się bardziej słyszalne w światku literackim, przestały wykonywać literacką niewidzialną pracę kobiet, są czytane, opisywane, nagradzane. Dzisiaj gremia jurorskie, panele dyskusyjne czy składy festiwalowe złożone z samych mężczyzn są już rzadkością, a nawet ekscesem – tymczasem sześć lat temu takie zjawiska nie były niczym dziwnym, wykluczenia kobiet zdarzały się zwyczajowo i nagminnie.

To kwestia socjologii literatury, a jak to wygląda w odniesieniu do samych poetek? Trudno powiedzieć, bo przecież nadal każda z nich jest poniekąd solistką – osobnym światem, własnym językiem, indywidualnością – ale też widzę wśród znajomych poetek jakąś większą niż przed laty potrzebę wspólnotowości; chęć wychodzenia z Woolfowskiego własnego pokoju po to, by spotkać się we wspólnym pokoju (choćby takim jak odbywające się pod tą właśnie nazwą feminarium, którego owocem – po kilku latach spotkań – będzie powstająca teraz antologia).

A czy ty masz ten tytułowy własny pokój?

No, powiedzmy, że do pisania mam nie tyle własny pokój, ile biureczko z laptopikiem – o ile oczywiście nie zostało właśnie zajęte przez dzieci oglądające Kucyki Pony lub innego Johnny’ego Testa (śmiech). Ostatnio odkryłam na przykład dodatkową funkcjonalność dziecięcego krzesełka do karmienia – kiedy w domu akurat nie ma ani kawałka blatu do położenia laptopa (bo w pokoju do pracy śpi w danym momencie najmłodszy syn, u starszego na biurku panuje twórczy chaos, to samo w pokoju córki, która zresztą zajmuje właśnie stół kuchenny, bo ozdabia muffinki na harcerską wigilię), to jedynym wyjściem, żeby popracować, jest przycupnięcie w korytarzu przy blaciku wspomnianego krzesełka. Moim własnym kawałkiem podłogi jest też stryszek, na który chodzę wieszać pranie – a przy okazji wymyślać jakieś swoje frazy.

Czyli jednak nie jest tak, że w poezji nie ma miejsca na męża i dzieci, jak napisała w swoim wierszu Marta Podgórnik?

Moim zdaniem w poezji jest miejsce na wszystko, rzecz w tym, żeby ona potrafiła o tym wszystkim opowiedzieć tak, jak tego jeszcze nikt nigdy nie zrobił. Szczerze mówiąc, to myślę, że większym wyzwaniem jest napisanie dobrego wiersza o mężu, dzieciach, krzątactwie, zwyczajności, stronie domowej, szczęściu codziennego życia i mrocznej nudzie, która je spowija i tak dalej – czyli o tym, co tak strasznie niepoetyckie – niż o tym, z czym zwykle poezję kojarzymy i na co ona ma tysiąc zgranych do cna motywów, fraz, figur stylistycznych (miłość, oczywiście w wersji tragiczno-romansowej, śmierć, najlepiej samobójcza, ogólny spleen biednego podmiotu lub użalającej się nad sobą podmiotki i tym podobne). Mój pięcioletni syn powiedział kilka dni temu przed snem: Smutek zawsze idzie z poectwem. No właśnie, a czy zwyczajne, szare życie (które przecież nie omija nawet tych poetów i poetek, którzy tak panicznie kreują się na niezwyczajność i niepospolitość) nie może czasem z tym poectwem  też się przejść na randkę w tekście?

Te wymyślone w czasie wieszania prania  frazy gdzieś zapisujesz?

Jasne, że zapisuję – najpierw w głowie, potem w zeszycie z rodnikami  (czyli pomysłami; ukradłam to pojęcie od Tuwima). Ale jeśli już jesteśmy przy czynnościach krzątaczych inspirujących do pisania (takich muzołapkach), to bardziej niż wieszanie prania nakręca mnie do pisania pływanie. One – poezja i pływanie – muszą być jakoś ze sobą źródłowo związane, a przynajmniej są w moim przypadku, wręcz organicznie, fizjologicznie. Niejeden mój wiersz wymyślił się pod wodą.

Trzynaście lat temu sygnowałaś Manifest neolingwistów  jednak niedługo potem napisałaś, że to była bajeczka, szczeniacki wygłup i żart. Mówi się też, że jesteś najbardziej osobna spośród neolingwistów. Nie lubisz płynąć wspólnym nurtem?

O matko, to już trzynaście lat?! I od tylu lat wciąż odpowiadam na pytania o tamten – dobrze zacytowałaś – szczeniacki wygłup? Fakt, z grupą neolingwistów (której właściwie nigdy nie było) nie mam już dzisiaj wiele wspólnego, choć oczywiście widuję często w Staromiejskim Domu Kultury i Marysię Cyranowicz (uczestniczy we Wspólnym Pokoju), i Michała Kasprzaka (jesteśmy oboje w redakcji pisma „Wakat”). Ale poza względami towarzyskimi i niekiedy wspólnymi przedsięwzięciami nic nas programowo nie łączy, a przynajmniej nic, co mieściłoby się pod nieużywanym już szyldem neolingwizmu (i jakie to neo?  Po trzynastu latach?!).
A czy lubię płynąć wspólnym nurtem? Nie znoszę! Pływanie to rzecz intymna i osobnicza, nic mi tak nie psuje humoru jak to, że na basenie na moim torze pływackim jest więcej niż jedna osoba. Oczywiście mówię to w przenośni – w pisaniu, jak w pływaniu, sama regulujesz oddech, pracujesz nad stylem, sama mierzysz siły na zamiary, na własny rachunek przemierzasz kolejne długości i głębokości. Kiedy za bardzo zagapiasz się na innych pływaków – to zaraz oddech się rwie, ruchy gubią płynność, stylu w tym już żadnego – no i wiadomo: ogólna porażka.

Współczesna poezja najczęściej korzysta z wolności i białego wiersza, czy jednak lingwizm nie narzuca w to miejsce swoich ograniczeń?

O, to ciekawe spojrzenie, ja to rozumiem zupełnie inaczej. W mojej opinii lingwizm (który – pozbawiony cząstki neo – pozostaje dla mnie wciąż ważny) jest zwalnianiem z ograniczeń, puszczeniem wielu rzeczy na żywioł, wskokiem w wolność skojarzeń. Jedyne ograniczenie (a może właśnie poszerzenie możliwości?) stanowi pewien podskórny awangardowy przykaz: powiedzieć to tak, jak jeszcze nikt nigdy nie powiedział. Chociaż może w czasach po postmodernizmie głupio w ogóle wyciągać z lamusa awangardową zasadę oryginalności i nowatorstwa? I może, skoro ją jednak wyciągnęłam, to nie tylko jestem lamuską  (jak mawia gimbaza), ale w dodatku również tą… no… neo-lingwistką?

Tak, to chyba o czymś świadczy (śmiech). A kiedy napisałaś swój pierwszy wiersz?

Kiedy? Pewnie w gimbazie, jeśli już przy tym jesteśmy (tu powinnyśmy napisać śmiech, ale mniej lamusowo będzie dać buźkę :D). No więc tak: pierwszy tekst, któremu wydawało się, że jest wierszem, to pewnie czasy podstawówki, natomiast pierwszy, który mogłabym bez wstydu nazwać wierszem, to już czasy studiów. Nawet mogę ci powiedzieć, który to był: C.K. Norwid rysuje okładkę do «Lirenki» T. Lenartowicza…, potem trafił do debiutanckich Somnambóli fantomowych. Pisząc go, niemal namacalnie poczułam, jak naprawdę działa język poetycki, pozwoliłam się uwieść czemuś, co mnie przerastało, nad czym nie panowałam. To było TO przeżycie!

Czasy studiów – co ci dały jako poetce?

Dały mi dużą wiedzę, której potem – jako poetka – musiałam się oduczyć. Moim problemem w pisaniu długo było przeuczenie, nadświadomość, dławienie własnego głosu pod zwałowiskiem cudzych dyskursów, teorii, intertekstów. Po prostu wiedziałam za wiele, a poezja nie bierze się z wiedzy. Dzisiaj czuję, że sporo moich wierszy pisanych podczas studiów (magisterskich i potem doktoranckich, na szczęście przerwanych) szeleści papierem – są moje, nie wyrzekam się ich ani nie poprawiam, ale dzisiaj trochę żałuję, że za mało w nich żyłam, a za bardzo pisałam. Dopiero kiedy pod wpływem różnych splotów okoliczności, ale też pod pewnymi naciskami ze strony uniwersytetu, musiałam wybrać, czy interesuje mnie naukowość czy raczej poetyckość, pisanie o wierszach czy pisanie wierszy, bycie naukowczynią czy bycie poetką – i kiedy wybrałam tę drugą drogę (bo nie dało się ich połączyć) – to wszystko nabrało jakiegoś głębszego oddechu i zdrowych rumieńców. Przestałam musieć wiedzieć – i to dla poezji okazało się ożywcze.

To, co powiedziałaś, może wlać nadzieję w wiele serc niefilologicznych. Czy więc człowiek rodzi się poetą lub poetką, czy też można te postaci w sobie odnaleźć, zbudzić?

Myślę, że poetkę czy poetę w sobie trzeba budzić codziennie, jak dzieci do szkoły, wbrew wszystkim swoim wygodnickim nawykom trzeba tarmosić się co rano (wieczór, we dnie, w nocy): rusz się, wstawaj, śpiochu!  To jest kwestia walki o czujność, wrażliwość, otwartość, gościnność. Pewnie, że niektórzy mają większe predyspozycje do poetyckiego wewnętrznego nasłuchu i zewnętrznego zapisu, a inni tych zdolności nie mają (albo nie odkryli, że mają, bo im tego nie ułatwili rodzice, znajomi, szkoła i tak dalej), ale ostatecznie to jest jednak kwestia tego, co zrobisz z przysłowiowymi talentami – przeputasz je, zakopiesz czy rozmienione na konkretne wiersze będziesz je puszczać w obieg każdego dnia…

A masz jakiś ustalony plan dnia, zgodnie z którym piszesz, nie czekając na wenę, a jeśli trzeba, nawet tarmosisz poetkę Joannę M.?

Jako wielodzietna mama nauczyłam się, że absolutnie nie warto ustalać żadnych planów, bo na pewno zostaną rozwalone jak domek z lego, a jeśli już, to są to raczej plany absolutne minimum, typu: wypiję sobie dzisiaj po południu kawę i w spokoju poczytam książkę (korekta: zapewne wypiję, ale pod wieczór, zimną, z doskoku, bez lektury, i to tylko jeśli faktycznie zdążę sobie o niej przypomnieć). Plan dnia mam niestety wypełniony głównie deadline’ami na korekty czy redakcje (bo to moja praca), trudno więc upchnąć w nim żelazny czas na pisanie. Pisanie to luksus, święto, ucieczka. Na szczęście piszę poezję i z rzadka eseje, więc brak tego żelaznego czasu nie jest aż tak dojmujący, jak byłby, gdybym parała się prozą. W poezji ta doskokowość, luksusowość i odświętność pisania nawet pomaga, bo tutaj więcej przebiega w rejestrze chwili, błysku natchnionka – a tych w moim życiu naprawdę nie brakuje.

Pływanie, kawa – co jeszcze robisz dla samej siebie?

Raz na dwa miesiące idę do fryzjera i obcinam się na księżniczkę Fantaghiro! (śmiech)  A tak serio, to taką dbałością o siebie są – dwa razy w miesiącu – wyjścia na spotkania feminarium Wspólny Pokój. Przez kilka godzin rozmawiam tam o literaturze ze wspaniałymi dziewczynami (i czasem chłopakami), co jest takim podlewaniem ogródka inspiracji, ożywianiem wyobraźni, ale też po prostu momentem oderwania od codziennego kołowrotka spraw, a także okazją do spotkania towarzyskiego i porozmawiania z ludźmi, którzy mają trochę więcej niż kilka lat. Taką odskocznią od codzienności są co jakiś czas także wyjazdy na spotkania autorskie lub festiwale. Czasem też dla samej siebie coś poczytam albo obejrzę jakiś film. Chociaż ostatnimi czasy zdarza mi się to rzadko, bo zwykle czytam zawodowo (książki, które redaguję, o których piszę albo które są lekturami na Wspólny Pokój), a na wieczorne seanse filmowe zwyczajnie nie mam czasu ani siły.

Jeśli chodzi o talent – twój miał pod górkę czy też wszystko szło dobrze – byłaś chwalona na polskim, bliscy cię wspierali, a potem spotkałaś Mistrza lub Mistrzynię?

Tak, polonistki zwykle były po mojej stronie, do tego stopnia, że bardzo mnie to złościło i czasem robiłam coś, żeby im podpaść, ale one się jakoś nie dawały. Kiedyś w liceum doszło nawet do kuriozalnej sytuacji, kiedy polonistka przepytywała nas z lektury Dziadów, a ja akurat ich na czas nie przeczytałam. Pani K. wezwała mnie do odpowiedzi, a ja zaczęłam zmyślać, że Gustaw oszalał, bo Maryla umarła – na co nauczycielka, zamiast wlepić mi jedynkę, uratowała mi skórę, mówiąc: Pięknie to ujęłaś – dla romantyka Maryla  s y m b o l i c z n i e  umarła w momencie, gdy odeszła z innym kochankiem. I dostałam piątkę. Po tym wydarzeniu już nie starałam się podpaść, tylko raczej chciałam swoimi wypracowaniami udowodnić wszystkim, że zasługuję na celujący z polaka, więc pisałam je najlepiej, jak umiałam.
Dla bliskich moje humanistyczne zainteresowania były raczej dziwne, bo wywodzę się z rodziny ściślaków – mama i tata są inżynierami – więc na początku próbowali mnie kierować w inne strony, ale szybko skapitulowali (za co jestem im wdzięczna) i pozwolili mi robić to, co chcę: iść do klasy humanistycznej, czytać jak zwariowana, no i pisać te moje wierszyki. Na szczęście brat poszedł już normalniejszą drogą i został matematykiem-informatykiem. Najbliżsi zawsze byli po mojej piszącej stronie, nawet wtedy, kiedy w książkach pojawiały się wątki dla nich może bolesne, obnażające, niełatwe, bulwersujące. To ogromne wsparcie.
Co do mistrzów, to nigdy takich nie miałam – jeśli już, to raczej nieżyjących niż żywych. Mocny fundament dały mi warsztaty, w których uczestniczyłam jeszcze w liceum, a potem na studiach – najpierw dramaturgiczne (prowadzone przy ognisku teatralnym Machulskich; tutaj moim guru był Maciej Wojtyszko), a potem literackie (to już w Staromiejskim Domu Kultury w Warszawie; tutaj mistrzów raczej nie miałam, za to ogromną siłę do pisania czerpałam z niekończących się rozmów o poezji w gronie rówieśników-współwarsztatowiczów).

Mąż też jest po twojej piszącej stronie?

Mąż sam siebie nazywa okropnym empiruchem albo wrednym weredykiem i chyba już same te określenia świadczą o tym, że ma – ekhem – raczej zdroworozsądkowe podejście do rzeczywistości i dystans do poezji. Szczyci się tym, że w życiu nie napisał ani jednego wiersza, jako antykwariusz i znawca rynku książki śmieje się, że poezja jest niesprzedawalna (i niekiedy się dziwi, kiedy jakąś poetycką cieniznę udaje się sprzedać), ale jeśli chodzi o moje pisanie, to jednak wspiera mnie w tym, dopinguje, a czasem wręcz ochrzania, kiedy zbyt uwikłam się w robotę, w korektę dla chlebka, a zaniedbuję pisanie wierszy.

Jacy autorzy byli dla ciebie najważniejszą inspiracją?

To trudno określić, bo czasem inspiracje są nieświadome i okazuje się, że największy wpływ na nas mają autorzy, których wcale o to nie podejrzewamy. Zresztą trudne byłoby także wyliczanie nazwisk – bo za każdym wymienionym kryłoby się dziesięć pominiętych. Powiem tylko, że wcale niekoniecznie najważniejsi dla mnie byli Norwid czy Karpowicz, których poezją zajmowałam się kiedyś naukowo i z którymi jestem jakoś tam kojarzona, ale na przykład Stanisław Grochowiak czy Tadeusz Nowak, o których nigdy nie pisałam ani się nimi jakoś świadomie nie inspirowałam, ale zawsze byli najbliżej mojego krwiobiegu słów.

A co najchętniej czytasz dzisiaj?

No właśnie – przed chwilą wymieniłam nazwiska czterech piszących mężczyzn, natomiast jeśli pytasz o moje teraźniejsze lektury, to powinnam przywołać cały zastęp piszących kobiet. Poetki i pisarki – teraz to głównie one meblują mi wyobraźnię, opowiadają najlepiej o tym, czego doświadczam na co dzień, a czego niekiedy nie potrafię opowiedzieć własnymi słowami. Ale tu również nie wyliczę nazwisk, żeby nie dopuścić się krzywdzących pominięć.

Teraz masz już na poetyckim koncie wydane cztery tomiki wierszy, twoje wiersze publikowane są w ważnych polskich antologiach. Ale jakie były początki – czy szybko udało ci się zadebiutować?

Nie wiem, czy szybko, czy wolno – myślę, że jak na ówczesne warunki, to zadebiutowałam rychło w czas. Znam wielu poetów, którzy na swoją pierwszą książkę czekają zbyt długo – najpierw nie mogą znaleźć wydawcy, potem proces wydawniczy niemiłosiernie się przeciąga, autorzy mają już w zanadrzu drugą książkę – albo przeciwnie: przestają pisać, bo trudno im się zabierać do pisania nowych wierszy, gdy stare leżą w poczekalni, albo z kolei w nieskończoność poprawiają swój niedoszły debiut, a w ten sposób najczęściej go psują (lepsze staje się wrogiem dobrego) – i kiedy ta książka wreszcie wychodzi, to jest już tak wymęczona, przeleżana, niedotleniona  w wyniku przenoszenia, że nikomu, łącznie z autorem, nie sprawia taki debiut radości. Ale są też sytuacje odwrotne, kiedy właśnie radocha jest wielka, ale tylko na początku – bo na przykład młody autor wygrywa konkurs poetycki na tomik albo czymś przyciąga uwagę wydawcy i ten proponuje mu druk, albo poeta odżałowuje i opłaca wydanie książki z własnej kieszeni (co teraz się zdarza coraz częściej) – i debiut pojawia się szybko, tylko że, no… za szybko. I po chwilowej euforii okazuje się, że książka jest zrobiona bałaganiarsko, nieprzepracowana ani przez autora, ani przez redaktora, i że najlepiej byłoby wydać ją jeszcze raz – ale już jest za późno i często wstyd zostaje na lata. Innym razem dzieje się tak, że pierwsza książka jest wielkim sukcesem, są laury i fanfary, ale potem zaczyna się wielki dół – bo brzemię świetnego debiutu przyblokowuje autora na lata, trudno mu drugą książką dorównać pierwszej, i czasem ta pierwsza okazuje się zarazem tą ostatnią.
Jeśli chodzi o mnie, to chyba miałam dużo szczęścia, bo udało mi się uniknąć skrajności. Obyło się bez przenoszenia ciąży, ale i bez przedwczesnego porodu. Projekt debiutanckiego tomiku został odrzucony przez Biuro Literackie, w którym zresztą po latach wydałam kolejne książki, ale krótko po tej odmowie dostałam propozycję od Romka Honeta z Zielonej Sowy i po paru miesiącach zwykłego trybu wydawniczego (pertraktacje z Romkiem jako redaktorem tomu nad ewentualnymi zmianami w wierszach i w układzie całości, wymyślanie okładki, druk i tak dalej) Somnambóle fantomowe ukazały się w 2003 roku.

Czy konkursy poetyckie to dobry punkt wyjścia dla początkujących poetów?

Jeśli nie trwają – w życiu danej osoby – zbyt długo, to jak najbardziej. Do pewnego czasu (być może właśnie do momentu debiutu książkowego) to jest zdrowa sportowa rywalizacja, dzięki której można sprawdzić swoje siły, zmierzyć się z konkurentami w językowych rozgrywkach, a przy okazji niekiedy dorobić trochę grosza (na przykład na zakupienie inspirujących książek innych poetów), ale kiedy dochodzi do – nagminnych niestety – sytuacji, że starzy wyjadacze stają w konkursowe szranki z poetami przed debiutem, to według mnie to się robi śmieszne i niesmaczne. Sama zresztą zwykle konkursów unikałam, być może z nieśmiałości. Za to teraz jestem jurorką kilku, więc zachęcam przed-debiutantów  do brania w nich udziału.

Jakie wiersze mają szansę u ciebie jako jurorki? Wiem, że to ulotne, jak uwiedzenie, ale co musi mieć ten (wiersz oczywiście), który będzie na ciebie działał?

Jeśli chodzi o konkursy ogólnopolskie, gdzie przysyła się anonimowe zestawy wierszy, to mam alergię na typ tak zwanego wiersza konkursowego – takiego, który jest bezbłędny pod względem formy, wymuskany stylistycznie, wyszlifowany warsztatowo, zwykle sygnowany jakimś oryginalnym godłem (a to wszystko zdradza, że autor czy autorka traktują wysyłanie wierszy na konkursy poważnie, niemal zawodowo). Do tego często jest to wiersz pisany pod jurorów (na przykład w pakiecie pięciu tekstów znajduję coś ewidentnie dla siebie – chociażby neolingwistyczny wiersz o macierzyństwie – a moi współjurorzy też tam odnajdują teksty, które z kolei im mogą się szczególnie podobać)… No właśnie, tylko że gdzieś w tym wszystkim czuć brak autentyzmu, ducha, własnego głosu – pozostają jedynie napięte do konkursu muskuły formy. Tego nie lubię, reaguję wręcz alergicznie. Mam jednak szczęście, że jurorzy i jurorki, z którymi zwykle współpracuję (w Brzegu, Toruniu, Gdańsku), odczuwają to podobnie. Wychwytujemy w lot konkursowych wyjadaczy i dajemy im zwykle jakieś mniej istotne wyróżnienia (bo skądinąd te ich wiersze są w jakiś sposób – czysto formalny – najlepsze), natomiast główne nagrody staramy się rozdzielać między autorów zestawów, które były może nieco bardziej zwichnięte formalnie, czasem jakoś kulawe, mniej cwane, ale miały w sobie więcej ducha, pasji, czegoś żywego. Czasem oczywiście dajemy się nabrać, bo niektórzy przebiegli konkursowi wyjadacze potrafią się podszyć pod nieoszlifowany autentyzm – ale to raczej wyjątki, na szczęście.
Jeśli więc pytasz, jakie wiersze konkursowe cenię – to te, które mnie zaskakują, ale w taki sposób, że nie czuję, iż ktoś to moje zaskoczenie przebiegle wyreżyserował. Lubię wiersze z jakąś skazą, skaleczeniem, nawet niedoróbką, w których przez ten drobny znak prześwieca osobny głos, ciekawa osobowość, niezwykła wrażliwość. Przy takich wierszach jako jurorka łapię oddech  (po wielu zestawach poetyckich, przy których można się zapowietrzyć ), zaczynam inaczej postrzegać pewne sprawy, wytrącam się z automatyzmu odbioru. Uwielbiam, kiedy poezja robi ze mną coś takiego!

Twoje wiersze wymagają uwagi, a przy głośnym czytaniu – dobrej dykcji. Słowa wymykają się kolokacjom, nabierają nowych znaczeń i nowych brzmień. Masz czasem tremę, czytając swoje wiersze na spotkaniach z czytelnikami, obawę, że się pomylisz?

Tremę mam zawsze, ale z innych względów (to raczej lęk przed ludźmi w ogóle, a nie przed tym, że coś źle przeczytam). Zresztą rzeczywiście zawsze się mylę, co najmniej kilka razy w ciągu wieczoru głos mi drży albo wywalam się na jakimś śliskim neologizmie. Niekiedy też w czasie takiej publicznej lektury potrafię zdziwić się własnym wierszem – to dlatego, że pewne znaczenia zaczynają być słyszalne dla autora dopiero wtedy, kiedy czyta na głos i to w czyjejś obecności (mocno zresztą zachęcam początkujących autorów do takiej próby głosu, bo ona wychwytuje wszelkie niezręczności, fanfaronady i fałsze). Wiem też, że zdziwienie jest obustronne – słuchacze często mówią mi, że kiedy czytali moje teksty sami dla siebie, to zupełnie inaczej rozkładali akcenty, a nawet granice całostek znaczeniowych, a moja interpretacja głosowa zupełnie ten porządek odwróciła. I taki zamęt, takie zaskakiwanie tekstem, bardzo mi się podoba.

Zapamiętałaś jakieś pytanie od czytelnika, które cię zaskoczyło?

Czytelnicy często mnie zaskakują, a jeszcze częściej zachwycają. Nie przywołam żadnego konkretnego pytania, ale wielokrotnie odbiorcy okazywali się wiedzieć o moich wierszach znacznie więcej, niż ja – autorka – o nich wiedziałam… I to były dopiero mocne przeżycia!

A czy zaskoczył cię dedykowany ci wiersz Justyny Bargielskiej Awanturystka?

Wiersz Justyny nie zaskoczył mnie o tyle, że pojawił się w momencie, kiedy dość blisko się kumplowałyśmy i przeżywałyśmy oraz przegadywałyśmy wspólnie pewne sprawy. Awanturystyka  to jakby kolejna wypowiedź Justyny w tych rozmowach, sama zresztą też napisałam co najmniej dwie poetyckie odpowiedzi w naszym dialogu (szkrable z b i Mistyczne masthewy – ten drugi dedykowany jednocześnie Justynie i Biance Rolando).
Ja w ogóle jestem rozkochana w wierszach dedykowanych poetkom przez poetki – cieszy mnie to, że dziewczyny w ostatnich latach coraz częściej nawiązują ze sobą poetycki dialog, który dotąd sprawnie uprawiali piszący chłopcy. I nie chodzi mi tu tylko o względy towarzyskie, czyli o niewątpliwie miłe i dość wyraziste gesty wzajemnych dedykacji czy mott (bo to by był rodzaj poezji kumpelek, tak jak dotąd istniała poezja kumpli ), ale przede wszystkim o ważną podskórną rozmowę, jaka toczy się między poetkami i buduje zupełnie nową wartość w polskiej poezji współczesnej. Wiem, o czym mówię – podczas przygotowywania antologii poezji Wspólnego Pokoju natrafiłyśmy ze współredaktorkami na całą sieć takich siostrzańskich nawiązań. Pięknie było się w tę rozmowę wsłuchać!

Czy twoje najbliższe plany są związane z tym wsłuchaniem się?

Jeśli chodzi o antologię, o której już tu kilkakrotnie napomykałam, to nabrała ona już całkiem realnych kształtów. Wraz ze współredaktorkami – Beatą Gulą i Sylwią Głuszak – wybrałyśmy już, jakie wiersze i w jakich konfiguracjach pojawią się w tej książce, teraz przyszedł czas na obróbkę wizualną – wszystko w rękach trzech wspaniałych graficzek związanych ze Wspólnym Pokojem. Antologia ukaże się prawdopodobnie w marcu 2016 roku – i wtedy będziemy ją promować; mam nadzieję, że dzięki niej powróci, zapoczątkowana Solistkami, rozmowa o nowej polskiej poezji.
To moje najbliższe plany związane ze wsłuchiwaniem się w kobiecy dialog. Trzy inne pomysły – już na własne książki – to słuchanie nastrojone na nieco szersze rejestry. Chociaż doświadczenie kobiece (zwłaszcza siostrzańskie i matczyne) na pewno będzie tu najistotniejsze.

Matka, poetka, eseistka, redaktorka – czy już czujesz smak spełnienia, czy wciąż na nie czekasz?

Absolutnie nie czuję smaku spełnienia – to byłby chyba koniec pisania, bo pisanie bierze się z niedosytu i tęsknoty za tym, czego się nie ma. Są chwile, kiedy patrzę na moją rodzinę – dzieciaki, męża – i czuję szczęście. I spokój. Ale to zawsze są tylko chwile, bo zaraz wydarza się coś niepokojącego, zaczynam się o coś lub o kogoś bać, no i z tych lęków bierze się pisanie. Niekiedy patrzę też na synów i córki, z których najstarsza ma prawie dziesięć lat, a najmłodszy niemal roczek (co ciekawe, mają urodziny tego samego dnia!), i myślę sobie, jak wiele jest w nich nieodkrytych możliwości, ile niosą w sobie znaczeń, ale też (czasem wstydzę się tych myśli, ale one są) jak dużo będę mogła jeszcze o nich napisać. Więc tak – czekam, codziennie czekam na kolejne piękne sensy, które te najważniejsze dla mnie istoty w sobie niosą. I nigdy nie czuję się spełniona, wciąż chcę tych bodźców (czasem przecież negatywnych, niemiłych, uwierających), więcej i więcej.

Coś byś zrobiła inaczej, gdyby można było cofnąć czas, na przykład czy powiedziałabyś w jakiejś sprawie Joannie licealistce: nie, lepiej zrób to jednak nie tak, a tak?

Może się zdziwisz (a może nie), ale niczego bym nie podpowiadała ani tym bardziej niczego bym nie zmieniała w jej-swoim życiu. Ja zresztą mam wrażenie, że nie muszę cofać czasu, bo ta wywołana przez ciebie Joanna licealistka wciąż we mnie żyje, obok całego grona zwielokrotnionych Asiek-matrioszek. Taką mam koncepcję podmiotowości: teraźniejsze ja to taka poskładana matriocha, w której jednocześnie mieszczą się różne chwilowe wcielenia danej osoby – wszystkie jej przeszłe wylinki  i przyszłe potencjalności.  Te Joaśki gadają we mnie na tyle mocno, że czasem mam dziwne i niepokojące uczucie derealizacji, bo przez moment nie wiem, którą z nich w danej chwili jestem. Ale może już o tym zamilknę, żebyś mnie nie wzięła za wariatkę. Już lepiej pisać o tym wiersze.

Chciałabyś, aby twoje dzieci poszły twoim śladem, zostały poetkami i poetami?

Chcę, żeby moje dzieci zostały tym, kim zechcą zostać. Jeśli poetami – okej (na razie zadatki na to ma pięcioletni syn, którego ze względu na poetyckie riposty nazywamy Janem Złotoustym), jeśli kierowcami, hydraulikami, inżynierami, fryzjerkami, księgarzami czy księżmi (lub kimkolwiek innym) – także okej. Uczę ich tylko jednego – żeby pod żadnym pozorem nie dawali się kierować na drogę, na której nie będą mogli rozwijać tkwiącego w nich jednostkowego talentu. Strasznie górnolotnie to zabrzmiało, co?

Miałabyś jakąś radę dla chcących – płci obojga – pisać wiersze?

Chyba należałoby przekopiować tę górnolotną frazę z ostatniej odpowiedzi. Tylko zamiast dzieci wstawić poeci.

Bardzo dziękuję ci za rozmowę i życzę zawsze gorących kaw, wolnych torów pływackich i swobodnych wskoków w wolność skojarzeń.

Dziękuję. Biorę sobie życzenia do serca i postaram się im sprostać!

Z Joanną Mueller rozmawiała Beata Klimowicz, 5 stycznia 2016.

Joanna Mueller o swoim ostatnim tomie:

Intima thule to miejsce, gdzie dorosła ja spaceruję po wewnętrznym dziecińcu, gdzie wiele istnień mam i tulę, ale gdzie też – wielomama – wojuję o samą siebie. To domowy azyl, do którego zapraszam światowe zagrożenia, bo z nich najchętniej lęgną się wiersze. W siedem ruchomych mieszkań – przyjdźcie, ugośćcie się!

 

 szkrable z b

jotbe, bo wie

myśli jak kaftaniki mleko atrament
nieprzelany z kąpielą dziecko
nad rozlanym nie czas
jest mi wprost niewymownie lecz nie o tym płaczę
maszerując ~ murszejąc po wewnętrznym dziecińcu
upadając o słonie w salonie
mnożę obwarowania

chodź na spytki
uparta dolorystko jak ci w tej porze
rozproszeń z podręcznym kuferkiem uroszczeń
bez międzylądowań w natchnieniach
intymistyczko wieczystych niedoczasów
dręczona ciągłym brakiem ciągłości

no nie obkruszaj się tak miękko osadzaj
układaj w wierszowniku w rażącej doraźności
drąż językiem wyrzyna się mleczuś
co się odstanie to się nie stanie
ta kawa jest cała o dzieciach
rozpacz do rozpuku pokot ma pragnienie

nagle wkraczają córczyne połajanki:
na dzisiaj dosyć tego kłamanego
palec do budki kto większym głupieńcem

och chłoniaki wnikliwe lepkie głaszczki-przywłaszczki
pełzające rewolty rozważne rozwałki
rządy tymczasowe do porządku wołajcie
pobite gary ograne-zaklepane
krzepkie dziewczynki rządzące zabawami
po waszej stronie trzeba się urodzić
(Z tomu Intima Thule, Gineceum, Mieszkanie piąte, Biuro Literackie, Wrocław 2015).

 

 

Joanna Mueller (ur. w 1979 roku w Pile) – literaturoznawczyni, poetka, eseistka i redaktorka. Ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie również pisała doktorat. Sygnatariuszka Manifestu neolingwistycznego  z grudnia 2002. Autorka czterech tomów poetyckich (ostatnio: intima thule) oraz dwóch zbiorów szkiców: Stratygrafie i Powlekać rosnące. W roku 2008 nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia za tom Zagniazdowniki/Gniazdowniki. W 2011 roku otrzymała Nagrodę Literacką Czterech Kolumn. Stypendystka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Obecna w antologii 100 wierszy polskich stosownej długości, w której znalazły się utwory najważniejszych poetów ostatnich dwudziestu lat. Współredaktorka Solistek. Antologii poezji kobiet (1989-2009)  oraz książki Podziemne wniebowstąpienie. Szkice o twórczości Tymoteusza Karpowicza. Redagowała warszawskie akademickie czasopismo „LiteRacje”, obecnie redaktorka pisma „Wakat/Notoria”. Od kilku lat współprowadzi w warszawskim Staromiejskim Domu Kultury seminarium o literaturze kobiet Wspólny Pokój. Wiersze i artykuły krytyczne publikowała między innymi w „FA-arcie”, „Twórczości”, „Pograniczach”, „Tekstach Drugich”, „Dekadzie Literackiej”, „Literaturze na Świecie”, „Lampie” oraz „Wakacie”. Mieszka w Warszawie.